Pomiń nawigację™
Logo Jedi Order - małe
Home - ikonka HOME O NAS REKRUTACJA FORUM

Przesłuchanie 001

Autor: Hamstur Fjolswir

- Najpierw musicie zrozumieć… Żaden z nas nie uważał tego, co robiliśmy za złe – rozpoczął Tyrlus – kiedy się zaciągałem, jedyne co miałem w głowie to hasła z plakatów. Pamiętam je mimo upływu lat, wisiały chyba w każdy możliwym miejscu w tamtym czasie. Codwes Gerluf, na tle logo swojej Augmented Cybernetics, krzyczący „Walcz dla lepszego jutra, dla tolerancji, dla przyszłości i dla nadziei”. I to wszystko w kolorach Unii Technologicznej. Aż nie mogę uwierzyć, jak wielu z nas się wtedy na to nabrało. Odchylił się na oparciu fotela. Serwomotory w jego implantach zaskrzeczały, jakby siłą zmuszone do działania. Przez jego ironiczny uśmiech przebiegł grymas bólu. Spojrzenie mężczyzny powędrowało za okno pokoju przesłuchań, w kierunku zachodu słońca i metropolii widocznej na jego tle. Nawet z tej odległości widać było, jak cyberreceptory w jego oczach dostosowują się do ilości światła. Zapadła cisza, przerywana od czasu do czasu przez dźwięki pracującej kamery, nagrywającej całą rozmowę.
- Panie Broxroch – rozległ się głęboki i stanowczy głos agenta Porwina – proszę kontynuować. Tyrlus odetchnął głęboko. Odwrócił głowę w naszą stronę i podjął opowieść:
Zaciągnąłem się w 126 ABY. Ksenofobia i prześladowania Ulepszonych zaczynały dopiero wchodzić w agresywną fazę. Na początku wszystko wydawało się być proste, wiadomo kto był zły a kto dobry. Prawa Unia Technologiczna broniąca Ulepszonych przed podymi klonerami i ruchami antycybernetycznymi. A przynajmniej tak mówiono na mojej planecie. Najzabawniejsze jest to, że zaciągając się, nie myślałem o walce – większość z nas o niej nie myślała. Nikt nie przewidywał, że może dojść do prawdziwych walk – HoloNetowi eksperci nazywali to polityczną zagrywką – grą na wizerunek, nieme groźby i propagandę. Lśniące zbroje UT Type I z kompozytu najnowszej generacji, błyszczące lufy KGK-14 i logo Unii Technologicznej na piersi każdego żołnierza zdawały się być wystarczającym potwierdzeniem - w końcu kto posyłałby do boju oddziały ze sprzętem nadającym się jedynie do pokazowych defilad. Cóż… Okazuje się, że Unia. Ale wyprzedzam fakty.
Pierwsze dwa lata mojej służby wypełnione były jedynie paradami, przemarszami i pokazowymi ćwiczeniami wojskowymi. Było to dość efektowne, to trzeba UT przyznać niestety gorzej z efektywnością. Niestety wyglądało na to, że przyniosło to dokładnie odwrotny efekt do zamierzonego. Napięcie zamiast opaść, wzrastało, a niezadowolenie po obu stronach tylko rosło. Wreszcie, w 128 doszło do okupacji i zniszczenia klinik cybernetycznych oraz nałożenia embarga. Muszę wam powiedzieć, to tylko pogorszyło sprawę.
Tak czy inaczej, zmusiło to UT do podjęcia zdecydowanych kroków. Jednym z nich była „okupacja” Taanab, w 129 ABY. Była to jedna z planet, która postanowiła wykorzystać embargo i nie dotrzymać kontraktów zawartych z Unią. Była to moja pierwsza operacja wojskowa. Właściwie, był to pierwszy raz dla większości żołnierzy UT. Panował wtedy niezły chaos – szybkie przeorganizowywanie armii i przydzielanie wszystkich do nowych jednostek było niezłą głupotą, szczególnie miesiąc przed inwazją.
Samą okupację ciężko było nazwać zbroją, a na pewno nie zasługuje na miano krwawej, jak lubicie ją teraz nazywać. Wchodząc z nadprzestrzeni nasza flota, złożona ze Trzeciej i Czwartej Armii, napotkała na swojej drodze jedynie niewielką armadę, złożoną główne z sił obronnych planety, które wycofały się widząc wielkość nacierającej flotylli. Trzecia i połowa Czwartej Armii przystąpiły do desantu, pozostawiając pozostałej części Czwartej Armii kontrolę nad przestrzenią.
Lądowaniu nie towarzyszył żaden opór, a niewielkie wojska obrony planetarnej cofały się, oddając nam tereny, podobno w próbie konsolidacji siły w Pandath - stolicy planety. Pierwsze tygodnie konfliktu odbyły się bez choćby jednego wystrzału. Zajęcie planety trwało jednak – w zdobytych po drodze miastach organizowaliśmy parady i pokazy wojskowe, transmitowane przekaźnikami na cały wszechświat. Miało to chyba pokazać siłę i potęgę Unii Technologicznej. Wreszcie po ponad miesięcznej okupacji 9 Korpus Zmechanizowany, do którego wtedy należałem, dotarł pod stolicę.
Miasto, miało być silnie ufortyfikowaną twierdzą, wypełnioną po brzegi wojskiem i sprzętem. W rzeczywistości okazało się otwartą metropolią, bez choćby jednego generatora osłon czy stanowiska dział przeciwartyleryjskich. Siły planety, nawet po konsolidacji, wydawały się żałośnie małe i słabo uzbrojone, liczebnością nie przekraczając nawet jednego naszego korpusu. Niedługo później rozpoczęto rozmowy, dotyczące kapitulacji Taanab i zapłaty reparacji za zerwane kontrakty. W tym czasie Trzecia Armia miała wycofać się z systemu.
Dopiero trzy lata później dowiedziałem się o tym, co zaszło na planecie – rozmowy pokojowe zakończyły się zbrojnym puczem wojska, wspieranego przez cywilną milicję. Rząd planety, nie widząc innego wyjścia z sytuacji poprosił Unię o pomoc w zdławieniu powstania, udzielając im zgody na dokonanie bombardowania planetarnego.
- „Pierwsze strzały w konflikcie doprowadziły do śmierci ponad miliona istot”. Wszyscy widzieli nagłówki gazet, Panie Broxroch. Proszę nie marnować naszego czasu na powtarzanie znanym nam faktów – zimno przerwał opowieść Porwin – Jak to się stało, że dopiero po takim czasie dowiedział się Pan o rzezi Pandath?
- Unia starała się jak mogła. W tamtym czasie panował ścisła kontrola informacji. Słyszeliśmy tylko, że doszło do buntu i że walki rozgorzały na planecie… Poza tym mieliśmy ważniejsze zmartwienia niż sytuacja na Taanab.
Tyrlus wydał się być wytrącony z równowagi. Wydawało się, że rozmowa musiał wprawiać go w dyskomfort. Jego milczenie przeciągało się, aż stało się jasne, że nie ma zamiaru podejmować z powrotem tematu.
- Kiedy i w jakich okolicznościach poznałeś Diopre Kaiburna? – rzekłam, chcąc zmienić temat. Spojrzenie jego cybernetycznych oczu spoczęło na mnie, tak jakby oceniał stopień zagrożenia z mojej strony. Przez chwile myślałam, ze nie zamierza odpowiedzieć, lecz po chwili wahania zaczął:
To było na przełomie 134 i 135 roku. Stacjonowałem wtedy na Umbara, cholernie nieprzyjemnie miejsce. Poznałem go tuż po tym, jak rozwiązali 9 Zmechanizowaną i przenieśli mnie do nowoutworzonej 4 Eskadry Działań Specjalnych. Jednostka zorganizowana została specjalnie dla działań na Umbara i rozwiązano ją tuż po zakończeniu walk na planecie. Dipore był w tamtym czasie sierżantem i moim bezpośrednim przełożonym w oddziale.
Na początku nie przypadł mi do gustu. Był jednym z „najemnych” – ludzi, którzy zostali częścią wojska, gdy rozwiązywano kompanie najemnicze pojedynczych firm Unii. Kaiburn był szorstki, cyniczny i złośliwy. Wydawał się ostatnią osobą, za którą poszedłbym pod ogień karabinów. Nasze relacje poprawiły się znacznie dopiero po operacji „Godet”.
Mianem tym nazwano złożoną akcję, której celem miało być decydujące przełamanie obrony Lokalnych. 4 Eskadra była kluczowym elementem tego planu. Mieliśmy zostać przerzuceni głęboko za linie wroga i przejąć, a następnie zniszczyć bazy węzłów energetycznych, tym samym wyłączając potężne tarcze energetyczne stosowane przez Umbaran na całej linii frontu.
Mój oddział został skierowany do celu numer 5, ostatniego i najbardziej oddalonego ośrodka. Początkowo wszystko szło gładko - przerzut i dotarcie na miejsce nie sprawiły żadnych problemów, a ani jeden z oddziałów uczestniczących w akcji nie został wykryty. Komplikacje nastąpiły dopiero, gdy dotarliśmy do granicy umocnień bazy.
Rekonesans wykazał, jak bardzo dowództwo myliło się w kwestii przeznaczenia i obstawy centrali. Informacje wywiadu wskazywały na dużą, prawie stuosobową załogę oraz potężny węzeł energetyczny. Brakowało jednak wzmianki, że personel ośrodka był w prawie całej wielkości cywilny, a energia dostarczana była nie do osłon, lecz do osiedl mieszkalnych znajdujących się w pobliżu.
Dowiedziawszy się o tym, dowodzący nami podporucznik zbladł i zaczął łączyć się ze sztabem, lecz rozkazy pozostały niezmienne – zająć i zniszczyć, nie pozostawić świadków. Pamiętam, wyraz twarzy na twarzy oficera. W tamtej chwili chyba miałem taki sam. Potraficie zrozumieć? Kazali nam strzelać do cywili. Umbranie nie byli lepsi – specjalnie wypełnili ośrodek cywilami i stworzyli przykrywkę w postaci wysyłki do osiedli, mając nadzieję, że nie przejmiemy punktu…, ale mimo wszystko…
- Proszę nie zbaczać z tematu – Porwin wydawał się być niewzruszony opowieścią – mówił Pan o pańskim uwikłaniu w operację „Godet”. Proszę kontynuować.
Dźwięk pracujących serwomotorów uświadomił mi, że słowa agenta Porwina musiały wytrącić byłego żołnierza z równowagi. Jego twarz nie wyrażała jednak żadnych emocji. Podejmując opowieść, głos Tyrlusa wydawał się być jeszcze zimniejszy niż wcześniej:
Usłyszawszy, że rozkazy pozostają niezmienne, nasz oficer dowodzący odmówił ich wykonania. Przez kolejne dwie czy trzy minuty rozmawiał ze sztabem. Po tym czasie wszyscy w oddziale dostali nowe wytyczne – dowodzenie przechodzi w ręce sierżanta Kaiburna. Podporucznik nie należał chyba do osób mądrych, pamiętałam, że zaczął kląć i powiedział Dipore, że jeżeli ten spróbuje wypełnić rozkaz, oficer zacznie strzelać. Podczas tamtej misji zostałem wyznaczony na jednego ze snajperów, dzięki czemu wyposażono mnie w karabin SPR21 z tłumikiem. To właśnie z tego powodu sierżant nawiązał prywatne połączenie i wydał rozkaz zastrzelenia oficera właśnie mnie.
Chciałbym żebyście nie myśleli o mnie, jako o jakimś potworze. To był już szósty rok mojej nieustannej walki podczas wojny. Kiedy jest się przez tyle czasu w strefie działań, człowiek wypracowuje sobie pewne mechanizmy, pomagające mu przetrwać. Słuchanie dowódcy było jednym z nich. Gdybyśmy byli w bazie lub innym w miarę bezpiecznym miejscu, być może zastanowiłbym się nad rozkazem, lecz w tamtej chwili, w sytuacji zagrożenia, wykonałem po prostu rozkaz. Z odległości niecałych pięciu metrów nie miałem szans nie trafić. Po wszystkim nikt nic nie mówił – każdy wiedział, że wykrycie za liniami wroga oznacza pewną śmierć.
Plan ataku ośrodka nie był skomplikowany i przebiegł gładko. Przejęcie całego kompleksu nie zajęło nam dużo czasu, opór, jak można było się spodziewać – minimalny. Po opanowaniu celu zamknęliśmy żywych załogantów w piwnicach, jak najdalej od miejsca gdzie miała nastąpić eksplozja i zajęliśmy się rozkładaniem ładunków.
To, co stało się dalej pewnie już znacie i nie będę was zanudzał szczegółami. Po zakończeniu akcji odbyłem pierwszą dłuższą rozmowę z Dipore i dzięki jego rekomendacji zostałem wypromowany do rangi kaprala. - Czy po operacji „Godet”, Kaiburn objął dowodzenie nad 4 Eskadrą Działań Specjalnych na stałe?
- Nie należysz do wojskowych, prawda? – Tyrlus zaśmiał się – Za to twój kolega wygląda na takiego, co swoje wysłużył, prawda agencie Porwin? Może będziesz na tyle dobry, żeby wytłumaczyć naszej niewtajemniczonej koleżance błąd w jej rozumowaniu?
Mięśnie szczęki na twarzy, siedzącego obok mnie agenta, zacisnęły się jeszcze mocnej. Przez chwilę wydawało zdawało mi się, że agent nie wytrzyma i rzuci się na byłego żołnierza. Ten jednak odetchnął tylko głęboko, po czym spojrzał na mnie i rzekł:
Dipore Kaiburn po akcji otrzymał rangę Chorążego. To stopień podoficerski. O ile podoficer może kierować działaniami pojedynczej drużyny czy pododdziału, to nie może on dowodzić całym niezależnym oddziałem. Do tego uprawniony jest tylko oficer w randze, co najmniej, porucznika. W przypadku niezależnej eskadry minimalne kompetencje posiada kapitan. Wojska specjalne natomiast wymagają jeszcze wyższej rangi, co oznacza, że 4 EDS dowodzić musi ktoś o randze Majora lub wyżej.
- Widzisz, więc czemu twoje pytanie wydaje się być dość zabawne – rzekł Tyrlus – Dipore pozostał jednak dowódcą 3 plutonu po zakończeniu akcji. Dowodzenie nad jednostką przejęła major Degurechaf. Postać powinna być wam znana. Niesamowicie fascynująca kobieta, z tego co pamiętam wyrachowaniem mogłaby konkurować z Chissami…
- Przestań – uciął Porwin – Nie będziemy marnować naszego czasu na bzdety. Jak długo współpracował Pan z Dipore Kailburn’em?
Broxroch westchnął teatralnie. Serwomechanizmy zaskrzeczały, kiedy nachylił się nad stołem:
Z Dipore „współpracowałem” do końca działań na Umbara, cały czas służąc w jego plutonie. Na nasz czas na planecie składały się głównie akcje odciążające front: przejmowanie konwojów zaopatrzeniowych, oznaczanie miejsc bombardowań, działania sabotażowe – właściwie wszystko, czym nie mogły zajmować się regularne oddziały. W pewnym momencie dostaliśmy nawet do wykonania parę zamachów i zabójstw. Pracowaliśmy ciężej niż droidy, a mimo to sytuacja na froncie zdawała się nie zmieniać. Dopiero po dwóch latach naszym udało się zająć stolicę. Potem wykonywaliśmy zadania oznaczone jako „utrzymywanie porządku”. Zabawna nazwa biorąc pod uwagę, że większość naszych czynności polegała w tamtym okresie na wybijaniu rebeliantów i punktów oporu.
Przez cały ten czas służyłem pod sierżantem Kailburn’em, aż do momentu podpisania całkowitej kapitulacji Umbara w 138 ABY. Wtedy doszło do rozwiązania Dywizji Działań Specjalnych w skład, którego wchodziła 4 Eskadra. Dipore dostał wtedy kolejny awans i został wysłany na szkolenie oficerskie, a ja zostałem oddelegowany na Bespin jako część tamtejszej załogi. Zostałem tam przydzielony do 1 Kompanii Szybkiego Reagowania, utworzonej z powodu silnych problemów z aktywnością wywrotową miejscowej ludności. Dipore spotkałem ponownie dopiero, gdy tworzył swój oddział.
W tamtym regionie stacjonowałem przez kolejne trzy lata, zajmując się głównie ochranianiem dostaw gazu Tibanna i ściganiem rebeliantów. To trwało do czasu, aż doszło do Spopielenia.
- Byłeś na Bespinie podczas Spopielenia? – zapytałam z niedowierzaniem.
- Byłem na orbicie. Nikt, kto był na planecie nie przeżył –twarz byłego żołnierza wykrzywiła się w trudnym do określenia grymasie, gdy zaczął opowiadać:
Wbrew całej tej propagandzie Republik, to nie Unia Technologiczna doprowadziła do wybuchu gazu. Na jeden z okrętów Obrony Planetarnej wdarł się oddział rebeliantów. Była to część ich odpowiedzi na wysłanie dwóch szwadronów 108 Samodzielnego Batalionu na jedną z instalacji, która podobno miała być główną bazą operacyjną rebeliantów. Nim zdążyliśmy zareagować, grupa bojowników dokonała bombardowania orbitalnego idących w atmosferze statków sto ósmej. Mieli chyba nadzieję, ze w ten sposób zatrzymają rzeź swoich. Niestety, było dokładnie na odwrót. Znajdujący się w atmosferze gaz zareagował pod wpływem ataku i zapoczątkował reakcje łańcuchową podpalając całą planetę. Resztę już znacie. 8 miliardów istnień dodane do licznika śmierci.
- To Pana wersja. Prawdopodobniejsze wydaje mi się jednak stwierdzenie, że UT dokonało bombardowania ruchu oporu nie będąc świadoma konsekwencji – chłodno powiedział Porwin – nie ma to jednak żadnego znaczenia. Nie jesteśmy tutaj by wymieniać teorie. Przejdźmy do ważniejszych zagadnień. Jakie były pańskie relacje z Doktor Charlotte Tucker? Proszę opowiedzieć o czasie spędzonym na Beldenore.
-Słucham? - Tyrlus zmarszczył brwi. Po raz pierwszy od początku przesłuchania z jego twarzy zniknął lekko sarkastyczny uśmiech, którym do tej pory raczył wszystkie nasze pytania. – Myślałem, że zamknęliście już tą sprawę. Doktor Tucker nie żyje.
-Proszę odpowiedzieć na pytanie. – nacisk w głosie agenta wydawał się być niemal wyczuwalny.
Broxroch zmrużył oczy, jakby zastanawiając się nad odpowiedzią. Nie wydawał się skory do mówienia na ten temat, tak jakby wywoływało on w nim jakieś nieprzyjemne wspomnienia. Przez chwilę ważył jeszcze słowa, po czym rozpoczął opowieść głosem zrezygnowanym i ledwie głośniejszym od szeptu:
Charlotte Tucker poznałem w 143 ABY. Zostałem wtedy przydzielony, jako część oddziałów jej nowego laboratorium na Belderone. Było to świeżo po skończeniu przeze mnie szkoły oficerskiej. Słyszałem, że to major, a właściwie wtedy już pułkownik Degurechaf mnie zarekomendowała. Ale nie o tym chcecie usłyszeć.
Do ochrony kompleksu został stworzony niezależny szwadron złożony z byłych członków 2 Korpusu Sił Specjalnych i 23 Kompanii Walki Chemicznej. Nowoutworzony oddział został nazwany 1 Samodzielnym Szwadronem Walki Biologicznej. Na jego czele stanęła sama Pułkownik. Ja zaś, będąc w randze podporucznika, stanąłem na czele 1 Plutonu SSWB, odpowiedzialnego bezpośrednio za bezpieczeństwo Pani Doktor.
O Charlotte Tucker słyszałem różne rzeczy. Podobno była jednym z najmłodszych doktorów mikrobiologii, geniuszem wyprzedzającym swoje czasy. Mówiono o niej, że jest zimna, wyrachowana i niebezpieczna, a na uniwersytecie dorobiła się miana potwora. Rzekomo zaczęto ją tak nazywać, gdy w furii zabiła doktoranta, który dokonał pomyłki podczas eksperymentu. Opinie te sprawiły, że nie wyczekiwałem z entuzjazmem na początek naszej współpracy.
Plotki pokryły się z rzeczywistością tylko w jednym aspekcie – była geniuszem. Reszta okazała się być tylko stekiem domysłów obrośniętych legendą. Doktor była niską, pogodną kobietą w wielkich okularach, którą raczej ciężko nazwać było potworem. Bardzo szybko udało się nam znaleźć wspólny język, a sama ochrona badaczki także nie sprawiała dużych trudności, gdyby nie jeden drobny szczegół – Charlotte Tucker była niezwykle niezdarna. Tłuczenie probówek i fiolek było w jej laboratorium na porządku dziennym, a poważniejsze przypadki i ewakuacje zdarzały się co najmniej raz na tydzień.
Mimo wypadków i dość częstej wymiany sprzętu laboratoryjnego, już w 144 zespół doktor Tucker opracował pierwszy działający prototyp broni biologicznej Geonosis, oznaczonej jako „ Typ 0”, a rok później przeprowadzono pełen test terenowy Typu 1 na Dosuun, małej planecie w regionie Dzikiej Przestrzeni. Raporty dotyczące tego eksperymentu powinny być wam znane, więc nie będę zanudzał was opowieścią o ich przebiegu. Nie wszystko poszło tak jak powinno i zamiast śmierci tysiąca republikańskich żołnierzy, na planecie zginęła prawie cała ludność i wielu z kontrolnej grupy 137 Batalionu Obrony Terytorialnej. Po tym wydarzeniu doktor Tucker znalazła się na celowniku sił Republikańskich i 4 miesiące później doszło do ataku na nasz kompleks.
Klin, złożony z republikańskiej eskadry liniowej wzmocnionej dwoma regimentami niszczycieli wszedł do systemu na pełnej gotowości bojowej. Orbitę planety opanowali w ciągu niecałej godziny, rozgramiając Siły Obrony Planety.
To, że jest to szybki wypad w głąb terytorium wroga było jasne od samego początku. Beldenore znajdował się bowiem zbyt głęboko terenów kontrolowanych przez UT, by możliwe było utrzymanie planety – eskadra liniowa była wystarczająca by rozgromić obronę planetarną, lecz nie by odeprzeć pełny atak odwetowy sił systemowych złożonych z pełnej floty. Kompleks laboratoryjny został zaatakowany półtorej godziny później….
Tyrlus zamilkł nagle. Wydawał się na nowo przeżywać jakieś bolesne wspomnienia. Szum kamery rozbrzmiewał po pomieszczeniu w przeciągającej się ciszy. Porwin początkowo pozwolił żołnierzowi na przerwę, lecz z każdym mijającym momentem irytował się coraz bardziej. Po prawie minucie ciszy zabębnił palcami o stół i powiedział:
- Proszę mówić dalej. Atak na kompleks.
- Nie. Wystarczy – zrezygnowanym głosem obwieścił Broxroch – Dzisiaj już wystarczy.
- To ja zdecyduje, kiedy zakończymy – wycedził agent wolno wypowiadając słowa – Proszę opowiedzieć o ataku na laboratorium. Co stało się podczas walki i co stało się z doktor Tucker. Teraz.
- Nie ma potrzeby – odrzekł Tyrlus – Oboje wiemy, co stało się wtedy na Belderone.
- Broxroch. – Porwin porzucił wszelkie uprzejmości, jego twarz zdawała się wykrzywiać w wyrazie furii – Natychmiast.
- Nie poruczniku Porwin. Bo to jest pańska ranga, prawda? Czy dostał pan awans od ostatniego razu, kiedy widzieliśmy się na Beldenore?
Usłyszałam łomot upadającego krzesła. Furia agenta był dla mnie całkiem niezrozumiała, lecz zanim zdążyłam zrobić cokolwiek, ten rzucił się na przesłuchiwanego. Pierwsze uderzenie wywołało nieprzyjemny zgrzyt serwomotorów próbujących złagodzić uderzenie, następne przeszły w jednostajny rumor niszczonej cybernetyki i pękających mechanizmów. Zamiast bronić się, Tyrlus roześmiał się. Do pokoju wpadło dwóch strażników i odciągnęło rzucającego się Porwina.
Wychodząc z pokoju słyszałam tylko okropny śmiech byłego żołnierza.
Wróć na górę