Pomiń nawigację™
Logo Jedi Order - małe
Home - ikonka HOME O NAS REKRUTACJA FORUM

Historia o Prawdziwej Jedi

Autor: Sharon

- Babciu...
Jasnowłosa kobieta spojrzała na swoją jedyną wnuczkę, która po raz kolejny usiłowała wydostać się z łóżka.
- Śpij, kochanie. - Powiedziała podchodząc bliżej dziewczynki.
- Babciu, czy ja jestem gorsza od innych?
Mała patrzyła na babcię, a na jej dziecięcej twarzyczce kobieta widziała niezwykłą powagę.
- Dlaczego pytasz, Leigh?
- Jestem taka mała. Inni śmieją się ze mnie. To boli, babciu. Ja chcę być taka duża jak oni.
Kobieta otworzyła usta, jednak nie wiedziała co powinna odpowiedzieć. Leigh rzeczywiście była drobna jak na swój wiek, ale nie oznaczało to, że jest gorsza.
- To nie jest tak. - Odezwała się w końcu. - Jesteś tak samo ważna jak inni. - Dodała całując dziewczynkę w czoło. - Porozmawiamy o tym jutro. Teraz śpij.
- Ale ja chcę teraz!
Kobieta wiedziała, że mała nie odpuści tak szybko. Zawsze podziwiała ją za jej mądre i dociekliwe pytania. Musiała wymyślić coś, co sprawi, że mała Leigh poczuje się lepiej.
- Słyszałaś kiedyś historię o prawdziwej Jedi? - Spytała.
- Słyszałam dużo historii o niepokonanych Jedi. Każdy zna ich tyle, że...
- Ale o tej Jedi niewielu słyszało.
- Zresztą, co Jedi mają wspólnego z moim problemem?
- Dowiesz się, kiedy wysłuchasz tego, co zaraz ci przeczytam.
Kobieta usiadła obok wnuczki, która wpatrzyła się w nią z uwagą, wyjęła z kieszeni elektroniczny notatnik i zaczęła czytać:
- Dawno temu, kiedy ciebie nie było jeszcze na świecie, na Coruscant istniała świątynia Jedi. Szkoliło się tam mnóstwo istot wrażliwych na Moc. Pewnego dnia, do świątyni przyniesiono niemowlę, dziewczynkę o imieniu Keyla, która również miała zostać rycerzem Jedi. Mijały lata. Keyla rosła, szkoliła się, rozwijała swoje umiejętności. Jednak było coś, co bardzo ją smuciło - nie zauważała postępów. Widząc ją, starsi od niej uczniowie uśmiechali się pod nosem, albo rzucali w jej stronę pełne politowania spojrzenia. Zaczęła się zastanawiać, dlaczego tak się dzieje. Nie potrafiła zrozumieć tych spojrzeń. Robiła wszystko, żeby przestali - zmieniała swój wygląd, zachowanie... Ale oni nie przestawali. Pewnego dnia, kiedy wracała z sali treningowej, zatrzymał ją jeden z rycerzy Jedi.
- Nie jesteś tą Keylą, którą znałem. - Powiedział, a kiedy na niego spojrzała, dodał:
- Przestałaś być sobą.
Po tych słowach odszedł w swoją stronę zostawiając dziewczynę na środku korytarza. Wróciła do swojej sypialni smutna, zagubiona. Długo myślała nad tym, co powiedział jej tamten Jedi.
Wybuchły wojny klonów. Wielu Jedi zginęło na Geonosis. Ona jednak nadal przebywała w bezpiecznej świątyni. Nadal ćwiczyła, doskonaliła swoje umiejętności i myślała, bardzo dużo myślała. Często inni Jedi widywali ją w komnacie tysiąca fontann. Była wtedy taka samotna, zamyślona i zagubiona.
Wreszcie pewnego dnia postanowiła udać się do Najwyższej Rady Jedi. Chciała raz na zawsze skończyć z naukami o Mocy. Kiedy stanęła pod drzwiami sali posiedzeń, usłyszała podniesione głosy mistrzów.
- Musimy coś z nią zrobić! - Krzyknął jeden z nich.
- Chcesz odebrać jej szansę? - Spytał inny.
- Rycerzy Jedi niewielu jest. - Powiedział Yoda, którego dziewczyna rozpoznała po charakterystycznym sposobie mówienia.
- od jakiegoś czasu Keyla nie jest sobą. Zmieniła się.
- Tylko dlatego, że ukrywamy przed nią prawdę. Prawdę, o której wie chyba cała świątynia. Jej wrażliwość na Moc jest bardzo...
- Chcecie wysłać ją do korpusów rolniczych?
- Nie mamy innego wyjścia. Nikt przecież nie będzie chciał szkolić kogoś takiego jak...
- Ja chcę ją szkolić! Keyla zostanie Jedi!
Stojąca pod drzwiami sali posiedzeń Rady dziewczyna wstrzymała oddech. Znała głos mężczyzny, który postawił się pozostałym radnym. Była pewna, że był to ten sam rycerz Jedi, który powiedział jej, że bardzo się zmieniła. Już od jakiegoś czasu wiedziała, że mistrzowie mówią właśnie o niej. Wreszcie dowiedziała się dlaczego inni tak dziwnie na nią patrzyli - uważali, że jest gorsza, bo nie potrafi tak dobrze posługiwać się Mocą.
Drzwi nagle się otworzyły. Jedi, którego pamiętała prawie siłą wciągnął ją do sali posiedzeń Rady. Nie wiedziała, dlaczego to zrobił. Postawił ją przed obecnymi tam radnymi.
- To jest Thian. - Powiedział jeden z mistrzów. - I...
- Keylo, od dzisiaj jesteś moją uczennicą. - Przerwał mu Jedi patrząc to na dziewczynę, to na mistrzów. - Każdy ma jakieś słabości, z którymi musi walczyć. Ja pomogę ci walczyć z twoimi słabościami.
- Moja wrażliwość na Moc jest bardzo...
- Nie oznacza to, że nie możesz stać się Jedi.
Odwrócił się i gestem przywołał do siebie Padawankę. Oboje opuścili pomieszczenie i po chwili szli jednym z zatłoczonych Coruscańskich chodników. A więc droga Jedi, z której Keyla chciała zrezygnować, właśnie się zaczynała. Nie było już odwrotu - miała mistrza, który chciał ją szkolić. Wątpiła jednak czy cokolwiek uda im się osiągnąć.
"A co, jeśli mój mistrz przeze mnie zginie?" - Pomyślała.
- Mistrzu, dlaczego postanowiłeś mnie szkolić? - Spytała nieśmiało, kiedy mijali kolejną grupę rozwrzeszczanych istot. - Jestem przecież najgorsza w ćwiczeniach, w których trzeba używać Mocy. Jest wielu uczniów lepszych ode mnie.
Mężczyzna przystanął i spojrzał na nią poważnie.
- Widzisz, Light, być Jedi nie oznacza tylko używać Mocy. Potrafisz wiele rzeczy, o których inni mogą tylko pomarzyć.
Dziewczyna patrzyła na mistrza w milczeniu. Nazwał ją Light. Czy miało to coś oznaczać? A może jej imię zwyczajnie mu się nie podobało?
- Będziesz przewodniczką wielu istot, Keylo. - Powiedział, jakby czytał w jej myślach.
Otworzyła usta, jednak on znów nie dał jej dojść do słowa:
- Nie, nie ma "ale". Moc podpowiada mi, że zrobisz bardzo wiele dla innych.
Nie odezwała się. Thian prowadził ją coraz niżej, w głąb planety, tam, gdzie życie było zupełnie inne. Pokazywał jej inne warunki, inne prawa, którymi rządzili się tamci mieszkańcy... Pokazywał jej kryminalistów i morderców.
- To też są istoty. - Powiedział, kiedy znaleźli się z powrotem w bezpiecznej świątyni.
Nie miała pojęcia, dlaczego pokazał jej to wszystko. Długo myślała o tej pierwszej, jakże dziwnej lekcji.
Przez kilka kolejnych dni lekcje Keyli wyglądały tak samo - Thian przychodził po nią, by zaprowadzić ją na dolne poziomy Coruscant. Każdego dnia zapuszczali się coraz niżej. Keyla odnosiła wrażenie, że sama nie potrafiłaby wrócić do świątyni. Pewnego dnia Jedi zaprowadził ją na najwyższe piętra jakiegoś drapacza chmur. Patrzyła na mieszkające tam rodziny, na ich szczęście i uśmiechy.
- To też są istoty. - Powiedział nagle Thian. - Czy ci wszyscy, których widziałaś tam, na dole, różnią się od tych tutaj? Czy są ważniejsi, bo mieszkają wyżej?
Zamyślona wzruszyła ramionami. Nie lubiła, kiedy jej mistrz zadawał takie pytania. Nie wiedziała, czy powinna od razu udzielić odpowiedzi, czy doszukiwać się drugiego dna.
- Nie różnili się niczym poza tym, co posiadali. - Odpowiedziała w końcu. - Ale to, że tamci mieszkają w gorszych warunkach, nie czyni z nich gorszych ludzi.
- Czy więc istota mająca w organizmie małą ilość midichlorianów różni się od takiej, która ma ich więcej?
- Nie wiem, mistrzu. Wydaje mi się, że nie, ale...
- Liczy się to, jak wykorzystasz to co potrafisz, Light. Nie jest ważne, czy jesteś Wookiem, czy Ewokiem. Ważne jest to, co masz tu - Położył sobie dłoń na piersi - ważne jest twoje serce. Czasem nawet najdrobniejszy gest może wiele znaczyć.
Patrzyła na mistrza z lekko rozchylonymi ustami. Słuchała jego słów, które dodawały jej pewności siebie. Dziękowała Mocy, że na jej drodze pojawił się ktoś tak mądry jak Thian.
Po kilku miesiącach wyczerpujących ćwiczeń, Keyla wreszcie zaczęła zauważać postępy. Odnosiła wrażenie, że coraz lepiej radzi sobie z posługiwaniem się Mocą. Jej mistrz był bardzo dumny z jej osiągnięć. Była pewna, że wiedział co robi, stawiając się Radzie i biorąc ją na swoją uczennicę. Teraz razem dowodzili tego, że dziewczyna mogła stać się Jedi. Zaczęli wykonywać różne misje. Keyla cieszyła się na każdą z nich chociaż wiedziała, że podczas jakiejś misji jedno z nich może stracić życie. Od czasu, kiedy została Padawanką była pewna tego, co robiła i tego, kim chciała być. Pomagała wszystkim tym, którym potrafiła pomóc. Czasem wykonywała trudne zadania, czasem zwyczajnie uśmiechała się do przechodzących istot.
Największa próba jednak była przed nią. Pewnego dnia, kiedy wykonywała poranne ćwiczenia, podszedł do niej inny Padawan Jedi.
- Light, tak? - Spytał nieśmiało.
Keyla skinęła głową. Przezwisko nadane jej przez Thiana było znane w całej świątyni, więc nie zdziwiła się, kiedy Jedi zwyczajnie zaczęli go używać.
- Jestem Wee. - Powiedział chłopak. - Twój mistrz prosił mnie, żebym przekazał ci wiadomość o jego odlocie na Vjun. Powiedział, że wróci za kilka dni. Mówił, że...
- Dlaczego mnie nie zabrał?
- Powiedział, że to jego misja. Że tobie nic do tego.
Chłopak patrzył na Keylę z wyraźnym zainteresowaniem.
- Rozumiem. - Odezwała się w końcu dziewczyna. - W takim razie ja chyba...
- Pomyślałem, że moglibyśmy ćwiczyć razem. Mój mistrz chyba nie będzie miał nic przeciwko temu.
Rzeczywiście nie miał. Przez kilka następnych dni Keyla i jej nowy przyjaciel ćwiczyli razem i uczyli się od siebie. Stali się świetnie dobraną parą. Kiedy mistrz Wee ogłaszał koniec ćwiczeń, Light zabierała chłopaka na dolne poziomy Coruscant i pokazywała mu wszystko to, co pokazywał jej Thian. Niektóre istoty rozpoznawały dziewczynę, rozmawiały z nią, albo zwyczajnie uśmiechały się do niej. Nawet tam, na dolnych poziomach planety-miasta, nie używano jej imienia. Razem z Wee, Keyla pomagała chorym i słabszym nie oczekując niczego w zamian. Zaczęto ją nazywać Prawdziwą Jedi. Była szczęśliwa wiedząc, że jest komuś potrzebna.
Minął miesiąc od czasu, kiedy Thian zostawił Keylę samą w świątyni. Dziewczyna zaczęła się niepokoić. Nie uspokajały jej ani ćwiczenia z Wee, ani szczere rozmowy z nim.
- Posłuchaj, Wee. - Powiedziała w pewnej chwili. - Lecę na Vjun.
Chłopak przystanął, odwrócił się i spojrzał na nią z niedowierzaniem.
- Lecisz na Vjun? Jak? Czym? Kiedy? I Po co?
- Musze lecieć po mojego mistrza. - Powiedziała ostro. - Wee, ja wiem, że coś jest nie w porządku.
- Light, za bardzo się martwisz. Zobaczysz, wróci cały i...
- Miałam wizję Mocy. - Przerwała. - Pierwszą w moim życiu. Widziałam Thiana... Był jakiś... Inny... Wee, ja wiem, co to ciemna strona i...
- Nie wątpię w twoje umiejętności, Light, ale... Wszyscy dobrze wiedzą, że twoja wrażliwość na Moc jest... Cóż... Trochę...
- Śmiej się! No, dalej! - Krzyknęła. - Ja nie każę ci ze mną lecieć! Mówię ci tylko co zamierzam. Mówię ci to, bo mogę stamtąd nie wrócić.
Odwróciła się i odeszła w stronę komnaty tysiąca fontann. Po raz pierwszy od dłuższego czasu czuła się samotna. Nawet Wee, któremu tak bardzo ufała, nie wierzył w to, że Moc sprezentowała jej wizję. Bała się lecieć na Vjun, na nieznany świat, z którego jej mistrz już dawno powinien wrócić.
- Light, zaczekaj! - Usłyszała głos Wee.
Przystanęła i spojrzała za siebie. Wee szedł w jej stronę ze spuszczoną głową.
- Zaczekaj... - Powiedział cicho. - Lecę z tobą.
- Wierzysz mi? - Spytała patrząc mu prosto w oczy.
- Wierzę, Light. - Odpowiedział odwzajemniając spojrzenie. - Masz już plan, prawda?
Miała. Był bardzo prosty. Pociągnęła Wee za rękę prosto do niewielkiego statku, który jakby właśnie na nich czekał.
- Wiedziałaś o tym statku? - Spytał chłopak uśmiechając się szeroko.
- Tak, bo to ja go tu sprowadziłam. Możesz zająć miejsce pilota, jeśli chcesz.
Wee kochał latać. Nie przypominał sobie jednak, żeby kiedykolwiek wspominał o tym przyjaciółce. Postanowił jednak nie pytać skąd dziewczyna o tym wie. Wskoczył na fotel pilota i jakiś czas później oboje lecieli już na nieznany im świat.
Zanim jeszcze wylądowali, Keyla wiedziała, że jej mistrz nadal przebywa na Vjunie. Kiedy wreszcie Wee posadził statek na ziemi, dziewczyna wyskoczyła na zewnątrz nie czekając na przyjaciela. Bała się. Planeta wydawała się jej obca i mroczna. Nie było tu tak spokojnie jak w świątyni Jedi.
- Czujesz to, prawda? - Spytał Wee stając za dziewczyną.
Słysząc jego głos, Keyla podskoczyła jak oparzona.
- Tak, czuję to. - Powiedziała, kiedy udało jej się trochę uspokoić. - I wiem, że Thian też tu jest.
- Wierzę ci, Light.
Wee zabezpieczył statek i ruszył za Keylą. Podczas drogi nie spotkali ani jednej żywej istoty. Keyla doszła do wniosku, że to, co czytała na lekcjach historii, musiało być prawdą - Malreaux, wicehrabia rządzący Vjunem, razem z innymi członkami elit, próbował zwiększyć w swoim organizmie liczbę midichlorianów, co doprowadziło do fali szaleństwa i zmniejszenia się liczby ludności zamieszkującej planetę. Jeśli to było prawdą, to mrok, który wyczuwała, musiał być spowodowany obecnością ciemnej strony Mocy.
- Posłuchaj, Wee. - Odezwała się prawie szeptem. - Dalej muszę iść sama. Nie chcę, żeby stało ci się coś złego...
- Light, nie pójdziesz sama.
- Zrobiłeś już bardzo dużo przylatując tu ze mną...
- I zrobisz jeszcze więcej oddając ją mnie. - Usłyszeli za sobą czyjś mroczny głos.
- Mistrzu? - Spytała Light odwracając się za siebie.
Stał przed nią taki, jakiego pamiętała, a jednak inny, straszniejszy. Widziała jedynie błędne spojrzenie Thiana, ponieważ kaptur jego płaszcza zasłaniał resztę twarzy. Light bała się, jednak podeszła bliżej mistrza.
- Dlaczego przyleciałaś, Keylo? Dlaczego powiedziałeś jej o czym rozmawialiśmy, Wee?
Light i Wee wymienili szybkie spojrzenia.
- Musiała wiedzieć. - Odezwał się chłopak. - Zostawiłeś ją na Coruscant, bo wiedziałeś, że będziesz jej potrzebował. Chciałeś ją chronić i...
- Dosyć!
Przestraszona Keyla cofnęła się nieznacznie.
- Nie znacie całej prawdy... - Powiedział łagodniej Thian. - Ja zrobiłem coś strasznego. Wymordowałem całą moją rodzinę. Wydawało mi się, że mogę wykorzystywać Moc do własnych celów. Wydawało mi się, że jestem niepokonany. Zabiłem ich wszystkich z zemsty. Nie potrafiłem zrozumieć dlaczego oddali mnie Jedi. Potem chciałem naprawić swój błąd. Wiedziałem, że nie mogę cofnąć czasu. W świątyni pojawiłaś się ty, Light. Obserwowałem cię, patrzyłem jak starasz się dorównać innym uczniom, jak bardzo chcesz zostać Jedi. Zacząłem cię szkolić. Byłaś dla mnie światełkiem, jasnym promykiem nadziei. Pomagałaś innym, byłaś im potrzebna. Oboje widzieliśmy postępy w twoim szkoleniu, jednak ja zwątpiłem.
- Co zrobiłam źle? - Przerwała w końcu Keyla. - Nie chciałam cię zawieść, mistrzu.
- Źle mnie zrozumiałaś, Light. Zwątpiłem w to, że będę umiał wyszkolić cię na dobrego człowieka. Tak naprawdę szkoliłaś się sama. Sama zdobywałaś doświadczenie. Ja tylko pilnowałem, żebyś nie stała się taka jak ja kiedyś. W końcu stałaś się prawdziwą Jedi. Nie taką, która siedzi zamknięta w świątyni i patrzy, jak zwolennicy ciemnej strony przejmują nad nami władzę, ale taką, która działa i jest tam, gdzie inni potrzebują jej pomocy. W końcu odleciałem. Tylko Wee wiedział o moim odlocie. Nie wiem, dlaczego ci o nim powiedział i nie, nie chcę wiedzieć.
- Oboje przylecieliśmy tu po ciebie, mistrzu. - Odezwał się Wee. - To Light chciała cię ratować.
- Ratować? - Zdziwił się Thian.
Light spojrzała na niego poważnie.
- Zawdzięczam tobie tak wiele, mistrzu. Gdyby nie ty, pewnie teraz byłabym martwa, albo wpadłabym w objęcia ciemnej strony. W każdym razie, nie byłabym tym, kim jestem teraz. Nie byłabym Jedi. To ty sprawiłeś, że jestem potrzebna innym istotom. Dlaczego zwątpiłeś? Nie jest ważne to, kim byłeś, ale to, kim jesteś.
Wee położył dłoń na ramieniu Thiana i popchnął go w stronę, z której przyszli.
- Wrócisz z nami na Coruscant, do świątyni Jedi. - Powiedział.
- I przestań wątpić w siebie i swoje umiejętności. - Dodała Light. - Jesteś Jedi i nie powinieneś o tym zapominać.
- Już nigdy nie zapomnę, Light.
Keyla i Wee doprowadzili Thiana do statku, którym wrócili do świątyni. Wszyscy troje długo pamiętali to, co działo się na Vjunie. Dla każdego z nich była to najważniejsza lekcja.

***

- Co się stało później? - Spytała dziewczynka widząc, że jej babcia odkłada notatnik.
- Thian zginął podczas rozkazu 66. Light i Wee mieli wtedy po szesnaście lat.
- Udało im się uciec, prawda?
- Tak. Mieszkali na dolnych poziomach Coruscant. Ja i reszta istot, którym pomogli, na zawsze zapamiętamy ich jako Prawdziwych Jedi. Siedem lat później pobrali się i urodziłaś się ty, Leigh. Postanowili oddać ciebie właśnie mnie. To wielki zaszczyt wychowywać córkę Prawdziwych Jedi.
- Jestem córką Light? - Spytała z niedowierzaniem dziewczynka. - Ta historia zdarzyła się naprawdę?
- Tak, Leigh. Keyla prosiła, żebym przeczytała ci to wszystko, jeśli kiedykolwiek zwątpisz w siebie albo uznasz, że z jakiegoś powodu jesteś gorsza od innych.
- Dziękuję, że mi ją przeczytałaś, babciu. - Naprawdę wiele się z niej nauczyłam. Teraz już wiem, że nie jest ważne to jak wyglądam, ale to, kim jestem i co robię dla innych.
Kobieta uśmiechnęła się pod nosem.
- A ścieżka, którą wybierzesz, nie zawsze będzie łatwa. Jednak ty nie powinnaś wątpić w siebie.
- Zapamiętam, babciu.
Kobieta nadal się uśmiechając pocałowała dziewczynkę w czoło i skierowała się do wyjścia z jej pokoju.
- Dobranoc, Leigh. - Powiedziała.
Wróć na górę