Pomiń nawigację™
Logo Jedi Order - małe
Home - ikonka HOME O NAS REKRUTACJA FORUM

Odkrywca z przypadku

Autor: Kirrond

Co ja tutaj robię – od tygodnia zadawał sobie to pytanie. Mistrzyni przysłała go tu żeby się rozejrzał… szkoda tylko, że nie powiedziała, za czym. Po tych kilku dniach spędzonych w dolnych poziomach Coruscant nie zdziwiło go nawet to, że mijająca go istota nosiła ciemne okulary w środku nocy. Muszę sobie takie sprawić – pomyślał. – Będę je zakładał, kiedy Mistrzyni przyjdzie pytać o zadanie. Ruszył przed siebie skręcając w pierwszą uliczkę po lewej i wszedł do jakiejś speluny. To już siódma – każdy wieczór spędzał przy kieliszku, za każdym razem w innej melinie.

To była chyba najnudniejsza nora na całej planecie. Nawet kilka godzin spędzonych nierozłącznie z Koreliańską Whisky, smakującą jak siki Palpatina, nie pomagało. Tu się zupełnie nic nie działo. No dobra, - przyznał w duchu, - przynajmniej nauczyłem się trzeźwieć poprzez medytację. Dwie godziny później w budynku zostało tylko kilku spitych do nieprzytomności klientów, więc zapłacił barmanowi i poszedł się przespać. W drodze powrotnej zauważył leciwą, wyraźnie pokrzywdzoną przez los Twi-lekkankę karmiącą małego gryzonia. Widząc to zatrzymał się na chwilę i zastanowił się czy skoro w na górnych poziomach brudne interesy załatwia się za dnia w rękawiczkach polityków, to czy tutaj, gdzie naturalne światło jest tylko legendą, ktokolwiek przestrzega godzin nocnych przy popełnianiu najstarszych przestępstw nowoczesnymi metodami.

Otworzył drzwi pokoju, który wynajmował – to zabawne, za tą samą ilość kredytów mógł spokojnie wynająć coś na górnych poziomach… coś, co nie śmierdziało tak jak ta nora. Zajrzał do łazienki i stwierdził, że jeszcze jeden dzień bez prysznica wytrzyma. Wzdychając uchylił okno wpuszczając smród szczyn z pobliskiego zaułka tylko po to, żeby złagodzić odór panujący w pokoju. Zastanawiając się, czy jest sens rozglądać się za innym miejscem do nocowania odsunął łóżko – pryczę, którą uznano by za luksusową w przetwórniach przyprawy na Ilezji. Popatrzył na paskudną podłogę, po czym usiadł i oddał się medytacji.

Dłoń zacisnęła się na jego gardle. Czuł jej metaliczny chłód. Twardy uścisk przybrał na sile i poczuł, że odrywa się od ziemi. Moment później uderzył z głuchym trzaskiem w ziemię. Kiedy wreszcie otworzył oczy widział ciemność, przez którą przebijał się jedynie czerwony punkcik. Sądząc po tym, że napastnik nadal trzymał go za gardło, gdzieś obok tego punkcika musiała być jego twarz. Niedawne uderzenie ogłuszyło go na tyle, że nie mógł ruszyć ani rękoma ani nogami. Postanowił, więc zapamiętać jak najwięcej szczegółów. Problem tkwił w tym, że tracił oddech. Powoli przestawał czuć ból. To było takie przyjemne. Chwila bez tego cholernego bólu głowy wywołanego uderzeniem. Bez ściśniętej w metalowym uścisku tchawicy. Wzrok przesłoniła kompletna ciemność, więc zamknął oczy.

Otworzył oczy oddychając szybko. Przed oczami mrugnęło mu coś czerwonego. Zatrzymał rękę w połowie drogi do szyi. Przecież nie boli, – pomyślał. Wstał i ruszył w stronę czerwonego światełka. Podniósł swój komunikator – czekała na niego wiadomość od Mistrzyni.

Kirrondzie,
Obowiązki Radnej zatrzymują mnie ciągle w Akademii. Wysłałam do Ciebie Caroline, jej znajomość Coruscant może być nieoceniona.
Nie pakuj się w kłopoty,
Mistrzyni

- Świetnie. – Mruknął pod nosem, - teraz takie wizje będę miał na jawie.
Wiadomość zmieniła mu plany na dzisiaj. Zamiast zalewać się w trupa w kolejnej spelunie musiał znaleźć lokal bardziej odpowiedni na małe centrum operacyjne. Kilka godzin zeszło mu na szukanie czegoś, co nie śmierdzi jak wymiociny naprutego rancora. Okazało się, że w tych rejonach to niesamowicie trudne zadanie. W końcu zadowolił się pokojem, który sprawiał pozory, że pozwoli ukryć trochę sprzętu. Kiedy wreszcie załatwił sprawy lokalowe było już na tyle późno, że zrezygnował ze sprawdzania kolejnego wodopoju lokalnej inteligencji. Zamiast tego postanowił zwiedzić nową okolicę.

Pałętał się tak już dobrą godzinę. Z każdą minutą narastało w nim przeczucie, że ktoś go śledzi. Czując, że prześladowca jest już blisko skręcił w, ciemniejszy od innych, zaułek. Wchodząc w niego użył Mocy żeby oderwać kawałek ściany budynku. Liczył, że to spowolni na moment nieproszonego towarzysza, ale kiedy usłyszał głuchy odgłos uderzenia betonu o metal zamarł. Zatrzymał się z rękojeścią miecza w ręce. Odczekał jeszcze chwilę oczyszczając umysł i wykonał szybkie cięcie połączone z obrotem. A przynajmniej zrobiłby tak gdyby nie chciał pozostać w incognito. Wyciąganie miecza na czy nadużywanie Mocy nie wchodziło w grę.

Udając, że zastanawia się, do jakiej parszywej uliczki dotarł rozejrzał się. Jego tajemniczy towarzysz zwinnie wskoczył za skrzynie. Całkiem sprytnie, ale ciekawe jak ci pójdzie na bazarku – pomyślał i gwałtownie ruszył w jedną z uliczek po lewej. Jego uszy wypełnił gwar. Bazar był miejscem specyficznym, zawsze pełen istot często kupujących to, co im ostatnio skradziono. I o to chodziło. Tłum był tym, czego potrzebował. Mylić gościa i gdzieś zniknąć. Zręcznie przecisnął się przez pierwszą grupkę tłoczącą się przy straganie z dziwnymi blasterami, kto nie chciał czuć się bezpieczniej… Minął kolejną grupkę i właśnie przedzierał się przez trzecie zbiorowisko, kiedy coś poszło nie tak.

Na szyi znowu poczuł zimny, metaliczny uścisk, wzrok pogrążyła ciemność. Błoga ciemność, bo przestał czuć ten wszechobecny smród…

***

Nie czuł. Był. Po prostu był. Tak jak wszystko inne. W zasadzie to poza nim była tylko podłoga, twarda i zimna, taka właśnie była. A na niej był on, nieruchomy jak mebel, pusty. Czas mijał, a on coraz bardziej się materializował. Kiedy zaczynał czuć kontakt z materią ta lekko zadrgała, poczuł ukłucie i znowu nadeszła ciemność.

***

Znowu zaczynał czuć, ale tym razem było inaczej. Był gdzieś indziej. I nie był sam.
- Doktorze, obiekt gotowy do badań.
- Doskonale. Sala operacyjna gotowa?
- Zgodnie z zaleceniami.
- Doskonale generale. Zaczynajmy pracę.
Do jego uszu dotarły niewyraźne słowa. Po tej rozmowie rozbrzmiał dźwięk kroków. Nastała chwila względnej ciszy. Słychać było jedynie sporadyczne, ciche brzęczenie. Ta chwila wystarczyła. Zaczął odzyskiwać zdolność do samodzielnego formowania myśli. Nadal nie widział, nadal nie potrafił się poruszyć, ale myślał. Szybko pojawiło się w jego głowie pytanie, „Co się ze mną dzieje??”. Skupił się. Nie był jeszcze w stanie użyć Mocy do sondowania otoczenia. Mimo to, wiedział, że nie jest dobrze.

Znowu rozległ się dźwięk kroków. Słowa rozbrzmiały w jego uszach „Obiekt 0X12035, podejście pierwsze. Rozpoczynam operację.”. Rozległo się ciche buczenie. „Wykonuję cięcie”…

Nie – pomyślał Nautolanin. Był gotowy na ból cięcia skóry, ale ten nie przyszedł.
- Doktorze, co się dzieje?
- Ten skalpel chyba jest uszkodzony Generale. Spróbuję innym.
Tym razem nacisk był bardziej zdecydowany, tak jak skupienie Nautolanina. Jego uszy wypełnił głuchy chrzęst, a potem wycie doktora. Jeżeli się nie mylił ręka jego oprawcy miała teraz dodatkowy przegub.
- Podać zastrzyk i odstawić do izolatki.
O nie. Już nie, - pomyślał.

Ramię robota spotkał podobny los do ręki doktora. Jednak tym razem zapadła cisza. Skupił się, więc i zaczął oczyszczać organizm z toksyn tak jak wcześniej z alkoholu. Otworzył oczy. Wszystko wydawało się nienaturalnie jasne… i wirowało. Zamknął oczy i poczekał jeszcze trochę. Kiedy znowu otworzył oczy półmrok nadal wydawał się zbyt jasny, ale przynajmniej pomieszczenie wydawało się spoczywać w miejscu. Teraz miał już pewność. To była jakaś dziwna sala operacyjna. Zaraz obok stołu operacyjnego, na którym leżał stał powyginany robot medyczny. Usiadł. Podrapał się po ramieniu. Wydawało mu się, że coś jest nie tak. Spojrzał na nogi i zrozumiał. Nie wiedział gdzie są jego ubrania… w zasadzie nie wiedział gdzie są jakiekolwiek ubrania. Wstał, owinął się prześcieradłem, którym był okryty i wziął kilka narzędzi chirurgicznych. Podłoga była zimna. Nie zważając na marznące stopy otworzył drzwi i wyszedł ubrany i uzbrojony jedynie teoretycznie.

W pustym korytarzu, z oddali dobiegało go ciche, znajome buczenie. Mijał kolejne drzwi, wszystkie zamknięte. Z każdym krokiem buczenie narastało. Za zakrętem natknął się na otwarte drzwi. W środku panowała głucha cisza. Postanowił wejść do środka. Tego, co zobaczył na pewno się nie spodziewał. Na środku w kałuży jeszcze ciepłej krwi leżał człowiek, w jeszcze niedawno, białym fartuchu. Podszedł bliżej i przyjrzał się denatowi.
- Hm… złamana ręka, to musiał być ten doktor, - powiedział pod nosem oglądając ciało stojąc przy brzegu czerwonej kałuży.
Coś błyszczało między martwymi palcami. Wyciągnął się próbując nie wpaść w kałużę krwi. Po chwili usiadł na tyłku, aby przemyśleć swoje zachowanie. Przecież był Jedi, nie musiał łapać tego palcami. Skupił się i wykorzystał Moc do zdobycia tajemniczego przedmiotu. Od razu go rozpoznał. To była datakarta.

Wstał i rozejrzał się. Nie było tu niczego pozwalającego na sprawdzenie jej zawartości. Było za to okno, dotychczas całą jego uwagę pochłaniało ciało na podłodze. Miał jednak złe przeczucia, to, co znajdowało się za oknem nie wyglądało na Coruscant. Podszedł bliżej i oparł się o parapet.
- Gdzie ja jestem? - Pomyślał blednąc.
Za oknem rozciągał się gęsty las, zielony jak jego skóra jeszcze przed momentem. W oddali na horyzoncie majaczyła się majestatyczna góra, od połowy wysokości pokryta była śniegiem. Co jakiś czas nad delikatnie muskanymi przez wiatr drzewami przelatywały ptaki. Obdarzył pomieszczenie jeszcze jednym spojrzeniem i wyszedł.

Przeszedł kilka metrów i stanął jak wryty. Słyszał czyjeś kroki. To był bardzo zły znak. Nie miał się gdzie schować. Poprawił skalpel w dłoni i ruszył dalej. Krok za krokiem zbliżał się do miejsca, w którym korytarz skręcał w prawo. Zatrzymał się przy krawędzi ściany. Dźwięk kroków nasilał się. Wziął głęboki oddech i wyskoczył zza rogu. Czas jakby zwolnił, jego oczom ukazał się człowiek ubrany w niebieski mundur. Na jego twarzy nie zdążyło pojawić się zdziwienie, bo uderzył… nic się nie stało, miał uderzyć głową w ścianę i stracić przytomność, a zamiast tego mierzył do niego z broni. Westchnął i zanim zdążył podnieść ręce poczuł ukłucie w piersi i stracił przytomność.

Znowu było biało i znowu było zimno. Przynajmniej nikt nie chciał penetrować go skalpelem. Leżał dalej nieruchomo i analizował to, co się dzieje wokół niego. Panowała głucha cisza. Nagle usłyszał syk rozsuwanych drzwi. Odgłosom kroków towarzyszyło rytmiczne stukanie. Obcasy? Brzmi jak obcasy.

- Odczyty wskazują, że odzyskał przytomność.
- Otwórz oczy, - zaczął męski głos. - Wiemy, że jesteś przytomny, choć przyznam, że zaskoczyłeś nas tym jak szybko odzyskałeś świadomość.
Przeklął w myślach technologię i otworzył oczy.
- Co to za miejsce?
- To ja zadaję pytania. Czym ty właściwie jesteś?
Nautolanin przewrócił oczami.
- Myślałem, że czasy, kiedy obcych nazywało się tym dawno minęły.
- Aleś delikatniś.
- Przynajmniej nie wredny człowieczek.
- Chyba się polubimy, - roześmiał się. - Leo Zinch, przywódca rebeliantów z V'Zobran…
- V'Z… czego? - Mruknął. - Dobra, dojdziemy do tego. O co walczycie?
- To twoje? - Zapytał Leo podnosząc ze stolika rękojeść miecza świetlnego.
- Owszem. A teraz mi to oddaj.
- Ciekawa broń, - powiedział nadal ignorując słowa Nautolanina. -Potrafisz takie produkować?
- Nie jestem żołnierzem. Nie będę walczył dla ciebie, ani dla nikogo innego. A teraz bądź tak łaskawy i oddaj moje rzeczy, - powiedział powoli wstając z łóżka.
- Jeszcze zobaczymy, - odpowiedział kierując się do drzwi. - I z łaski swojej, ubierz się wreszcie, - rzucił wychodząc.
Towarzysząca mu kobieta obrzuciła zielonego gościa spojrzeniem i wyszła unosząc brew.

W końcu był ubrany. O dziwo nie zabrali mu miecza. Nigdzie nie było znalezionej wcześniej datakarty - to akurat dziwne nie było. Wyjrzał przez okno, znowu był gdzieś indziej. Planeta wyglądała na tą samą, ale pomieszczenie musiało znajdować się bardzo wysoko, bo w dole korony drzew zlewały się w jednolitą, zieloną masę. Był ponownie zaskoczony, kiedy stwierdził, że nie wyczuwa żadnych żywych istot w pobliżu drzwi. Zrobił krok za drzwi. Jednak tu była i czekała na niego. Tym razem mógł się jej lepiej przyjrzeć. Była wysoką kobietą o długich, opadających falami na ramiona włosach. Miała na sobie rozpięty biały fartuch, pod, którym krył się czarny strój. Jej piwne oczy lustrowały go twardym spojrzeniem, nijak niepasującym do cichej asystentki z nosem wlepionym w datapad.
- Jednak się ubrałeś, - zaczęła, co Nautolanin skwitował jedynie uniesioną brwią. - Dobrze mieć Jedi po swojej stronie.
- Już mówiłem, że nie jestem po żadnej stronie.
- Więc pora się zdecydować, a ze mną możesz wiele zyskać.
- Z tobą? Och, niech zgadnę, bez ciebie nie byłoby rebeliantów.
- Po co ta ironia, Jedi?
- To, przeciw komu walczycie?
- A czy to ważne? Ważne jest to gdzie jesteś i co możesz zyskać. A teraz… - kontynuowała kładąc dłoń na jego biodrze. - Może zademonstrujesz mi swój miecz w działaniu?
- Nie licz na to.
- No tak… na zabawy mieczykiem później przyjdzie pora. Zabij go, - szepnęła i nie czekając na odpowiedź odwróciła się tak szybko, że jej włosy aż zafalowały w powietrzu.

Odeszła. Moment później nadeszło dwóch osobników w niebieskich mundurach z bronią gotową do strzału.
- Leo chce cię widzieć.
Nie miał wyboru. Idąc rozglądał się próbując wyłapać wszystkie przydatne miejsca.

Wszedł do dużego pomieszczenia z kilkoma komputerami, mapą okolicy na dużym ekranie oraz hologramie z rozkładem pomieszczeń. Było podejrzanie pusto, nad komputerem pochylony był Leo, a czarnowłosa kobieta czytała coś z datapadu. Podniosła lekko oczy patrząc na niego porozumiewawczo. Zapewne miał go teraz zabić. Ale co z tego, przecież i tak nie miał zamiaru tego zrobić. Nie miał zamiaru nikogo zabijać. Ktoś mógł uznać to za głupotę czy słabość, ale on zwyczajnie nie uważał krwawych żniw za lek na wszelkie zło. Postanowił zignorować podejrzaną parkę i szybko przeanalizował rozkład pomieszczeń. Pod nimi musiał znajdować się hangar.
-Jesteś nareszcie, - odezwał się Leo wyrywając go z zamyślenia. - Zostaniesz świadkiem mojego triumfu. Podejdź tu.

Nautolanin powoli podszedł bliżej. Starał się utrzymać obojętny wyraz twarzy i nie zdradzić jak bardzo niepokoiła go cała ta sytuacja.
- A teraz zabij ją.
- Powiedziałem, że nie będ… - urwał w pół zdania widząc jak jego ciało przebija słup czerwonego światła.
- Coś mi tu nie pasowało, - powiedział łapiąc swój miecz świetlny. - Teraz już wiem, co to było.
- Nie podobał ci się ten fartuszek? - Zapytała zrzucając biały fartuch. - Fakt, był okropny. Moja maska opadła, ale ty nadal możesz stanąć po mojej stronie.
- Przykro mi, ale wiem jak to się skończy.
- Twój wybór.
Niewidzialna siła pchnęła go w tył z taką mocą, że uderzył plecami w holoprojektor wyświetlający plan bazy.
- Poleż tam grzecznie, a ja tymczasem dokonam dzieła, - nachyliła się nad komputerem. - Nasz tajne ładunki wysadzą garnizony, nie będą mieli, czego przeciwstawić naszej potędze…

Nie usłyszał końca zdania, bo jego uszy wypełnił ryk syreny alarmowej. Na mapce pojawiły się czerwone punkty i to one skupiły całą uwagę kobiety. Nautolanin zebrał całą swoją, nadwyrężoną już, siłę woli i wstał. Po cichu wyszedł z pomieszczenia. Za drzwiami spotkał dwóch zdezorientowanych strażników, nie zwrócił jednak na nich uwagi i pobiegł przed siebie. Prawo, prosto, lewo i znowu prosto. Jest! Są turbowindy. Przez cały czas podróży na niższy poziom prosił Moc, żeby to był hangar.

Nie zawiódł się. Po całym hangarze biegały hordy ludzi przygotowujących statki do lotu. W kącie stał samotny myśliwiec, najwyraźniej prywatna jednostka. Bez namysłu pobiegł w jej stronę, wskoczył do kokpitu i odpalił silniki. Po raz kolejny podziękował Mocy, tym razem za to, że udało mu się tego dokonać. Kiedy wystrzelił przez szeroko otwarte wrota hangaru zobaczył pojawiające się w oddali kule ognia. Statek okazał się niesamowicie szybki i stosunkowo sprawnie opuścił atmosferę. Rzucił ostatnie spojrzenie na ten przedziwny świat, który powoli pochłaniała pożoga. Zrezygnowany pokręcił głową i odleciał w stronę gwiazd.

***

- Pozwoliłem na zniszczenie całej planety… - przerwał ciszę siedzący na stole Nautolanin.
- Taki nasz los Kirrciu, - odpowiedziała mu Chissanka gryzmoląc coś w notatniku. - Nie zawsze mamy wpływ na to, co się wydarzy.
- Ale oni mnie za to awansowali, - odpowiedział obracając w palcach słoik pełen biologicznych próbek.
- Nie, nie za to. Jedi musi być samodzielny, a ty właśnie tego dowiodłeś.
- Taa…
- Hej! Przeżyłeś, dostarczyłeś nam informacji o nieznanym dotąd fragmencie galaktyki…
- Mhm, - mruknął.
- Wiem, co ci poprawi humor! - Krzyknęła z entuzjazmem. - Wymyślimy jakiś kolejny szalony eksperyment, za który Sharon wywali nas z Zakonu.
- Chyba mam pewien pomysł…
Popatrzył na słoik w rękach i uśmiechnął się wymownie.

Wróć na górę