Pomiń nawigację™
Logo Jedi Order - małe
Home - ikonka HOME O NAS REKRUTACJA FORUM

Stary znajomy

Autor: Sobol

Kolejne zebranie dobiegało końca. Ven jak zwykle rozmawiała o wykonanych zadaniach i planach na kolejny okres. Ja zawsze wyłączałem się w tych momentach. De facto nie robiłem w zakonie nic tylko cały czas latałem po galaktyce zabi... ekhem. Strzegąc porządku i łapiąc przestępców. Radzie niezbyt podobały się moje metody, ale jako, że były skuteczne na ogół nie robili mi z tego powodu problemów. Co prawda, nie wiem jak się o tym dowiedzieli, ale jak to kiedyś ujęła Sharon: ma oczy i uszy wszędzie. Mam nadzieję, że te oczy rzadko bywają w kantynach.
Nim Ven zaczęła cytować formułę kończącą zebranie rozległ się alarm. Świątynia była atakowana. Znowu? W jednej chwili ponad tuzin wielkich krążowników zawisł nad budynkami zakonu i zaczęły z nich wylatywać promy desantowe.
- Rada i ja lecimy na główny plac. Dowiemy się co się dzieje. Jedi pod wodzą Resmi mają zająć się Padawanami i Adeptami. Zaprowadźcie ich do schronu! - Ven zaczęła wydawać polecenia
- Sobol! Bez takich min.
- Ale będziemy się bić? lubię się bić.
- No właśnie! Dlatego tym razem masz być grzecz...
Przerwał nam przekaz Holo. Gdy Ven go ostrożnie odebrała razem z Resmi cofnęliśmy się od projektora.
- Ach widzę, że mnie poznaliście - powiedziała postać.
Trudno było ją poznać, ale pod plątaniną kabli, rurek i usztywnień kości, pod maską na połowie szczęki i sztucznie wzmocnionym głosie poznałem go. Hrabia. TEN HRABIA, ze statku niewolniczego. Brat Lorda z bankietu. Ten, któremu, za namową przyjaciół darowałem życie, by sprawiedliwie trafił do więzienia.
Momentalnie cały pokój spojrzał na nas.
- Sobol, przypomnij mi, czemu właściwie go nie zabiłeś? - zapytała mnie szeptem Resmi, zapewne starając się ignorować wzrok pozostałych.
Obrzuciłem ją spojrzeniem, które miało wyrażać zarówno irytację, jak i niedowierzanie. Ona jednak jakby tego nie zauważyła, słuchała dalej Ven.
- Zechcecie to wytłumaczyć? - zapytała Nas Ven, patrząc dość krytycznym spojrzeniem.
- Ależ oczywiście - powiedział Hrabia, po czym zaczął opowieść: - Kiedyś Twoi podopieczni zawitali do mojego brata na bankiet... pokiereszowali go... i oddali policji. Innym razem go zabili. Potem natknęli się na mnie...i też mi przeszkadzali w interesach. A teraz jestem tutaj. I zrównam świątynię z ziemią... chyba, że wydacie mi tego śmiecia! I jego przyjaciółeczkę - powiedział i obleśnie się oblizał.
- Sobol? czemu go wtedy tak pokiereszowałeś? - zapytała Ven - wiem, że to lubisz i w ogóle... ale to mało w stylu Jedi. I teraz mamy przez to problemy.
Resmi spojrzała na Mistrzynię a Sobol tylko westchnął.
- Zabijam źle, nie zabijam źle. No nie dogodzisz. Poza tym połamałem mu chyba wszystkie kości i przez 4 godziny leciał za statkiem w skafandrze kosmicznym na linie... a potem trafił do więzienia. Myślałem, że to wystarczy.
- I wystarczyło - powiedział hrabia. - To co mi zrobiłeś wzmocniło mnie.
- To fakt, Metal jest mocniejszy od ciała - zażartowałem patrząc na jego strój.
- Bezczelny! Nie przerywaj mi monologu! Ekhem. Wzmocniło mnie, i wypielęgnowane we mnie pragnienie zemsty. Zemsty na zakonie Jedi i na was, szczeniaki. Byłeś moim najlepszym wojownikiem na Arenie. Zabiłeś setki moich najle...
Głos ucichł gdy wyłączyłem transmisję. Nie chciało mi się tego słuchać i tym bardziej nie chciałem by usłyszała o tym Rada.
- O jakiej arenie mówił? - zapytała Ven - Ile osób tam zabiłeś?
- Nie ważne. Potem to wytłumaczę. Teraz musimy ustalić jakiś plan.
- To proste. - powiedziała Ven - Odeślemy go do więzienia.
Wszyscy momentalnie na nią spojrzeli. Pierwszy raz zdarzyło się by takie słowa padły w tej sali.
- Możesz powtórzyć, Mistrzyni? - zapytałem.
- Ten człowiek zaatakował świątynie. Groził Nam. Widać pobyt w zakładzie karnym na niego nie działa. Nie dopuszczę by wrócił tu z jeszcze większymi siłami a tym bardziej, by kogoś skrzywdził.
- Pomysł w sumie dobry. Pytanie tylko jak to zrobimy? Może nie zauważyłeś, ale ma przewagę liczebną a jego statki mogą momentalnie zmienić powierzchnię planety w kupkę popiołu.
- Wyzwiemy go na pojedynek. Razem jak Jedi.
- Nie zgodzę się na to. To moja wina, że tu jest. Popełniłem błąd i nie pozwolę by cierpieli na tym inni.
- To już ustalone i nie zmienię zdania.
Kirrond wybrał połączenie i po chwili pojawił się Hrabia. Widać było, że jest wściekły za zerwanie tamtego połączenia, ale po wysłuchaniu propozycji Vendei przystał na nią. Ustaliliśmy, że walka odbędzie się na głównym dziedzińcu Świątyni. Gdy tam szliśmy członkowie rady próbowali dawać mi rady i dodać otuchy, ale nie słuchałem ich. Wyciszałem się próbując sobie przypomnieć dokładny rozkład monumentów na dziedzińcu. Hrabia może i był cały w kabelkach i szynach, ale zbyt chętnie się zgodził na tę walkę. To było bardzo podejrzane. Gdy doszliśmy w końcu do wejścia na plac szybko wyrwałem do przodu i przesuwając dźwignię opuściłem wielką kratę z Cortosis tuż przed resztą zakonu. Nie było opcji by ją otworzyli.
- Sobol! Co Ty robisz? - krzyknęła Ven.
- To co powinienem - powiedziałem i mieczem uszkodziłem panel kontrolny.
- W tej chwili otwieraj! Nie możesz walczyć z nim sam! To wbrew naszym zasadom, kodeksowi! JEDI TRZYMAJĄ SIĘ RAZEM!
- Chyba już dość razy mówiłem co myślę o tych zasadach Mistrzyni - uśmiechnąłem się. Poza tym to moja walka
- Sobol? SOBOL! - krzyczała Ven, ale nie słuchałem. -Musimy otworzyć tę bramę! Obejść system, spróbować przeciąć, COKOLWIEK!
Odwróciłem się do mojego przeciwnika, który znajdował się w wielkim pancerzu bojowym wysokim na kilka metrów. Wyposażony był w sześć ramion zakończonych mieczami, blasterami, miotaczami ognia i innym uzbrojeniem. Prawdziwa maszyna wojenna. Jego ludzie rozstawiali w kątach placu zbiorniki. W nich zobaczyliśmy Islamiry.
- To byś nie oszukiwał - powiedział Hrabia - ja nie mam Mocy to i Ty nie będziesz miał - uśmiechnął się.
- Nie potrzebuję Mocy by skopać maszynę. Złą i pokręconą. - uśmiechnąłem się na myśl o starych holonagraniach z czasów pierwszego Imperium.
To wystarczyło by go sprowokować. Momentalnie ruszył na mnie z pełnym impetem tak, że ledwo zdążyłem odskoczyć. Odpiąłem od paska miecz i ruszyłem na niego tnąc jedną z nóg jego zbroi. Mój miecz wyłączył się.
- Cortossis? Nie doceniłem Cię, Hrabio. - powiedziałem mówiąc jego tytuł z sarkazmem.
- Kolejny raz! Tym razem przypłacisz to życiem.
Mówiąc to złapał mnie za lewą rękę i uniósł mnie do góry by nasze głowy były na tej samej wysokości. Drugą ręką zaczął mnie bić, jednocześnie chodząc po placu. Gdy doszedł do jednego z rogów zauważyłem okazję, której nie mogłem przepuścić. Szybko odpiąłem protezę ręki i ciąglę będąc w powietrzu posłałem silne, obunożne kopnięcie w jego zdziwioną twarz. Hrabia zatoczył się i pociągając sterowanie swojego stroju przewrócił go idealnie na jedną z klatek, w której były Islamiry. Masa skafandra bez problemu zmiażdżyła klatkę razem z jej zawartością. Poczułem jak Moc znowu zaczęła nas otaczać. Była niczym powiew świeżego wiatru. Napełniła mnie i dodała mi sił.
Gdy Hrabia się podnosił ja przypinałem odczepioną wcześniej protezę. Nagle usłyszałem głos Resmi. Dziewczyna wychyliła się przez kraty i krzyknęła:
- Sobol! Łap! - krzyknęła dziewczyna, rzucając mi mój świetlny kij.
- Skąd go masz? Był w mojej kwaterze.
- Taaa... pomogę Ci naprawić te drzwi. Plus to była wyższa konieczność.
- Chyba za dużo czasu spędzasz z Sobolem - wtrąciła Ven, uśmiechając się.
Spojrzałem na Resmi z lekkim zdziwieniem i aprobatą zarazem.
- Myślisz, że jakiś długi miecz coś Ci dać - zaśmiał się Hrabia.
- Jego ostrze może i nie... - powiedziałem, uderzając w korpus jego pancerza, wgniatając go. - Ale na szczęście ma wiele zastosowań. A do tego jest dość twardy.
Hrabia cofnął się instynktownie przystawiając ręce do wgniecionej płyty. Gdy je tak trzymał zobaczyłem, że jego pancerz nie jest do końca pełny. Ma kilka odsłoniętych miejsc co planowałem wykorzystać. Szybkim ruchem włączyłem emiter kija i chciałem ciąć pęk kabli pod jego lewym ramieniem. Niestety zostałem mocno uderzony i przeleciałem na drugą stronę placu lądując tuż pod inną klatką z Islamirem. Ten leżał na ziemi, a na mój widok podniósł lekko głowę by na mnie popatrzeć, ziewnął i znowu położył głowę. A gdyby tak...
Wstałem tak szybko jak to możliwe i ciągle włączonym kijem rozciąłem zamek klatki. Jaszczur szybko zrozumiał co się dzieje i momentalnie z niej wyskoczył.
- Coś Ty zrobił?! Wiesz ile one kosztują? I jak trudno je złapać? A pozbawiłeś mnie już dwóch!
- Znam ceny skór Wookiech, ale Islamirami jakoś nigdy się nie interesowałem? Hrabia na chwilę opuścił gardę i tak jak pozostali patrzył na mnie zdziwiony.
- No co? Nie żebym handlował... ale parę razy byłem incognito to musiałem mieć taką wiedzę?
- A ponoć Jedi są tacy grzeczni - zaśmiał się Hrabia - zasady, kodeksy, przepisy?
- Cóż. Jestem dość wrednym Jedi. Gdyby Rada wiedziała, choć pewnie wie, o połowie rzeczy jakie robiłem do wykonania zadania już dawno bym wyleciał... - mówiąc to spojrzałem na stojących za kratami członków Rady. Ich miny nie były zadowolone, ale to pewnie przez fakt oszukania ich z tym przejściem. Trudno. Reprymendę dostanę później.
W tym czasie ignorowany przez nas Islamir doczłapał do pozostałych dwóch klatek i pazurami zniszczył ich zamki. Gdy cała trójka była wolna pierzchły do lasu. Dopiero gdy nie było w pobliżu żywego tłumika Mocy mogłem w pełni wykorzystać to, co umiałem. Mocą uniosłem Hrabiego w jego pancerzu i zacząłem po kolei odrywać warstwy pancerza. Gdy w końcu został tylko w swoim podtrzymującym życie stroju opuściłem go na ziemię.
- Chyba przegrałeś Mości Hrabio - powiedziałem szyderczo.
- To się jeszcze okażę! - krzyknął wyciągając blaster i strzelając w moim kierunku. Hrabia był wściekły i emocje wzięły nad nim górę. I nad jego umiejętnościami strzelca. Nie musiałem nawet się ruszać i blasterowa wiązka przemknęła tuż obok mojej głowy.
W odpowiedzi wykonałem mocne pchnięcie Mocą, które odrzuciło mojego przeciwnika tak, że wylądował na skraju krzewów, w które chwilę wcześniej uciekły Islamiry.
W tym momencie Kirrowi udało się obejść zabezpieczenia i krata, za którą stali wszyscy zaczęła powoli sunąć w górę.
Gdy Hrabia wstał i przeciągnął się próbująć złapać oddech coś chwyciło go pazurami za kostkę i mocno pociągnęło. Mężczyzna upadł na ziemię i próbował się czegoś złapać, ale i tak został wciągnięty w haszcze. Dało się z nich słyszeć jego krzyki, które przerwały odgłosy mlaskania.
- Cóż... to chyba byłoby na tyle - stwierdziłem.
- Jesteś pewny? Widać facet mógł wiele przetrwać - powiedziała Ven.
Odpowiedziało nam głośne beknięcie z krzaków, zza których po chwili wyleciał poszarpany i pogryziony, pusty już strój Hrabiego. Na ten widok jego ludzie szybko pobiegli do promów transportowych i szybko odlecieli do swoich statków. Nie minęło dziesięć minut, a niebo nad Akademią było puste jak gdyby nigdy nic się nie stało.
- Cóż. Przynajmniej to nie ja go zabiłem - powiedziałem patrząc w stronę
zniesmaczonej Ven, która ciągle spoglądała w stronę krzaków. - Możliwe, ale powiedziałeś ciut za dużo. Idź do ambulatorium, a jak Cię opatrzą chce Cię widzieć w moim gabinecie.
Przeżyłem wiele. Psychole z nożami, zombie, areny, Sithowie, Mroczni Jedi, awantury w kantynach... ale nic nie mogło być równie straszne co czekająca mnie rozmowa.
Wróć na górę