Pomiń nawigację™
Logo Jedi Order - małe
Home - ikonka HOME O NAS REKRUTACJA FORUM

Kolacja u Caro

Autor: Miranda

Każdy krok niósł się głośnym echem w pustym korytarzu, gdy Kasandra, młoda adeptka Zakonu Jedi, szła ostrożnie stawiając kroki. Najniższy poziom budynku Akademii zajmowały najróżniejsze magazyny i pomieszczenia techniczne. W powietrzu unosił się zapach kurzu i wilgoci, nieodłączny element starych, kamiennych budowli. W słabym świetle jarzeniowego pręta jej sylwetka rzucała długi cień. Kasandra przechodziła właśnie obok otwartych drzwi do ciemnego pomieszczenia. Choć tego nie chciała ciekawość nakazywała jej zajrzeć do środka. Wchodziła powoli z wysuniętą do przodu ręką, w której kurczowo zaciskała jedyne źródło światła. Rozległ się szelest, tak cichy, że ledwie słyszalny. Adeptka nerwowo poruszyła się i skierowała tam pręt.
- Jest tu ktoś? - Zapytała drżącym głosem.
Szelest powtórzył się trochę w prawo w stosunku do poprzedniego, towarzyszył mu równie cichy chrobot. Dziewczyna z trudem powstrzymała się, żeby nie krzyknąć. Zrobiła jeszcze jeden krok do przodu. W mdłym, niebieskawym świetle ukazało się niewielkie zwierzątko, pokryte futerkiem. Na widok człowieka skierowało w jego kierunku pyszczek i nastroszyło wąsy. Widząc, że intruz wcale się go nie boi prychnęło groźnie po czym czmychnęło gdzieś w kąt poza krąg światła.
- Ale mnie przestraszyłeś. - Kasandra niemal roześmiała się. - Co ja tu robię? - Od kilkunastu minut zastanawiała się nad tym, ale nic sensownego nie przychodziło jej do głowy.
Wyszła z pomieszczenia. Stanęła i rozejrzała się omiatając najbliższą przestrzeń coraz słabszym światłem. Pręt powoli się wyczerpywał.
- Nie, tylko nie to. - Powiedziała głośno grzebiąc w torbie przewieszonej przez ramię w poszukiwaniu kolejnego pręta. Po minucie nerwowych poszukiwań wyjęła kolejny. Potrząsnęła nim i korytarz zabawił się na czerwono. Spojrzała w kierunku skąd przyszła, ale nie była w stanie dostrzec wejścia. Przez chwilę pomyślała, że ono nie istnieje, że nie ma odwrotu. Odwróciła się, drugi koniec korytarza ginął w mroku. Wahała się co powinna zrobić - iść dalej czy wrócić tam gdzie jest światło i głośne śmiechy kolegów. Jakiś wewnętrzny głos kazał jej iść przed siebie, zostawić za plecami bezpieczne kwatery Adeptów. Ruszyła przed siebie na sztywnych nogach.
- Przecież w Akademii nie może mi się stać nic złego. Przecież są z nami Mistrzowie. - Starała się racjonalnymi argumentami stłumić strach. - Ale ich tu nie ma. - Przypomniała jej druga, bardziej wrażliwa i emocjonalna strona osobowości.
Kolejne drzwi, tym razem zamknięte. Podeszła do nich. Podniosła rękę jakby zamierzała je pchnąć, ale zrezygnowała. Poprzednich wrażeń wystarczy jej w zupełności na kilka standardowych dni jeśli nie miesięcy. Szła dalej. Cisza dzwoniła w uszach, gdy zatrzymywała się i milkło echo jej kroków. Mokra szata przykleiła się do pleców potęgując uczucie chłodu. Kasandra zarzynała drżeć nie tylko ze strachu, ale i zimna. Wędrówka zdawała się nie mieć końca. Stanęła jak wryta słysząc śmiech, nie taki radosny, ale pełen zadowolenia, wręcz sadystycznej satysfakcji. Dochodził z końca korytarza, jego źródło musiało być całkiem niedaleko. Kolejny głos tym razem o wiele bliżej. Nie umiała krzyczeć. Chciała odwrócić się i uciec stąd jak najdalej, ale jak nakręcana zabawka szła dalej w kierunku tego co tak się śmiało. Nagle zalało ją mocne, bladoniebieskie światło. Zmrużyła oczy. Nic nie widziała dopóki oczy się nie przyzwyczaiły do nowych warunków. W końcu mogła się rozejrzeć. To było duże pomieszczenie wypełnione najróżniejszymi sprzętami, przeznaczenia większości mogła tylko zgadywać. Środek zajmowało palenisko, nad którym wisiało spore, metalowe naczynie przykryte taką samą metalową pokrywą. Hipnotyzowało ją swym z pozoru niewinnym wyglądem. Ruszyła w jego kierunku. Nagle poczuła, że coś leży pod jej nogami. Spojrzała w dół. Jej stopa stała na bezkształtnej kupce zielonego materiału. Pochyliła się i podniosła go. To był płaszcz stylizowany na te, które nosili Jedi. Zapewne należał do jednego z Adeptów. Nie była tego pewna. Zastanowiła się chwilę. No tak, pół roku temu był chłopak, który miał taki płaszcz. Rozmawiała z nim wiele razy. Nawet go lubiła. Nie ukończył szkolenia, odszedł z Zakonu. Nie wiedziała dlaczego. Nawet się nie pożegnał. Niektórzy szeptali, że to tajemnicza sprawa. Krzyknęła z zaskoczenia i strachu, gdy rozległ się głośny, metaliczny szczęk. Spojrzała w kierunku skąd dochodził hałas. Jego źródłem był garnek. Pokrywka podskoczyła pod wpływem panującego pod nią ciśnienia. Metal szczęknął o metal, gdy opadła. Gdyby nie jej wiek i fakt, że była Adeptką na pewno klęła by bardziej niż niejeden stały bywalec kantyn w kosmoportach. Wytarła rękawem spocone czoło.
- To tylko głupi garnek. - Powiedziała niezbyt pewnym i mocnym głosem, żeby się uspokoić. - Tylko garnek. - Powtórzyła głośniej.
Z płaszczem w ręku, podeszła do kociołka i powoli podniosła pokrywkę. Ostrożnie zajrzała. Gęsty płyn wrzał. Co chwilę pękały bąbelki rozpryskując aromatyczną ciecz. Unosiły się i opadały kawałki czegoś co przypominało pokrojone na drobne kawałki mięso i rośliny, których nie rozpoznawała. Nie znała się na gotowaniu, ale zawartość naczynia kojarzyła jej się z gulaszem, który kiedyś podawała jej daleka kuzynka. To słowo natychmiast uruchomiło lawinę skojarzeń. Młodzi Jedi ze śmiechem grozili czasem, że Mistrzyni Caro gotuje zupę ze szczególnie nieznośnych i nie rokujących nadziei Adeptów. Nikt oczywiście nie traktował tego poważnie, przynajmniej nikt z tych, którzy przeszli wstępne szkolenie. Ot taka opowieść jaką straszy się przy ognisku na wyprawach do lasu. Kasandra roześmiała się. Nerwowy śmiech zamienił się w histeryczny, gdy uświadomiła sobie co wciąż trzyma w ręce. Spojrzała na płaszcz a później na garnek i znów na płaszcz. Nagle usłyszała kroki i dwa kobiece głosy.
- Jak myślisz jest już gotowy? - Pytała pierwsza.
- Chyba tak, w końcu półtorej godziny powinno wystarczyć. - Stwierdziła druga z niezbyt dużym przekonaniem.
- Wiesz, na drugi raz powinnyśmy być bardziej wybredne, ten był chudy i żylasty. - Była niezadowolona.
- Można było trochę poczekać, aż się poprawi na zakonnym wikcie. - Przypomniała.
- Miałam go już serdecznie dosyć. Nigdy nie robił tego o co go prosiłam, po kilka razy mu przypominałam a przede wszystkim się nie uczył. - Mówiła z naganą w głosie.
- Rzeczywiście czekanie nie miało sensu. - Przyznała.
Kasandra słyszała zbliżające się kroki i coraz głośniejszą rozmowę.
- Zaprosiłaś na kolację Kirra? - Padło pytanie, zapewne do gospodyni i tej, która ugotowała tą potrawę w jednej osobie.
- Oczywiście, poprzednio we trójkę świetnie się bawiliśmy. - Zaśmiała się.
- Zgodził się? - Zainteresowała się.
- Będzie za pół godziny. - Potwierdziła.
Rozległo się skrzypienie i otworzyły się drzwi. Kasandra zakryła usta dłonią. Twarz wykrzywił grymas przerażenia. Do pomieszczenia weszła szczupła Chissanka w towarzystwie niższej od niej kobiety człowieka. Kasandra od razu je rozpoznała. To była Mistrzyni Caroline i Jedi Miranda. To o nich opowiadali starsi koledzy. Obie zaskoczone spojrzały na Adeptkę.
- Co ty tutaj robisz? - Spytała Caroline.
- Nie powinno ciebie tu być. - Dodała Miranda.
- Ja... ja... nie wiem. - Wydusiła z siebie Kasandra.
- Były skargi, że się nie uczy. ... - Chissanka zawiesiła głos spoglądając na towarzyszkę.
- Wygląda smakowicie. - Jedi mówiła z uśmiechem, od którego Kasandrze ścierpła skóra na plecach.
Kobiety zrobiły w jej kierunku krok. Przerażona dziewczyna cofnęła się.
- Nie uczy się, nie uważa na zajęciach... - wciąż brzmiało w jej głowie.
Krzyknęła, gdy jakaś ręka szarpnęła ją za ramię.
- Będę się uczyć. Naprawdę. - Zapewniła żarliwie podniesionym głosem.
Spojrzała w bok przez lewe ramię. Nad nią pochylała się Caroline. Kasandra otworzyła usta przerażona, ale żaden dźwięk nie wydobył się ze ściśniętego gardła.
- Znów śpisz na wykładzie. - Mistrzyni mówiła z mieszaniną wyrzutu i troski w głosie.
Adeptka przez chwilę patrzyła na stojącą przed nią Chissankę, po czym rozejrzała się. Dopiero teraz dotarło do niej gdzie jest. Siedziała w sali wykładowej, przy niewielkim stoliku, przed nią znajdował się wyświetlacz z mapą Galaktyki. Z całej siły starała się ukryć westchnięcie ulgi.
- Przepraszam Mistrzyni. - Powiedziała pokornie. Stała patrząc w blat.
- Niczego nie nauczysz się w takim stanie. Idź do swojej kwatery i wyśpij się. - Mistrzyni mówiła stanowczym tonem.
Kasandra wciąż stała ze spojrzeniem utkwionym w stoliku. Po chwili podniosła wzrok i spojrzała w błękitną twarz Caroline. Ta z łagodnym uśmiechem wskazała głową drzwi.
- Możesz iść. - Pozwoliła Adeptce odejść.
- Tak Mistrzyni. - Powoli jak skazaniec idący na miejsce egzekucji ruszyła do wyjścia.
Kasandra wyszła z sali. Zamknęła za sobą drzwi. Oparła się plecami o ścianę i spojrzała w korytarz. Nagle wydał jej się ciemny i zimny. Wzdrygnęła się. Uśmiechnęła się w duchu, to tylko głupie sny, ale gdzieś na dnie umysłu pozostał chłodny cień niepewności i obraz wielkiego kotła z pochylającą się nad nim błękitnoskórą Chissanką.
Wróć na górę