Pomiń nawigację™
Logo Jedi Order - małe
Home - ikonka HOME O NAS REKRUTACJA FORUM

Magia Gwiezdnej Entropii

Autor: Caroline & Kirrond

Prolog - "She"

Kiedy pochylała się nad pieczołowicie wyrysowanym symbolem rytualnym na planie okręgu, w pole widzenia wpadł kosmyk rudych loków. Smukłą kobiecą dłonią wsadziła go za ucho. Uważnie ułożyła w jego obrębie zioła, a potem obficie skropiła rogi heksagramu krwią nieznanego pochodzenia, mrucząc coś pod nosem. Zamknęła oczy, a następnie, pstryknąwszy palcami, zapaliła dokładnie ułożone składniki. Otwierając oczy, wsadziła rękę w płomienie i wyrzuciła w powietrze mieszaninę popiołu i piachu.
Pył opadał nienaturalnie powoli i nierównomiernie. Nie opadł też całkowicie. Pośrodku heksagramu ukształtował się w wizerunki dwóch postaci, z pozoru ludzi, ale jedna z nich miała wyraźne macki na głowie, a drugiej w miejscu oczu zatrzymały się jarzące się resztki ziół.
- Co to ma znaczyć? - zapytał niski, męski głos.
- Idą po ciebie - odpowiedziała spokojnie.
- Kto?! - W głosie mężczyzny pojawiło się zdenerwowanie.
- Demony...

*****

- Hej, Sharon, wiesz co?
- Wiem.
- Eh... niech otchłań pochłonie tę przeklętą więź Mocy. Nie podzielisz się nawet odkrywczą myślą, bo i tak druga osoba ją zna. Tak w ogóle, wynoś się z mojej głowy. - Pokój Caroline w School of Knowledge w niczym nie przypominał jej przerażająco czystego gabinetu. Papiery na biurku były porozrzucane, na podłodze tu i tam leżało kilka części Moc wie jakiego przeznaczenia, łóżko, jak właściwie wszystko w jej pokoju, było zawalone datakartami. Chissanka siedziała za biurkiem, a naprzeciw niej miejsce zajmowała Sharon. Obie Jedi spotykały się dość regularnie. Od czasu do czasu dołączała do nich butelka koreliańskiej whisky. Dzisiejszy wieczór nie był odpowiednim do spędzenia we dwoje.
- Nie potrzeba więzi Mocy, by znać Twoje myśli, Caroline. Alkohol bardzo skutecznie spełnia jej rolę.
- Po koreliańskiej mimo wszystko mam świadomość tego, czym i z kim się dzielę... Więź Mocy nie daje tego luksusu. - Chissanka wzruszyła ramionami i sięgnęła po butelkę, by napełnić własną szklankę. Sharon jednak gestem ręki odmówiła następnej kolejki. - Wiesz, o czym mówię.
- O części swojej świadomości, która dla świata właściwie nie istnieje, bo całkiem skutecznie ją ukrywasz i bardzo chciałabyś, żeby nie istniała wcale.
- Tak, dokładnie tak. - Caroline napiła się i pomasowała skroń - Sharon, chcę wrócić na Coruscant. Potrzebuję trochę... Czasu, żeby... ułożyć w głowie pewne sprawy.
- To wyjaśnia Twoje "badania" i to, że siedzisz tu zamknięta od dobrego tygodnia, skutecznie unikając wszystkich zakonników.
- Tak, potrzebowałam materiału badawczego. Wciąż nie mam wystarczająco dużo informacji. Po prostu muszę...
- Tak, tak, musisz... - Mistrzyni skrzywiła się - Lecieć w cholerę, zostawiając wszystko. Caroline potrzebujemy Cię na Yavinie, jesteś Radną, przyjęłaś stanowisko, wzięłaś na siebie odpowiedzialność, obiecałaś mi coś...
- Nie... Sharon, nie... Czy właśnie przewróciłaś oczami?
- Nawet jeśli, to co? "Stanowisz zagrożenie, w snach widzisz mrok i masz złe przeczucia..." - Obca skrzywiła się tak paskudnie, że Sharon zamilkła w połowie zdania.
- Nie rozumiesz... - Chissanka oparła łokcie o blat biurka i ukryła twarz w dłoniach - "Ona" wróciła.

****

- Gwiazda w ciągu głównym, klasa widmowa M... jedna z... trzech gwiazd w tym układzie, - Kirrond mruczał do siebie, przeglądając najświeższe odczyty z sondy Kunya. - Mała, ale rzeczywiście powinna wystarczyć do ogrzania najbliższej planety...
Usiadł przy biurku i uruchomił symulacje uwzględniające najnowsze dane. Następna porcja danych dotrze za dwa dni. Przez chwilę patrzył na pasek postępu, ale ten nie chciał drgnąć, więc zrezygnowany otworzył plany Kunyi. Fakt, że była to pierwsza sonda wysyłająca tak dokładne dane z nieznanych regionów nie oznaczał, że niczego nie da się poprawić. Szybko jednak je odłożył. Nie mógł znieść myśli, że musieli dopasować się do budżetu kosztem jakości sensorów. Znowu popatrzył na ekran i zawiedziony wyszedł na dwór. Była już noc, ale nie udał się do swojej komnaty opiekuna SoP. Czuł, że jeszcze nie zaśnie.
Powolnym krokiem spacerował po ogrodzie medytacyjnym, co chwila zerkając w niebo. Gdzieś tam dryfowała Kunya, zbierająca tak cenne dane. Migoczące pośrodku mroku nocnego nieba punkciki były wręcz hipnotyzujące. Zaskakująco hipnotyzujące. Bywał już przecież w wielu systemach gwiezdnych, obserwował nocne niebo na wielu planetach. Jednak nadal ten tak pospolity przecież widok potrafił całkowicie go pochłonąć.

*****

Krew... krew na rękach, fartuchu, mundurze... mundurze? Przecież jestem Jedi, nie noszę munduru... Więc czemu "Ona" wygląda jak ja? Czy to przyszłość? Przeszłość? Alternatywna rzeczywistość, w której mój ojciec nigdy nie uciekł z Csilli? Czy to... moja krew?

- THRAWNIE! - wrzasnęła Caroline, budząc się gwałtownie. Chwilę zajęło jej zorientowanie się, co właściwie się stało. Przetarła dłonią czoło, przeczesała palcami włosy.
- Sen... sen... koszmar... Thrawnie...Co? Eh... nieważne... A tak Sharon już nie ma... Sharon odeszła
z parę miesięcy temu... eh jak to było dawno... A ja znowu jestem na Coruscant... Wielki Thrawnie. - Planeta miasto dla mistrzyni Caroline była miejscem, gdzie wszystko się zaczęło i miejscem, gdzie zawsze mogła wrócić. Jej mieszkanie w dolnych poziomach Coruscant nie różniło się specjalnie od gabinetu na Yavinie IV wystrojem, jednak atmosfera w obu tych miejscach była zupełnie inna. Yavin IV tętnił Mocą, dżungla otaczająca świątynię Jedi w niczym nie przypominała miasta pełnego przemocy otaczającego wzmacniane ściany starego mieszkania. Jednak nie przemoc sprowadziła mistrzynię na Coruscant, od niej już dawno nauczyła się skutecznie odcinać. Tym razem Chissanka potrzebowała fizycznej ciszy. Żadnych adeptów, rady ani innych Jedi w pobliżu. Tylko ona i jej badania. Potrzebowała odgrodzić się nawet od swojego "asystenta" Kirronda, który stał się już naturalnym elementem laboratoriów i nieodłącznym towarzyszem każdych badań Chissanki. Projekt wysłania sondy Kunya w Nieznane Regiony w celu bliższego poznania tego rejonu galaktyki był przedsięwzięciem, nad którym pracowali wspólnie od dłuższego czasu. Teraz nastąpił przełom, a przynajmniej obojgu Jedi wydawało się, że nastąpił. Nowe miejsce, nowe spojrzenie na sprawę. Dlatego mistrzyni wróciła na Coruscant. Od kilku, a może nawet kilkunastu dni nie ruszała się z mieszkania, ze wzrokiem wlepionym w cyfronotes, analizując wyniki. Przestała jeść, a snu zaznawała jedynie przed biurkiem, co zwykle kończyło się potwornymi bólami kręgosłupa. Planeta... Jeżeli się nie myliła, Kunya znalazła nadającą się do zamieszkania planetę.

****

- Wróciłaś... Czy życie Mistrzyni Jedi jest tak trudne, że potrzebujesz ucieczki?
- Niekoniecznie ucieczki, ale zmiany otoczenia.
- Nazywaj to, jak ci się podoba Caec'arol'inrokini. Nie twierdzisz, chyba że w tym miejscu przebywasz z przyjemnością? - Stwierdziła postać, a młoda mistrzyni jedi niechętnie, milcząco przyznała jej rację. Stary salon z niewygodną kanapą i klinicznie białymi ścianami oraz wspomnieniami w środku nie był najlepszym środowiskiem pracy, ale powinna być tu sama, tak jak tego chciała. Przynajmniej w teorii. Przeszłość Chissanki ciągnęła się za nią niemiłosiernie i znów postanowiła nieprzyjemnie dać o sobie znać w postaci niechcianego gościa, którego zwyczajnie nie można wykopać za drzwi. - Nie odpowiesz mi?
- Nie. - Odparła, nie odrywając wzroku od tekstu wyświetlanego na cyfronotesie.
- Świetnie. Zajmuj się nadal swoimi "badaniami", nie zapomnij tylko pozbawić się drugiej ręki i oka, żeby wyglądać symetryczniej. - Słysząc o urazach, Chissanka poczuła piekący ból we wspomnianych częściach ciała.
- Zwróć szczególną uwagę na oko. W końcu badania udowadniają, że symetria twarzy jest atrakcyjna, a jedynym celem życia jest wydanie na świat własnej kopii genu, a do tego potrzebujesz partnera...
-Technicznie rzecz ujmując, można obejść część "szukanie partnera" i doskonale o tym wiesz. Tak samo, jak znasz moją opinię odnośnie do powielania konkretnie moich kopii genu. Im mniej mnie jest w galaktyce, tym lepiej.
- Nie potrzeba tej biednej skorumpowanej galaktyce więcej dzielnych rycerzy jedi? Obrońców dobra pokoju i sprawiedliwości? Szalonych naukowców wysadzających pomieszczenia? Balansujących na skraju ciemności? Świetnie ci idzie... na razie z twoim udziałem zginęła tylko jedna osoba. Siedzisz tu sobie tak spokojnie, że prawie wyglądasz jak on. Wiele ci nie brakuje do zostania terrorystą, w końcu ciągle nosisz przy sobie co najmniej dwie sztuki broni. Wiesz, co może się stać, prawda? Zdenerwujesz się o raz za dużo i ktoś skończy z błyskawicą charrica w głowie. Byłabyś świetną szefową gangu terrorystów. Dobrze przemyślana nauka potrafi zabić więcej ludzi niż blastery, bo przecież na tym Ci zależy? Na nauce.

****

Caroline obudziła się z poczuciem, że jest obserwowana. Moc podpowiadała jej, że w pobliżu nie ma nikogo poza nią, lecz nawet świadomość tego nie przyniosła jej spokoju. Sięgnęła po charric leżący na stoliku, odłożyła cyfronotes leżący na kolanach i rozejrzała się niepewnie po pokoju, po czym zaczęła przeszukiwać wszystkie pomieszczenia. Zdawała sobie sprawę, że nikogo tam nie znajdzie, w końcu sprawcą jej niepokoju nie był nikt fizyczny, a przynajmniej nie ktoś, kogo mogłaby zastrzelić charricem. Już miała skląć samą siebie za powrót do starych przyzwyczajeń paranoiczki i wrócić do pracy. Po chwili jednak zdała sobie sprawę, że jej komunikator drze się jak opętany, domagając się uwagi. Spojrzała kątem oka na wyświetlacz, a jej palec zawisł nad klawiszem odrzucenia połączenia.
- Eh... nie mam na to czasu - Pomyślała, po czym pozwoliła, by "potencjalnie masz problem" rozwiązał się sam. Planeta... w dodatku nadająca się do zamieszkania, jeżeli analiza danych była prawidłowa, nawet zamieszkana. Po rewelacjach odkrytych zeszłej nocy nie wiedziała, dlaczego w ogóle zasnęła. To był prawdziwy przełom w pracy jej i Kirronda, coś, na co czekali ponad rok. Oboje poświęcali na projekt ?Nieznane Regiony? cały wolny czas i środki, a ich wysiłek w końcu zaczynał dawać namacalne rezultaty. Chissanka potrzebowała jeszcze trochę czasu, jeszcze trochę danych. Tylko krok dzielił ją od zaplanowania ekspedycji. W jej głowie powoli powstawał pomysł, a tymczasem Rada Jedi zastanawiała się, dlaczego Caroline nie daje znaku życia.

*****

W następnych snach Chissanka widziała już tylko niemożliwe do zidentyfikowania dla niej symbole, krew, ogień, śmierć i... upadek. Swój upadek ku Ciemnej Stronie. Wizje to tylko wersje przyszłości, które mogą się zdarzyć, ale nie muszą. Pod wpływem wizji Mocy sami czasem doprowadzamy do ich spełnienia. To Caroline powtarzała swoim uczniom, żeby dystansować się od tego, co w wizjach ukazywała im Moc. Dlaczego więc teraz widziała chissa celującego do niej z broni palnej? A może... to ona celowała w niego?
- Odłóż tą broń, na czarne kości Imperatora, bo kogoś zastrzelisz!
- To charric, kretynie!
- Odłóż to, czymkolwiek we mnie mierzysz. Nie jestem Twoim wrogiem.
- Jesteś cholernym szpiegiem Dorain, który ma klucze do mojego mieszkania.
- Sama mi je dałaś.
- Żebyś podlewał rośliny, a nie wpadał bez zapowiedzi i mnie niepokoił w trakcie badań. Cholera... - Chissanka przestała celować w głowę niespodziewanego gościa - Frone, mogłeś chociaż zapukać...
- Pukałem... - odpowiedział, rozkładając ręce. - Nie dajesz znaku życia od kilku tygodni, a podobno ktoś widział cię na Coruscant. Chciałem tylko sprawdzić, czy wszystko w porządku.
- W porządku, dzięki za obudzenie mnie. Nie mam czasu na odpoczynek, muszę... - urwała - kontynuować badania.
- I oczywiście mi nie powiesz, nad czym pracujesz, Caroline... I nie masz ochoty na drinka? - Frone wyciągnął zza pazuchy butelkę czystej koreliańskiej. - Chociaż wyglądasz, jakbyś od dwóch tygodni nie trzeźwiała... nie tylko z alkoholu. Kiedy ostatnio brałaś prysznic? Jadłaś coś?
- Tak, wiem... źle sypiam, o ile w ogóle. Wyglądam okropnie, miss galaktyki na bank bym nie została i nie zostanę. Zajmuję się... - urwała, starając się dobrać odpowiednie słowa - badaniami. Szkoda mi czasu na...
- Sen, prysznic i jedzenie? - dokończył Chiss. - Jesteś pewna, że nie wzięłaś zupełnie niczego?
- Za kogo mnie masz, Frone? Jestem czysta. Fakt, że mój ojciec potencjalnie handlował przyprawą, nie znaczy, że ja preferuję tego typu rozrywki. Ostatnie, co brałam, to zwykłe leki przeciwbólowe. Przysięgam. Nie mam zamiaru w nic się pakować. Nie mam zamiaru lać wody na młyn tej... Imperator. - W ustach Chissanki tytuł brzmiał jak najgorsza obelga. - Jak chcesz się czymś pochwalić, to szpieguj kogokolwiek innego... Poza mną... Szklanki są... wiesz gdzie, możesz nalać drinka... a nawet dwa... Pół godziny przerwy więcej mi nie zaszkodzi... chyba.
- Nie szpieguję, bynajmniej nie ciebie... Nasza umowa dalej obowiązuje. Zresztą, za bardzo cenię sobie naszą... - Frone zrobił znaczącą pauzę, zastanawiając się, jakie słowo właściwie określałoby jego relację z młodą mistrzynią. - ...przyjaźń... I nie wyobrażam sobie, co zrobiłabyś mi... gdybym cokolwiek przekazał pani imperator. - Chiss wziął dwie szklanki z szafki i podał jedną z nich Caroline.
- Frone... Powiem wprost. Jeżeli dowiem się, że jakikolwiek przeciek o moich badaniach poszedł do Dorain, zwyczajnie usmażę Ci mózg. - odparła, pociągając z podanej szklanki solidny łyk.
- Co z ideałami Jedi... Mistrzyni?
- Ten tytuł to jakiś żart, ta nominacja była chyba tylko po to, żeby uwydatnić przykład "patrzcie uczniowie, to jest Caroline, tak jak ona nie wolno postępować". Nie nazywaj mnie tak. To naprawdę kiepski żart... Kiepski i w złym guście.
- Skoro to żart w tak złym guście, nie myślałaś o odejściu z Zakonu? Twoje umiejętności są... cenne... - Zaczął ostrożnie.
- Nie... wiem, o czym myślisz. Wybacz, że znowu to robię, ale twoje przeklęte myśli krzyczą. Nie będę szpiegować dla Imperium, nie będę walczyć dla Imperium i Coruscant nie jest moim domem, jest... miejscem. Miejsce równie dobrze mogłoby być gdziekolwiek indziej. Rzuć ten temat albo wyjdź. Proszę.
- Wybacz.
- Wybaczam, nie sugeruj mi tego więcej. Wiesz, co myślę o Dorain, o "układzie" z Radą, o mojej roli jako Jedi... i o "współpracy" z Imperium. Nie poruszaj tego tematu. Nigdy więcej. - Chissanka potarła piekącą bólem prawą połowę twarzy, czując, że zaczyna się pocić, a po plecach przebiega jej nieprzyjemny dreszcz. Frone też umierał w jej snach... W jednym z nich sama go zabijała...
- Frone? - zapytała szeptem i odłożyła pustą szklankę na stół.
- Tak?
- Nie przyjmuj następnego zlecenia.

*****

Lekki frachtowiec wskoczył w nadprzestrzeń. Teraz, kiedy to komputer miał pełną kontrolę nad nawigacją, mógł się spokojnie wyciągnąć w fotelu. Nie było mu dane odespać ostatniego nocnego spaceru. Bardzo zaniepokojona przeciągającym brakiem raportu od Caroline Justine poprosiła go, żeby poleciał na Coruscant i sprawdził, co się dzieje. Fakt, dziwnie długo nie dawała znać, ale dlaczego z tego powodu właśnie jego odciągać od danych z Kunyi?
Logika mówiła jednak, że on był najlepszym kandydatem do tej misji. Bywał już w laboratoriach na Coruscant i wydawało się, że w jakimś stopniu rozumie jej pokrętną logikę. Teraz to nie było ważne, teraz mógł i chciał się przespać. Wyciągnął się w fotelu i zamknął oczy.

Wokół panował mrok. Smugi słabego światła przeszywały czerń sufitu niczym blasterowe strzały. Nie wiedział, dlaczego biegnie, ale czuł, że musi biec... a może raczej chciał? Mimo tych wątpliwości biegł nieprzerwanie. Coś, a może ktoś, nie pozwalało mu przestać. Poruszane ruchami reszty ciała macki, wyrastające z jego głowy, delikatnie falowały na chłodnym powietrzu. Nagle mrok się poruszył. Czarna sylwetka podniosła głowę i patrzyła na niego uważnie. Po dwóch sekundach zerwała się gwałtownie i odbiegła w głąb tunelu. Sprawiała wrażenie, jakby pochłaniała całe światło. Nie pognał jednak za mroczną postacią, a zamiast tego zatrzymał się. Było tu coś o wiele bardziej interesującego. Z miejsca, z którego uciekła dziwna sylwetka, biła silna, aczkolwiek szybko słabnąca aura Mocy. Kiedy kucnął, dojrzał kobietę o długich, brązowych włosach. Przy każdym płytkim oddechu jej pierś unosiła się niezauważalnie, a na twarzy pojawiał się grymas bólu. Otworzyła oczy i popatrzyła na niego. Oczy te wydawały mu się znajome, czuł, że zna je doskonale, ale równocześnie nie potrafił określić skąd. Przerażenie powoli opuszczało jej spojrzenie, jednak w jego miejscu pozostawała jedynie pustka. Spojrzała mu prosto w oczy i rozchyliła usta.
- Znajdź ją - wyszeptała. - i powiedz jej... powiedz jej, że jest dobrą istotą...
Jej obecność w Mocy była już ledwie wyczuwalna.
- Czyje słowa mam przekazać? Jak się nazywasz? - zapytał.
- Nazywam się K... - zaczęła, a po jej policzku spłynęła samotna łza.
Wyciągnął dłoń i otarł jej łzę z metalicznie zimnego policzka.
- Kunya - wyszeptała, wypuszczając powietrze po raz ostatni.

*****

- Włóż je z powrotem... To obrzydliwe. - Rzuciła Poltora, krzywiąc się paskudnie.
- Jak się brzydzisz, to schowaj się za barem, nie musisz tu być i na to patrzeć - Odparła chissanka, próbując rozmontować trzymaną w rękach część.
- Na litość Mocy, Caroline, to mój lokal! Wystraszysz mi klientów!
- Jakich klientów? W zamkniętym barze? Zresztą twoi klienci o tej porze prawdopodobnie leżą zarzygani w rowie albo są w takim stanie, że nawet by mnie zauważyli.
- Dorobiłaś się tytułu mistrzyni Jedi i zrobiłaś się bezczelna. Masz wrażenie, że wszystko ci wolno... a to wcale tak nie działa... A nie, wybacz, zawsze byłaś bezczelna i wredna. Włóż je z powrotem, jeszcze raz proszę! - Barmanka spojrzała Chissance w oko, by nadać większej powagi swoim słowom i przypadkiem jej wzrok zatrzymał się na pustym oczodole przyjaciółki. W tym momencie żołądek podjechał jej do gardła. - Jak ktoś taki został mistrzynią jedi?
- Nie, nie działa... - Caroline westchnęła głęboko, wkładając sztuczne oko na swoje miejsce. - Przepraszam... ale źle skalibrowane potrafi wysyłać impulsy bólowe do neuronów. Są na tyle silne, że upośledzają mi jasne myślenie... Na drugie pytanie nie znam odpowiedzi. Powiedzmy, że wygrałam tytuł na loterii. Obrońcy praw obcych żądali parytetów nawet w Radzie, albo dostałam go za romansowanie z głównym szpiegiem Szanownej Pani Imperator. - Chissanka uśmiechnęła się półgębkiem.
- Dobrze cię znowu widzieć w dobrej formie i humorze. - twi?lekanka odwzajemniła złośliwy uśmiech - A tak na poważnie... Ten cały Frone to całkiem niezła partia. Gdyby nie był szpiegiem, rozważyłabym zwinięcie ci go sprzed nosa.
- Taa... weź go sobie. Kobiety narzekają, że mężczyźni chcą widzieć je tylko w domu, gotujące, piorące, sprzątające, grzeczne i posłuszne. Z dwojga złego wolałabym, żeby ten przeklęty szpieg fantazjował o mnie w ten sposób, a nie o tym, że płaszczę się na dywaniku Dorain, bijąc pokłony. W roli matki, żony i kochanki od biedy mogę sobie siebie wyobrazić, ale...
- W roli wycieraczki do stóp Imperium już niekoniecznie, co? Taak, eh, gdzie ci mężczyźni? Może bym tak przerzuciła się na płeć piękną? Co o tym sądzisz, Caroline? - Odpaliła.
- Sądzę, Poltoro, że możesz robić sobie, z kim chcesz i co tylko chcesz, byleby nie krzywdzić drugiej osoby. I nie ujmuj mnie w swoich planach. Moje zainteresowania nie dotyczą...
-Płci w ogóle? W końcu nauka jej nie ma?
- Podobno ma płeć żeńską gramatycznie, więc technicznie rzecz ujmując, interesuje mnie płeć piękna... Niestety, to miłość bardzo niewdzięczna, chociaż czasem odwzajemniona i definitywnie skłania mnie ku monogamii.
- Jesteś nudziarą... Może za niedługo zaczniesz pisać wiersze?
- Fraszki
- Do nauki?
- Nie, no co ty? Ja poetką? Już chyba prędzej mistrzynią Jedi... - Kobiety wybuchnęły głośnym śmiechem.
- A tak serio... po co przyszłaś? Mówiłaś, że masz do mnie jakiś romans. - Poltora zatrzepotała rzęsami zalotnie, na co Caroline zareagowała śmiechem. Zaraz jednak jej twarz znów przybrała poważny wyraz.
- Tak, całkiem poważny romans. Kirrond zaginął gdzieś na Coruscant. Dostałam wiadomość trzy dni temu od Justine i oczywiście byłam zbyt zajęta, żeby przeczytać ją wcześniej...
- Kolejny romans? Caroline, rozkręcasz się... Może harem? To świetny pomysł na biznes.
- No w sumie... Nieważne. Kirrond to mój asystent i trzeba go znaleźć, bo to, nad czym ja i on pracujemy, jest głównym powodem, z którego Frone znowu kręci się obok mojego tyłka.
- Polemizowałabym odnośnie do powodu, z którego Chiss kręci się obok krągłego tyłka pewnej Chissanki, ale... - Barmanka wyszczerzyła zęby, sięgając po szmatę do kufli.
- Nie, serio, rzuć ten temat. Naprawdę muszę znaleźć Kirronda
- Jasne, rozumiem, żarty na bok. Popytam o twojego asystenta. Jak ktoś go widział, dam Ci znać.
- Świetnie, do zobaczenia.
- Do zobaczenia i jak wy to mówicie? Niech Moc ma cię w swojej opiece?

****

- Zgubiłaś asystenta? - rzucił Chiss, wchodząc do mieszkania Caroline, i zamykając za sobą drzwi.
- Nie zgubiłam asystenta, Frone... technicznie rzecz ujmując, zgubił się sam - odparła, nawet nie odwracając się w stronę przybysza. - Powinieneś mi też wyjaśnić, dlaczego znowu wchodzisz mi do mieszkania, nie racząc zapukać.
- Pukałem... nie odpowiadałaś, jak zawsze.
- Tak? Nie pamiętam, żebym odpowiadała, nie pamiętam też momentu, w którym słyszałam pukanie, więc...
- Oboje mamy rację i jej nie mamy jednocześnie - dokończył chiss, podchodząc do Mistrzyni siedzącej na podłodze i spojrzał na nią z góry. - Jesteś pokręcona. Twój asystent zaginął, a ty siedzisz tu i...
- Medytuję. Magiczne sposoby jedi na szukanie zaginionych, albo coś w tym guście. Poza tym, uruchomiłam dosłownie wszystkie swoje kontakty na planecie, nie mogę chodzić po podziemiach i pytać po wszystkich barach, czy ktoś nie widział nautolanina w szacie Jedi. - Caroline westchnęła z rezygnacją.
- Wszystkie poza mną
- Miałam napisać wiadomość, ale sam wpakowałeś mi się do mieszkania. Uznałam, że w końcu i tak to zrobisz.
- Wyglądasz jeszcze gorzej niż ostatnio. Myślałem, że to niemożliwe...
- Rok temu myślałam, że już bardziej szpetna być nie mogę... a jednak. - Rzuciła niedbale Chissanka. - Chociaż, może to i lepiej. Blizna po wypadku zasłania mi część twarzy, zawsze to o tę część mniej. Korzyść... urodowa, przynajmniej odciąga uwagę od reszty twarzy.
- Nie mówię o śladach po wypadku. Jesteś...
- Tak, jestem. Nie mogę spać i mój... asystent zaginął gdzieś w bliżej nieznanych okolicznościach na części planety, w której prędzej skończysz martwy, albo bez jakiejś części kończyn niż w miejscu docelowym, a leki przeciwbólowe przestały działać. Rozważam amputację pozostałej części mojego prawego ramienia przy samym kręgosłupie. Przez zakłócenia Mocy, wszechobecną śmierć i zgniliznę moralną nie potrafię ustalić położenia Kirronda. Jestem zmartwiona i podirytowana i...
- Kirrond da sobie radę. Z twoich opowieści wynika... - próbował przerwać Chiss, jednak jego słowa spowodowały jedynie, że Caroline gwałtownie wstała z podłogi i znalazła się tuż przed Fronem z palcem dźgającym go w pierś. Frone nie musiał być wrażliwy na Moc, żeby stwierdzić, że Mistrzyni jest wściekła.
- Z Twojego wywiadu na temat Kirronda wynika, chciałeś powiedzieć. -warknęła.
- Nie, nie chciałem.
- Ale o tym pomyślałeś, nie rób ze mnie idiotki. Nasza umowa obejmuje jedynie brak krzywych akcji wymierzonych we mnie, nie wspomina nic o śledzeniu istot ze mną powiązanych. Ach... Poltora była bardzo niezadowolona z prób śledzenia jej. Prosi, żebyś zaprzestał tej praktyki, bo inaczej... cóż, porozmawia sobie z tobą w języku dolnego Coruscant.
- Prowadzicie bar i wiecie jak mnie załatwić. Właśnie to chcesz powiedzieć? Gdzie ideały Jedi.
- Zapomniałeś, gdzie jesteś? Poltora Jedi nie jest, nasze rzekome ideały możesz wsadzić sobie, w tym wypadku, tam, gdzie odcinek lędźwiowy kręgosłupa traci swoją szlachetną nazwę. Wiesz, jak to wygląda tutaj. Zdechłbyś zastrzelony u samego progu naszego baru, a nikt nie kiwnąłby palcem. Ewentualnie ktoś sprzedałby twoje doczesne szczątki na części. Thrawnie! Wierz mi albo nie, Frone, masz naprawdę bogate wnętrze.
- Ile teraz za nerki chissa na czarnym rynku? - Podjął próbę zmiany tematu, zanim palec Caroline zrobi mu dziurę w mostku. Zastanawiał się, dlaczego Chissanka jescze go nie złamała. Dopiero jednak, gdy wzrok Mistrzyni nieco złagodniał, przypomniał sobie, że jej palce są mechaniczne. Ataki gniewu Chissanki go autentycznie przerażały, chociaż z opowieści wynikało, że początki panowania nad zdolnościami młodej mistrzyni były mierne, i wraz ze skokami temperamentu skakały wszystkie nieprzymocowane przedmioty w pomieszczeniu. Teraz Caroline była mistrzynią, ale Frone wciąż obawiał się podświadomie, że w momencie utraty panowania nad sobą Caroline po prostu telekinetycznie rozsmaruje go na ścianie.
- Nie podpuszczaj mnie... - odparła, w zastanowieniu spoglądając w prawy górny róg pomieszczenia. - Wystarczająco, żebyś pozbył się kredytu... tak nie tylko ty masz pewne źródła informacji... - dodała, widząc zaskoczone spojrzenie - i miał nowy ścigacz. Dość tego, Frone. Wyjdź. Natychmiast. Niepotrzebnie mnie rozpraszasz i marnujesz moją energię, a czas mi ucieka. Kwestią paru godzin może okazać się, że Kirrond gnije w jakimś rynsztoku. Wyczuwam jego aurę... Wciąż żyje, pytanie tylko jak długo jeszcze?

****

Stojąc przed obdrapanymi drzwiami, uderzył w nie kilkukrotnie. Po chwili powitały go niewyraźne przekleństwa wypowiadane w basicu, a drzwi się rozsunęły. Nie czekając na zaproszenie, wszedł do środka, gdzie szybko natknął się na chissankę czającą się w kącie.
- Odejdź, bo będę musiała cię zabić... - zaczęła.
Zignorował te słowa, podchodząc bliżej i patrząc w oczy wypełnione obłędem.
- Otrzeźwiej, szalona Chissanko! - krzyknął, uderzając ją otwartą dłonią w twarz. - Kunya jest w niebezpieczeństwie!
- Kirrond! Tutaj jestem! - usłyszał za sobą i stanął jak wryty, a ciszę przerwał głośny trzask pioruna.

Wróć na górę