Pomiń nawigację™
Logo Jedi Order - małe
Home - ikonka HOME O NAS REKRUTACJA FORUM

Świąteczne wypieki

Autor: Sharon

Obudziły się powoli w swoich pokojach. Od razu jednak czuły, że w akademii coś się zmieniło. Albo z tym wczorajszym ciastem było coś nie tak, albo... Stało się coś naprawdę złego. Panowała jakaś nienaturalna cisza, jakby jeszcze większa niż zazwyczaj. Nagle rozległ się czyjś krzyk i długo odbijał się echem po korytarzach akademii. Po plecach przeszły im dreszcze. Mistrzyni Agnes natychmiast wyskoczyła z łóżka, zebrała miecze i wypadła na korytarz w celu odnalezienia źródła krzyku. Nie widziała nikogo w okolicy - wyczuwała jedynie, że stało się coś złego.
"Co tam się dzieje?" - Pomyślała Vendea biorąc do ręki swój świetlny miecz i wybiegając na korytarz.
Jako następna na korytarzu pojawiła się lekko wystraszona Sharon - trzymała świetlny miecz, jakby spodziewała się walki z Yurim. I wreszcie przyszła uzbrojona w miecz i charric Caroline. Wyglądała na całkiem rozbudzoną i czujną, co oznaczało, że pewnie znów spadła z łóżka uderzając nosem w podłogę. Mistrzyni, Guardian i dwie Jedi stały tak patrząc na siebie i czekając zapewne na jakieś wyjaśnienia zaistniałej sytuacji. Martwił je fakt, że nikt poza nimi nie wyszedł z pokoju. Nagle Caroline pomachała do reszty jakby nic się nie stało.
- Cześć wam... Czy wy też to słyszałyście, czy mi się to przyśniło? - Odezwała się pogodnie.
- Cześć... Ktoś z was krzyczał? - Spytała Vendea próbując pozbyć się ostatnich oznak senności.
- Caroline, czy to ty tak krzyczałaś? - Sharon patrzyła wyczekująco na Chissankę.
- Niee... - Odpowiedziała Caroline. - Ja raczej nie krzyczę przez sen... Ja raczej chrapię.
Agnes, która starała się ignorować rozmowę pozostałych dziewczyn, zaczęła się zastanawiać, czy byłaby w stanie rozpoznać kto krzyczał. Wyczuwała słabe źródło czegoś złego w sali konferencyjnej, jednak nie potrafiła rozpoznać kto lub co to było. Ruszyła ostrożnie w stronę schodów najwyraźniej chcąc osobiście sprawdzić czym było czające się zło.
- Gdzie reszta? - Odezwała się znów Sharon. - Czyżbyśmy tylko my słyszały podejrzane krzyki?
- W ogóle... Czy ktoś oprócz nas jest w budynku? - Dodała Vendea szukając w Mocy obecności innych członków zakonu.
Ani Vendea, ani pozostałe Jedi nie wyczuwały nic poza przerażającą pustką, jakby budynek od dawna był opuszczony.
- Ej... To ciasto... To ja piekłam... - Odezwała się Caroline. - Może coś z nim nie tak było... Może coś mi się przypadkiem... Do niego... Dosypało...
- Caro, ty jesteś najstarsza rangą... - Powiedziała Sharon. - Ty myślisz, ja robię.
- Że co?! - Roześmiała się Chissanka. - Świetny żart, Sharon. Z reguły to ja robię zanim pomyślę, no ale...
Przerwała badając otoczenie w poszukiwaniu czegoś, co mogłoby wcześniej umknąć jej uwadze. I znów ta dziwna pustka, zło czające się w sali konferencyjnej i... Brak oznak życia innych członków zakonu.
Hmm... Pusto... jakby w budynku nie było nikogo poza nami. - Powiedziała bardziej do siebie niż do innych. - Sala konferencyjna... hmm... powinnyśmy tam pójść, ale hmm... ostrożnie... - Dodała wyraźnie nad czymś rozmyślając.

***

Agnes powoli dochodziła do sali konferencyjnej. W okolicy panowała przyprawiająca o ciarki cisza. Nawet dżungla wydawała się być jakaś spokojniejsza. Mistrzyni Jedi podeszła ostrożnie do drzwi i zaczęła nasłuchiwać, jednak niczego podejrzanego nie udało jej się usłyszeć. Rozejrzała się uważnie, przygotowała miecz do odparcia ewentualnego ataku, wzięła głęboki oddech i otworzyła drzwi. Od razu tego pożałowała - wyczuła jakiś dziwny, metaliczny zapach, a jej oczom ukazała się krew... Mnóstwo krwi... Była wszędzie: na podłodze, na ścianach... Nie oszczędzono nawet choinki-Ewoka. Agnes przypomniała sobie wydarzenia minionego dnia - wspólne rozmowy i jedzenie ciasta upieczonego przez Caroline, i nie potrafiła uwierzyć w to, na co teraz patrzyła.
- Na Moc... - Powiedziała odwracając się i zatrzaskując drzwi.

***

Dziewczyny znalazły przerażoną Agnes opartą o drzwi sali konferencyjnej.
- Co się stało? - Spytała Vendea podchodząc bliżej. - Mistrzyni, czy mogłabyś się troszkę przesunąć?
- Nie. - Odpowiedziała Agnes stanowczo.
- Więc... Czy możesz powiedzieć nam co jest w środku?
Sharon patrzyła na nią pytająco, ale i ona spotkała się ze stanowczą odpowiedzią:
- Nic przyjemnego.
Caroline najwyraźniej postanowiła postawić na swoim i powtórzyła pytanie Vendei:
- Miszczyni, czy możesz się przesunąć? Chcę zobaczyć... Może nie jest tak jak myślisz?
Zrezygnowana Agnes spojrzała na każdą po kolei.
- Dobra, skoro tak bardzo chcecie... Tylko nie mówcie, że was nie ostrzegałam... I bądźcie ostrożne.
Wzięła głęboki oddech, otworzyła drzwi i powoli weszła do środka rozglądając się uważnie za czymś, co pomogłoby ustalić jakieś fakty. Było jej bardzo ciężko ignorować krew. Idąc zdała sobie sprawę, że nie da się przejść nie depcząc po krwi. Nie miała pojęcia co mogło się stać. W pobliżu nie było żadnego ciała. Zatrzymała się i otworzyła się na Moc w poszukiwaniu obecności zagrożenia, jednak zagrożenia bezpośredniego nie było. Caroline weszła pewnie do środka, jednak po chwili na jej twarzy pojawiło się najpierw zdziwienie, potem przerażenie a na końcu wściekłość.
- Hmm... Ciekawie wygląda... - Mruknęła.
Ven z kolei nie czuła się pewnie wchodząc do pomieszczenia.
- Co tu się stało? Co z resztą? - Spytała bezskutecznie starając się wyczuć obecność kogokolwiek poza dziewczynami.
- Co? Jak? Kto? - Usłyszały pełen przerażenia głos wchodzącej Sharon.
Caroline w zamyśleniu podrapała się po głowie. Dochodząc do wniosku, że przyglądanie się krwi w niczym jej nie pomoże, pochyliła się, dotknęła jej koniuszkami palców a potem wnętrzem dłoni starała się ocenić, czy krew jest autentyczna. Wszystko wskazywało na to, że krew była prawdziwa. Caroline zajrzała pod stół, oglądała krzesła i ściany, jednak nie znalazła żadnych interesujących śladów.
- Zostańcie tutaj, spróbujcie coś znaleźć, ja zaraz wracam. - Powiedziała Agnes i udała się do centrum medycznego.
Chcąc jak najlepiej wykonać polecenie mistrzyni, Sharon zaczęła się rozglądać w poszukiwaniu jakichś wskazówek. Przeszukując salę dostrzegła jakąś paczkę leżącą pod choinką-Ewokiem. Przyjrzała się pakunkowi z mieszanymi uczuciami.
- Caro, Ven, znalazłam coś, co może was zainteresować.
- A co to? - Spytała Caroline.
- Nie wiem, nie zaglądałam do środka.
- A czy ja cię o to proszę, Sharon? Ja tylko zapytałam co widzisz.
- Widzę paczkę, Caro. Myślę, że nie wybuchnie jak zajrzymy do środka.
- Sharon, uważaj z tą paczką. - Ostrzegła Vendea patrząc na dziewczynę, po czym przeniosła spojrzenie na Caro i dodała:
- Caro, a może by rzucić paczkę i z daleka otworzyć ją jakoś... może Mocą? tak będzie bezpieczniej...
- No nie wiem. - Odpowiedziała Chissanka badając paczkę Mocą. - Ze wszystkiego można zrobić broń przy odpowiedniej... inwencji twórczej... o ile tak to można nazwać.
Wyczuwała coś dziwnego, jakby paczka była a jednocześnie nie była niebezpieczna.
"Hmm Trucizna? A może nie? Jedno jest pewne, nie mam zamiaru pozwolić, żeby ktokolwiek tego dotykał." - Pomyślała.
- Caroline, paczka jest twoja. - Powiedziała w końcu Sharon. - Zrób z niej użytek.
Chissanka znów przybrała ten dziwny, zamyślony wyraz twarzy.
- Najlepiej jeśli... Jeśli otworzyć ją z dala od istot żywych i na powietrzu... - Mówiła. - I wtedy najlepiej obserwować ją z okna budynku. Wyrzucić Mocą przez okno? - Spojrzała na Sharon z nieodgadnionym wyrazem twarzy.
- Ty to byś od razu wszystkim rzucała. - Odpowiedziała Sharon.
- Mówiłaś, że paczka jest moja, więc... Chyba, że masz lepszy pomysł.
- Mam lepszy pomysł, Caro. Oddaj ją mistrzyni.

***

Agnes wróciła z centrum medycznego i z zainteresowaniem analizowała próbkę krwi, która, jak po chwili się okazało, nie należała do żadnego z członków zakonu. Co więcej, wszystko wskazywało na to, że krew była zwierzęca.
- Interesujące. - Powiedziała cicho.
Przechodząc dalej dostrzegła nadpalony kawałek podłogi. Odniosła wrażenie, że był to ślad po jakimś niewielkim wybuchu.
- Znalazłyście coś? - Spytała w pewnej chwili.
- Podejrzaną paczkę, miszczyni. - Odpowiedziała Caroline.
- Podejrzaną?
- Wyczuwam, że jest niebezpieczna i bezpieczna. Myślę, że jak ją otworzymy, to w środku będzie trująca niespodzianka albo coś...
- To wyrzuć przez okno i zobacz co się stanie.
- Ja mogę ją otworzyć. Pewnie ktoś chciał nas tylko nastraszyć. - Odezwała się Vendea patrząc prosto na Caroline.
- Otwórz ją a zginiesz. I to nie paczka cię zabije, ale ja. - Zagroziła Chissanka.
- Zwariowałaś, Ven? Życie ci niemiłe? - Oburzyła się Sharon.
Agnes postanowiła dalej przeszukiwać salę. Znalazła jeszcze kilka takich nadpalonych śladów - wszystkie wyglądały podobnie. Caroline szybkim, zdecydowanym ruchem otworzyła okno, korzystając z Mocy wyrzuciła przez nie paczkę i szybko je zamknęła. Przez chwilę nic się nie działo. Potem jednak doleciał do nich dziwny dźwięk - spokojna, wręcz hipnotyzująca melodia jakiejś pozytywki. Doszły do wniosku, że zapewne ktoś zapomniał o zabraniu spod choinki swojego prezentu, jednak kiedy tylko melodia się skończyła, usłyszały donośny huk.
- To się nazywa zabójczy prezent. - Skomentowała Vendea. - Ciekawe dla kogo on był.
Caroline zaczęła się śmiać z żartu koleżanki i podeszła do okna chcąc ocenić zasięg zniszczeń. Zobaczyła wypaloną okrągłą dziurę w trawie. Była dosyć mała, ale Chissanka wiedziała, że każdy, kto trzymałby paczkę w rękach, nie uszedłby z życiem.
- Jaka ładna... Okrągła. - Powiedziała uśmiechając się do siebie.
Każda z Jedi zaczęła badać miejsce wybuchu: Agnes starała się określić, jakie stworzenia mogły zginąć, Vendea poszukiwała w dziurze czegoś niezwykłego...
- Zaraz, a może tutaj też ktoś otworzył taką paczkę? - Przerwała ciszę Vendea. - Może to był nasz... Mały rancor?
- Ja to bym się raczej spytała, kto był nadawcą tego prezentu. - Odezwała się Sharon.
- Nie wiem... Może ktoś, kto ma wystrzałowe poczucie humoru... Mogłabyś się rozbawić na śmierć albo coś... - Odpowiedziała Caroline.
- Bardzo zabawne, Caro. Ktoś mógł zginąć.
Vendea spojrzała na dziewczyny i nie chcąc doprowadzić do sprzeczki pomiędzy nimi spytała:
- A może ten ktoś cały czas nas obserwuje, ale jest... Ukryty w Mocy?

***

Mistrzyni Jedi po raz ostatni przeszukała salę, po czym wyszła na zewnątrz i obeszła budynek dookoła w poszukiwaniu jakichś śladów. Prawie od razu natknęła się na ślady jakichś zwierząt. Idąc kawałek ich tropem doszła do wniosku, że prowadzą do dżungli. Po chwili jednak zatrzymała się i wyjęła komunikator.
- Ktoś chętny na wycieczkę do lasu?
- Jak do lasu to zawsze. - Usłyszała odpowiedź Vendei.
- Ja chcę. Może upolujemy śniadanie. - Dodała Caroline.
- To się ruszcie, hm?
Jednak to milcząca Sharon zjawiła się obok mistrzyni jako pierwsza. Agnes poczekała na resztę dziewczyn i ruszyła dalej przed siebie. Szły powoli tropem zwierząt. Weszły do dżungli i od razu przypomniały im się wszystkie horrory, które zdarzyło im się obejrzeć w holonecie. Na terenie akademii robiło się już ciemno, więc pomiędzy drzewami było jeszcze ciemniej. Po jakiejś godzinie zobaczyły przed sobą niewielką polanę. Nagle znów usłyszały krzyk, który długo odbijał się echem po lesie. Weszły na polanę i zaczęły rozglądać się z niepokojem. Po drugiej stronie polany dostrzegły wejście do jakiejś jaskini.
- Nie wygląda to zachęcająco. - Odezwała się Vendea z lekkim strachem.
- Co nie oznacza, że tam nie wejdę. - Powiedziała pewnie Sharon.
Caroline tylko rozglądała się po polanie z wyraźnym zaciekawieniem.
- Jaskinia... Dobre dla szczurów. - Mruknęła.
Agnes od razu ruszyła w stronę jaskini, kiedy tylko udało jej się stwierdzić, że krzyk dobiegał właśnie stamtąd. Podeszła do wejścia, sprawdziła czy nikt i nic nie czai się w pobliżu, zapaliła miecze i weszła w ciemność. Dziewczyny szły za nią, ciągle czujne i gotowe odeprzeć każdy atak. Szły powoli jaskinią. Schodziły coraz niżej. Po jakichś dziesięciu minutach teren się wyrównał, a potem, ku ich zaskoczeniu, zaczął znów się podnosić. W oddali dostrzegły światło. A więc wyjście było już blisko.
- Czy tylko ja mam jakieś złe przeczucia? - Spytała Sharon odwracając się w stronę Vendei.
- Nie, Sharon. - Padła krótka odpowiedź.
Zachowując ostrożność wyszły z jaskini na miękkie podłoże. Przed sobą zobaczyły dziwnie znajomą, małą chatkę, z której wydobywał się słodki zapach. Nagle usłyszały za plecami dziwny chichot, który prawie doprowadził je do zawału. Caroline prawie się przewróciła potykając się o własne nogi.
- Zawsze dziwne to miejsce było. - Usłyszały i od razu odwróciły się w stronę źródła głosu.
Przed nimi stał mały, zielony, dziwnie znajomy mistrz Jedi.
"Wielki Thrawnie! To musi być sen." - Pomyślała Caroline uderzając się otwartą dłonią w twarz.
- Ten tunel prowadził na Dagobah? - Spytała Vendea z niedowierzaniem.
- Przeszłyśmy przez nadprzestrzeń? - Dodała Sharon patrząc na zielonego mistrza.
- Niee... Tylko moje ciasto chyba nie było takie dobre jak na początku sądziłam, ale mogłyśmy się tego spodziewać po moim wypieku. - Odpowiedziała Caroline uderzając się w drugi policzek.
- Mis... Znaczy święty Yoda! Co tu robisz? - Agnes patrzyła podejrzliwie na małego Jedi - To ty zostawiłeś nam wybuchające prezenty?
- Niezbadane ścieżki Mocy są. A oczy wasze zwodzić was mogą. - Zachichotał Yoda. - Chodźcie... Jeść... - Dodał idąc powoli w stronę chatki.
- Jeść! - Caroline podskoczyła z entuzjazmem a jej brzuch zaczął wyraźnie sygnalizować, że nie jadła śniadania. - Ale... Tata mówił, żeby nie zjadać potraw obcych dziwadeł.
- Jeść co? - Spytała Agnes starając się wyczuć czy to, na co patrzą nie jest iluzją.
Czuła, że coś było nie w porządku - mistrz Yoda nie zaznaczał w Mocy swojej obecności.
- Nie wiem, może zupę z zapalnikiem... - Zaśmiała się Caroline - Albo bombowy torcik...
- Jeść... - Chichotał mistrz wchodząc do chatki. - Jeść...
Sharon spojrzała na dziewczyny z niepokojem.
- Dlaczego wydaje mi się, że zaraz ktoś straci życie?
Agnes zajrzała do chatki. Wszystko wyglądało normalnie poza... Stertą małych, kwadratowych paczek.
- Hej, Yoda, nie widziałeś może jak przechodziło tędy stado jakichś zwierząt?
- Nie... - Zachichotał znów mały mistrz. - Jeść... Jedi musi jeść...
- A co jadasz?
Vendea weszła do chatki z zaciekawieniem wymalowanym na twarzy. Kiedy tylko przekroczyła próg, dziewczyny usłyszały znajomą im melodię. Jedi spytała o coś mistrza, ale dziewczyny nie usłyszały jej słów - szybko oddalały się od chatki wiedząc, co za chwilę nastąpi. Melodia powoli dobiegała końca.
- Ven, uciekaj! - Krzyknęła Sharon.
Agnes wróciła się, wyciągnęła Vendeę z chatki i odbiegła na bezpieczną odległość. Kiedy melodia się skończyła, usłyszały ostatni chichot zielonego mistrza a potem... Cała chatka wybuchła z donośnym hukiem.
- Bombowo! - Krzyknęła uradowana Caroline.
Wybuch rzucił je na ziemię. Po chwili udało im się stanąć na nogach, ale czuły, że podłoże się zmieniło. Rozglądając się dookoła stwierdziły, że znów znajdują się w Yavińskiej dżungli.
- Może mi ktoś powiedzieć co to, na świętego Rusisa, było? - Spytała Sharon.
- To był sen? - Vendea nie przestała rozglądać się nieprzytomnie dookoła.
- Niech ktoś mi powie, co ja do tego ciasta dosypałam. - Zażądała Caroline ponownie strzelając się w twarz.
- Właśnie. - Powiedziała Agnes patrząc na ślady po wybuchu.
Nie widziała chatki, a jedynie wypalony ślad. Sharon spojrzała w stronę Caroline.
- Masz jeszcze trochę tego ciasta?
- Mówiłam, że nie znam się na pieczeniu. - Padła pełna oburzenia odpowiedź. - Pracowałam w warsztacie, a nie w kuchni. Zresztą, czy sądzisz, że w mojej obecności ciasto postoi dłużej niż dzień? Może... Może powinnyśmy wrócić do łóżek i położyć się spać? Może wtedy to się skończy?
Nagle Agnes wyczuła coś dziwnego... Gdzieś na granicy świadomości znajdowały się znajome osoby. Były daleko, ale jednak tam były.
"Jak zwykle..." - Pomyślała idąc w kierunku miejsca, w którym wyczuwała członków zakonu.
Szła z powrotem do jaskini a reszta dziewczyn postanowiła iść za nią. Weszły w ciemność. Szły powoli przed siebie znów najpierw w dół, później do góry. Wychodząc z jaskini zobaczyły małego zakonnego rancorka biegającego po polanie.
- Caro, już nigdy nie tknę twoich wypieków. - Zaśmiała się Vendea.
- Ja też nie. - Oznajmiła Agnes.
- Ciekawa jestem co tam się stało tak naprawdę... I gdzie jest reszta Jedi...
- Czy to stworzonko jest prawdziwe? - Odezwała się Sharon patrząc na Caroline uganiającą się za rancorkiem.
- Jak nie wiesz czy jest prawdziwy to sprawdź. - Odpowiedziała Caroline łapiąc rancorka i podkładając mu pod pyszczek mały palec prawej ręki. - No, mały, patrz jakie smaczne... Mały, zobacz, niebieskie palce... Jestem pewna, że jesteś bardzo głodny i chcesz mnie ugryźć. - Dodała ruszając palcem przed pyszczkiem rancora.
Z początku stworzonko tylko wąchało palec Chissanki, ale po chwili zaczęło się dziwnie trząść i nagle... Zwymiotowało. Caroline stwierdziła ze zdziwieniem, że rancorek wypluł kawałek jej ciasta. Widząc to, Agnes ruszyła w stronę akademii z trudem powstrzymując śmiech. Caroline nie ruszała się z miejsca - przyglądała się krytycznie swojej szacie i uśmiechała się słabo.
- Ja się nie dziwię, że zwymiotował... No cóż... Chyba za mocno go ścisnęłam i... Już nie będę piekła ciast. - Podeszła do Vendei i podała jej rancorka po czym spojrzała na zwrócone przez niego ciasto. - Hmm... Ciekawe czy możemy zbadać jego skład. No czemu się tak patrzysz, mistrzyni? Zaczynam się bać... - Dodała widząc dziwne spojrzenie Agnes.
- Nieważne. - Padła krótka odpowiedź.
W końcu dziewczyny postanowiły udać się w stronę akademii. Wyczuwały, że wszystko wróciło do normy... W Mocy odnalazły obecność reszty Jedi, jednak kiedy tylko weszły na teren akademii, ich oczom ukazał się najdziwniejszy obraz, jaki kiedykolwiek w życiu widziały: każdy budynek wyglądał jak karton niebieskiego mleka, Jedi wchodzili do budynków jakby nigdy nic i załatwiali codzienne sprawy. Po chwili jednak oni także się zmienili i stali się małymi, zielonymi mistrzami Jedi. Usłyszały jeszcze tę przeklętą melodię, po czym... Obudziły się zlane potem w swoich łóżkach. A na szafce każda zobaczyła nadgryziony kawałek ciasta upieczonego przez Caroline.
- O Mocy! To tylko sen! Dzięki, dzięki, dzięki! - Krzyknęła uradowana Agnes.
Sharon postanowiła nie kończyć wypieku Caroline, szczęśliwa Vendea od razu wybiegła na korytarz. A Caroline... Cóż... jak zawsze spadła z łóżka uderzając nosem o ziemię i dokończyła swój kawałek ciasta twierdząc, że dobry wypiek nie może się zmarnować.
- CAROLINE! Masz bana na robienie czegokolwiek do jedzenia i... I zakaz zbliżania się do kuchni! - Krzyknęła wściekła Agnes.
Wróć na górę