Pomiń nawigację™
Logo Jedi Order - małe
Home - ikonka HOME O NAS REKRUTACJA FORUM

Powrót do domu

Autor: Resmi Helfire

Siedząc w kokpicie “Znalazcy”, wyglądałam przez iluminator. Dobrze pamiętałam dzień, w którym wylądowałam na tym księżycu, odnalazłam siostrę i wstąpiłam do Akademii, by zostać Jedi…
Patrzyłam na wielki gmach Świątyni, która niegdyś służyła za kryjówkę Rebelii przeciw Imperium Palpatine’a. Każdego dnia dziesiątki istot różnych ras przylatywało i odlatywało. Patrzyłam jak istoty te przemieszczają się pomiędzy budynkami, a gęstym lasem Yavina IV. Wśród nich byli ci, których spotykałam każdego dnia. Mistrzowie, Rycerze, Padawani, a nawet nowo przybyli Adepci. Tak jak ja przed dwoma latami przylecieli tutaj, aby znaleźć swoje miejsce w tej Galaktyce, nowy dom bądź utraconą rodzinę… Z zadumy wyrwały mnie dobrze znane piski droida. Spojrzałam w tył, by dowiedzieć się o co chodzi. Mój droid astromechaniczny typu R2, któremu nie stworzyłam jeszcze pasującego do niego imienia, wskazywał na drzwi niewielkiej ładowni. Kiedy tam popatrzyłam, drzwi były już zamknięte. Nie pamiętam, żebym je zamykała, ale pewnie to robota droida. Spojrzałam na chronometr - było już prawie południe. Czas ruszać. Byłam ciekawa, czy pamiętam jeszcze jak się lata. Zamknęłam oczy, głęboko odetchnęłam. Dam radę. Wszystko będzie dobrze, pomyślałam. Droid piszczał pytająco.
- Tak, już startujemy - odpowiedziałam.
R2 najwyraźniej zrozumiał, bo popędził podpiąć się do komputera głównego zasilania. Odetchnęłam jeszcze raz, po czym usiadłam wygodnie w fotelu pilota i zapięłam dobrze pasy. Spojrzałam na konsolę z przyciskami, omiatając wzrokiem je wszystkie. Wcisnęłam duży czerwony guzik. Statek podskoczył i wszystkie jego serwomotory obudziły się do życia. Próbując zachować spokój przejechałam po konsoli wciskając wszystkie guziki, które myślałam, że odpowiadają za dopływ paliwa i inne systemy. Szybko zauważyłam swoją pomyłkę. “Znalazca” podskoczył gwałtownie i droid zapiszczał w panice. Kierując się przeczuciem wcisnęłam jeszcze kilka guzików i nagle statek znów był spokojny. Odetchnęłam z ulgą. Popatrzyłam przed siebie. Sądząc po niezmienionym zachowaniu turystów, chyba nikt nie zauważył mojego wariactwa. Na szczęście. Wróciłam wzrokiem do konsoli. Już miałam wcisnąć przycisk włączający autopilota, kiedy droid zapiszczał protestująco. Spojrzałam na niego, a on wskazał mi na stery przy moim fotelu. Były już aktywne. R2 cały proces startowy wykonał bez mojej pomocy… a nawet w pewnym sensie uratował go… Usłyszałam zachęcające piski, więc chwyciłam pewnie za stery. Zanim się obejrzałam statek wznosił się kilka metrów nad ziemią. Ostatni raz spojrzałam na Świątynię i mogłabym przysiąc, że moja Mistrzyni patrzy teraz na mój odlot. Dobrze, że nie widziała tego wcześniej, pomyślałam zażenowana.
Trzymając stery, zwróciłam statek dziobem w kierunku nieba i ruszyłam. W mgnieniu oka miałam za sobą budynki i las. Jeszcze minuta i znajdowałam się już poza atmosferą. Zleciłam komputerowi obliczenie najszybszego kursu na Korelię. Kiedy kilka sekund później dane wyświetliły się na ekranie, przesunęłam wajchę w przód i gwiazdy przed nami rozmyły się, a ja usnęłam we własnym fotelu.

*****

Kiedy tylko odpłynęłam, zobaczyłam coś, czego miałam nadzieję już nigdy nie zobaczyć. Znów wróciły do mnie te same obrazy, które widziałam jako dziecko. Przed oczami mignęła mi scena śmierci mojego ojca, później dziadka, rozpacz babci po Jego stracie i jej smutny wyraz twarzy, kiedy odlatywałam na poszukiwania siostry.
Chwilę później zobaczyłam jeszcze jeden obraz. Ten, który nawiedzał mnie w snach i medytacjach przez ostatnich kilka dni. Widziałam babcię. Jej ciało leżało bez życia w ruinach domu, gdzie kiedyś razem mieszkałyśmy. Wokół nie było niczego, poza fotografią trzymaną przez nią w zimnej już dłoni. Chciałam podejść, wziąć ją, ale obraz zaczął uciekać. Oddalałam się z tamtego miejsca, nie mogąc nijak powstrzymać tego pędu. Nim zdążyłam wydać z siebie jakikolwiek dźwięk, obraz zniknął...

*****

Obudziłam się, gwałtownie siadając w fotelu, z którego -jak się okazało - zsunęłam się nieco w czasie snu. Przetarłam dłońmi twarz i spojrzałam na konsolę. Do wyjścia z nadprzestrzeni zostało kilkanaście minut. Chwila na otrząśnięcie się z szoku. Jednym ruchem odpięłam pasy, po czym wstałam i ruszyłam w kierunku ładowni. Zbliżając się do niej wyczułam tę samą obecność, co w czasie wsiadania na pokład. Zignorowałam ją wtedy, sądząc, że na tak zaludnionej planecie nie ma w tym nic dziwnego… ale w kosmosie?
Postanawiając to sprawdzić, wcisnęłam guzik otwierający drzwi. To co zobaczyłam odebrało mi mowę. Na jednej ze skrzyń siedział po turecku czarnowłosy chłopak, który nawet nie drgnął, kiedy weszłam do pomieszczenia. Jego zamknięte oczy sugerowały, że jest pochłonięty medytacją…
- Ekhem… - odezwałam się - Mogę wiedzieć, co robisz na moim statku?
- Siedzę - odpowiedział prawie się uśmiechając.
- Bardzo zabawne, Sobol… - przyjrzałam mu się - Nie schowałeś się w mojej ładowni, żeby posiedzieć - stwierdziłam fakt.
Chłopak otworzył oczy, usiadł prosto i spojrzał na mnie.
- Nie. Nie jestem tu, żeby siedzieć… choć przy Twoim startowaniu byłem bliski leżenia - zaśmiał się, a ja spojrzałam w podłogę, żeby ukryć uśmiech.
- Więc co tu robisz? - spytałam już opanowana.
Chwilę zastanowił się zanim mi odpowiedział.
- Twoja Mistrzyni czuła, że gdzieś się wybierasz, mimo że nic Jej nie powiedziałaś. Chciała, żeby ktoś poleciał z Tobą, tak dla bezpieczeństwa, żeby…
- Żeby mnie pilnować?
- Chciała mieć pewność, że wrócisz cała i że będzie mogła pomęczyć Cię jeszcze szkoleniem.
- I wybrała Ciebie?
- Nie wybrała mnie.
Spojrzałam na niego zdziwiona.
- Sam się zgłosiłem.
Moja mina musiała być strasznie zabawna sądząc po Jego nagłym wybuchu śmiechu.
- W Akademii mi się chwilowo nudziło, a Ty zawsze pakujesz się w kłopoty, więc tu przydam się bardziej… no i to pewnie będzie zabawne - zaśmiał się krótko.
- Aha… zabawne będzie pilnowanie mnie?
- Spokojnie - powiedział wstając i podchodząc do mnie - Nie jestem tu, żeby Cię pilnować. Możesz robić co tam miałaś w planach i nawet nie zauważysz mojej obecności… - stanął spokojnie obok mnie w drzwiach - Ja mam tylko przypilnować, żebyś bezpiecznie i w jednym kawałku wróciła do domu.
Spojrzał na mnie z góry po czym wyszedł z pomieszczenia, a ja patrzyłam jak odchodzi w kierunku kokpitu.
Nie zauważę Twojej obecności? - pomyślałam - A szkoda…
Kiedy tylko zniknął z pola widzenia odwróciłam się i podeszłam do skrzyni, na której chwilę temu siedział. Otworzyłam ją i wyjęłam ze środka kolorową narzutę. Włożyłam ją przez głowę. Spojrzałam na swoje odbicie w ścianie. Narzuta była na tyle długa, że wystarczająco zasłaniała górną część mojego stroju. Nie chciałam zwracać na siebie uwagi. Korelia nie słynęła z uwielbienia dla Jedi…
Zastanowiłam się przez chwilę, czy Sobolowi nie przyda się podobna. Sięgnęłam więc w głąb skrzyni i wygrzebałam podobną narzutę do tej, którą miałam na sobie. Była o wiele większa, więc łatwo było się domyślić do kogo należała. Tylko jeden mężczyzna latał tym statkiem. Mój dziadek.
Przytuliłam materiał, przypominając sobie człowieka, który go nosił. Stałam tak chwilę, po czym zawinęłam materiał w dość niekształtny rulon i trzymając go w dłoni wróciłam do kokpitu. Sobol rozsiadł się już wygodnie na fotelu drugiego pilota. Podeszłam do niego i położyłam zwinięty rulon na konsoli przed nim.
- Proszę, może Ci się przydać.
Chłopak spojrzał na materiał, a później na mnie.
- Tylko lepiej nie zgub - dodałam, siadając w swoim fotelu - Należała do mojego dziadka.
Zastanowił się chwilę, nadal na mnie patrząc.
- Widzę, że jest dla Ciebie cenna… - chwycił materiał i podał mi go - Zatrzymaj ją. Ja dam sobie jakoś radę. Spojrzałam na niego, po czym bez słowa wzięłam zwinięty rulon i położyłam obok fotela. Skupiłam się na konsoli. Czas wyjścia z nadprzestrzeni był coraz bliżej. Zostało tylko kilka minut. Zapięłam dobrze pasy. Kątem oka widziałam, że Sobol zrobił to samo. Kiedy na ekranie komputera pojawił się odpowiedni sygnał, przyciągnęłam do siebie wajchę i smugi przed nami znów stały się małymi gwiazdami. Byliśmy nad orbitą mojej ojczystej planety. R2 jak zwykle popędził podpiąć się do komputera, a ja chwyciłam za stery. Kiedy droid piskami dał znać o swojej gotowości, pewnie ruszyłam w kierunku planety. Im byliśmy bliżej atmosfery tym bardziej się denerwowałam. Dam radę, dam radę… powtarzałam w myślach. Zdziwiło mnie, że nie zatrzymała nas kontrola lotu, ale może to i lepiej. Postanowiłam skupić się na pilotażu, żeby nas nie pozabijać. Wchodząc w atmosferę trochę nami zatrzęsło, ale dałam radę to opanować. Lokalizatorem na statku droid namierzył najbliższe lądowisko. Skręciłam w jego kierunku i obniżyłam lot. Na szczęście obok lądowiska nie było nic, co można rozwalić przez przypadek statkiem. Ku mojemu zdziwieniu, zanim się obejrzałam, statek siedział już bezpiecznie na ziemi. Całkiem dobrze mi poszło. Uśmiechnęłam się. Chcąc jak najszybciej dotrzeć na miejsce, ruszyłam w kierunku rampy. Zanim jednak wyszłam, na konsoli obok włączyłam kilka zabezpieczeń antywłamaniowych. Spojrzałam jeszcze raz w kierunku kokpitu, ciekawa czy Sobol również wychodzi na powierzchnię. Widziałam, że wkładał na głowę kaptur, którego wcześniej u niego nie zauważyłam, więc odpowiedź była logiczna. Faktycznie da sobie radę, uśmiechnęłam się pod nosem. Otworzyłam rampę przed sobą i ruszyłam na dół. Mój droid pojechał za mną. Odwróciłam się i zatrzymałam go dłonią.
- Nie tym razem przyjacielu. Zostań tutaj. Jakby coś się działo, daj znać.
Droid zapiszczał parę razy smętnie, ale w końcu odwrócił się i pojechał z powrotem do środka. Głośne przekleństwo Sobola i piski R2 sugerowały, że wpadli na siebie po drodze.
- Co za gapa - szepnął pod nosem.
Gapa… hm… całkiem niezłe…
Nie oglądając się za siebie, ruszyłam marszem w kierunku domu babci. Im bliżej byłam celu, tym bardziej miałam ochotę pobiec tam zanim będzie za późno. Gdy zbliżyłam się już na tyle, że do końca drogi został mi raptem jeden zakręt, stanęłam w osłupieniu. Z miejsca, gdzie stał dom babci ulatniał się gęsty szary dym. Po głowie przetoczyły mi się najgorsze myśli. Nie, nie, nie, nie, nie… Nie zastanawiając się nad tym, ruszyłam biegiem w tamtym kierunku. Kiedy tylko minęłam zakręt, widziałam już wyraźnie niewielkie płomienie ognia, którymi zajęły się już odpowiednie służby. Dom był tak zniszczony, że wyglądał identycznie jak ten, który widziałam we śnie. Ignorując krzyki władz i zbioru ludzi wbiegłam do środka. Moje najgorsze obawy się sprawdziły. Kobieta, która mnie wychowała, leżała na ziemi. Nie zastanawiając się, dlaczego ludzie jeszcze jej stamtąd nie wynieśli, szybko do niej podbiegłam i uklękłam obok niej.
- Babciu?
Ledwie potrafiłam mówić, połykając jednocześnie łzy, które teraz spływały mi strumieniami po policzkach. Byłam przerażona. Używając mocy “przesondowałam” jej ciało od środka. Odetchnęłam z wielką ulgą, kiedy wyczułam u niej bardzo słaby puls. Ona jeszcze żyła.
Szybko otarłam łzy i wspomagając się mocą uniosłam kobietę lekko nad ziemię. Jej ciało było strasznie ciężkie, ale na szczęście nie byłam z tym sama. Zauważyłam, że w moją stronę biegnie Sobol. Nic nie mówiąc, chwycił kobietę z jednej strony i pomógł mi ją wynieść na zewnątrz. Wokół nas wszystko waliło się pod naporem ognia, ale nie zwracałam na to uwagi. Wychodząc z budynku, widziałam zdziwione twarze tłumu ludzi. Nie wiem, czy bardziej miałam ochotę zrobić im krzywdę za zostawienie mojej babci w palącym się budynku, czy za to, że żadne z nich nawet nie sprawdziło, czy budynek jest pusty. Położyliśmy ją na kawałku trawy w ogrodzie. Zostałam przy niej, a Sobol pobiegł gdzieś w kierunku tłumu. Po chwili wrócił w towarzystwie dwóch istot z plakietkami służb medycznych. Jeden z nich był człowiekiem, drugi zaś Nautolaninem. Zabrali kobietę na noszach, a ja nie mogąc iść z nimi, nadal siedziałam w miejscu, wpatrując się w nich. W oczach nadal miałam łzy. Przez chwilę zastanawiałam się, co by było, gdybym przybyła na miejsce o kilka minut później. Po policzkach znów spłynęły mi łzy, ale szybko je otarłam. Wstałam niezgrabnie z trawnika i otrząsnęłam się z liści. Sobol wyłonił się z tłumu ludzi i podszedł do mnie.
- W porządku?- zapytał, przyglądając mi się.
- Yhym… tak jakby. - spojrzałam mu w oczy.
Mimo tego, że jedno z nich było cybernetyczne, były tego samego odcienia zieleni, co lasery w moim treningowym mieczu. Na dodatek kaptur, który nadal miał na sobie, całemu widokowi dodawał jeszcze niesamowitej tajemniczości… O czym ja myśle?... Chcąc odegnać myśli spojrzałam w dół.
- Tak jakby - powtórzyłam, po czym spojrzałam w tłum - Tyle, że przez czyjeś niedopatrzenie prawie umarła mi babcia. - spojrzałam znów na niego - Muszę się dowiedzieć, co tu się stało.
Miałam już ruszyć w kierunku tłumu, kiedy chłopak głośno odchrząknął. Odwróciłam się w jego stronę.
- Już o to pytałem…
- I co powiedzieli? - weszłam mu szybko w słowo.
- To był wybuch jakiegoś gazu. Świadkowie mówią, że właśnie wracała z ogródka do domu, kiedy coś głośno trzasnęło i wyleciało przez sufit w powietrze. Gaz musiał przedostać się do jakiegoś ujścia prądu i wywołać pożar.
- Tak sam z siebie?
- Jeśli chcesz zasugerować podpalenie albo coś podobnego, to ta opcja odpada. Ludzie mówią, że nikt się od kilku dni do domu nie zbliżał.
- Nawet, żeby wyciągnąć ją ze środka…- pomyślałam głośno.
Zapadła krótka cisza.
- Resmi, posłuchaj…
- Resmi?!
Zdziwiona odwróciłam się w kierunku znajomego głosu. W naszą stronę zmierzał młody chłopak, którego znałam od wielu lat.
- Paul?...
Chłopak zbliżał się do nas szybkim krokiem.
- Ta, a myślałaś, że kto?
Gdy tylko podszedł do mnie na odległość kroku, przytulił mnie na powitanie. Byłam strasznie zdziwiona tą nagłą empatią, ale odruchowo również go przytuliłam.
- Ukhym… - na dźwięk głosu Sobola, odsunęłam się od przyjaciela.
Spojrzałam najpierw na niego, później na Paula.
- Paul, to jest Sobol… - zastanowiłam się chwilę co powiedzieć, nie chcąc zdradzić, że jesteśmy Jedi. - ...znajomy ze szkoły. - dokończyłam szybko.
Wyczułam lekkie rozbawienie ze strony Sobola, a jeszcze większe Paula.
- Sobol - zwróciłam się tym razem do niego - poznaj Paula. Mojego starego przyjaciela.
Sądząc po minie Paula, nie był zbyt zadowolony z określenia “starego”.
- Co tutaj robisz? - zapytał.
- Przyleciałam odwiedzić babcie, ale jak widzę nieco nie w porę.
- Ta… miejmy nadzieję, że nic jej nie jest.
Spojrzałam na niego. Wydawał się strasznie zakłopotany. Używając Mocy przesondowałam jego umysł. Widziałam wszystkie jego myśli. On tu był. Widział wszystko. Był tu przez cały ten czas. Wiedział, że babcia jest w środku, ale nic nie zrobił. Im bardziej zagłębiałam się w jego myśli tym bardziej przyspieszał mi puls. Łzy napływały mi do oczu. Na myśl, że mój przyjaciel, którego znałam od dziecka chciał tak po prostu zostawić moją babcię na śmierć, wzbierała we mnie złość. Sobol musiał wyczuć moje emocje, bo energicznie podszedł do mnie bliżej. Nic jednak nie zrobił. Paul wpatrywał się we mnie przerażonym wzrokiem. Nagle cofnął się do tyłu, a ja ruszyłam za nim.
- Resmi? - głos chłopaka był tak zachrypnięty, że ledwo wymówił moje imię. Nadal się cofał, ale ja pozostałam w miejscu. Miałam wielką ochotę sięgnąć po mój miecz świetlny i zrobić mu wielką krzywdę. Byłam na niego wściekła. Moja ręka mimowolnie powędrowała do pasa i opuszkami palców dotykałam już chłodnego metalu rękojeści. Sobol, wyczuwając moje zamiary, położył mi swoją metalową dłoń na ramieniu, chcąc mnie w ten sposób powstrzymać
- Resmi… Nie chciałam go słuchać. Chciałam, żeby Paula spotkała kara za to, że chciał pozwolić mojej babci umrzeć. Podeszłam do niego jeszcze o krok. Już miałam wyciągnąć zza paska broń, kiedy przed oczami stanęła mi twarz babci. Stałam osłupiała w miejscu. Obraz nagle się zmienił. Na przemian widziałam twarze babci, mojego dziadka, ojca i mojej siostry. Uświadomiłam sobie, co właśnie chciałam zrobić. Chciałam zrobić coś, czego żałowałabym do końca życia. Zawieść wszystkie mi bliskie osoby. Moja chęć zemsty była ogromna, ale było coś potężniejszego. Myśl, że gdybym to zrobiła, zawiodłabym własną rodzinę. Nie mogłam tego zrobić. Nie byłam taka. Nie potrafiłam zabić. Choćbym miała na to nie wiadomo jak dużą ochotę… nie byłam zabójcą. Byłam Jedi. A Jedi nigdy nie używają Mocy do ataku.
Wzięłam głęboki oddech i zamknęłam oczy. Łzy znów popłynęły mi po policzkach. Świadomość, że byłam tak bliska tak wielkiej zbrodni była okropna. Jeszcze raz głęboko odetchnęłam, po czym otworzyłam oczy.
- Chciałeś pozwolić mojej babci umrzeć. - zaczęłam spokojnie, zwracając się do Paula. - I miałam wielką ochotę zrobić Ci za to krzywdę. Ale to by było za proste. - czułam za sobą, że Sobol podszedł bliżej, żeby wyraźniej usłyszeć co mówię - Gdybym Cię teraz w zemście za nią zabiła, to byłaby dla Ciebie nagroda. - przerwałam na chwilę, by mógł przetrawić moje słowa. Im bardziej do niego docierały tym bardziej się uspokajał, ale też bał się tego, co chciałam powiedzieć.
- Zamiast tego uznałam… - kontynuowałam spokojnie - Że dużo większą dla Ciebie karą, będzie życie ze świadomością tego, co zrobiłeś. Chciałeś zostawić bezbronną kobietę na śmierć, a tym samym zdradziłeś własnego przyjaciela. Mnie. Nie ma nic gorszego od zdradzenia przyjaciół. Żyj z tą świadomością.
Wyczułam nagły przypływ zdziwienia ze strony obu chłopaków, a zaraz później niewielkie zakłócenie Mocy. Posłałam myśli w jego kierunku i już wiedziałam co się stało. Moja babcia właśnie umarła.
- Nie… - znów pomyślałam na głos - Tylko nie to…
Świadomość tego, co się stało zwaliła mnie z nóg. Upadłam na kolana. Smutek, który mnie ogarnął, sprawił, że po moich policzkach znów popłynęły gorzkie łzy. Siedziałam tam, z głową skierowaną ku ziemi.
- Odejdź - odezwał się Sobol, ale te słowa nie były skierowane do mnie, tylko do mojego byłego przyjaciela. Sobol także był Jedi. Mógł nie wyczuć śmierci mojej babci, ale z całą pewnością potrafił przesondować mój umysł. Ostrożnie przykucnął obok mnie i położył mi rękę na ramieniu. Nawet nie drgnęłam. W oddali nadal słyszałam kroki szybko oddalającego się Paula. On pewnie jeszcze nie wiedział, ale mogłam sobie wyobrazić co będzie czuł, kiedy ta wiadomość do niego dotrze. To z pewnością wyjątkowa kara. Po kilku minutach siedzenia, w końcu otrząsnęłam się. Mokrym już rękawem wytarłam twarz z łez i spokojnie wstałam. Dopiero teraz zauważyłam zdjęcie leżące na trawie obok. Była to ilustracja, którą widziałam we śnie trzymaną przez babcie. Widocznie musiała jej wypaść, kiedy ją zabierali. Podeszłam do niej i podniosłam ją z ziemi. Na zdjęciu były trzy postacie: babcia, dziadek i ja, kiedy byłam mała. Mimowolnie uśmiechnęłam się do siebie na wspomnienie tamtej chwili.
Kiedy odwróciłam się z powrotem, Sobol stał w miejscu, patrząc w moim kierunku.
- Wracamy na statek? - zapytał, kiedy do niego podeszłam.
Spojrzałam jeszcze raz w kierunku domu babci. Tyle wspomnień…
- Wracajmy. Ale jeszcze nie możemy odlecieć. Została jedna rzecz.

*****

Pogrzeb babci odbył się dzień później. Na uroczystość przyszedł cały tłum ludzi. Z ciekawości używając Mocy przesondowałam tłum. Paul gdzieś tam był. Stał gdzieś za tym tłumem, a jego poczucie winy nie pozwalało mu podejść bliżej. Z jednej strony cieszyłam się, że po tym co zrobił tak się czuł, ale z drugiej… było mi przykro. Szybko odegnałam od siebie te uczucia. Skupiłam swoje myśli na babci. Przed oczami przeleciały mi wszystkie te chwile, które razem spędziliśmy. Teraz została mi tylko siostra… Po całej uroczystości, podeszłam do niewielkiego posążka, który stał teraz w miejscu, gdzie skremowaliśmy zwłoki babci. Przykucnęłam przy nim i wyjęłam z kieszeni zdjęcie, które znalazłam na trawniku. Postawiłam fotografię opartą o posążek i tak zostawiłam.
- Już za Tobą tęsknię - wyszeptałam - Żałuję, że nie miałyśmy więcej czasu.
Wstałam powoli i ruszyłam w kierunku Sobola, a później razem z nim wróciłam na statek.
Siedzieliśmy już wygodnie w fotelach w kokpicie, kiedy droid zakomunikował nam, że możemy ruszać.
Chwyciłam za stery, ale nie poruszyłam nimi. Sobol spojrzał w moim kierunku.
- Wszystko gra?
Milczałam przez chwilę, po czym odpowiedziałam:
- Tak. Wszystko gra.
Droid piszczał pytająco.
- A właśnie! R2, dzięki pewnej osobie znalazłam dla Ciebie nowe imię. - spojrzałam na Sobola, a później znów na droida - Będziesz nosił imię, które świetnie do Ciebie pasuje, Gapo.
Zapadła chwila ciszy, a zaraz po tym Gapa piskliwie się zaśmiał, Sobol zaś nie ukrywał rozbawienia.
Uśmiechnęłam się i spojrzałam z powrotem za iluminator.
- Może chcesz, żebym pilotował? Bo tak nad tym siedzisz… - zaśmiał się chłopak.
- O nie! - uśmiechnęłam się - Mój statek pilotuję ja.
- Więc może zrób to tym razem bez pomocy droida i tak, żebyśmy wrócili w jednym kawałku?
Spojrzałam na jego rozbawioną minę.
- Aż tak dobra nie jestem, żeby latać bez droida.
- Ale tak się świetnie składa, że masz pod ręką drugiego pilota.
Zastanowiłam się chwilę.
- No już dobra - spojrzałam na droida - Gapa! Tym razem masz wolne.
Droid wśród radosnych pisków wtoczył się między nasze fotele.
- Lećmy.
Sobol pewnie chwycił za stery i poderwał nas w górę.
- Łiii!
Spojrzałam na niego. Za sterami był w swoim żywiole. Dając mu się zabawić, puściłam swoje stery.
- A tak przy okazji… - zaczęłam - Dziękuję za pomoc. Bez ciebie raczej nie dałabym rady.
- Drobiazg - odpowiedział po chwili - Pilnowanie cię jest nawet ciekawe.
- Zwłaszcza, że miałam nie zauważyć Twojej obecności - powiedziałam żartem.
- Pilnowanie cię z bliska było po prostu zabawniejsze - uśmiechnął się - Chociaż jeśli chcesz, następnym razem naprawdę postaram się pilnować cię i być niezauważonym.
- To nie będzie konieczne - powiedziałam szybko - Twoja obecność wcale mi nie przeszkadza.
Po chwili krępującej ciszy, oboje wybuchnęliśmy śmiechem. Kiedy byliśmy już poza atmosferą wgrałam do komputera współrzędne skoku. Gdy dane pojawiły się na ekranie, mogliśmy już wejść do nadprzestrzeni.
- Czyń honory - powiedział Sobol, wskazując na drążek.
Chwyciłam go pewnie i po chwili gwiazdy przed nami znów zamieniły się w smugi.
- Czas wrócić do domu…
Wróć na górę