Pomiń nawigację™
Logo Jedi Order - małe
Home - ikonka HOME O NAS REKRUTACJA FORUM

Nowe szanse. Stare możliwości.

Autor: Resmi Helfire

Don Helfire stał na chodniku wpatrzony w budynek na przeciwko. Correlian Enginering Corporation była teraz Jego. Od wielu lat firma ta zajmowała się produkcją przede wszystkim frachtowców, które w większości polubili przemytnicy i im podobni. Nawet on sam od niedawna posiadał stary, zmodyfikowany YT-1000, który wyszedł z linii produkcyjnej tej właśnie firmy.
Jeszcze kilka tygodni temu nie przeszło mu nawet przez myśl, że zostanie właścicielem jednej z największych firm na Korelii. A jednak teraz stał tam, podziwiając swój geniusz. W duchu dziękował losowi, który postawił mu na drodze pewnego starego Rodianina, który - jak się okazało - był jeszcze bardziej uparty niż on. I to właśnie Jego upór okazał się zgubny.
Wojny Mrocznych Czasów dobiegały już powoli końca. Imperator miała w senacie sporo pracy, by na dobre zakończyć wszystkie konflikty zbrojne. Nie przejmowała się więc zbytnio małym światkiem przestępczym. Korzystając z tej nadarzającej się okazji większość przemytników zleciała się na Korelię w poszukiwaniu nowych członków załogi, statków bądź innych wrażeń.
Tamtego późnego wieczora siedział spokojnie w kantynie, kiedy nagle usiadł naprzeciw niego nieznany mu Rodianin, który - sądząc po tonie głosu i sposobie bycia - przebywał w tej piwiarni już dość długo.
Obcy postawił z hukiem na stół kufel piwa i spojrzał podejrzanie na starszego mężczyznę..
- Nie wyglądasz mi na przemytnika - zawyrokował.
Don spojrzał na niego znad swojej szklanki.
- Stąd taki wniosek?
- Spójrz na siebie - gestem wskazał mu Jego ubranie - Przemytnicy tak nie wyglądają.
Mężczyzna odłożył szklankę, oparł się jakby od niechcenia o oparcie krzesła i spojrzał wyzywająco na Rodianina.
- Więc jak Twoim zdaniem wyglądają przemytnicy?
Obcy milczał przez chwilę wpatrując się w niego.
- Zdecydowanie nie tak jak ty.
Don, wiedząc, że obcy nie skończył jeszcze swojej przemowy, siedział w milczeniu i czekał.
- Przemytnicy - zaczął tamten - przede wszystkim nigdy nie siedzą w takich miejscach sami. Rozejrzyj się - przejechał wzrokiem po istotach w pomieszczeniu. - Prawie nikt nie jest tutaj sam. Natomiast Ty jesteś. - spojrzał znów na Dona. - No i nie wyglądasz na przestępcę. Oni wyglądają zupełnie inaczej. Są ubrani mniej… oficjalnie.
- Heh… - Don z nonszalanckim uśmiechem oderwał się od oparcia krzesła i nachylił nad stołem, chwytając jednocześnie za szklankę. - Dlaczego Twoim zdaniem przemytnicy, czy - jak ich nazwałeś - przestępcy, nie mogą być “oficjalnie” ubrani?
Mężczyźni patrzyli teraz na siebie.
- Pomyśl - odezwał się znów obcy tonem, jakby musiał wytłumaczyć coś małemu, nic nie rozumiejącemu dziecku - Przemytnicy, to w większości handlarze przyprawą i innymi używkami, a handel tym… świństwem, jest nielegalny. Tak więc są przestępcami.
Don patrzył na niego poważnie. Szczerze zdziwiło go, że Rodianin, który przyszedł do niego tak bardzo upity, może tak trzeźwo myśleć. A najdziwniejsze było to, że miał o przemytnikach bardzo podobne zdanie. Dla niego byli to po prostu przestępcy i szubrawcy. Nie dał jednak tego po sobie poznać. Na tej planecie trzeba było kontrolować nie tylko swoje czyny i słowa, ale i myśli. Nigdy nie wiadomo, kiedy wpadnie się na kogoś, kto umie je odczytać. Choć tą sztukę od wieków potrafili okiełznać jedynie Jedi. Jak Jego syn.
Zawsze marzył o synu, którego mógłby nauczyć wszystkiego co sam potrafił. Ale kiedy tylko nadarzyła się okazja, kiedy urodził mu się syn i był już dość duży, by można go było zacząć uczyć fachu ojca, okazało się, że chłopak ma wyjątkowy dar. Był wrażliwy na Moc. Kiedy Jego żona dowiedziała się o tym była taka dumna… I mimo Jego sprzeciwu skontaktowała się z Akademią Jedi, by posłać tam ich syna.
Nigdy nie zapomniał miny chłopca, kiedy przyleciał po niego tamten Nautolanin, by zabrać go na szkolenie do Zakonu.
Nie mieli z żoną więcej dzieci. Choć, może to i lepiej? Skoro Jego pierworodny syn okazał się Jedi, kto wie, czy kolejnych dzieci też musiałby posłać do tych dziwnych istot…
- Dlatego właśnie twierdzę, że nie jesteś przemytnikiem. - zakończył Rodianin, tym samym wyrywając Dona z zamyślenia.
- Cóż… - odezwał się mężczyzna nie chcąc dać po sobie poznać, że chwilę temu przestał go słuchać. - Skoro to wszystko, co miałeś do powiedzenia…
Don zaczął podnosić się z miejsca.
Chciał opuścić lokal nim znów ktoś obcy przyczepi się do niego. Nie chciał już rozpamiętywać przeszłości, ale im bardziej tego unikał, tym częściej niekontrolowanie te wspomnienia do niego powracały.
Wstał z krzesła i zwrócił się z kierunku wyjścia. Szedł spokojnie, zahaczając po drodze o barek, by zostawić na nim kilka kredytów za piwo.
- Dokąd to się wybierasz? - zawołał za nim kosmita, próbując go dogonić.
Widać, nie był przyzwyczajony do tego, że to ktoś inny niż on kończy rozmowę i odchodzi jako pierwszy.
- Czego właściwie ode mnie chcesz? - zapytał zirytowany już Don, odwracając się do Rodianina.
- Dokąd to się wybierasz? - zapytał znów obcy, nie zwracając uwagi na pytanie mężczyzny.
Don z niecierpliwością odwrócił się na pięcie i znów ruszył do drzwi. Rodianin jednak wyprzedził go szybko i stanął mu na drodzę nie dając przejść.
- Czego chcesz? - rzucił, mając nadzieję, że obcy zrozumie aluzję i odsunie się, dając mu spokój.
Jego wściekłość wyostrzyła się jeszcze bardziej, kiedy zorientował się, że obcy nie ma zamiaru odsunąć się. Stał w miejscu, gromiąc Rodianina wzrokiem, aż ten w końcu się odezwał.
- Hah! - wykrzyknął obcy - Oj, nie! Nie pozwolę Ci tak po prostu wyjść nie dokończywszy rozmowy z Tobą.
- A skąd pomysł, że chcę z Tobą rozmawiać?
Demonstracyjnie położył prawą dłoń na kaburze z blasterem.
Na Rodianinie nie zrobiło to najmniejszego wrażenia. Nadal stał w miejscu patrząc na Dona.
- Stąd, że nadal tu stoisz i rozmawiasz ze mną. - odpowiedział mu obcy, na którego twarzy pojawił się kpiący uśmieszek.
- Powiesz mi w końcu czego chcesz? - wypalił mężczyzna tracąc powoli cierpliwość.
- Doszły mnie słuchy, że jesteś w posiadaniu starego YT-1000. - zaczął Rodianin, wpatrując się w Dona jeszcze bardziej. - Chciałbym go mieć.
- Zapomnij. Nie oddam tego statku. Kim ty w ogóle jesteś?
- Kimś kto chce mieć twój frachtowiec - odpowiedział mu spokojnie.
- A skąd pomysł, że Ci go oddam? - wypalił.
- Bo ja mam coś, czego to ty mógłbyś chcieć.
Don spojrzał na niego uważniej.
- A niby co to takiego?
- Correlian Enginering Corporation.
Don patrzył na niego chwilę, po czym wybuchnął śmiechem.
- Ty? Właścicielem CEC? - Don prychnął dając obcemu do zrozumienia, że ani trochę mu nie wierzy.
Zielona twarz Rodianina nagle zaczęła robić się szara.
- Nie kpij sobie ze mnie! - ostrzegł mężczyznę zbliżając swój palec wskazujący blisko Jego twarzy.
- Daj mi spokój. - odparł i odwrócił się, by ruszyć do drugiego wyjścia z lokalu. - Właściciel CEC. On… - zaśmiał się pod nosem - Powinien znacznie mniej pić.
- Don! - zawołał za nim Rodianin.
Mężczyzna stanął w miejscu. Skąd u licha, ten obcy znał Jego imię?
- Proponuję Ci układ! - kontynuował obcy.
Don odwrócił się do niego i powoli podszedł.
- Kim Ty do diabła jesteś? - zapytał znów. - I nie wciskaj mi tu kitów z CEC - ostrzegł groźnie.
- Jak już mówiłem - jestem kimś kto ma coś, czego byś chciał. A Ty masz coś, czego ja bym chciał. - podsumował.
Don nie odzywał się, czekając na dalszy ciąg przemowy Rodianina.
- Proponuję więc układ.
- Jaki układ? - zapytał mężczyzna, spoglądając na obcego z pod przymrużonych groźnie powiek.
- Wymianę. Oddasz mi swój YT a ja oddam Ci w zamian swoją firmę. - wyjaśnił.
- Powtarzam po raz ostatni: W życiu nie oddam nikomu swojego statku! Zapamiętaj to sobie, dobrze Ci radzę.
- Nikomu, poza swoim synem, czyż nie?
Don wyjął z kabury blaster i wycelował w pierś Rodianina, tym samym zwracając na siebie uwagę tłumu z lokalu.
- Dobrze Ci radzę, abyś się odwrócił i wyszedł, dając mi święty spokój! I mojej rodzinie również!
- Ah, więc to prawda! - zawołał uradowany Rodianin - Masz syna! Więc pogłoski o tym, kim on jest też z pewnością są prawdziwe. - zauważył patrząc niewidocznym wzrokiem gdzieś w bok.
- Wynocha! - Don przycisnął lufę blastera jeszcze mocniej do piersi obcego i położył palec na spust - Ale już!
- Nie ma sprawy, odejdę. Jak tylko dokonamy wymiany.
- Mówiłem już, że nie oddam statku! Wynocha!
Twarz Rodianina poszarzała już zupełnie, co - trzeba przyznać- na Jego zielonej skórze wyglądało strasznie dziwnie. Odwrócił się na pięcia i przeszedł kilka kroków, po czym odwrócił się znów do Dona.
- Albo…. zróbmy inaczej.
Don miał już dość tego obcego. Nie zważając na to, co Rodianin mówi odwrócił się i ruszył do wyjścia. Już miał przejść przez drzwi, kiedy Rodianin zawołał do niego:
- Załóżmy się.
To przesądziło o sprawie. Don był człowiekiem, który uwielbiał zakłady i nigdy żadnego nie odmówił. Wiele razy miał z tego powodu kłopoty, jednak mimo to, nigdy nie odmówił.
Odwrócił się powoli do obcego.
- A cóż to ma być za zakład?
Rodianin uśmiechnął się szeroko zadowolony z siebie.
- Słyszałem, że jako młodzieniec uwielbiałeś wyścigi. To właśnie w jednym z nich wygrałeś tego YT.
Don patrzył na niego cierpliwie, próbując ukryć swoje zdziwienie. Znów zastanowił się, skąd Rodianin tyle o nim wie.
- I co w związku z tym?
- Urządźmy sobie wyścig. - zaproponował - Przegrany oddaje drugiemu swoją własność. Jeśli wygrasz, oddam Ci firmę. Ale jeżeli to ja wygram - oddasz mi swój statek.
Don zauważył na zielonej twarzy Rodianina chytry uśmieszek. Zastanowił się. Nie znał tego obcego. Nie wiedział o nim nic poza tym, że - rzekomo - jest właścicielem jednej z największej i najbardziej wpływowej firmy na tej planecie.
- Skąd mam mieć pewność, że mnie nie okłamujesz? Że faktycznie jesteś właścicielem CEC?
W odpowiedzi Rodianin wyciągnął z kieszeni długiego płaszcza nieduży kwitek i wyciągnął go w stronę Dona. Mężczyzna podszedł do obcego i przyjrzał się papierowi. Był to akt własności Correlian Enginering Corporation spisany na nazwisko niejakiego Diego Xalizara. Papier wyglądał na autentyczny.
- Skąd mam mieć pewność, że to nazwisko należy do Ciebie?
- Wygląda na to, że musisz mi zaufać.
Przez chwilę oboje patrzyli znów na siebie. Don próbował wyczytać coś z twarzy obcego. Jednak bezskutecznie. Znów zaczął się zastanawiać. Kosmita posiadał akt własności firmy, ale Don nie mógł mieć pewności, że nazwisko Diego Xalizara należy do tego właśnie Rodianina. A jeśli przegra, będzie musiał oddać mu swój ukochany statek, na co nie mógł sobie pozwolić. Ale, czy on kiedykolwiek przegrał wyścić? Spojrzał wzrokiem gdzieś w bok próbując przypomnieć sobie, czy przegrał kiedyś jakikolwiek z wyścigów, w których brał udział. Żadna z takich sytuacji nie przychodziła mu do głowy. W prawdzie nie znał możliwości obcego, ale przecież doskonale znał swoje. I zna możliwości swojego statku.
- Zgodzę się tylko pod jednym warunkiem. - odezwał się w końcu do Rodianina.
Obcy spojrzał na niego pytająco.
- Każdy z nas sam wybierze sobie statek, w którym będzie się ścigał.
- Niech no zgadnę… Uważasz, że ścigając się w swoim YT masz wygraną w kieszeni? - zaśmiał się - Jak wolisz! Statek nie robi mi różnicy. Mam tylko prośbę.
Tym razem to Don spojrzał na niego pytająco.
- W czasie wyścigu, postaraj się nie uszkodzić za bardzo mojego nowego statku - uśmiechnął się, chowając z powrotem do kieszeni papier, który trzymał.
Don zmierzył go spojrzeniem. Obcy był najwyraźniej pewny, że wygra. Don nie miał pojęcia ile tamten wiedział na jego temat. Było nawet całkiem możliwe, że zapoznał się też z całym wyposażeniem Jego statku i znał Jego możliwośći. Tyle tylko, że było to niemożliwe. Ktoś, kto nigdy nie siedział za sterami tego YT nie mógł znać jego pełnych możliwości. Ten niepozorny na pierwszy rzut oka stary frachtowiec skrywał w sobie kilka dobrze strzeżonych tajemnic.
- Kiedy i gdzie? - zapytał Rodianina
- Niech pomyślę… - obcy udał, że się zastanawia.
Po Jego minie widać jednak było, że już dawno podjął decyzję. Tak jakby był pewny, że uda mu się namówić Dona na wyścig…
- Jutro w południe - odrzekł po chwili. - Zobaczymy się przed budynkiem CEC. Stamtąd też wystartujemy.
- A więc do zobaczenia jutro w południe - rzekł Don.
Odwrócił się i wyszedł w końcu z kantyny, zadowolony z faktu, że tym razem Rodianin nie zatrzymał go.
Z lokalu skierował się prosto do małego hangaru, stojącego zaraz koło domu, gdzie od kilku ładnych lat mieszkał wraz z żoną. Wziął skrzynkę z narzędziami i inne przyrządy do czyszczenia statku. Na jutrzejsze południe statek musi być w idealnym stanie…

Następnego dnia, frachtowiec w pełnej gotowości stał już u bram ogromnego budynku firmy. Zbliżało się południe i na placu zbierał się coraz większy tłum. Najwyraźniej Rodianin zdążył ogłosić wszystkim wieść o wyścigu. Jego żona również dowiedziała się wcześniej niż jej o nim powiedział. Nie była z tego powodu zbyt zadowolona. Ba! Była bardzo niezadowolona. Nie sprzeczała się z nim jednak. Wiedziała, że to nic nie da. Don nie zrezygnowałby z wyścigu z żadnego, nawet najbardziej logicznego i przekonującego powodu. Nie stała też w tłumie widzów. Uznała, że nie chce znów oglądać czegoś podobnego.

Nie minęło dużo czasu, nim pokazał się Rodianin. Przyleciał statkiem znacznie większym niż Jego YT. Widać zakładał, że rozmiar statku ma w tej kwestii duże znaczenie. Niedługo przekona się, jak bardzo się myli.
- Jesteś pewien, że tego chcesz? - zapytał go Rodianin, podchodząc do niego - Nie wolisz po dobroci dokonać bezpiecznej wymiany. Bez ośmieszania się? - mówiąc to spojrzał z ukosa na frachtowiec stojący niedaleko.
- Zdecydowanie nie.
Donowi przeszło szybko przez myśl, że Rodianin nie chciał Jego statku na użytek własny, skoro tak źle go oceniał. Tym bardziej, nie mógł pozwolić mu go wygrać.
- Powiedz mi - zagadnął obcy - Jaką nazwę nosi ten Twój… złom?
- Nijaką. Ten “złom” - jak to ująłeś - nie ma nazwy. Dla takiego statku trzeba specjalnej, znaczącej nazwy i na taką też czeka.
- Tym lepiej - podsumował - Nadać temu złomowi nazwę byłoby obrazą dla innych frachtowców YT. - zakpił. - Tym bardziej, że kiedy już za kilka chwil będzie mój, nazwa będzie dla niego zbyteczna.
Oto zdaje się odpowiedź na niezadane pytanie: Na co Rodianinowi Jego frachtowiec?
- Widzę, że jesteś pewny wygranej.
- Oczywiście! Spójrz na mój statek. Twój złom nie ma z nim najmniejszych szans.
Nie masz pojęcia jak bardzo się mylisz, pomyślał Don.
- Zaraz się przekonamy - powiedział tylko i odwrócił się w kierunku frachtowca.
- Powodzenia! - zawołał do niego obcy - Przyda Ci się!
Rodianin śmiał się głośno, póki Don nie wszedł na swój statek.

- To oczywiste oszustwo! - wykrzyknął wściekły Rodianin. - Ten Twój złom nie miał prawa wygrać! Ten złom nie miał prawa nawet odbić się od ziemi! Przecież to tylko… złom!
Don patrzył na niego cierpliwie.
- Widzisz, nie powinieneś nie doceniać możliwości mojego “złomu” - powiedział, uśmiechając się.
- To niemożliwe! - zawołał znów obcy.
- Niemożliwe? Może zapytamy o zdanie tego tłumu? - Don wskazał dłonią tłum wiwatujących nadal istot, który zebrał się dookoła nich.
Rodianin zmierzył go tak ostrym spojrzeniem, jakby chciał go nim przebić na wylot.
- Niech będzie - odrzekł po chwili zrezygnowany. - CEC jest Twoje. - wyjął z kieszeni akt własności, nabazgrał coś na nim i podał Donowi.
Mężczyzna wziął od niego papier, na którym niezbyt wyraźnym pismem była teraz klauzula o przekazaniu aktu własności Donowi.
Spojrzał jeszcze raz na Rodianina, który już oddalał się.
- Tak na przyszłość - zawołał za nim - Naucz się, że wielkość statku nie ma w takich chwilach żadnego znaczenia.
Rodianin nawet się nie odwrócił.
- Ta firma przyniesie Ci kiedyś zgubę, Donie! - zawołał obcy odchodząc.
Don miał jednak na ten temat inne zdanie. Schował papier do kieszeni i ruszył ku statkowi.

Kiedy kilka minut później, wszedł zadowolony do domu ujrzał coś, czego - był pewien - miał nie ujrzeć już nigdy. Na kanapie obok Jego żony siedział ich syn, trzymając na kolanach około dwuletnią dziewczynkę, bawiącą się jakimś urządzeniem.
- Próbowaliśmy się z Tobą skontaktować, ale Twój komunikator milczał - odezwała się Jego żona nawet na niego nie patrząc.
- Co ty tu robisz? - zwrócił się do syna - I… kto to jest? - wskazał na niemowlę.
- To, jest Resmi - powiedział łagodnie, głaszcząc dziewczynkę po głowie - Moja córka.
Don stał chwilę oniemiały. Patrzył na dziecko niedowierzając. Skoro jest to córka ich syna to jest to…
- Nasza wnuczka - Jego żona wypowiedziała na głos Jego własne myśli.
Pod Donem ugięły się kolana i opadł ciężko na fotel po swojej prawej stronie.
- Nasza wnuczka - odezwał się cicho, jakby testując ten zwrot.
Popatrzył na dziewczynkę a ta, jakby wyczuwając Jego spojrzenie podniosła na Niego swój wzrok i ich oczy się spotkały. Ich kolor miał dokładnie taki sam odcień, jak kolor oczu ich syna… i Jego własny.
Kiedy chwilę później otrząsnął się z szoku, spojrzał znów na syna.
- Po co właściwie przyleciałeś? - zapytał, próbując nie zwracać uwagi, na dziecko, które nadal mu się przyglądało.
- Ależ cieszysz się na widok własnego syna…
Don spojrzał na Niego z wyrzutem.
- Pewnie inaczej bym zareagował, gdyby przyleciał w odwiedziny do rodziców bez nagłej, niespodziewanej wieści, że ma córkę.
- Tak w sumie… mam dwie córki. - powiedział ostrożnie patrząc na ojca.
- Dwie córki? - powtórzył rozglądając się dookoła.
- Spokojnie, drugiej tu nie ma.
- Więc gdzie jest? - zapytał Don.
- W bezpiecznym miejscu. - powiedział krótko.
- Ah tak?...
- Owszem. Justine jest bezpieczna daleko stąd.
- Justine - powtórzył Don. - A więc podsumowując. Przyleciałeś w odwiedziny do rodziców, by przy okazji oznajmić nam, że masz dwie córki, z czego jedna z nich jest “bezpieczna, daleko stąd” - zacytował. - Czy coś jeszcze?
- Don… - zaczęła ostrożnie Jego żona.
- Przykro mi, że Cię znów zawodzę - przerwał Jej syn, zwracając się do ojca, przy czym znacząco podkreślił słowo “znów”. - Ale niestety nie przyleciałem tu z wizytą rodzinną
- Ah… jeszcze lepiej…
Spojrzał na żonę i wyczytał z Jej miny fakt, że ona już znała powód Jego obecności.
- Można więc wiedzieć jaki jest tego powód?
Na chwilę w pomieszczeniu zapadła cisza. Don patrzył na syna wyczekująco.
- Przyleciałem tu, by prosić Was o coś bardzo ważnego - zaczął, niezrażony groźnym tonem i wzrokiem ojca. - Chciałbym, żeby Resmi została tutaj z Wami.
Don, patrzył na niego, jakby mając nadzieję, że to żart. Bardzo nieśmieszny żart.
- Czy ty mówisz poważnie?
Spojrzał na żonę, jednak ona nie odwzajemniła Jego spojrzenia, zajęta mruczeniem czegoś do dziewczynki.
- Przylatujesz tu po tylu latach nieobecności, by prosić nas, żebyśmy przygarnęli jedną z Twoich córek?
- Chcę, żeby Resmi została tutaj, z Wami, do czasu aż po nią nie wrócę - wyjaśnił z cierpliwością godną swojego tytułu Jedi.
Don prychnął.
- A więc wszystko jasne. Mamy robić za nianię Twojej córki, dopóki łaskawie wrócisz po nią w bliżej nieokreślonym czasie…
- Don… - rzuciła Jego żona, zerkając na niego - To również nasza wnuczka. - przypomniała mu.
- A dlaczegosz to nie możesz zabrać Jej ze sobą do Akademii?
- Akademia Jedi, to nie miejsce dla dzieci. Zwłaszcza tak małych - gestem głowy wskazał na dziecko na swoich kolanach.
- Nie miejsce dla dzieci? Co ty nie powiesz… Tamten Jedi zabrał Cię stąd, kiedy byłeś jeszcze dzieckiem!
- Don, proszę Cię. Nie zaczynaj znów tej historii. - ostrzegła Jego żona.
Don zamilk, zastanawiając się. Jego syn po tylu latach przyleciał do rodzinnego domu, by prosić ich o opiekę nad jedną ze swoich córeczek.
- A co z Jej matką? - zapytał patrząc na dziecko.
- Jej matka - zaczął chłopak powoli - nie może już się nią zajmować. Do tej pory, Resmi była z nią na Rylofh. Teraz jednak jest to już niemożliwe. - dokończył a w Jego oczach było widać smutek.
- Na Rylofh… to znaczy, że matką tej małej jest…
- Twi’lekanka, owszem. - dokończył za Niego syn.
Don spojrzał na małą próbując doszukać się jakiegokolwiek znaku, że to dziecko ma w sobie geny Twi’leka.
- Odziedziczyła większość genów po ojcu - podsumował, nie znalazłszy takowego śladu.
- Większość, owszem - zgodził się z nim chłopak.
Nagle w głowie Dona ożyły wspomnienia i zapaliła się czerwona lampka ostrzegawcza.
- Czy tamta Twi’lekanka… była Jedi? - zapytał pośpiesznie.
- Nie. - odrzekł - Matka Resmi nigdy nie była, i już nie będzie Jedi.
- Oh… - wykrztusił tylko Don, nie znalazłszy żadnego odpowiedniejszego słowa.
Więc tamta Twi’lekanka, a matka Jego wnuczki nie żyje. Spojrzał na syna, ze współczuciem w oczach. Tamten chyba chciał coś powiedzieć, ale w końcu nie zrobił tego.
- Jesteście jedynymi ludźmi, z którymi mogę ją zostawić - zaczął z wyraźną prośbą i desperacją w głosie.
Zdesperowany Jedi? To coś nowego… - pomyślał Don.
- Czy ona… czy Resmi - poprawił się szybko - Jest… taka jak Ty?
Syn spojrzał na Niego pytająco.
- Czy ma zostać Jedi? - uściślił pytanie.
Don patrzył po kolei na całą trójkę na przeciwko siebie. Jego syn odezwał się dopiero po chwili.
- Po nią nie przylecą tu żadni Jedi, jeśli o to Ci chodzi. - powiedział tylko.
Don przyjrzał mu się podejrzanie.
- Wiesz to, bo używasz tych swoich “sztuczek Jedi”? - zapytał, robią dłońmi gest, jakby czarował.
- Zdążyłem zapomnieć, jak bardzo cyniczne jest Twoje podejście do Jedi… Zapewniam Cię, że po Resmi nikt nie przyleci. Wiem to.
- Więc plan jest z grubsza taki: mamy zaopiekować się Resmi do czasu, aż po nią nie wrócisz? A będzie to w jakiejś bliżej nieokreślonej przyszłości.
- Z grubsza - podsumował chłopak.
Don spojrzał porozumiewawczo na żonę a później na dziewczynkę. Kiedy spojrzał Jej w oczy poczuł coś, czego nie czuł już dawno. Już miał się nie zgodzić, kiedy jakaś siła wewnątrz niego nie pozwoliła mu wypowiedzieć tego na głos. Coś sprawiło, że nie mógł odwrócić oczy od tego dziecka.
- Niech będzie. - rzekł w końcu i usłyszał oddech ulgi ze strony żony i syna. - Zajmiemy się małą Resmi.
Oczy mu się aż zaszkliły łzami, kiedy na te słowa, dziewczynka uśmiechnęła się do niego słodko i wyciągnęła do niego małe rączki. Jego syn postawił małą ostrożnie na ziemi a ta, chwiejnie podreptała prosto w Jego objęcia.
Kilka chwil później ich syn pożegnał się z nimi i odleciał pozostawiając na lądowisku małą Resmi na rękach Jej dziadka.

Teraz kiedy stał przed budynkiem CEC, trzymając na rękach wnuczkę nie mógł uwierzyć, że ma aż takie szczęście. Dostał od losu drugą szansę. Znów miał wychowywać dziecko, które - tym razem - miało zostać z nimi. Ich syn był Jedi i Don był pewien, że miał rację - Resmi nikt stąd nie zabierze. Nie póki on żyje. Nie pozwoli na to. Dostał od losu drugą szansę. W końcu może wychować dziecko tak, jak zawsze chciał wychować syna. Spojrzał na Resmi, która na Jego rękach z pasją patrzyła na statek stojący niedaleko. Jego frachtowiec. Ucieszył się ogromnie na ten widok.
- Tak, Resmi - powiedział do niej, choć zdawał sobie sprawę z tego, że ona nie do końca rozumie Jego słowa. - To statek dziadka. A kiedyś, będzie Twój. - oznajmił - Kiedy tylko trochę podrośniesz, nauczę Cię wszystkiego - mówił z szerokim uśmiechem na twarzy, który jeszcze się pogłębił gdy nagle Resmi - jakby w pełni rozumiejąc Jego słowa - zaśmiała się wesoło i zaklaskała w dłonie.
- Taak! - zawołała słodkim, dziecięcym głosem, odzywając się do niego po raz pierwszy.
Równie radosne piski usłyszał z prawej strony, spojrzał więc w bok na swojego astrodroida pytu R2, którego wygrał razem ze statkiem.
I znów uśmiechnął się radośnie. Jeden dzień, a tyle szczęścia, pomyślał i zadowolony z siebie ucałował małą główkę swojej wnuczki.
- Dobrze się Tobą zaopiekujemy, Resmi - obiecał i przytulił mocniej dziecko, które odwzajemniło się uścisk...
Wróć na górę