Pomiń nawigację™
Logo Jedi Order - małe
Home - ikonka HOME O NAS REKRUTACJA FORUM

Lie

Autor: Sharon

Jedi. To przeklęte słowo będzie mi towarzyszyć już do końca mojego istnienia. A przecież być wrażliwym na Moc to podobno pewien przywilej, pewne wyróżnienie. Od kiedy pamiętam, byłam inna, jakaś dziwna. Potrafiłam robić rzeczy, o których moi rówieśnicy mogli tylko pomarzyć. Potem odkrył mnie jakiś brodaty gość uważający się za mistrza Jedi. Odebrał mnie rodzicom. Moim domem stała się świątynia. Chciał żebym to właśnie tam przesiedziała kilka, a może nawet kilkanaście lat ucząc się machania świetlnym mieczem i zabawiania się tą całą Mocą. Po tym szkoleniu miałam zbawiać galaktykę. Nawet cieszyłam się na myśl o tych wszystkich możliwościach, jednak teraz, po tylu latach mam po prostu dosyć. To wszystko było tylko ideałem, w które wierzyli ci wszyscy mistrzowie. Tak naprawdę galaktyka nigdy nie była miejscem, o którym opowiadali. Nie była bezpieczna. Mówili, że Moc jest wszędzie. Kolejne kłamstwo. Gardzę tym całym zakonem, jednak nie, nie wyrzekam się siebie, a tylko pewnego kawałka istnienia. Miałam ratować innych, miałam być Jedi, ale oczywiście, jak twierdzili mistrzowie, wola Mocy była inna. Szkolenia nigdy nie ukończyłam, bo mój mistrz miał mnie gdzieś. Zawsze potrafił tylko wytykać błędy. Nigdy nie powiedział, że zrobiłam coś dobrze. W końcu zginął ratując jakąś napuszoną senatorkę. Musiałam na to patrzeć, a potem... Potem zabrać ją w bezpieczne miejsce. To przez nią zginął! To ona go zabiła! Od początku nienawidziłam tej kobiety. Nienawiść była nam zabroniona. Zbliżała do ciemnej strony Mocy. A więc istniała jakaś ciemna strona. Pewnie jest to zło idealne. Uważam, że przez każdego z nas zło jest postrzegane inaczej a być złym znaczy po prostu tyle, co nie robić rzeczy, które chwalą Jedi i im podobni. Tak, to trochę skomplikowane, jednak nie bardziej niż ja sama. W domu, cóż... Zawsze traktowana byłam jako ta druga, ta starsza i podobno bardziej doświadczona. Zawsze to ja obrywałam, kiedy młodsi kuzyni byli nieposłuszni. Wszystko było zawsze przeze mnie. Kiedy wróciłam do rodziny po nieudanym szkoleniu Jedi, wcale nie przyjęli mnie jak kogoś, kto od zawsze do nich należał. Usłyszałam tylko zimne słowa ojca: "A nie mówiłem?". Zawsze byli przeciwni temu co robiłam i kim chciałam się stać. Teraz mieli satysfakcję, bo coś mi się nie udało... Coś poszło nie po mojej myśli. Ojciec uprzykrzał mi życie przez kilka kolejnych dni. W końcu miałam dosyć. Zapragnęłam zemsty... Władzy... Potęgi... Wiedziałam jak zdobyć to wszystko. Doskonale zdawałam sobie sprawę z tego kim się stanę. Byłam wrażliwa na Moc, co oznaczało, że moja nowa ścieżka wcale nie będzie taka trudna. Wystarczyło tylko poddać się jakiemuś gościowi uważającemu się za Lorda Sithów, poznać jego sposoby radzenia sobie z takimi jak moja rodzina a potem... Potem po prostu go wykończyć. Uciekłam z domu nie żegnając się z nikim. Wyrzekłam się wszystkiego, nawet własnego imienia. W czasach takich jak te, na każdej ulicy Coruscant można było natknąć się na jakiegoś inkwizytora, więc celowo nie odcinałam się od Mocy. W końcu zobaczył mnie jeden z nich. Podszedł do mnie i spojrzał mi prosto w twarz.
- Jesteś Jedi? - Spytał zimnym głosem.
- Skoro znalazłeś mnie dzięki Mocy, to chyba logiczne. - Odpowiedziałam uśmiechając się drwiąco.
Uderzył mnie w twarz. Bolało, ale podobno życie wymaga poświęceń. Odwróciłam spojrzenie udając strach. Niech wierzy, że się go boję. Niech myśli, że postradałam zmysły, że do końca nie wiem co robię i kim jestem.
- Trochę grzeczniej! - Warknął. - Może Lord Vader cię oszczędzi, jak będziesz umiała się zachować.
- Wątpię, żeby ktoś taki jak on...
- Chcesz coś jeszcze powiedzieć?!
Pokręciłam głową.
"Nie teraz." - Pomyślałam.

***

- Jak się nazywa?
Głęboki, mroczny głos należący do wysokiej postaci w czerni sprawił, że w mojej celi zrobiło się jeszcze zimniej. Odruchowo cofnęłam się pod przeciwległą ścianę.
- Lie, mój lordzie. Każe mówić na siebie Lie.
- Lie...
Twarz w czarnej masce odwróciła się w moją stronę. Patrząc w oczy Vadera starałam się nie myśleć o niczym. Ktoś taki jak on zapewne był dobry w odczytywaniu cudzych myśli i emocji.
- Lie... - Powtórzył znowu jakby delektował się usłyszanym słowem.
Nie miałam dokąd się cofnąć. Nie musiałam udawać strachu. Sam widok mrocznego lorda odebrał mi całą pewność siebie. Nie doceniałam go. Od kiedy tylko dowiedziałam się o masakrze w świątyni Jedi drwiłam z niego. Zawsze uważałam, że Vader to kolejny kretyn z przerośniętym ego. Nigdy nie myślałam, że przyjdzie mi stanąć przed nim i że on będzie chciał odebrać mi to, co uważałam za moją własność - pewność siebie i dumę. Czułam się jak mała istota, jak ryba wyciągnięta z wody, jak coś, co zaraz zostanie rozdeptane przez tego mechanicznego potwora.
"Weź się w garść." - Nakazałam sobie.
Przecież sama tego chciałam. Sama dałam się złapać. Dokonałam wyboru i teraz muszę przyjąć wszystkie jego konsekwencje. Vader jednym niedbałym gestem otworzył moją celę.
- Podejdź do mnie, Lie. - Powiedział a ja, chyba nie do końca świadomie, wykonałam jego polecenie.
Jakaś cząstka mnie kazała mi uciekać, inna rzucić się na Vadera a jeszcze inna po prostu poddać się mu bez walki.
- Powiedz mi, Lie, dlaczego klony... Posłuszne mi klony oszczędziły twoje życie? Dlaczego nie zginęłaś jak inni twoi przyjaciele z zakonu Jedi?
- N-n-nie wiem, mój lordzie. - Odpowiedziałam.
Dobrze jednak wiedziałam. Odeszłam z zakonu jeszcze przed wydaniem rozkazu 66, a rodzina mimo wszystko ukrywała mnie. Nie przyznawali się, że mają w domu Jedi, bo kto by się przyznawał do takiej, której nic w życiu nie wychodziło? To po części dzięki nim stałam teraz tu, przed mroczną postacią w czerni.
- Kłamiesz! - Powiedział ostro Vader. - Jak śmiesz próbować ukryć przede mną prawdę?!
- J-j-j-ja n-nie kłamię, m-mój lordzie.
Nagle zaczęło brakować mi powietrza. Jakaś niewidzialna siła dusiła mnie, a ja nie potrafiłam się uwolnić. Moje umiejętności były niczym w porównaniu z tym, co robił ten mroczny potwór. Wreszcie wszystko się skończyło - puścił mnie zapewne myśląc, że zacznę błagać go o przebaczenie. O, nigdy.
- Silna wola... - Powiedział bardziej do siebie. - I duma... Przydasz mi się, Lie.
Mimo strachu zmusiłam się do lekkiego uśmiechu. Wreszcie ktoś mnie docenił. Nie potrafiłam zrozumieć, dlaczego Jedi nie widzieli we mnie tego, co dostrzegł Vader. Gdyby Jedi nie odebrali mnie rodzicom... Gdybym sama mogła zadecydować o swoim losie... Moje rozmyślania przerwały słowa jednego ze szturmowców.
- Nie znaleziono przy niej świetlnego miecza, mój panie. Nie wydaje ci się to dziwne?
- To ja tu mówię co jest dziwne, a co nie. - Odpowiedział czarny lord, a szturmowiec cofnął się jak najdalej potrafił. - Może mi to wyjaśnisz, Lie? - Spytał patrząc mi prosto w oczy.
- Zgubiłam mój miecz, mistrzu. Ja wiem, to moja broń i moje życie, ale...
- Dosyć!!!
Posłusznie zamilkłam. Przez chwilę nie miałam pojęcia czym mogłam tak bardzo rozgniewać Vadera. Powiedziałam przecież jedną z formułek mojego wiecznie marudzącego mistrza Jedi. Patrzyłam na niego bez cienia strachu i nagle... Wyczułam w nim coś znajomego, jakąś dziwną obecność kogoś, kogo poznałam jeszcze będąc w zakonie Jedi. Nie mogłabym pomylić go z nikim innym. Anakin Skywalker... Wiecznie dumny niewolnik z Tatooine... Wybraniec, o którym było tak głośno... Ten, który miał przywrócić równowagę Mocy... Stał teraz przede mną od stóp do głów ubrany w czerń i roztaczał wokół siebie mroczną aurę. Obecność zniknęła tak szybko jak się pojawiła pozostawiając po sobie jedynie lodowatą pustkę. Używając Mocy uniósł mnie w powietrze i wrzucił z powrotem do zimnej celi. Mimo bólu zdołałam stanąć na nogach. Vader był wyraźnie wściekły, jakby dobrze wiedział co się stało, jakby odkryta przeze mnie obecność faktycznie należała do niego. I znów nie potrafiłam zrozumieć dlaczego pomimo poniżenia udało mi się zachować kamienną twarz.
"Jesteś Jedi..." - Usłyszałam głos mojego zmarłego mistrza.
Rozejrzałam się dookoła w nadziei, że zobaczę go w jednym z kątów celi całego i zdrowego. Nigdzie go jednak nie było. Usłyszałam jeszcze ciche "Nie poddawaj się", a potem niski głos Vadera przerwał tę chwilę nadziei.
- Jest w tobie wiele sprzeczności, Lie. Przed tobą długa droga. Nie osiągniesz potęgi nie pozbywając się resztek natury Jedi. Czekaj tu. Ktoś na pewno po ciebie przyjdzie.
Kiedy odszedł, nastała przytłaczająca cisza. Chociaż tak usilnie się starałam, nie potrafiłam nawiązać kontaktu z moim dawnym mistrzem. Po raz ostatni chciałam spytać go o tak wiele rzeczy, chciałam prosić go o radę i wreszcie chciałam przeprosić, że go zawiodłam. To mu się należało. Potem mogłam już na zawsze zerwać z tą Jasną Stroną Mocy i stać się uczennicą Dartha Vadera. Ten jego pokaz siły, ta władza nade mną uświadomiły mi jak wiele otworzy się przede mną możliwości. Po plecach przechodziły mi ciarki na samą myśl o tym, że będzie mnie uczyć ktoś taki jak Vader. Jedi musieli być naprawdę ślepi, skoro nie potrafili dostrzec korzyści płynących z podporządkowania sobie Mocy. Nie, oni woleli twierdzić, że to oni są posłuszni Mocy, nie na odwrót. Ciekawiła mnie tylko jedna rzecz - czym była obecność, którą wyczuwałam.

***

- Bardzo dobrze, Lie.
Nie, wcale nie było dobrze. Znów leżałam na ziemi a Vader stał nade mną jakby tak właśnie miało być zawsze. Jego świetlny miecz znajdował się blisko, zdecydowanie za blisko mojej twarzy. W ten sposób kpił ze mnie... Pokazywał swoją wyższość i siłę.
"Już niedługo, mój lordzie." - Pomyślałam nie potrafiąc powstrzymać drwiącego uśmiechu wypływającego na moją twarz.
Mechaniczny oddech czarnego lorda tylko dodawał mi odwagi. Był maszyną... Czymś, co łatwo będzie można unicestwić. Kiedy odsunął miecz od mojej twarzy, rozejrzałam się po pomieszczeniu w poszukiwaniu mojej broni. Nigdzie jej nie było.
- Tego szukasz? - Spytał.
Spojrzałam na niego - trzymał w ręce mój świetlny miecz i dziwnie się mu przyglądał. Żałowałam, tak bardzo żałowałam, że nie mogę zajrzeć pod tą okropną maskę i... Poznać wyraz jego twarzy. Może był zadowolony, może jego twarz wykrzywiał grymas gniewu a może... Może potężny lord ciemności właśnie teraz walczył z ogarniającym go smutkiem i wątpliwościami? Wiedziałam, że nigdy nie będzie mi dane spojrzeć w oczy mojego mistrza.
- Wstawaj i walcz. - Powiedział rzucając mi broń.
Posłusznie wykonałam jego polecenie, jednak nie aktywowałam miecza.
- Mam dość, mistrzu. - Wyszeptałam. - W świątyni Jedi pozwalali na odpoczynek.
- Nie jesteś w świątyni, Lie. I nie wspominaj nigdy o tym miejscu w mojej obecności!
W ten sposób poznałam kolejny słaby punkt Dartha Vadera. Postanowiłam jak najczęściej wykorzystywać okazję i jak najwięcej mówić o Jedi. Obiecałam sobie nawet, że przypomnę sobie wszystkie mądrości, jakimi uraczył mnie mój mistrz.
- Wybacz mi, mistrzu. To się już nie powtórzy. - Powiedziałam skłaniając lekko głowę, a w myślach dodając "dzisiaj".

***

Mijały tygodnie, podczas których Vader poddawał mnie najróżniejszym testom wytrzymałości, siły woli i wreszcie wiary w to, kim jestem i kim niedługo się stanę. Ku niezadowoleniu mrocznego lorda, prawie wszystkie oblewałam. Jednak najgorszy test był jeszcze przede mną - test lojalności. Pewnego dnia Vader oznajmił, że moim zadaniem będzie zamordowanie moich własnych rodziców. Udałam strach... Mistrz tylko przyspieszył to, co i tak miałam zrobić.
- Polecę tam z tobą. - Dodał i odszedł zostawiając mnie samą z własnymi myślami. Zrobię to na oczach Vadera, jeśli będzie trzeba. Potem... Potem dokończę mój plan. Wykonam zadanie, do którego przygotowywałam się od samego początku. Nie zawiodę samej siebie.

***

Cisza otulała mnie jak płaszcz. Ciemność była jedynie czymś, co miało pomóc mi w wykonaniu zadania. Wszystkie przedmioty wydawały się kilka razy większe, niż były w rzeczywistości, a otaczające mnie cienie dodawały grozy miejscu, w którym się znajdowałam. Przed domem jak zawsze panował spokój. Podeszłam do drzwi i wstukałam dobrze mi znany kod. Zadziałał - chwilę później drzwi były już otwarte. Weszłam do środka, a drzwi prawie natychmiast zamknęły się z cichym sykiem. Przypomniałam sobie o obecności Vadera. Musiał być gdzieś w pobliżu. Zapewne obserwował mnie uśmiechając się głupio pod maską - o ile potrafił się uśmiechać. Szłam powoli i ostrożnie. Doskonale pamiętałam drogę do sypialni rodziców, ale od czasu mojego zniknięcia mogło się coś zmienić. Chwilę później stałam już przed właściwymi drzwiami. Delikatnie pchnęłam je Mocą - zaskrzypiały zdecydowanie za głośno. Wstrzymałam oddech, kiedy usłyszałam głos ojca. Gdyby teraz postanowił zamknąć drzwi... Nie, nie powinnam teraz o tym myśleć. To był jedynie kolejny element utrudniający moje zadanie. Odczekałam chwilę, a potem znów pchnęłam drzwi. Zadrżałam słysząc kolejne skrzypnięcie. Ojciec znowu zaczął coś mruczeć, ale moja cierpliwość powoli się wyczerpywała. Pomyślałam o tych wszystkich przykrościach, wszystkich upokorzeniach, których sprawcami byli właśnie moi rodzice. Ogarnęła mnie czysta fala gniewu i nienawiści. Wbiegłam do sypialni rodziców aktywując miecz. Rozejrzałam się po pomieszczeniu - wszystko było takie, jakie zapamiętałam. Ale nie to liczyło się najbardziej. Bez wahania podeszłam do łóżka i spojrzałam w oczy przerażonej matki.
- Nie... - Wyszeptała. - Nie zabijaj... Pro... - Nie pozwoliłam jej skończyć; jednym szybkim cięciem pozbawiłam ją głowy.
W blasku klingi miecza dostrzegłam przerażenie na twarzy ojca. Patrzył na mnie oczami rozszerzonymi ze strachu. Taak, jego śmierć musiała być inna, bardziej... Bolesna. To właśnie ojciec krzywdził mnie najbardziej. Machnęłam od niechcenia mieczem pozbawiając ojca dłoni. Nie krzyczał. Nie bronił się. Nie, taka śmierć mnie nie satysfakcjonowała. Potrzebowałam czegoś bardziej... Bolesnego. Postanowiłam wypróbować na nim sztuczkę Vadera. Używając Mocy uniosłam go w powietrze i skierowałam w stronę otwartego okna. Patrzyłam jak jego usta otwierają się w niemym krzyku, a potem, jak jego ciało wypchnięte za okno spada coraz szybciej... Aż całkowicie zniknęło w ciemności. Połowę zadania miałam już za sobą. Teraz wystarczyło tylko...
- Dobrze się spisałaś, Lie. - Usłyszałam głos Vadera.
- Postąpiłam dokładnie tak, jak mnie uczyłeś, Anakinie. - Odpowiedziałam odwracając się w jego stronę.
Ta prowokacja w zupełności wystarczyła. W dłoni Vadera pojawił się świetlny miecz, a chwilę później do blasku mojego ostrza dołączyła czerwień jego klingi.
- Nie nazywaj mnie w ten sposób, Lie. - Powiedział zbliżając się do mnie z mieczem uniesionym nad głową.
- Dlaczego nie? - Spytałam uśmiechając się drwiąco. - Czyżbyś zapomniał już o swoim ukochanym mistrzu, który pragnął nauczyć cię jak podążać ścieżką dobra? Czyżbyś nie pamiętał o...
- Milcz!!!
Vader ciął mieczem z góry na dół. Z trudem zablokowałam atak.
- Jesteś kłamstwem, Anakinie. - Powiedziałam starając się zachować spokój. - Uciekasz przed samym sobą. Boisz się tego, co zrobiłeś.
- Milcz!!! - Zagrzmiał wyprowadzając serię wściekłych ciosów.
Broniłam się nieporadnie, jakbym po raz pierwszy trzymała w dłoni świetlny miecz. Potem jednak, korzystając z Mocy uniosłam z łóżka głowę zmarłej matki i cisnęłam nią w Vadera pokazując w ten sposób jak bardzo gardziłam zarówno matką jak i mrocznym lordem.
- Ja też jestem kłamstwem, jak moje imię. - Odezwałam się parując kolejny cios.
Nagle Vader cofnął się, jakbym uderzyła go w twarz.
- Udawałaś... Kłamałaś... Szpiegowałaś...
- Bardzo dobrze, mój lordzie. - Zadrwiłam. - Szybko się uczysz.
- Jesteś Jedi...
Pokręciłam głową.
- Jestem kłamstwem.
Odwróciłam głowę, by spojrzeć na pozbawione głowy ciało matki i nagle dostrzegłam coś błyszczącego... Coś, odmierzającego czas... Cyferki zmieniały się szybko, zbyt szybko... 20.... 18.... 16... Taak, ojciec nie był głupi. Zostawił tu coś, co zabije i mnie, i Vadera. 14... 13... Ostatni raz pchnęłam Vadera. Najwyraźniej nie spodziewał się takiego obrotu sprawy, bo zatoczył się i upadł. 12... Odwróciłam się i z nadal zapalonym mieczem wybiegłam z sypialni. Coś zmusiło mnie do wejścia do mojej sypialni. W blasku padającym z ostrza miecza zobaczyłam dziecko śpiące w kołysce. Zgasiłam miecz, porwałam dziecko w ramiona i wybiegłam z domu. Biegłam długo, bardzo długo krętymi ciemnymi alejkami. Dziwiłam się, że potrafię uciekać tak szybko w prawie całkowitej ciemności. W końcu zabrakło mi sił. Usiadłam na ziemi, na środku małego placu oświetlonego tylko światłami zaparkowanej powietrznej taksówki. Nagle dziecko spojrzało prosto na mnie dużymi, niebieskimi oczami... Moimi oczami. To nie było możliwe... A jednak, dziecko, dziewczynka, była moją siostrą. Czułam w Mocy jej wyraźną obecność. Ona również była wrażliwa na Moc.
- Jeśli przeżyjesz, nie popełniaj moich błędów. - Wyszeptałam wiedząc, że mała i tak mnie nie zrozumie.
Nagle wyczułam w Mocy, że ktoś się zbliżał. Szedł wyraźnie w moją stronę. Kiedy wszedł w zasięg światła, zobaczyłam mężczyznę ubranego w brązowy płaszcz Jedi. Bez namysłu podniosłam się z ziemi, podeszłam do niego i wcisnęłam mu dziecko w ramiona.
- To moja siostra... Plum... Ma na imię Plum... Jest wrażliwa na Moc... - Mówiłam coraz szybciej.
Coś podpowiadało mi, że powinnam się spieszyć, że zbliża się jakieś wielkie niebezpieczeństwo. Jedi zapewne też czuł to samo, bo odwrócił się i odszedł bez słowa. Niebezpieczeństwo było coraz bliżej aż w końcu usłyszałam znajomy mechaniczny oddech. Wiedziałam co zaraz nastąpi. Zmusiłam się do myślenia o wszystkim, tylko nie o małej siostrze, ale to było zbyt trudne. Ona musiała pojawić się w moim życiu, by obudzić we mnie dobro. Pamiętałam, że kiedy jeszcze byłam w zakonie Jedi, mówiono, że Anakin potajemnie spotyka się z senator Amidalą z Naboo. Niektórzy twierdzili nawet, że Padme była w ciąży. Gdyby Anakin był ojcem, gdyby Padme nie zginęła, może ich dziecko również obudziłoby w Anakinie dobro? Vader był już za mną i nagle zobaczyłam ostrze jego miecza wystające z mojego brzucha. Nie bolało. Upadłam na ziemię.
- Dziękuję, Plum. - Wyszeptałam.


Hologram zniknął pozostawiając mężczyznę i jego nastoletnią uczennicę siedzących obok siebie na podłodze.
- Ona zginęła, mistrzu? - Spytała dziewczyna patrząc na niego dużymi, niebieskimi oczami.
- Niestety tak. - Odpowiedział.
Patrzyła na niego, a w jej oczach zaczęły pojawiać się pierwsze łzy.
- Nie pokazałeś mi tego tylko po to, żebym poznała siostrę. - Stwierdziła. - Jej życie miało mi pokazać, że nie ma istot idealnie dobrych, ani idealnie złych.
- Masz rację, Plum. W każdym z nas jest tyle samo dobra ile zła. To my wybieramy ścieżkę, którą będziemy podążać.
- Nie istnieje dobro bez zła, prawda?
Mistrz patrzył w zamyśleniu na młodą uczennicę - czekała cierpliwie na odpowiedź.
- Prawda. - Odezwał się w końcu. - Bo czym jest dobro, jeśli nie nauczycielem zła? Czym jest zło, jeśli nie zadaniem dla dobra?
Wróć na górę