Pomiń nawigację™
Logo Jedi Order - małe
Home - ikonka HOME O NAS REKRUTACJA FORUM

Koszmar na bankiecie

Autor: Resmi Helfire i Sobol

Zebranie trwało w najlepsze. Siedząc jak zawsze w ulubionym kącie rozglądałam się po sali. Wszyscy byli skupieni na stojącej na środku Mistrzyni Justine, która prowadziła spotkanie. Do niedawna jeszcze mojej Mistrzyni. Niedługo po tym, jak razem z Sobolem wróciliśmy z Korelii, awansowała mnie do stopnia Jedi. Byłam wtedy przeszczęśliwa, że uznała mnie za gotową do podjęcia samodzielnej pracy i nauki w Zakonie. Nie minęło jednak dużo czasu, nim zaczęłam tęsknić za tymi miesiącami, kiedy jeszcze byłam pod Jej opieką, jako Padawan. Od kiedy tu przyleciałam i zaczęłam szkolenie minęło sporo czasu i zdążyłam się trochę zmienić. Nie jestem już tą samą Resmi, która tu przyleciała, by odnaleźć zaginioną siostrę. Może ona też zauważyła tą zmianę i to wpłynęło na Jej decyzję, by pozwolić mi działać samodzielnie? Samodzielnie. Cóż… Ja nigdy nie działałam samodzielnie. Zawsze ktoś był przy mnie. A najczęściej Sobol. Z niewiadomych powodów lubił wyciągać mnie z kłopotów, w które często się pakowałam. Oczywiście nie specjalnie. Ale ja to ja. Chyba nie było dnia, żebym w coś się nie wpakowała…
Automatycznie spojrzałam w Jego stronę. Siedział po drugiej stronie sali, na trybunach, schowany za kilkoma innymi osobami. Był cicho i tylko obserwował. Zauważyłam, że miał na sobie tą samą szatę co wtedy, gdy znalazłam go w ładowni mojego statku. Z tą różnicą, że po walce z podstarzałym, przewrażliwionym na punkcie władzy Admirałem, musiał ją odrobinę naprawić. Różnice jednak nie rzucały się w oczy i widać je było tylko, jeśli się dobrze przyjrzeć… i wiedzieć gdzie szukać. Uśmiechnęłam się do siebie, przypominając sobie tamtą sytuację ze “Znalazcy”.
Spojrzałam znów na Mistrzynię. Była taka poważna. Spoglądała to na swoje notatki, to na tłum słuchaczy zebranych na trybunach. Kiedy spojrzała w moją stronę i nasze oczy się spotkały, zorientowałam się, że od kilku chwil wcale Jej nie słuchałam. Spuściłam wzrok, by nie dostrzegła mojego zmieszania.
- Resmi? - odezwała się.
Zauważyłam, że wszyscy na mnie patrzą. A ja nie znosiłam być w centrum uwagi.
- Tak? - zapytałam.
Z ulgą przyjęłam fakt, że mój głos nie zdradzał żadnych emocji.
Justine posłała mi ciepły uśmiech.
- Pytałam czy ktoś ma jakieś pomysły na nowy projekt i tylko ty się nie odezwałaś. Więc? - patrzała na mnie wyczekująco.
- Eee… - wydukałam - Nie, raczej nie.
Patrzała na mnie jeszcze chwilę zdziwiona. I miała rację. Ja i nie mieć żadnych dziwnych pomysłów? To raczej nietypowe. Ja sama byłam dziwną osobą, więc i moje pomysły zwykle były...hm… szalone.
Nie chcąc więcej zwracać na siebie uwagi wszystkich na raz, skupiłam się na zebraniu.
- To teraz ostatnie ogłoszenie “parafialne” na dziś - kontynuowała spokojnie. - Dostaliśmy wiadomość od władz Nowej Republiki z prośbą o pomoc. Odczekała chwilę by ucichł wywołany tymi słowami gwar.
- Chcą, żeby kilkoro z nas poleciało na jeden ze światów Jądra i zdobyło pewne informacje. Informacje te są im potrzebne, jako dowody do aresztowania osobnika, który je przetrzymuje…
- Dlaczego nie powołają do tego swoich służb? - zapytał ktoś
- Nie mogą. Ich służby nie są do tego wystarczająco wyszkolone, ponieważ podejrzewają, że ten osobnik potrafi władać Mocą.
- Mówisz “osobnik”. Ale kim on jest? - zapytałam cicho.
- Człowiekiem, który ma bardzo wysoką posadę społeczną i aż zbyt wiele kontaktów. - odpowiedziała. - Cały problem polega na tym, by do niego dotrzeć, bez Jego wiedzy zdobyć potrzebne informacje i jak gdyby nigdy nic wrócić i wysłać te informacje do władz Nowej Republiki.
- Więc w czym cały problem? Sprawa wydaje się dziecinnie łatwa.
- Właśnie - uśmiechnęła się - Wydaje się dziecinnie łatwa. Ale taka nie jest. Jedynym sposobem na dostanie się do prywatnych apartamentów tego człowieka jest znaleźć sposób by sam kogoś tam zaprosił. A jeszcze trudniejsze, aby przez cały czas trwania akcji nie dowiedział się, że ma do czynienia z Jedi.
- Czyli żadnej broni poza ewentualnym, dobrze schowanym blasterem, no i nie można mieć na sobie stroju wskazującego na członka Zakonu - podsumował Kirrond. - Coś jeszcze?
- Owszem. - Mistrzyni spojrzała po zebranych - dużo większe szanse na dostanie się do niego mają kobiety. Więc to jedna z naszych członkiń będzie musiała podjąć się tego zadania.
Nastała chwila ciszy.
- Z tego co mówisz, potrzebna nam kobieta, która nie zdradzając statusu Jedi przemknie do faceta, dostanie zaproszenie do Jego apartamentu i zdobędzie dane, a później razem z nimi zniknie tak, żeby nic nie podejrzewał? - zapytał Dai’mien podsumowując słowa Justine. - Więc krótko mówiąc potrzebny nam Strażnik, a raczej Strażniczka.
- Tylko, że my mamy tylko dwóch Strażników i obaj płci męskiej. - odezwał się ktoś z tyłu.
- Już nie.- Odpowiedział z uśmiechem Dai’mien spoglądając na mnie.
Zaniemówiłam. Ja miałabym to zrobić? Przecież to szaleństwo. Znów wszyscy na mnie patrzyli.
- Ja? Ale…
- Jesteś jedyną osobą, która spełnia wymagania. - przypomniał.
- Oczywiście nie będziemy Cie zmuszać, żebyś to ty poleciała - wtrąciła Justine - ale jak zauważył Dai’mien, jesteś tu jedyną osobą, która jest płci żeńskiej i Strażnikiem w jednym.
Nadal w to nie wierzyłam. Ja miałabym polecieć po tak ważne dla władz dane a później spokojnie wrócić nie zdradzając, że jestem Jedi? I do tego nic po drodze nie sknocić? Jakoś tego nie widziałam.
- Nie wydaję mi się, że ja się do tego nadaje. Przecież dopiero niedawno skończyłam szkolenie i…
- Jak już mówiłam jesteś do tego odpowiednia - przerwała mi Justine - No i nie jesteś już Padawanką. Awansowałam Cię pewna, że poradzisz sobie samodzielnie.
Za to ja nie jestem tego ani trochę pewna… - pomyślałam.
- Chwila… przecież mówiłaś, że ma polecieć kilkoro z nas. Więc nie będę tam sama?
- Nie - uśmiechnęła się - ktoś poleci z Tobą w razie kłopotów - spojrzała na tłum.
Nikt raczej się do tego nie palił.
- Okey - odezwał się w końcu Sobol - Skoro Resmi ma tam lecieć, to aż daje kłopotami - dało się słyszeć śmiech w tłumie, ale większość osób po prostu siedziała. - ja już mam niezły staż w wyciąganiu Jej z kłopotów. Polecę z nią.
Spojrzałam na niego. Jego twarz nie zdradzała żadnych emocji. Patrzył na Justine czekając na Jej zgodę… bądź odmowę.
- Dobrze - powiedziała tylko - skoro mamy ochotnika i nie muszę nikogo wybierać to… - zamknęła notatnik z lekkim trzaskiem - ogłaszam koniec zebrania. Dziękuję za przybycie.
Wszyscy zaczęli podnosić się z miejsc.
- Resmi, Sobol, przyjdźcie do mnie przed odlotem po dokładne informacje. - powiedziała, po czym ruszyła w stronę wyjścia.
Sobol ma rację. Skoro ja tam lecę, to pachnie kłopotami i to na dużą skalę.

*****

Zanim się spakowałam i dotarłam do hangaru minęło dość trochę czasu. Sobol jak widać, był szybszy, bo kiedy weszłam do kokpitu zobaczyłam go przysypiającego na fotelu drugiego pilota. Nie chcąc go przypadkiem obudzić cichutko usiadłam na swoim miejscu.
- No, nareszcie - odezwał się nie otwierając oczu a ja aż podskoczyłam z przerażenia.
- Nigdy więcej tego nie rób! - popatrzałam na niego groźnie, ale w odpowiedzi tylko się uśmiechnął.
Spojrzałam na konsolę. Znów przed nią siedziałam niepewna, czy dam radę poprowadzić ten statek zwłaszcza, kiedy nie był jeszcze do końca naprawiony.
Cóż…
Odetchnęłam głęboko. Zapięłam pasy, zerkając przy tym na Sobola. Był już zapięty i gotowy do startu. Znów spojrzałam na stery, chwyciłam je i… zawahałam się.
Sobol musiał to wyczuć, bo kiedy na niego spojrzałam widziałam tylko pytające spojrzenie Jego zielonych oczu.
- Ja…
- Rozmyśliłaś się?
- Nie, co ty - powiedziałam szybko - Musimy tam polecieć. Tylko…
- Co?
- Nie jestem pewna, czy dam radę sterować. Nawet całkiem sprawnym statkiem nie bardzo umiem, a ten jest uszkodzony. - odwróciłam od niego wzrok.
- Oh, jeśli tylko o to chodzi, to spokojnie, ja już latałem nie jednym złomem. Jeśli chcesz, mogę sterować.
Zerknęłam na niego szybko. Ręce ulokował już na sterach i czekał tylko na moje pozwolenie. Patrząc przed siebie z rezygnacją kiwnęłam tylko głową.
Puściłam stery a dronie oparłam na bokach mojego fotela. Gapa zagwizdał pytająco, ale zanim zdążył się chociaż podpiąć do komputera, statek wznosił się już nad ziemią i wylatywaliśmy z hangaru. Spojrzałam na chłopaka z podziwem. Bez żadnego problemu uruchomił ten złom i to tak szybko… ja męczyłabym się z tym o wiele dłużej. Mój drod był chyba tego samego zdania, bo dźwięki, które z siebie wydał przypominały chyba tylko niedowierzanie.
- To teraz tak - zaczęłam po chwili, przerywając ciszę. - Według informacji od Justine mamy niecałą dobę, żeby dotrzeć na miejsce i zdążyć na galę, bo inaczej nie dostaniemy się do środka.
- I to trupem z uszkodzonym hipernapędem - przypomniał - Jak nie rozwalimy się w środku jakiejś Czarnej Dziury, to już można uznać za sukces.
- Taaak… ale przecież latałeś już niejednym złomem. Dasz radę. Bo inaczej całą misje szlag trafi.
- Coś się wymyśli. Na szczęście nie czeka nas zbyt duży skok. To tylko kilka układów dalej.
- Tak, to duży plus. A wracając do gali… jak już się tam dostaniemy, powinno pójść łatwo. Muszę tylko dostać się do tego gościa i do Jego apartamentów. I jeszcze jakimś cudem nie zdradzić, że jesteśmy Jedi… - spojrzałam na niego - i lepiej żadnych niepokojących akcji, które mogłyby nas zdradzić.
Sobol uśmiechnął się szeroko nawet na mnie nie patrząc.
- Przecież ja jestem grzeczny
- Tak, oczywiście - zaśmiałam się. - Ale mówię poważnie. Jeśli się zdradzimy to wszystko na nic.
Sobol, już bez cienia uśmiechu spojrzał w moją stronę.
- O mnie się nie martw. Lepiej pomyśl jak dostać się do pokoju faceta.
Spojrzałam za iluminator. Już dawno wyszliśmy z atmosfery planety i dryfowaliśmy spokojnie w czerni kosmosu.
- Wiesz… bez urazy, ale to tylko facet. A z opisu Justine wynika, że na dodatek kobieciarz. Nie powinno być z tym problemu.
Kiedy na niego spojrzałam nadal patrzył na mnie i najwyraźniej czekał na dalszy opis sprawy.
- Znaczy masz jakiś plan? - zapytał w końcu, po krótkiej ciszy.
- Można to tak nazwać. - Nadal czułam na sobie Jego dociekliwe spojrzenie - Wolisz nie wiedzieć.
- Okey…
Jakby niezadowolony powciskał kilka klawiszy na konsoli i kiedy usłyszał sygnał z komputera, przesunął wajchę w przód. Gwiazdy zamigotały kilka razy, po czym zupełnie się rozmyły.
- No. - rzucił od niechcenia i opadł na oparcie.

Siedzieliśmy w fotelach wpatrzeni w rozmazane za iluminatorem gwiazdy. A przynajmniej Sobol. Na mnie ten widok nie robił dużego wrażenia. Za to chłopak najwyraźniej był innego zdania. Patrzyłam na niego od kilku minut, zastanawiając się co takiego jest w tym obrazie, że wzbudza u niego tak duże zainteresowanie…
Czując na sobie moje spojrzenie oderwał oczy od gwiazd i odwrócił się w moją stronę. Speszona szybko odwróciłam się. Musiałam się czymś zająć. Podciągnęłam więc nogi do góry i usiadłam po turecku. Zamknęłam oczy. Starałam się skupić na nadchodzącym zadaniu, ale im więcej o tym myślałam, tym bardziej miałam ochotę wrócić do domu. Że też musiałam chcieć zostać Strażnikiem… Nie mogąc się skupić oparłam łokcie na kolanach a twarz położyłam na rozłożonych dłoniach. Odetchnęłam głęboko. Po chwili podniosłam się powoli i odgarnęłam do tyłu włosy. Powoli, bez słowa wstałam i udałam się na tył statku, do ładowni. Kiedy drod zapiszczał pytająco odwróciłam się do niego nic nie mówiąc. Kątem oka dostrzegłam zmartwione spojrzenie Sobola. Siedział nadal w swoim fotelu odwrócony w naszą stronę. Wydawało się, że na coś czekał, ale cokolwiek to było, ja nie miałam ochoty rozmawiać. Nie teraz. Odwróciłam się więc i ruszyłam dalej korytarzem. W ładowni otworzyłam wielką skrzynię, i wyciągnęłam z niej pakunki, które dała mi Justine zanim wylecieliśmy. W jednym była suknia dla mnie a w drugim eleganckie ubranie dla Sobola. Ciekawe czy mu się spodoba... Gdy już się przebrałam w dość skąpą suknie ruszyłam w stronę kokpitu gdzie siedział Sobol. Ciąglę patrzył w iluminatory podziwiając kalejdoskop nadprzestrzeni. Rzuciłam mu na kolana jego paczkę.
- Co to?
- Ubranie dla Ciebie. Przecież nie możesz paradować tam w szatach Jedi.
- W sumie racja. Ale bym zaraz musiał ubierać takie eleganckie rzeczy?
- Nie gadaj tylko się ubieraj…
Wyszłam z powrotem do ławodni dając Sobolowi czas na zmianę ubrań. W Tym czasie nasz statek zdążył już zakończyć podróż w nadprzestrzeni i znajdowaliśmy się blisko planety. Kiedy wróciłam do kokpitu Sobol już stał w ciemnym garniturze, ale minę miał dość nietęgą. Stałam tam jak głupek wpatrzona w chłopaka, który najwyraźniej czuł się w tym stroju tak samo nieswojo jak ja w tej sukience.
- Co to ma być? Wyglądam jak Kowakiańska małpojaszczurka. Nawet nie mam miejsca na miecz nie mówiąc nawet o moim kiju!
- To kolejna rzecz. Nie będziesz uzbrojony. Chyba, że Twój blaster ma możliwość ogłuszania. Ma?
- Noooo jak komuś nim mocno przyłożę….
- Ech.. tak myślałam. W takim razie blastera też nie możesz mieć… pozostaje Ci Moc.
- W takich chwilach cieszę się, że straciłem rękę...
Podniósł swoje lewe przedramię, z którego wysunęło się stalowe ostrze. Nie wiedziałam, że jego proteza jest wyposażona w takie dodatki. Ostrze miało około 40 centymetrów długości i niecałe 4 szerokości. Nie wiem co to był za metal, ale pięknie błyszczał w świetle lamp kokpitu. Sobol schował ostrze, które niemal bezgłośnie wsunęło się do jego ręki.
- Skąd masz takie rzeczy?
- Długa historia. Zresztą mam w niej nie tylko ostrze… może kiedyś zobaczysz.
Sobol odwrócił się i usiadł za sterami. Gdy tylko je chwycił statek gwałtownie przyśpieszył a ja o mało się nie przewróciłam. Posłałam mu spojrzenie pełne oburzenia, ale nie zwrócił na mnie uwagi. Chwilę potem lądowaliśmy już niedaleko rezydencji naszego celu. Gdy tylko wyszliśmy z naszego statku znaleźliśmy się w sporej grupie ludzi idących do budynku.
- To jak? Gotowa?
- Cóż… miejmy to już za sobą. Tylko musimy zdobyć zaproszenia.
- Chyba mam pomysł. Tylko nie przeszkadzaj.
Gdy tylko skończył, rozejrzał się, wykonał swoją lewą dłonią jakieś gesty i podszedł do młodego mężczyzny chyba w jego wieku albo parę lat starszego.
- NIE WIERZĘ! DAISEN? TO TY? NO STO LAT CIĘ NIE WIDZIAŁEM! CO TAM U TWOJEJ ŻONY? DALEJ ROBI TE PYSZNE CIASTKA? - Zaczął krzyczeć do mężczyzny.
- Pan mnie chyba z kimś myli… - odezwał się obcy, nie wiedząc o co chodzi.
- No jak to? Nie poznajesz mnie? To ja Aiden.. Misja na Raxusie dwa lata temu… - Mówiąc to klepnął go w plecy.
Mężczyzna lekko się zachwiał, chwycił za głowę i oparł o Sobola. Ten tylko pomógł mu się położyć i niepostrzeżenie wsunął mu rękę do kieszeni w wewnętrznej stronie płaszcza. Podniósł się i wrócił do mnie trzymając w ręku zaproszenia.
- Co mu zrobiłeś?
Pokazał mi swoją lewą dłoń. Z końców jego palców wystawały krótkie igły. Znowu wykonał gest dłonią i igły schowały się do jego palców.
- Uśpiłem… tak mi się przynajmniej wydaje… Nie pamiętam czy zmieniałem zbiorniczek po ostatniej misji… wtedy miałem truciznę. Mniejsza o to. Najważniejsze, że mam zaproszenia. No co tak na mnie patrzysz?!
- Faceci… - teatralnie przewróciłam oczami - Miejmy nadzieję, że jednak tylko śpi...
W tym momencie usłyszeliśmy głośne chrapnięcie. Oboje odwróciliśmy się w stronę mężczyzny, który tylko odwrócił się na bok, skulił i spał dalej pochrapując.
- Chyba mamy odpowiedź. - Powiedział Sobol i uśmiechnął się. Podał mi jedno zaproszenie w którym widniało imię “Xyllen Deathstrike”
- Zapamiętaj je. Będziemy się pod nim przedstawiać.
Zakodowałam w pamięci dane, po czym skinęłam tylko głową. Spojrzałam w stronę wejścia do budynku, pilnowanego przez dwóch nie uzbrojonych ochroniarzy. A przynajmniej tak wyglądających.
Nie chcąc wzbudzać niczyich podejrzeń szybko odsunęliśmy się od uśpionego obcego i dołączyliśmy do tłumu gości. Gdy po okazaniu zaproszeń przeszliśmy przez próg, ze wszystkich stron otoczył nas gwar rozmów, śmiechu i obijanych o siebie kieliszków.
No tak, tłumy. Czyli to, co kocham najbardziej… - Pomyślałam sarkastycznie.
Odetchnęłam kilka razy głęboko i skupiłam się na zadaniu. Musiałam znaleźć tego mężczyznę. Rozejrzałam się po sali. Zauważyłam, że Sobol radził sobie doskonale. Całkowicie rozluźniony stał już przy barze, żywo konwersując z jakimś mężczyzną obok. W przeciwieństwie do mnie potrafił szybko wtopić się w tłum. Czas na improwizację. Wykorzystując fakt, że akurat przechodził przede mną kelner z tacą napełnionych kieliszków, chwyciłam jeden i udałam się na kanapę postawioną przy jednej ze ścian. Długa, prawie do podłogi sukienka utrudniała mi chodzenie. Na całe szczęście Justine nie kazała mi dodatkowo ubierać obcasów. Kiedy tylko dotarłam do kanapy, z ulgą na nią opadłam. W prawej ręce trzymałam pełne jeszcze naczynie a lewą wygodnie ułożyłam na oparciu. Zarzuciłam jedną nogę na drugą i zaczęłam znów rozglądać się po otoczeniu. Jeździłam wzrokiem po sali próbując zlokalizować nasz cel. Wiedziałam mniej więcej jak wygląda, ale nikogo takiego nie widziałam. Kątem oka zobaczyłam tylko jak Sobol dalej dyskutuje z nowo poznaną osobą i pije kolejne szklanki trunków… Mam tylko nadzieję, że się nie upije za bardzo. W końcu ma mi tu pomagać. Nagle światła przygasły a z ukrytych w sali głośników zaczęła lecieć jakaś uroczysta muzyka. Specjalne światła oświetliły taras nad salą, którego wcześniej nie zauważyłam. Na nim stało dwoje strażników i prawdopodobnie nasz cel. Uniósł rękę z zamiarem uciszenia panującego na dole gwaru, a gdy ten ustał lekko zakasłał i zaczął przemawiać:
- Moi drodzy. Ogromnie jestem rad, że pojawiliście się u mnie tak tłumnie. Chciałbym wznieść toast za was. Ludzi, bez których nie byłbym tym kim jestem dziś. A teraz bawie się do białego rana. Gdy skończył mówić ostatni raz rozejrzał się po zebranych gościach i zniknął nam z oczu.
Na sali zabrzmiały radosne okrzyki i wiwaty. Postanowiłam poszukać Sobola i powiedzieć mu, że widziałam nasz cel. Niestety przy barze już go nie było. Dostrzegłam za to, że paru strażników zaczęło wyłapywać niektóre kobiety na sali. Gdy jeden podszedł do mnie i prosił by iść za nim, ledwie powstrzymując odruch natychmiastowego cofnięcia się, ruszyłam we wskazanym przez niego kierunku. Nie wiedziałam gdzie jest Sobol i czy się łatwo odnajdziemy, jeśli coś się stanie. Gdy razem z grupą kilku dziewczyn i strażników szłam korytarzem na chwilę zgasło światło. Za sobą usłyszałam zduszony jęk. Gdy światło znowu się zapaliło reszta grupy nie wyglądała na zdziwionych. Dwóch strażników zaczęło dyskutować.
- Znowu poszły bezpieczniki… ta instalacja ma już ze sto lat.
- Dokładnie. Od trzech obiecują nam, że zostanie wymieniona, ale wiadomo jak to jest…
- Zamknąć się. - wtrącił się najwyraźniej dowódca naszej “eskorty” - To nie nasza sprawa. My tylko mamy doprowadzić towary do szefa. Jasne? Odpowiedzią były zdawkowe potwierdzenia rozkazu i na tym dialogi się skończyły.
Nie wiem czemu, ale dopiero teraz postanowiłam się odwrócić. Strażnik, którego jęk słyszałam ciągle stał za mną, ale było w nim coś dziwnego. Gdy lekko podniósł przesłonę oczu, zobaczyłam zielone oczy, z których jedno lekko świeciło.
- Gdzieś Ty się podziewał? - Zapytałam na tyle cicho by inni nas nie słyszeli.
- Zbierałem informacje. Dobrze idzie bo gospodarz to nasz cel. Ale mam też złą wiadomość. Podobno jest psycholem jeśli chodzi o samice.
Wzdrygnęłam się lekko.
- Samice? Chciałeś powiedzieć kobiety?
- No właśnie nie. Ludzie, Wookie a nawet Huttowie. Nie przepuści żadnej kobiety.
- Cudownie… - Miałam coraz gorsze przeczucia.
Po krótkim “spacerze” przez korytarz wsiedliśmy do czekającej już na nas windy. Jeden z mężczyzn wcisnął kilka guzików. Widna z lekkim brzękiem zamknęła się i pognała w górę.
Zamknęłam oczy i spróbowałam się uspokoić. Na jednym z gołych ramion poczułam czyjąś dłoń. Odwracając się lekko, zauważyłam, że należała ona do Sobola. Widać wyczuł moje zdenerwowanie. Była to kiepska wiadomość. Musiałam szybko się opanować, bo jeśli facet naprawdę posługuje się Mocą, to zorientuje się równie szybko jak Sobol i moje emocje nas zdradzą. A na to nie mogliśmy pozwolić. Używając jednej z technik, których Justine uczyła mnie na szkoleniu, zdążyłam uspokoić się na chwilę przed zatrzymaniem się windy. Gdy drzwi się otworzyły weszliśmy do wielkiej sali na planie koła. Na około stało mnóstwo szklanych gablot pełnych rozmaitych trofeów a w środku było wielkie biurko, za którym siedział gospodarz - nasz cel.
- Ach wreszcie! Już nie mogłem się doczekać. Sierżancie! Niech zmienią te niewygodne suknie na coś lepszego.
Główny strażnik zaprowadził nas do małych drzwi, których wcześniej nie zauważyłam i kazał nam tam wejść. Reszta strażników i Sobol zostali na zewnątrz. W środku stał droid, który każdej z nas podał dość skąpy strój z metalowymi wstawkami każąc nam to ubrać. Oczywiście wszystkie protestowałyśmy, ale robot zagroził nam paralizatorem i chcąc nie chcąc musiałyśmy się przebrać. Już po chwili każda z nas była ubrana i prowadzono nas do kolejnego pokoju. Ten był jeszcze gorszy niż poprzednie. Na podłodze było pełno śladów krwi. Każdą z nas przypięto łańcuchami do ścian i strażnicy wyszli. Teraz serio się bałam. Nagle drzwi się rozsunęły i wszedł do nas gospodarz ubrany w czarny fartuch. Niósł małą czarną teczkę, którą położył na ziemi i otworzył. Chwilę w niej pogrzebał i wyjął z niej coś co wyglądało na skalpel.
- Kiedyś studiowałem medycynę…. ale niestety byłem zbyt chętny do nauki. Okazuje się, że anatomii mogliśmy się uczyć tylko na martwych… dacie wiarę? A tak się namęczyłem by mieć żywe króliki doświadczalne… Ale teraz mam was.
Uśmiechnął się złowieszczo i podszedł do pierwszej z nas. Już się nie bałam. Teraz byłam przerażona. Każda komórka mojego ciała wyła z przerażenia. Odwróciłam głowę by nie patrzeć na to co się dzieje, ale słyszałam wystarczająco dużo. Krzyki bólu i cichy śmiech naszego gospodarza. Gdy dźwięki ustały ośmieliłam się spojrzeć. Mężczyzna podchodził już do kolejnej dziewczyny a pierwsza zwisała bezwładnie na łańcuchach. Z jej szyi i ust kapała krew. Bałam się użyć Mocy na naszym oprawcy bo jeśli się nie uda to zdradzę kim naprawdę jestem. Pomyślałam o ostatniej desce ratunku. Starej technice telepatii, której kiedyś uczyła mnie Justine. Zaczęłam próbować skomunikować się z Sobolem, który został w poprzednim pokoju. Podczas prób nawet nie zauważyłam kiedy gospodarz skończył się “bawić” z dwiema kolejnymi. Gdy stał już przede mną zaczął gładzić mnie po policzku i zbliżył nóż do mojej skóry. Nagle cały się wyprostował i krzyknął by po chwili paść nieprzytomny. Za jego plecami stał Sobol, którego ubranie było już podarte i pobrudzone krwią… zapewne pozostałych strażników. Jego lewa ręka lekko iskrzyła.
- Paralizator. Praktyczne, prawda?
- Czy jest coś czego nie masz w tej łapie?
- Coś by się znalazło. Ale nie teraz.
Gdy już mnie uwolnił podał mi szatę jednego ze strażników. Była trochę rozdarta, ale wciąż w jednym kawałku.
- Masz. Okryj się.
Gdy ja się ubierałam Sobol podniósł nieprzytomnego człowieka, który jeszcze chwilę temu chciał mnie zabić. Wyszliśmy do głównej sali, tej w której było pełno gablot. Dopiero teraz zobaczyłam co w nich było. Zapewne wyniki jego “eksperymentów”. Sobol posadził go za biurkiem i spiął mu ręce za plecami. Teraz pozostało czekać. W tym czasie zdążyłam się już uspokoić i opanować emocje, które szalały we mnie jeszcze chwilę temu.
- Co jest… gdzie jestem? - Zapytał otępiały mężczyzna.
- Ooo patrz kto się obudził. Skoro już nie śpisz przyjacielu to może powiesz nam parę rzeczy? - Zapytał Sobol.
Mężczyzna chwilę szarpał się próbując uwolnić, ale kajdanki, które ubrał mu chłopak mocno trzymały go na krześle.
- Nic wam nie powiem! Możecie się... - Jego słowa przerwał Sobol, który uderzył go otwartą dłonią w twarz.
- Tego się spodziewałem - powiedział - Skoro nie chcesz współpracować...
Chłopak lekko uniósł prawą rękę w stronę mężczyzny. Ten zaczął się szarpać i wydawać dziwne dźwięki.
- Ach tak…są w komputerze. Ale coś nie tak z hasłem - mówił na głos, czytając myśli naszego więźnia - Nie ma hasła.
- Co Ty robisz? - zapytałam. Sobol zignorował moje pytanie i dalej skupiał się na mężczyźnie.
- Czyżby komputer można było odblokować Twoim DNA?
- Tak - wrzasnął - krwią, ale nie dacie rady jej ze mnie wytoczyć! Żadne ostrze nie przetnie mojej skóry!
Sobol tylko się uśmiechnął.
- Ależ nie potrzebujemy ostrza - powiedział i stanął obok niego kładąc mu rękę z tyłu głowy - wierz mi. Mamy swoje sposoby.
Mówiąc to jakby głaskał tył głowy gospodarza by po chwili mocno pchnąć ją w dół tak, że ten uderzył twarzą o blat stołu. Dało się słyszeć lekki trzask a kiedy podniósł głowę z jego nosa leciała krew. Widok był obrzydliwy, ale wiedziałam, że nie ma co powstrzymywać chłopaka. I tak by nie posłuchał.
- No to jedno mamy załatwione, ale to nie koniec.
Sobol spojrzał w stronę okien i wziął do ręki jeden z małych posążków, które stały na biurku. Oglądał ją chwilę i rzucił z całej siły w stronę okna, które się potłukło. Odłamki szkła wyleciały na zewnątrz, a do środka momentalnie wdarł się zimny, wieczorny wiatr. Chłopak wcisnął jeden z guzików na swojej lewej ręce i po chwili w oknie pojawił się Gapa. Droid unosił się na silniczkach rakietowych. Gdy już wleciał do środka i wylądował patrzyłam na niego zdziwiona.
- Gapa! Skąd masz te silniczki? - zapytałam.
- To ja mu je zamontowałem…. Jako prezent z okazji awansu. Przydatna rzecz. Mój Szajbus też je ma. Tylko nic nie mów Caro. Zniknęły z jej warsztatu.
Posłałam mu krótkie, dezaprobujące spojrzenie, co do grzebania w rzeczach jednej z Mistrzyń.
- No nie patrz tak… i tak chciała je wyrzucić bo za słabe do jej droida… wpakowała w niego tyle narzędzi i czujników, że waży tyle co statek kosmiczny…
- I kto to mówi - powiedziałam i spojrzałam na jego rękę.
- Ej… ja nie mam tu ekspresu do kawy! A Ona w droidzie ma! Naszą rozmowę przerwał mężczyzna przy biurku.
- Wzruszające….- wycedził przez połamane zęby.
Sobol na niego spojrzał i tylko lekko uniósł rękę, którą wcześniej pchnął jego głowę. Facet od razu spokorniał i siedział cicho.
Chłopak w tym czasie zebrał trochę jego krwi ze stołu i położył na czujniku komputera, który się włączył.
- Gapa. Wiesz co masz robić - powiedziałam.
Gdy droid zajmował się komputerem Sobol przechadzał się po pokoju oglądając zawartość gablot. Zatrzymał się przy jednej i zamarł. Patrzył na zakonserwowaną twarz umieszczonej tam kobiety i po chwili sięgnął po swój wisiorek. Mały kryształ unosił się teraz nad jego ręką dzięki Mocy i lekko świecił. Z daleka zobaczyłam, że wyświetla jakieś zdjęcie trójki osób. A raczej dwoje dorosłych i dziecka. Patrzył chwilę na zdjęcie i wsunął wisiorek pod koszulę. Odwrócił się powoli w naszą stronę i podszedł do biurka. Widziałam, że po jego policzku płynie pojedyncza łza. Mocą odrzucił wielkie biurko na bok i podszedł do naszego więźnia. Swoją lewą ręką chwycił go za szyję i mocno szarpnął zrywając go z krzesła. Łańcuch, który go trzymał pękł niczym bańka mydlana… podobnie jak kości nadgarsków mężczyzny. Patrzyłam na niego z przerażeniem. Ręka chłopaka zaciskała się coraz mocniej na krtani mężczyzny, który z coraz większym trudem oddychał.
- Sobol! Przestań! To zły człowiek, ale mamy go mieć ŻYWEGO!
Położyłam mu rękę na ramieniu i gdy odwrócił do mnie głowę dostrzegłam, że jego własne oko przybrało lekko czerwony kolor. Przenosił wzrok to na mnie to na mężczyznę, który już ledwo zipał by po chwili się opamiętać i rozluźnić chwyt. Puścił go i ten z hukiem wylądował na ziemi. Sobol odszedł na bok a mężczyzna, który po chwili złapał oddech zaczął się śmiać.
- Hah… Jedi… coś od początku czułem. Nawet nie masz dość odwagi by dobić przeciwnika... - spojrzał na gablotę, przy której wcześniej stał Sobol - kto to był? Mamusia? Twarda była z niej sztuka… ale jak sobie przypomnę jak z nią było fajnie...
Nie zdołał dokończyć zdania bo Sobol odwrócił się i użył potężnego pchnięcia Mocą. Było tak silne, że mimo iż stałam z boku to się przewróciłam a szyby po drugiej stronie pokoju popękały. Sam mężczyzna, w którego fala była wycelowana wyleciał przez jedno z okien.
- Sobol! - Zaczęłam krzyczeć - co Ci mówiłam? Wiesz co znaczy ŻYWY? Sobol tylko na mnie spojrzał, wcisnął przycisk na swojej ręce i zaczął do niej mówić.
- Sierżancie? Możecie wylecieć. Za oknem zobaczyłam pojazd z klatką na dachu. Leżał w niej mocno połamany, ale żywy mężczyzna.
- Sierżant wszystko słyszał - wyjaśnił Sobol - to oraz pliki, które Gapa znalazł na komputerze tego… człowieka.. plus to co jest w pokoju obok wystarczy by resztę życia spędził na więziennej planecie.
Byłam oszołomiona. Patrzyłam na zmianę to na statek za oknem to na chłopaka. Byłam ciekawa, kiedy to wszystko zaplanował i skąd miał pewność, że się uda.
- Wszystko zaplanowałeś? - zapytałam.
- Nie. Nie wszystko. - powiedział i spojrzał ostatni raz na gablotę - nasza misja tutaj wykonana. Możemy wracać. Spojrzałam na gablotkę, przed którą niedawno stał a później na niego.
- Dobrze się czujesz?
- Tak… chodźmy.

Gdy byliśmy już w naszym statku zaczęłam przygotowywać maszynę do startu a Sobol poszedł się przebrać. Kiedy wrócił miał na sobie swoje typowe szaty i usiadł na miejscu drugiego pilota.
- Może też idź się przebrać… chociaż ten strój Ci pasuje - lekko się uśmiechnął. Spojrzałam na siebie. Dotarło do mnie, że nadal mam na sobie te dziwne bikini. Popatrzałam na Sobola i widząc Jego minę zarumieniłam się.
- Dzięki… - wykrztusiłam - Ale chyba jednak pójdę się przebrać… Mój strój jest znacznie wygodniejszy - Dodałam.
- Jak wolisz. Idź się przebrać a ja wystartuję - powiedział po czym wstał i zaczął się krzątać po kokpicie przygotowując statek do startu.
- Okey - wstałam i ruszyłam do ładowni. Po drodze jeszcze raz spojrzałam na swój strój i uśmiechnęłam się do siebie. Naprawdę? A czuję się strasznie dziwnie…
Tymczasem Gapa, który stał przy terminalu coś przekręcił i cały statek mocno szarpnął. Straciłam przez to równowagę i poleciałam prosto na Sobola, który próbując mnie złapać też się przewrócił. Chwilę leżeliśmy aż nagle Sobol wstał i zaczął podchodzić do mojego droida.
- Przysięgam.. kiedyś przerobię Cię na śmietnik ty wredny kuble smaru!
Sobol zaczął gonić Gapę a ja poszłam się przebrać, nie mogąc powstrzymać się od śmiechu. Kiedy tylko dotarłam do ładowni, zamknęłam za sobą drzwi i opierając się o ścianę, powoli zsunęłam się na podłogę.
Siedziałam tak dłuższą chwilę, porządkując sobie w głowie wszystkie dzisiejsze wydarzenia. Odetchnęłam głęboko. Już tyle razy pakowałam się w jakieś kłopoty… ale nigdy jeszcze w tak poważne. Przed oczami miałam obraz tamtego zakrwawionego pokoju, w którym siedziałyśmy przypięte. Te wszystkie zabite dziewczyny… Na dodatek gdyby nie pojawił się Sobol… Mieszkając na Korelii miałam już do czynienia z wieloma podejrzanymi typami, ale ten był wręcz przerażający. Na samo wspomnienie ogarnął mnie zimny dreszcz, a kiedy zamrugałam po moich policzkach spłynęło kilka łez. Wzięłam jeszcze jeden głęboki wdech, a kiedy wypuściłam powoli powietrze na szczęście przestałam się trząść. Otarłam twarz i szybko przebrałam się z powrotem w swoje wygodne szaty Jedi. Gdy wróciłam do kokpitu byliśmy już w nadprzestrzeni. Sobol siedział na fotelu, ale zamiast standardowo patrzeć przez iluminator patrzył na mały hologram ze swojego wisiorka. Nawet nie zwrócił uwagi jak usiadłam na swoim miejscu.
- Co się stało? - zapytałam zmartwiona, widząc Jego minę.
- Straciłem kontrolę… - spojrzał mi w oczy - Nie mów proszę nikomu.
- Spokojnie. - uśmiechnęłam się do niego pocieszająco. - Możesz mi zaufać. Nikomu nie powiem.
Spojrzałam za iluminator a po chwili znów na chłopaka.
- I… no… dziękuję. Gdyby nie ty, zostałabym kolejnym eksponatem do kolekcji tego faceta.
- Bez ciebie byłoby nudno. Ratowanie Twojej skóry to dobry trening. Co robimy? Wracamy do Świątyni? A może… chcesz gdzie indziej?
- Hm… Przede wszystkim trzeba zawiadomić o wszystkim Radę...
- Raport wysłany. Dość krótki i bez szczegółów. Napisałem i wysłałem gdy… się przebierałaś. Długo Ci zeszło.
- Taak wiem… Musiałam sobie to wszystko jakoś poukładać w głowie.
- To normalne. Nie byłaś przyzwyczajona do takich widoków.
- Racja. Ale znając Ciebie chyba będę musiała przywyknąć - zaśmiałam się krótko.
- Mnie? To nie moja wina - zaśmiał się - a przy okazji… co zrobiłaś z tym… strojem?
- Cóż… skoro tak dobrze w nim wyglądałam… - spojrzałam na Niego - To uznałam, że go zachowam… Kiedyś może się przydać.
- Nawet rozsądnie…. facet był pomylony, ale gust do ubrań miał. Zaśmiałam się głośno.
- Ja tam wolę swój strój, ale kto wie… może jeszcze kiedyś włoże na siebie tamto… coś. - uśmiechnęłam się patrząc na kalejdoskop nadprzestrzenny. - A wracając do Twojego wcześniejszego pytania… Gdzie chciałbyś polecieć?
- Obojętnie.
- Skoro tak… - zamyśliłam się chwilę - Podobno na Naboo jest pięknie. Może tam? Albo na Twój rodzinny Turoń. Chętnie bym zobaczyła miejsce, gdzie się wychowywałeś. I może uda nam się trafić na jakieś wyścigi. Co ty na to?
- Może Naboo. Znam tamtejszą królową. Mogę nam załatwić pobyt w Pałacu.
- Po dzisiejszym dniu faktycznie przyda się trochę odpoczynku, ale żeby zaraz do pałacu się pchać?
- Wierz mi… jak tam polecimy i jej nie odwiedzimy to wtedy dopiero będą problemy. Ten wariat z nożem to będzie przy tym pikuś - Zaśmiał się i ustawił hipernapęd na Naboo.
- To nie jest śmieszne - powiedziałam, gromiąc go spojrzeniem. - Ale niech będzie. Skoro i tak tam będziemy, to nic nam nie zaszkodzi, jak wpadniemy po drodze w odwiedziny do tej Twojej królowej.
Znalazłam wygodną pozycję na fotelu i spojrzałam na zewnątrz, zastanawiając się jakie to uczucie stać nad brzegiem Oceanu. Do tej pory nigdy nie miałam okazji tego sprawdzić, ale w końcu lecieliśmy na Naboo a tam aż się od nich roi…
Wróć na górę