Pomiń nawigację™
Logo Jedi Order - małe
Home - ikonka HOME O NAS REKRUTACJA FORUM

Podział Deili

Autor: Hamstur Fjolswir

Stałem niepokojenie w świątynnym archiwum. Ta sekcja nagrań bezpieczeństwa była zastrzeżona tylko dla Mistrzów, lecz nie mogłem się powstrzymać. To była jedna z niewielu okazji, być może nawet jedyna, by obejrzeć nagrania sprzed 8 lat. Nikt, kto uczestniczył lub był świadkiem tamtych zdarzeń nie chciał o nich mówić, lecz ja wiedziałem, że siódmy miesiąc roku 185 ABY był czasem wydarzeń niezwykle dla Zakonu znamiennych.
Godzinę zajęło mi znalezienie w nagraniach dokładnego dnia. Zawahałem się. Moja dłoń spoczęła nad przyciskiem, lecz w moim umyśle toczyła się batalia między ciekawością oraz chęcią wiedzy, a dyscypliną i szacunkiem dla Mistrzów. Na pewno istniał powód, dla którego owe nagrania były zakazane i pilnie strzeżone. Powód, który powodował smutek na twarzach moich nauczycieli i Jedi obecnych tamtego dnia w Świątyni.
Niedane jednak było mi wybrać. Gdzieś w dalszej części archiwum rozległ się nagle rumor, spowodowany zapewne upadkiem rekordów z regału. Dźwięk ten rozległ się tak nagle i niespodziewanie, że wyrwany z głębokich rozważań drgnąłem, wciskając przycisk. Przed moimi oczami ukazały się nagle holonagrania z wielu kamer tamtego dnia.
Dzień zaczynał się raczej spokojnie. Obserwowałem Jedi kroczących korytarzami dawnej Świątyni - Mistrzów idących spokojnym krokiem ze swoimi Padawanami czy Adeptów niespokojnie podążających na zajęcia. Na twarzach młodych Jedi widać było słabo maskowane podekscytowanie, a wśród młodszych dzieci nawet radość, gdy ledwo tylko powstrzymywanym biegiem szły na zajęcia podstaw walki mieczem świetlnym. W Bibliotece dało się zobaczyć spokojne twarze studiujących stare teksty lub szukających jakichś informacji. Bibliotekarze i archiwiści bez pośpiechu wykonywali swoje obowiązki, z pieczołowitością porządkując zbiory i czyszcząc regały z kurzu. W świątynnych ogrodach dało się zobaczyć medytujących oraz ćwiczących szermierkę Jedi.
Moją uwagę przyciągnął ekran pokazujący zapis z wejścia do skarbca, gdzie przetrzymywane były największe sekrety. Długimi schodami podążała zakapturzona postać, sądząc po insygniach oraz pelerynie, zapewne Mistrz chcący szukać mądrości w zasobach holokronów Jedi. Postać wydawała mi się być niespokojna, jakby sama myśl o zawartości skarbca miała przyprawić o podekscytowanie lub zdenerwowanie.
Przesuwając wzrokiem na dalsze ekrany zobaczyłem Mistrzynię Vendeę, która wtedy musiała być jeszcze Jedi, oraz Mistrzynię Sharon. Obie nadzorowały zaczynające się właśnie zajęcia dla adeptów. Młodzi kandydaci na Jedi z zapałem ustawiali się w rzędach na dziedzińcu i widać było, że nie mogą doczekać się użycia trzymanych w rękach replik mieczy. Z sobie znanym tylko spokojem Sharon mówiła do grupy, zapewne tłumacząc oraz instruując młodych. Przez chwilę nabrałem chęci by włączyć dźwięk z nagrania i posłuchać objaśnień kobiety. Zaraz jednak przeniosłem wzrok na inny monitor i zmarszczyłem brwi, gdy dostrzegłem, co zwróciło moją uwagę.
Po schodach wiodących do skarbca wspinał się Mistrz, który chwilę temu po nich schodził. Spod kaptura widać było tylko jego usta, rozciągnięte w dziwnym i jakby się wydawało nienaturalnym uśmiechu. Na wyciągniętych przed siebie rękach niósł jakiś przedmiot, lecz przykryty był on peleryną mężczyzny, przez co nie udało mi się dostrzec jego natury. Z jakiegoś powodu jednak widok ten zaniepokoił mnie.
Jak zahipnotyzowany patrzyłem, jak Mistrz maszeruje kolejnymi korytarzami, powoli zbliżając się do głównego dziedzińca. Ze zdziwieniem dostrzegłem, że zaczynają do niego dołączać inne osoby. Wszyscy mieli twarze głęboko ukryte pod kapturami, a ich jednostajny i miarowy krok z nieznenych przyczyn wydał mi się dziwny. Szli równo, niczym zsynchronizowana machina, nie zważając na innych.
Wchodząc na główny dziedziniec, zebrało ich się już zbyt wielu, by mogli być tylko przypadkową zbieraniną, lecz przez wielkość atrium nikt nie zwrócił na nich uwagi. Ustawiwszy się po zachodniej stronie wydawali się obserwować i czekać.
Wydawało mi się, że czas zatrzymał się w tamtym momencie, jakby wstrzymując oddech w oczekiwaniu. We wschodniej części zajęcia Sharon oraz Vendei rozpoczynały się powoli, gdy grupy Adeptów wykonały pierwszy z wielu zamachów sekwencji. Przy wschodnim wejściu grupa Jedi rozmawiała o czymś z ówczesnym Wielkim Mistrzem Zakonu, którego łatwo było poznać z powodu jego wzrostu i postury, dzięki którym górował nad innymi. W północnej części atrium paru Padawanów oraz Jedi ćwiczyło walkę na miecze świetlne pod okiem Mistrza Miecza, którego imię zaginęło mi w pamięci. Wśród szermierzy dostrzegłem Mistrza Nightwisha, który, wtedy jeszcze zapewne w stopniu Rycerza Jedi, doskonalił utworzoną przez siebie formę ósmą.
Jakby wiedziony instynktem, włączyłem dźwięk nagrania. Głosy spokojnego świątynnego dnia zalały pokój archiwum, lecz ja skupiony nie zauważałem nic prócz dziwnej grupy Jedi. Nagle dostrzegłem, że na obrzeżach dziedzińca zbierają się inni Jedi, także zakapturzeni i milczący. Złe przeczucia wezbrały jeszcze bardziej. Zastęp postaci stojący na środku ustawił się w trójkąt, na którego szczycie stał Mistrz z dziwnym przedmiotem zabranym ze skarbca.
Nagle postać zdjęła kaptur i odsłoniła przedmiot trzymany w rękach. Niemy krzyk wydobył się z moich ust, gdy zrozumiałem, co widzę. W dłoniach Jedi leżał holokron. Jego ostre, pozłacane krawędzie odbijały światło słońca, a znaki i wykończenia lśniły delikatnie własnym blaskiem. Lecz nie to wywołało u mnie największe przerażenie. Jego zalążkiem był fakt, iż zamiast sześciennej kostki, w dłoniach leżał ostrosłup, z czerwonego jak krew kryształu. Holokron Sithów. Narzędzie, którego nie wolno było ruszać żadnemu Jedi.
Mój lęk wzmógł się tylko, gdy popatrzałem na trzymającą go postać. Mimo, iż niosący artefakt był niezaprzeczalnie mężczyzną, przed moimi oczami widziałem kobietę. Jej postać migotała i rozmywała się, jak gdyby nie była do końca realna. Nagle obraz drgnął i na miejscu kobiety zobaczyłem Twil'ekankę o czarnych leku. Zdziwiony przyjrzałem się dokładnie postaci. W pierwszej chwili tego nie dostrzegłem, lecz pod warstwą dziwnego, falującego obrazu dostrzegłem Jedi, który przyszedł tu z holokronem. Jego sylwetka była przykryta i schowana jakby w cieniu rzucanym przez obraz, przez co nie byłem w stanie rozpoznać twarzy mężczyzny. Jedyne, co zdawało się być zauważalne, to szaleńczy uśmiech widniejący na ustach.
Widok rozmył się, gdy widmowa kobieta znów zmieniła rasę. W każdej postaci wydawała się być inna, lecz takie same pozostawały dwie rzeczy: zniewalające piękno i kobiecy powab oraz okrutne, żółte oczy patrzące na wszystko z pogardą i wstrętem. Mara rozejrzała się wokoło, jakby napawając się widokiem. Mimo, iż oglądałem jedynie nagraniem, wydawało mi się, że czuję siłę Ciemnej Strony emanującą od jej postaci. Wrażenie było niemal fizycznie bolesne, lecz wiedziałem, że musi to być tylko złudzenie. Na powrót skupiłem wzrok na holoprojekcji.
Wielki Mistrz pierwszy spostrzegł widmową kobietę na dziedzińcu. Patrzyłem, jak łagodna twarz mężczyzny wykrzywia się w grymasie zdziwienia i lęku. Przerwał on prowadzoną rozmowę i ruszył w stronę zgromadzonych postaci. Marszcząc brwi w wyrazie zdziwienia zapytał swoim donośnym, spokojnym głosem:
- Co to ma znaczyć? Jak tu weszłaś?
Odpowiedział mu upiorny i przeraźliwie złośliwy śmiech kobiety. Na jej twarzy pojawił się wyraz szaleńczej pasji i nienaturalny uśmiech, który przywodził mi na myśl wyraz wynaturzonej ekstazy i rozkoszy, po czym rozległ się głos mary. Brzmiał on niczym tysiące jęków, krzyków i brzmień nałożonych na pojedyncze gardło, lecz w swojej zwyrodniałej naturze głos wydawał się być jednocześnie obleśny i ponętnie uwodzicielski:
- Jestem śmiercią harmonii, zagładą ładu, rozkoszą niezgody - Jestem Darth Deila.
Jej ręka sięgnęła niedbale przed siebie, wyciągnięta powolnym, sennym gestem. Palce w namiętnym ruchu wyprostowały się nagle. Fala Mocy tak potężna, iż żłobiła dziury w ziemi na swojej drodze, uderzyła w Wielkiego Mistrza Zakonu, nim ten zdążył wykonać choćby gest. Wielki jak dąb mężczyzna wyleciał w powietrze i został wbity w kamienną ścianę Świątyni z siłą przechodzące moje największe wyobrażenia. Mur pękł pod naciskiem Mocy, a Jedi wpadł do pomieszczeń kryjących się za nim, razem z kawałkami kamieni. Czyn ten wydał mi się nierealny i niemal przeczył wszystkiemu, co nauczono mnie o Mocy, lecz zaraz dostrzegłem prawdę.
Stojący w trójkącie, za widmową kobietą, Jedi zachwiali się. Zrozumiałem, że musieli być oni jakoś połączeni, a mara używała ich by w łączonym wysiłku imitować użycie Mocy. Działanie całej grupy mococzułych zgranych w harmonii musiało dawać potężne efekty. Nie potrafiłem zrozumieć, w jaki sposób zjawa Darth Deili kontroluje ich wszystkich, lecz w oczach każdego z nich zobaczyłem szaleństwo i błysk, który kojarzył mi się z jakąś perwersyjną i zwyrodniałą rozkoszą.
Teraz także i pozostali członkowie Zakonu zauważyli zamieszanie. Było już jednak za późno. Rozległy się wielokrotne dźwięki aktywowanych mieczy świetlnych i w dłoniach każdej z zakapturzonych postaci pojawiła się świecąca klinga. Zielone, niebieskie i żółte ostrza mieczy świetlnych wydały mi się ostatecznym potwierdzeniem zdrady i upadku zakapturzonych Jedi.
Nagle rozległ się dziwny dźwięk i eksplozja Mocy rozerwała gruzowisko powstałe po ataku Darth Deili. Spośród kamieni i pyłu wyszedł Mistrz Zakonu, dzierżąc w dłoniach rękojeść miecza świetlnego o długim, bladoniebieskim ostrzu. Ku mojemu zdziwieniu wojownik nie wyglądał na rannego. Emanował czystą siłą i spokojem. Wydawało się, że wszyscy, włącznie z widmową kobietą, stoją w osłupieniu nie mogąc wykonać ruchu.
Mistrz stanął w pozycji obronnej koło zdumionych i przerażonych adeptów i rzucił do stojącej obok Vendei:
- Zabierz adeptów do Sali Rady. Natychmiast.
Zanim ktokolwiek zdążył zareagować, rzucił się w kierunku Darth Deili. To wyrwało członków Zakonu z szoku. Aktywując miecze świetlne byli gotowi stawić czoła wrogom, którymi byli ich niedawni przyjaciele i sprzymierzeńcy.
Zdrajcy Jedi rzucili się w furii na przeciwników. Rozgorzała bitwa. Wszędzie słychać można było syk zderzających się mieczy świetlnych. Mistrzyni Sharon, wraz z Vendeą oraz grupą padawanów rzuciła się w kierunku wschodniego przejścia, chcąc za wszelką cenę przebić się przez pierścień wroga i doprowadzić najmłodszych i najsłabszych członków Zakonu w bezpieczne miejsce. Wielki Mistrz przedzierał się przez nacierających zdrajców, starając się dać jak najwięcej czasu uciekającym. Ostrze jego dwuręcznego miecza świetlnego godziło przeciwników i odbijało ciosy z niezwykła siłą. Emanująca od wojownika Moc wydawała się być niemal fizycznie widoczna, gdy szerokimi zamachami utrzymywał w odległości grupę przeciwników, sporadycznie wykonując wypady i pchnięcia Mocy.
Przenosząc wzrok po pozostałych ekranach, zrozumiałem, że walki trwały także w innych częściach Świątyni. Wszędzie widać było zderzające się klingi, gdy Jedi z całego Zakonu walczyli o życie z wrogami, którzy do niedawna byli ich przyjaciółmi i towarzyszami broni. W jednym z pokoi treningowych Mistrz walczył z czterema Padawanami. W jego oczach widać było to samo szaleństwo jak u pozostałych zdrajców. Młodzi Jedi nie mieli szans, rozpaczliwie starając się dotrzymać kroku bardziej doświadczonemu i lepszemu przeciwnikowi. Sprawa była jednak beznadziejna - upadły bawił się ze swoimi przeciwnikami, dając im namiastkę nadziei, gdy w rzeczywistości ich chwile były już policzone. Napawał się desperacją młodych, gdy ci rzucali się na niego, starając się stosować całą wiedzę i doświadczenie swoich krótkich żyć.
Wreszcie, znudziwszy się przeciwnikami, Mistrz wyciągnął rękę i używając Mocy unieruchomił swoich uczniów. Powolnym ruchem wykonał młynek mieczem, napawając się przerażeniem i rozpaczą młodych Jedi. Powoli, jakby kosztując każdą chwilę, podchodził do każdego z obezwładnionych i flegmatycznie wrażał w serce każdego z nich swoje ostrze. Ból rodzący się na twarzach padawanów zdawał się tylko przynosić mu rozkosz.
Z każdym zabitym, jego oczy jaśniały i błyszczały dziwnym blaskiem, a klinga miecza świetlnego ciemniała, jakby krew umierających miała zmieniać z wolna jej kolor. Gdy ostatni z uczniów umarł, poświata miecza świetlnego wydawała się być niemal krwiście czerwona, mimo iż kolor ostrza nadal posiadał odcień podobny do niebieskiego.
Dopiero po chwili, gdy ogarnąłem umysłem całe zdarzenie, zrozumiałem, czym było zjawisko, które widzę. Kryształ kyber zawarty w mieczu krwawił. Ilość śmierci, zniszczenia oraz szalonej nienawiści doprowadziła żywy kamień do płaczu krwawymi łzami, które zmieniały jego kolor powoli, lecz nieubłaganie, przekształcając jego barwę w szkarłat.
Przeniosłem wzrok na inny ekran, lecz na każdym z nich rozgrywały się podobne sceny - upadli Jedi w szaleńczym amoku mordujący swoich niedawnych towarzyszu broni, którzy w desperacji, ostatkiem sił trzymali się życia i nadziei.
Mistrzyni Sharon, melodyjnym i śpiewnym głosem recytowała mantrę Jedi, która pomagała jej pozostać w skupieniu potrzebnym, by utrzymać wielką barierę Mocy, odgradzającą szalonych upadłych od grupy przerażonych adeptów i padwanów. W jednym z magazynów chissańska Jedi broniła się przed trzema napastnikami, co chwila ciskając w nich butelkami alkoholu za pomocą Mocy. Gdy wszyscy trzej byli już mokrzy od trunku, zamachnęła się na nich swoim mieczem, podpalając ich. Ogień zaczął ich trawić, lecz ci w swoim obłędzie wydawali się tylko upajać bólem. Po chwili padli nieprzytomni, lecz zwycięstwo było jedynie chwilowe. Do magazynu wpadli kolejni przeciwnicy, rzucając się na kobietę z furią i szałem.
Wróciłem do obserwowania dziedzińca, przyciągnięty nagłym poruszeniem. Darth Deila powoli zaczęła recytować przeciągłe, nieludzko brzmiące dźwięki, które, złożone w całe słowa, wydały mi się niezwykle plugawe i przerażające. Trójkąt złożony z upadłych, wprowadzony w trans, powoli kiwał się na boki, intonując dziwną, gardłową pieśń. Na ich twarzach widać było wysiłek i ból, jakby podporządkowanie się mocy widma sprawiało im cierpienie. Niektórzy spośród nich upadali, czasem tracąc przytomność, a czasem życie, gdy obrzęd wyciągał z nich wszystkie siły. Powoli wokół grupy zaczęła gromadzić się Moc, powodująca falowanie i iskrzenie powietrza niczym przed burzą.
Widząc to, Wielki Mistrz oraz paru Jedi zaatakowało, próbując dotrzeć do mary i przerwać ohydny rytuał. Drogę zastąpiła im grupa zdrajców, których wydawało się być wielokrotnie więcej niż samych Jedi. Gdy tylko wpadli w szeregi członków Zakonu, starcie przerodziło się w chaotyczną jatkę. Mistrz Zakonu, widząc, że zaklęcie wchodzi w ostatnią fazę, z desperacją rzucił się na przód, zbierając całą swoją siłę i potęgę Jasnej Strony w pojedyncze pchnięcie Mocy, które uderzyło w grupę widma.
Trójkąt złożony z upadłych Jedi rozleciał się, gdy pchnięcie rozrzuciło postacie w każdym możliwym kierunku. Kłębiąca się masa energii Ciemnej Strony zaczęła załamywać się, gdy przerwany rytuał zaczął tracić swoją moc. Darth Deila, zmieciona z pozostałymi upadłymi, powoli dochodziła do siebie, lecz wysiłek ponownego podtrzymania zaklęcia wydawał się być dla niej zbyt wielki. Spojrzała z zawiścią na Wielkiego Mistrza, lecz na jej ustach zaraz ukazał się ohydny uśmiech przyjemności.
Wkładając całą swoją uwagę i Moc w pchnięcie, wojownik odsłonił się, pozwalając by jeden z upadłych pchnął go mieczem. Ostrze weszło w tors wojownika, lecz zanim zdążyło dosięgnąć serca, dezaktywowało się. To Nightwish, widząc, co ma się zdarzyć, rzucił się w stronę Mistrza i zdążył zabić napastnika nim ten dobił swoją ofiarę. Wielki Mistrz padł nieprzytomny, lecz wydawać by się mogło, że starcie było wygrane.
Rytuał nie został dokończony, przez co zaklęcie zaczęło się załamywać i rozpadać. Widać było, że nawet gdyby upadłym udało się ponownie zebrać, byli oni zbyt osłabieni by utrzymać w ryzach energię Ciemnej Strony i dokończyć ceremoniał.
Darth Deila nie wydawała się jednak powiedzieć ostatniego słowa. Kumulując w sobie resztki Mocy, tchnęła je w kłębiące się masy energii, w geście ostatniej, nienawistnej rozpaczy starając się ukształtować Ciemną Stronę. Wysiłek wydawał się być niemal zabójczy, lecz na twarzy widma pojawił się obleśny uśmiech triumfu.
Nastąpił dziwny błysk i po chwili wszystko zaczęło trząść się niczym podczas trzęsienia ziemi. Zagęszczenie Mocy powoli zaczynało przekształcać się w burzę, w której dało się dostrzec wyładowania elektryczne i ciemną, mrowiącą się ciemność. Po chwili luźno stojące przedmioty i kawałki rozbitych murów zaczęły unosić się, wciągane w nawałnice, która z każdą chwilą zaczynała coraz bardziej przypominać sztorm lub huragan.
Widmo Darth Deili wraz z przytomnymi jeszcze i żyjącymi upadłymi zaczęło wycofywać się do jednego z przejść. Jedi, znajdujący się po drugiej stronie dziwnego zjawiska, nie mogli nic poradzić, gdy napastnicy uciekali. Z przerażeniem patrzyli, jak rosnąca nawałnica Ciemnej Strony osiąga swoje apogeum.
Wyładowania elektryczne zaczęły uderzać w dziedziniec rozłupując kamienne płyty na kawałki i podpalając wszystko, co było w zasięgu błyskawic. Potężny, niesamowicie porywisty wiatr ciskał co chwila przedmiotami i kawałkami gruzu, niszcząc napotkane na swojej drodze przeszkody. Wstrząsy ziemi wzmogły się, sprawiając, że obrazy z kamer stawały się niestabilne i chybotliwe. Z każdą chwilą rozszerzająca się masa wiatru, skał i piorunów przybliżała się do Jedi i wewnętrznych murów dziedzińca. Widząc, że nie istnieje siła, zdolna opanować taką pożogę energii, grupa Jedi wycofała się, ukrywając się w głębiach Świątyni.
Nie przyniosło to jednak wiele bezpieczeństwa. Szalejąca zamieć rozprzestrzeniała się, siejąc zniszczenie i zagładę gdzie tylko mogła. Niezależnie czy trafiła na kamień, stal czy jakikolwiek inny materiał, rozrywała go z furią znaną jedynie Ciemnej Stronie.
Ryk huraganu potężniał z każdą chwilą, stając się niemal niemożliwy do wytrzymania. Kolejne kamery zaczynały tracić najpierw swój obraz, a potem także i dźwięk, gdy docierała do nich ściana wiatru, mgły i wyładowań. Po chwili przede mną nie pozostało już nic, prócz ciemnych ekranów wyświetlających komunikat o końcu nagrania.
Stałem osłupiały, starając zrozumieć wydarzenia, które rozegrały się tamtego dnia, lecz mój umysł nie był w stanie pojąć ogromu zniszczenia i śmierci, jaki musiał wtedy nastąpić. Trwałem w zamyśleniu i szoku przez dłuższą chwilę, nim rozległ się łagodny i smutny głos:
- Zniszczenia Świątyni były niczym w porównaniu z destrukcją, jaka dokonała zdrada i śmierć tylu spośród członków Zakonu?
Odwróciłem się, by ujrzeć Mistrzynię Vendeę stojącą w progu archiwum. W jej oczach wydawał czaić się głęboki smutek i tylko siłą powstrzymywane łzy. Musiała stać tam od dłuższej chwili, oglądając wydarzenia tamtego dnia razem ze mną.
Otworzyłem usta, chcąc przeprosić za moje wtargnięcie i wytłumaczyć się, czemu szukałem nagrań, lecz głos zamarł mi w gardle. Żadna z moich wymówek czy przeprosin nie wydała się być właściwa w obliczu tragedii, której byłem świadkiem. Uświadomiłem sobie, że nie powinienem był szukać tej wiedzy i przywoływać wydarzeń z przeszłości, lecz teraz, gdy już to zrobiłem, świadomość ta wydała mi się gorzka i boleśnie cierpka. Spojrzałem na Mistrzynię, szukając oznak złości lub zdenerwowania, lecz nie znalazłem ich. Zrozumiałem, że kobieta nie oczekuje moich przeprosin, lecz na coś oczekuje. Zajęło mi dopiero chwilę, nim zrozumiałem, na co.
- Co? Co stało się z wszystkimi Jedi? - rzekłem niepewnie.
- Nie zginęli, jeśli o to pytasz - Spośród tych, którzy byli obecni w Świątyni, większość przeżyła, ukrywając się głęboko w kamiennych murach - odparła Mistrzyni - Ci, którzy byli bezpośrednio na dziedzińcu przyjęli na siebie większość furii Ciemnej Strony.
- Więc czemu? - przerwałem, starając się dobrać odpowiednie słowa - Czemu nie ma ich wśród nas?
- Odeszli. Zdrada bywa bardziej destrukcyjna, niż najpotężniejsze techniki Sithów. Nie mogli znieść, jak łatwo przyszło zdradzić ideały tak wielu spośród Jedi. Walka przeciwko własnym mistrzom, uczniom oraz przyjaciołom i towarzyszom zniszczyła ich od środka, wypalając ich siłę niczym ostrze miecza świetlnego. Niektórzy z nich nadal pozostają z nami w kontakcie, lecz większość postanowiła nie wracać. To było dla nich zbyt bolesne.
Poczułem smutek na myśl o tak wielu członkach Zakonu, którzy zgubili swoją drogę i stracili wiarę. Sam nie wiedziałem, czy udałoby mi się ją zachować, będąc uczestnikiem tamtych zdarzeń. Pomimo przygnębienia, nie byłem jednak w stanie powstrzymać pytań cisnących mi się na usta.
- Ta istota, Darth Deila. Czym ona była?
- Ma to jakieś znaczenie? - odparła Mistrzyni, lecz zaraz, widząc mój wyraz twarzy, rzekła - Nikt dokładnie nie wie. Holokron miał tysiące lat. Być może był to sztuczny twór zapisany tam by przekazywać wiedzę innym lub duch Sitha, który zamknął się w urządzeniu swoją jaźń szukając zapewne nieśmiertelności. Po tylu mileniach, nie sposób jest dociec. Jednak taki okres czasu może wpłynąć nawet na najlepiej zbudowane holokrony, skrzywiając i uszkadzając zapisane na nich dane. Deila nie jest Sithem, raczej wydaje mi się być tworem, które powstało tylko po to by niszczyć i siać niezgodę. Sama nie mając ciała, opętuje myśli innych i przejmuje nad nimi kontrolę, by wypełniali jej polecenia i pragnienia.
- Ona przeżyła tamto wydarzenie?
- O tak. Nie udało jej się doprowadzić do końca rytuału, zdążyła zgromadzić wystarczająco energii by zaszkodzić Jedi, lecz nie by ich zniszczyć. Dlatego uciekła, zabierając ze sobą zdrajców Zakonu. Przez miesiące panoszyli się po Zewnętrznych Rubieżach, siejąc chaos i spustoszenie, nim w końcu uciekli do rejonów Dzikiej Przestrzeni. Akolici Deili pojawiają się czasem w różnych regionach, zwykle w tajemnicy starając się wprowadzić nieład i anarchię, lecz ona sama ukrywa się poza naszym zasięgiem.
Mistrzyni zamilkła, jakby pogrążając się we własnych myślach. Przez chwilę stałem niepewnie, nie wiedząc czy mogę jeszcze coś zapytać. Po chwili jednak rozwiązanie przyszło samo. - Wystarczy rozpamiętywania przeszłości - rzekła stanowczo Vendea - zapomnij, co tutaj widziałeś, bo nie ma to znaczenia. Ważna jest teraźniejszość i przyszłość, to na nie mamy wpływ i to je możemy zmienić.
Kobieta zamilkła. Po chwili rozległ się sygnał jej komlinka i Mistrzyni wyszła, zostawiając mnie samego ze swoimi myślami.
Wróć na górę