Pomiń nawigację™
Logo Jedi Order - małe
Home - ikonka HOME O NAS REKRUTACJA FORUM

Szpieg

Autor: Sobol

Wychodząc z nadprzestrzeni niedaleko księżyca Nar Shaddaa rozmyślałem po co Rada mnie tu skierowała. Mówili coś o przejęciu szpiega, który był w posiadaniu „cennych informacji” dla Nowej Republiki. Nagle wnętrze kabiny mojego myśliwca przeszył głośny alarm. Byłem namierzany. Nie przejąłem się tym zbytnio… nie pierwszy i nie ostatni raz ktoś we mnie celuje. Automatycznie przełączałem odpowiednie dźwignie i przełączniki szykując się do starcia. Zobaczyłem grupkę myśliwców TIE pomalowanych na pomarańczowo. Od razu zabrałem się do ich strącania. Sześć moich działek błyskało krótkimi seriami niszcząc myśliwiec za myśliwcem. Gdy ostatni zmienił się w gwiezdny pył przed moim myśliwcem przeleciał jakiś dziwny cień. Na pewno nie mógł być to TIE ani żaden podobny do niego statek. Zignorowałem to, ale usłyszałem, że coś posłało w moją stronę rakietę. Wykonałem mocny zryw w górę i jednocześnie wypuściłem małą niespodziankę. Z tyłu mojego myśliwca wypadło wiele małych namagnesowanych i emitujących ciepło kawałków metalu. Łakomy kąsek dla każdej rakiety. Jednak nie dla tej. Nerwowo przełknąłem ślinę i rozejrzałem się dookoła szukając tego co ją wystrzeliło. Nic nie widziałem. Ścigałem się z tą dziwną rakietą dobrych parę minut i na szczęście skończyło się w niej paliwo i odpuściła, ale dalej nie wiedziałem kto ją wypuścił. Moje czujniki nic nie wykrywały. Postanowiłem nie wnikać i jak najszybciej uciekać w atmosferę księżyca. Strzały padły znikąd. Mój myśliwiec został trafiony i zacząłem spadać. Kokpit stracił hermetyzację i zacząłem powoli tracić przytomność. Ostatnie co pamiętam to nerwowe pikanie mojego droida i mocne szarpnięcie.

Poczułem coś zimnego i mokrego na mojej twarzy. To mój droid polał mnie wodą by mnie obudzić. Leżałem w fotelu z mojego myśliwca. Blaszak zdążył nas katapultować. Gdy się podniosłem i obejrzałem siebie oraz droida szukając uszkodzeń zapytałem się go o statek. Ten nieśmiało wyciągnął manipulator wskazując kierunek. Jak się obejrzałem poczułem olbrzymią falę emocji. New Life. Mój ukochany zmodyfikowany X-Wing stał się kupą poskręcanego i płonącego metalu. Statek, który złożyłem razem z ojcem na Turonie, statek, który przywiózł mnie na Yavine 4, statek, który niezliczoną ilość razy służył mi podczas kosmicznych zmagań leżał teraz przede mną w kawałkach. Ogarnął mnie gniew i żal jednak po krótkiej chwili oddaliłem te emocje jak na Jedi przystało. Pozostało jedynie pragnienie dowiedzenia się kto do mnie strzelał. I dlaczego. Na szczęście spadłem na jakieś rusztowania dość blisko ulic Księżyca Przemytników. Z pojemników mojego droida wyciągnąłem zapasowy płaszcz którym się okryłem. Mój pierwszy palił się teraz razem z myśliwcem. Na szczęście miecze świetlne spoczywały tam gdzie powinny, czyli na moich plecach i przy pasie. Próbowałem wysłać wiadomość do Jedi o mojej sytuacji, ale nadajnik uległ uszkodzeniu. Pozostało tylko ruszyć w miasto.
Idąc przez kolorowe ulice Nar Shaddaa mijałem niezliczone rzesze istot wielu ras. Wiele z nich oferowało swoje różne „usługi” albo „towary”, ale ciche spokojne spojrzenie z pod kaptura gasiło ich ochotę na interesy. Bar „Pod Zgniłym Huttem”, jakże zachęcająca nazwa, ale namiary zgadzały się z tymi na których miałem spotkać szpiega. Wszedłem do środka. Pomieszczenie było dość spore, na oko z 100m kwadratowych, przy jednej ścianie na całej jej długości był bar, za którym stał wysoki i szczupły Chiss z jednym okiem i kilka droidów. Za nimi był półki z alkoholem oraz różnymi innymi substancjami. Po środku sali był stoły z krzesłami a naprzeciwko baru mała scena z grającym zespołem. Oświetlenie baru było słabe tak by zapewniać swoistą prywatność, ale też na tyle silne by nikt nie wszedł na ścianę. Podszedłem do baru i zgodnie z instrukcjami od szpiega zamówiłem drinka o jakże egzotycznej nazwie.
- Seksowną Huttyjkę z gorących plaż Hoth poproszę.
- Widzę, że mamy tu konesera niecodzienny ras.
- Wszystkie kobiety są piękne na swój sposób.- Powiedziałem i w duchu obiecałem sobie, że zabije tego szpiega za wymyślanie tak kretyńskich haseł.
-Więc Jedi dostali moją wiadomość. Świetnie. Chodź za mną.
-Trzymaj się na dystans- powiedziałem do mojego droida.
Poszliśmy na zaplecze gdzie zapytał jak minęła mi podróż.
- Dość spokojnie, ale powitanie było trochę za gorące – powiedziałem.
- Nie rozumiem.
- Zostałem zestrzelony. Nie wiem przez co. Nie widziałem żadnego statku a czujniki nic nie wykryły.
- To pewnie Doos.
- Doos?
-Tak. Tak to nazywają Ci co przeżyli. Tajemnicze zjawisko, którego nie jesteśmy w stanie wyjaśnić.
-Trzeba się tym zająć. Zostaw to mnie… a teraz te informacje.
- A tak. Na tym datapadzie są plany nowej broni Resztek Imper..
Nagle Datapad przeszył pocisk karabinu snajperskiego. Chwilę potem drugi przebił klatkę piersiową szpiega, który padł na ziemię martwy. Błyskawicznie włączyłem miecz i zacząłem się rozglądać za strzelcem. Dostrzegłem go. Biegł po najbliższym dachu. Udałem się za nim w pościg, błyskawicznie wskakując na dach i parując strzały z jego pistoletu. Sięgnąłem do kieszeni w mojej szacie i wspomagając się mocą cisnąłem nóż w kierunku jego nóg. Trafiłem a strzelec upadł na kolana. Gdy go dogoniłem i podniosłem mocą zamierzałem zadać mu parę pytań.
- Kim jesteś? Czemu do nas strzelałeś? O CO TU DO ŁYSEGO WOOKIEGO CHODZI?!
- Imperium znowu będzie wielkie!- krzyknął po czym wyrwał sobie nóż z nogi i wbił w szyję. Zanim zdążyłem coś zrobić był już martwy. Puściłem ciało, które z lekkim hukiem upadło na ziemię.
- Mam co do tego złe przeczucia.
Zacząłem go przeszukiwać po kieszeniach gdy nagle odezwał się jego komunikator.
- I jak Disktra? Dorwałeś niebieskiego szpicla? Dikstra?... moja reakcja była automatyczna.
- Tak. Śmieć nie żyje.
- Wszystko w porządku? Masz jakiś dziwny głos.
- Gonił mnie jakiś Jedi i kopnął mnie w gardło, ale posłałem go do piachu. Wszystko w porządku.
- Dobrze. Wysyłam Ci koordynaty spotkania. Bądź tam za godzinę. Niewiele myśląc ubrałem się w strój strzelca, założyłem jego hełm a ciało ukryłem. Wróciłem jeszcze tylko uprzątnąć ciało szpiega i ruszyłem na spotkanie.

Pojawiłem się w wyznaczonym miejscu o wyznaczonym czasie i spotkałem grupkę osób w podobnych pancerzach do mojego. Po krótkim powitaniu ruszyliśmy w kierunku jednej z ciemnych uliczek. Jeden z moich towarzyszy stanął koło klapy w ścianie, otworzył ją i wskoczył do środka. Inni, w tym ja, zrobili to samo. Szyb do którego weszliśmy był długi i ciemny. Opadał w dół więc właściwie zjeżdżaliśmy nim i to dość z dużą prędkością. Nagle szyb się skończył i wylądowałem w wielkiej dziwnej sali pełnej Huttów i ludzi w imperialnych mundurach. Jeden z Huttów odezwał się:
- Czy problem został rozwiązany? – zamarłem. Wszędzie poznam ten głos. Urbano… ta parszywa ropucha, która była samozwańczym władcą mojej rodzimej planety. Co on robi tak daleko od Turona?!
- Tak szefie – odezwał się ten, który próbował się połączyć ze strzelcem. – Dikstra go zastrzelił. A dodatkowo sprzątnął Jedi, który tu węszył- po czym klepnął mnie w plecy.
- Doskonale – roześmiał się Urbano. – Doskonale. No chłopcy. Zasłużyliście na odpoczynek. Dziś wieczór macie jedzenie i picie na koszt lokalu! A i jeszcze jedno. – Pstryknął palcami i zza jednej z wielu zasłon wyszło kilka skąpo odzianych twilekanek. Moi towarzysze byli wyraźnie wniebowzięci, ale ja nie podzielałem tego entuzjazmu. Byłem skupiony na Huttcie przede mną. Tym, który był odpowiedzialny za zdewastowanie mojej planety. Ten, który przekupił jednego z uczestników wyścigu, by spowodował wypadek, w którym zginął mój ojciec. Ten, który parę lat przed tym porwał moją matkę na swoją niewolnicę. Ten, który jednocześnie zniszczył mi życie, ale też dzięki któremu wszedłem na ścieżkę Jedi.
- Co z tobą Dikstra? Jedi Ci jajca uciął?- dogryzali mi gdy ignorowałem przytulającą się do mnie dziewczynę.
- Nie. Po prostu trochę mnie poturbował... chyba poproszę by zaprowadziła mnie do lekarza a potem do mojej kwatery.
- Jak wolisz…
- Jak masz na imię? – Zapytałem prowadzącą mnie Twilekankę.
- Jak tylko Pan chce.
- Nie rozumiem.
- My nie mamy stałych imion. Nasi klienci nazywają nas jak chcą.
- Ale pewnie dostałaś jakieś imię przy narodzinach.
- Nie wolno mi go wspominać.
Wyglądała na przestraszoną gdy to mówiła, więc nie naciskałem dalej. Szliśmy długim korytarzem w ciszy. Nagle kątem oka przez otwarte drzwi zobaczyłem statek. Myśliwiec. Nigdy takiego nie widziałem. Zatrzymałem się i złapałem ją za rękę by zrobiła to samo.
- A możesz mi coś powiedzieć o tym statku? Zawodowa ciekawość – zapytałem.
- To Z-21. Jeden z wielu prywatnych statków mojego Pana Urbano. Nigdy nim nie latał czasem pozsala tylko łowcom nagród… generalnie ma go tylko po to by cieszył oczy. Tak jak mnie i moje koleżanki.
- Ciekawe….- stwierdziłem- bardzo ciekawe.
Poszliśmy dalej.
- Tutaj jest Pana kwatera. Czy… czy mam tam wejść z Panem? – zapytała się z wyczuwalnym strachem w głosie.
- Oczywiście. Wejdź.
Dziewczyna weszła zrezygnowana i usiadła na jednym z krzeseł.
- Na co ma Pan ochotę? - Zapytała.
- Po pierwsze przestań nazywać mnie Panem. Sobol wystarczy. Przynajmniej na osobności by nie budzić podejrzeń.
- Jest Pan.. Jesteś dość nietypowym łowcą nagród – stwierdziła.
Spojrzałem na nią dokładnie. Dopiero teraz zobaczyłem, że jest młoda. Bardzo. Mocny makijaż miał zamaskować pewnie jej wiek, ale podejrzewam, że nie była nawet pełnoletnia. Zdjąłem hełm, który ciągle miałem na twarzy i uśmiechnąłem się. Zacząłem Mocą sprawdzać jej umysł. To co zobaczyłem przeraziło mnie, a widziałem w życiu wiele zła. Dowiedziałem się niemal wszystkiego. Była sierotą, jej koleżanki to tak naprawdę jej siostry. Zostały porwane z rodzinnego domu a ich rodziców Urbano kazał spalić żywcem na ich oczach. Jej nienawiść do tego Hutta zawstydziłaby niejednego Sitha. Postanowiłem się jej ujawnić, ale w obawie przed podsłuchami postanowiłem zrobić to Mocą. Telepatia… a pomyśleć, ileż to razy uciekałem z tych zajęć na lekcje szermierki kiedy byłem padawanem. Wyjawiłem jej wszystko, Kim jestem i co tu robię. Od razu wyczułem jak jej strach opada. Wyczułem także coś nowego. Przebłysk nadziei.
- Posłuchaj. Pomogę Wam. Tylko musimy udawać, że o niczym nie wiesz. Jak się wszystko uda… oboje przeżyjemy i będziemy wolni.
Przedstawiłem jej szybko mój plan, ubrałem hełm i po chwili byliśmy już w sali, gdzie impreza trwała w najlepsze.
- Dikstra! I co? Jak było? - Zagadał do mnie jeden z łowców. – Dalej zdejmij ten kubeł z głowy i napij się z nami.
- Chyba podziękuję, Chcę zachować siły na wieczór z nową przyjaciółką. – zaśmiałem się dwuznacznie.
- Ach Dikstra Dikstra.. cicha woda! Wiedziałem, że się przełamiesz! Ale dalej zdejmij ten hełm dla towarzystwa.
- Powiedziałem coś na ten temat.. hełm zostaje na swoim miejscu – powiedziałem i postukałem pięścią w bok hełmu.
- ŚCIĄGAJ! – krzyknął już ewidentnie pijany facet po czym złapał mnie za głowę próbując zdjąć mi hełm.
W tym momencie dałem ręką sygnał dziewczynie i jednocześnie drugą uruchomiłem miecz przebijając awanturnika. Gdy zsunął mi się z ostrza i padł na ziemię wszyscy na mnie patrzyli.
Zdjąłem z głowy rzecz, o którą była awantura i rzuciłem go pod fotel Urbano.
- Zadowoleni? – zapytałem.
Wszyscy wycelowali we mnie broń i już mieli zacząć strzelać, ale Urbano zaczął się śmiać.
- Kim jesteś młody Jedi i czego tu szukasz poza śmiercią? Zapytał Hutt.
- Byłem tu z zadaniem, które niestety wzięło w łeb. Ale spokojnie. Wyznaczyłem sobie inne.
- Przypominasz mi kogoś… pewnego żałosnego człowieczka z jednej z moich planet. Na ogół nie zapamiętuję twarzy, ale ten facet był prawdziwą solą w oku. Nie dość, że przez niego przegrywałem zakłady n wyścigach, to jeszcze próbował zorganizować ruch oporu. Nawet nie wiesz jaką radość mi sprawiło zabicie go. – Gdy zobaczył moją zaskoczoną minę szybko mi wyjaśnił.
- Tak. To ja go zabiłem. Sam wypadek przeżył, moi ludzie go odratowali tylko po to bym mógł go osobiście ubić. I do dziś mam pamiątkę po tym psie! – - powiedział i pokazał mi mojego ojca. A raczej jego ciało w karbonicie.
Gniew i chęć zemsty zawładnęły moim umysłem. Nawet nie wiem kiedy włączyłem drugi miecz i zacząłem odbijać lasery, które wystrzelili we mnie strażnicy. Każdy dostał swoim własnym pociskiem a gdy wszyscy już byli martwi zacząłem powili iść w stronę Hutta. Rozglądał się przerażony po czym spojrzał na mnie. Cały czas zbliżałem się do niego wolnym krokiem z włączonymi mieczami. Zaczął skomleć. Błagał o litość i tłumaczył, że to był plan. Mówił o tym jak to wynajął gościa by udawał szpiega jak go kazał zabić by nie wydał prawdy. Jak miałem zostać złapany i być kartą przetargową dla Imperium. Gdy już uniosłem miecz by się zemścić ocknąłem się z tego transu. Opamiętałem się. Pierwszy raz otarłem się tak mocno o ciemną stronę. Zabiłbym nieuzbrojonego przeciwnika zaprzepaszczając wszystko czego nauczył mnie ojciec i Jedi. Honor. To co zawsze było dla mnie najważniejsze w życiu straciłbym bezpowrotnie. Patrzyłem na niego jak błagał o litość i wyłączyłem miecze.
- HA! Wiedziałem. Zabraknie Ci odwagi by zabić Wielkiego Urbano – zaśmiał mi się w twarz.
Gdy odchodziłem usłyszałem dźwięk wyciąganego blastera. To Hutt celował we mnie i wystrzelił.
Jednym płynnym ruchem uruchomiłem miecz i idealnie odbiłem pocisk tak, że trafił prosto w blaster powodując jego eksplozję. Urbano wrzasnął z bólu i chwycił się za rozerwaną łapę. Dosłownie sekundę później między jego oczami pojawił się dymiący otwór. Obejrzałem się. To Twilekanka, która mnie oprowadziła trzymała blaster w ręce. Wyłączyłem miecz i podszedłem do niej. Wyjąłem jej z ręki blaster i odrzuciłem go na bok. Dziewczyna rzuciła mi się na szyję z płaczem.
- Już po wszystkim. Jesteś wolna. Wszystkie jesteście. –Pocieszałem ją.
- Ale jak odlecimy z planety? Jak w ogóle mamy stąd wyjść? Złapią nas. Złapią i zabiją za to co tu się stało. – powiedziała łkając.
- Macie tu komunikator?

Gdy udało mi się nawiązać łączność ze świątynią w głośniku odezwał się głos Kirronda.
- SOBOL! Gdzieś Ty był? Od dwóch dni nie możemy się z tobą skontaktować. Mamy nowe informacje. Ten szpieg to była pułapka.
- Dzięki Kirr… Nasz wywiad jak zawsze działa błyskawicznie.
- Gdzie jesteś?
- Na Nar Shaddaa, ale mam tu jeszcze jedną sprawę do załatwienia. Za to mam wyzwolonych zakładników, którym przyda się pomoc. Przyślij tu statek transportowy, ale nie śpiesz się. Muszę jeszcze coś załatwić.
Rozłączyłem się i udałem do hangaru gdzie widziałem wcześniej myśliwiec. Teraz mogłem mu się przyjrzeć dokładnie. Był doskonały. Potężne silniki, 6 działek laserowych z przodu i dwa z tyłu obsługiwane przed astromecha. Był też dość niewielkich rozmiarów. Nagle usłyszałem za sobą pikanie.
- R6! No ładnie… jak zwykle ominęła Cię zabawa – powiedziałem do mojego droida, który w końcu raczył się pojawić.
Droid zapikał.
- Statek? Próbowałeś naprawić?
- Pik błip pip bip.
- Rozumiem. Ech trudno. To był dobry myśliwiec, ale zobacz ten – wskazałem na Z-21.
R6 objechał statek do około po czym podjechał pod spód i został wciągnięty na miejsce astromecha.
- Co ciekawego wyczytałeś w systemach? – zapytałem. Droid zaczął wypikiwać różne parametry a ja coraz bardziej się uśmiechałem. Wtem usłyszałem to na co liczyłem. Urządzenie maskujące.
- Ach więc to tak. Teraz wszystko rozumiem – powiedziałem jakby sam do siebie.
Ten statek to był ten cały Doos. To ten statek mnie zestrzelił...
Wróciłem do komunikatora i nawiązałem połączenie ze świątynią.
- Dobra Kirr. Wysyłaj ten transportowiec. Ja wrócę na własną rękę. Kiedy transportowiec przyleciał i zabrał uratowane przeze mnie tancerki ja wróciłem do hangaru.
Wsiadłem do Z-21 i jak tylko chwyciłem stery poczułem dreszcz ekscytacji. Wprawdzie straciłem na tej misji mojego ukochanego X-Winga, ale los mi to wynagrodził, I to nie byle jak.
Do świątyni wróciłem na pokładzie mojego nowego statku. Podobnie jak poprzedni nazwałem go odpowiednio do sytuacji. Reparation.
Odszkodowanie.
Wróć na górę