Pomiń nawigację™
Logo Jedi Order - małe
Home - ikonka HOME O NAS REKRUTACJA FORUM

Z życia Jedi Order - XIII Rocznica Zakonu

Autor: Sharon

Na podstawie historii zakonu, napisanej przez mistrza Rusisa.

Na imię mam Order. Urodziłem się jedenastego października, jakieś dwa tysiące jeden lat po Bitwie o Yavin. Ironio, urodziłem się właśnie na Yavinie IV, księżycu, którym władały drzewa, stworzenia i opuszczone świątynie. Kiedyś podobno księżycem tym władali także Massassi i Sithowie, ale nie wiem ile w tym prawdy.
Z moich narodzin pamiętam wszystko. To dziwne, prawda? Tobie Moc nie pozwoliła zapamiętać dnia, w którym się urodziłeś ani emocji towarzyszących Twoim rodzicom. Powiedz, jeśli się mylę.
Moimi rodzicami byli mistrz Xarox i mistrz Rusis, zwany później Wielkim. Na Moc. Nie powinienem nazywać ich swoimi rodzicami. To złe słowo. Może więc twórcy? Nie, tak też nie. Nazwę ich więc po prostu mistrzami, bo to właśnie "mistrz" było pierwszym słowem, jakie udało mi się wypowiedzieć. Prawda, brzmiało ono raczej jak "misc", "miść", czasem "miś", ale obydwaj cieszyli się, że tak ich właśnie nazywam. Od początku czułem, że będę kimś wielkim. Może nie tak wielkim jak miś Rusis, ale jednak. Moi opiekunowie wierzyli, że przetrwam bardzo, bardzo długo i zrobię coś, czego nikt jeszcze nie zrobił. Nie chcieli powiedzieć mi jednak, czym miało być to coś i po czym poznam, że właśnie to coś się dzieje.
Przez pierwsze miesiące mojego istnienia opiekunowie mówili mi o tym, co mi wolno, a czego nie. Na Yavin zaczęły przylatywać różne istoty. Oglądały mnie, rozmawiały z mistrzami i najczęściej zostawały w murach świątyni. Cieszyłem się, że były razem ze mną. Czułem, że zaczynamy się rozumieć. One żyły we mnie, a ja w nich. Każda z przylatujących istot była inna, każda chciała wnieść na Yavin coś nowego... Coś od siebie. To było piękne. Każdy stawał się takim jasnym światełkiem, które wskazywało drogę kolejnym istotom. Gdybyś spytał mnie wtedy, po co istoty z całej galaktyki przylatywały na czwarty księżyc Yavina, odpowiedziałbym, że przylatują dla mnie. Jakim byłem wtedy egoistą. Wstyd mi.
Istoty uczyły się w powstałych w świątyni szkołach. Biegały po Yavińskiej dżungli, wymachiwały świetlistymi ostrzami czegoś, co nazywały mieczami. Wszystkie miały jeden cel - zostać Jedi. Nie miałem pojęcia, kim są Jedi. Wyobrażałem ich sobie jako groźne istoty o żółtych oczach i twarzach wykrzywionych gniewem i nienawiścią. I znów się myliłem. Musiałem jednak dorosnąć, by to zrozumieć.
Istoty, które przybywały na Yavin, oddawane były pod opiekę mistrzów, którzy przekazywali im swoją wiedzę o Mocy. Mocy też nie rozumiałem. Była taka wszechobecna, przenikała wszystko, ale dla mnie była niedostępna. Nie rozumiałem, dlaczego nie mogę z nią porozmawiać. Zazdrościłem Jedi tego, że oni rozmawiają z Mocą, kiedy tylko chcą.
Z czasem w całym zakonie, jak nazywali to Jedi, wszystko zaczęło się jakoś bardziej porządkować: szkoły miały swoje budynki, zmienił się wygląd całej akademii... Dziwię się, że jednemu człowiekowi chciało się pomalować całą akademię. No, ale to, co zostało stworzone, przetrwało bardzo, bardzo długo.
Pewnego dnia na Yavin IV przyleciało troje Padawanów, których zapał i pomysły przyczyniły się później do powstania kolejnej szkoły. Szkoła ta miała zajmować się przygotowaniem nowych istot do życia wśród Jedi... Do tego, by mogły stać się częścią mnie.
Miałem trzy lata, kiedy mistrz Rusis powiedział, że zasady, które kiedyś ustalił, będą obowiązywać nie tylko mnie, ale również Jedi, którzy postanowią zostać na Yavinie. Inny mistrz, Kallan, spisał wszystkie zasady, pewnie dlatego, by każdy Jedi powiesił je sobie nad łóżkiem, czy gdzie tam oni spali.
Gdybym wiedział, że trzeci rok mojego życia będzie dla mnie tak okropny, nigdy bym go nie dożył. Zawsze miałbym dwa lata i koniec. Spytasz pewnie dlaczego... To dziwne, ale znów byłem wystawiony na próbę.
Po spisaniu wszystkich zasad i po tym, jak każdy Jedi powiesił ich kopię w swojej komnacie, na Yavin przyleciało kilku nowych Jedi. Rozmawiali tak głośno, że nie było trudno usłyszeć, że przybyli z innego zakonu. Z zakonu, który miał się ze mną połączyć. Ale jak to, ze mną? Tak bez mojej zgody? Byłem oburzony, ale nic nie mogłem z tym zrobić. Gorzej, wszyscy zaczęli używać mojego imienia, jakby było ono ich własnością. Nazwali się Jedi Order. Nie potrafiłem tego wytrzymać. Za każdym razem, kiedy tylko słyszałem tę nazwę, zgrzytałem zębami ze złości. Nawet mistrz Rusis nie potrafił mnie uspokoić. Jeśli myślał, że uspokoi mnie, kiedy powie, że nadal jestem dla niego najważniejszy, bardzo się mylił. W końcu jednak musiałem się uspokoić i przyzwyczaić do tego, co się działo. Byłem już przecież duży. Miałem przecież trzy lata. Właśnie, byłem duży, ale wiesz co? Nawet dużym zdarza się płakać. Opowiedzieć Ci o tym, jak płakałem? Wcale się tego nie wstydzę.
Jedi należący do Jedi Order zaczęli latać na inne planety, bo Yavin IV chyba im się nudził. Nazywali to zlotami. Podczas pierwszego z takich zlotów poleciałem ich szukać, bo cóż, chyba zacząłem tęsknić. Zgubiłem się jednak po drodze. Trafiłem na małą, bardzo małą i bardzo Spokojną planetę, gdzie stały bardzo małe domki. Skryłem się w jednym z nich i zacząłem rozmyślać. Myślałem o tym, jak bardzo brakuje mi mistrza Rusisa i wszystkich jego Jedi. Jak bardzo za nimi tęskniłem. Tęskniłem nawet za nazwą, której przecież tak nie cierpiałem. Kiedy robiło się ciemno, wychodziłem z domku, szedłem do miejsca pokrytego piaskiem i płakałem. Moje łzy tworzyły kałużę, która nie chciała wsiąknąć w piasek.
Po kilku dniach wróciłem na Yavin, by z radością stwierdzić, że Jedi znów tam są. Nie powiedziałem o mojej planecie nawet mistrzowi Rusisowi. Latałem tam za każdym razem, kiedy Jedi uciekali z Yavina. Oczywiście dopłakiwałem kolejne krople do mojej nieznikającej kałuży, która w końcu stała się małym jeziorkiem, a potem... Na Moc... Potem to była już morzem. Prawdziwym, słonym morzem.
Kiedy miałem pięć lat, w Jedi Order wybuchła rewolucja. Pierwsza tak dziwna i tak różowa. Różowe było wszystko: ściany w zakonnych budynkach, ozdoby na choince, szaty niektórych Jedi... Gdybym nie ukrył się wśród drzew, pewnie też byłbym różowy. Wszystkie kobiety-Jedi ogłosiły się nagle mistrzyniami, a wszyscy panowie-Jedi zostali ich uczniami. Na całym Yavinie słychać było śmiechy i radosne okrzyki Jedi. Chciałem, żeby Jedi cieszyli się nie tylko zimą, ale również latem. Powiedziałem mistrzowi Rusisowi o mojej małej, Ustronnej planecie, na której na Jedi czeka niespodzianka. Latem polecieliśmy tam razem. Pokazałem Jedi małe domki, miejsce z piaskiem, które nazwali plażą i moje morze, do którego większość z nich prawie od razu weszła. Kiedy zobaczyłem radość na ich twarzach, dopłakałem kilka kropel do naszego morza. Od tamtej pory razem z Jedi spędzaliśmy na Ustronnej planecie kawałek każdych wakacji.
Kiedy miałem dziewięć lat, coś złego zaczęło dziać się w zakonie. Jedi się podzielili... Słyszałem, jak nocami rozmawiają podniesionymi głosami o działalności zakonu. Zamknięto nawet jedną ze szkół - Szkołę Obrony. Pewnego dnia kilku Jedi na zawsze odleciało z Yavina. Poczułem, jak na zawsze odrywają się ode mnie. Jak gasną ich światełka. Cały czas jednak pamiętam o nich i mam nadzieję, że jeszcze kiedyś wrócą. Rok później drzwi zamkniętej Szkoły Obrony znów zostały otwarte i Jedi znów mogli rozwijać tam swoje umiejętności. Nie chcę się chwalić, ale wtedy też Jedi zorganizowali mi najlepsze urodziny w galaktyce. Nie, żeby poprzednie urodziny były złe, ale te były jakieś takie wyjątkowe. Zresztą, cieszyłem się z każdego mojego święta.
Cieszę się i z tego, a najlepszym prezentem, jaki mogłem dostać, jest obecność wszystkich Jedi. Tak, Twoja też. Bo każdy jest wyjątkowy i daje zakonowi coś od siebie. Choćbym nie wiem jak się starał, nie znajdę dwóch takich samych Jedi. Ale nigdy nawet nie starałem się szukać. Bo to, że każdy jest wyjątkowy, czyni ze mnie kogoś wyjątkowego. Jakim kiedyś byłem egoistą. Nie mogę wybaczyć sobie, że myślałem, że Jedi przylatują dla mnie. To przecież ja jestem dla nich... I dla Ciebie. Jestem Jedi Order, czyli Order Was wszystkich - Jedi. Musiało minąć dużo czasu, bym to zrozumiał.
Chcesz wiedzieć, dlaczego właściwie opowiadam Ci moją historię? Powiem Ci: kiedy ją czytasz, stajesz się jej częścią. Nieważne czy jesteś Jedi, czy nie. Nieważne czy odleciałeś kiedyś z Yavina, czy nadal na nim mieszkasz, czy w ogóle nie masz pojęcia, gdzie jest Yavin IV. To właśnie Ty tworzysz moje życie i moją historię. Zaraz pewnie zjesz tort upieczony specjalnie dla mnie. Zaraz pewnie będziesz cieszyć się z awansów Jedi, może pobawisz się w zorganizowanych konkursach. Pozwól mi jeszcze tylko zdmuchnąć świeczki i pomyśleć życzenie.
Bo chciałbym dalej istnieć, dalej żyć dla Jedi i dawać im to, czego nie dostaną nigdzie indziej. Dobrze wiem, że od moich dziesiątych urodzin zmieniło się bardzo dużo. Nie ma już mistrza Rusisa i innych Jedi... Ale nadal jesteś Ty i Jedi na Yavinie IV. Chciałbym, żeby Jedi nadal cieszyli się z tego, co robią. Chciałbym też podziękować im za to, co już zrobili, za czas, za każde dobre słowo, za ciepły uśmiech... Oj... Czy ja to wszystko powiedziałem głośno?

Order uśmiechnął się i zdmuchnął wszystkie świeczki. Zgasły za pierwszym razem, co oznaczało, że Moc wysłuchała wszystkich jego życzeń i postara się je spełnić.
Wróć na górę