Pomiń nawigację™
Logo Jedi Order - małe
Home - ikonka HOME O NAS REKRUTACJA FORUM

Przebudzeni

Autor: Sobol

Kolejne zebranie dobiegało końca. Jak zwykle stałem oparty o jedną ze ścian przy wyjściu naprzeciwko mówiącej Ven - aktualnej Wielkiej Mistrzyni. Pozwoliłem odbiec swoim myślom daleko, ale na ziemię sprowadził mnie głos prowadzącej.
- Sobol. Weźmiesz jeden z zakonnych X-Wingów i polecisz na współrzędne, które masz w tym datapadzie - powiedziała i Mocą rzuciła mi malutki dysk.
- Imperium wysłało tam statek badawczy, który od miesiąca nie daje znaków życia. Nie wiemy, co tam się stało, a mieli badać jakiś wirus z czasów Imperium.
- Faktycznie badanie imperialnych wirusów to genialny pomysł - mruknąłem. - I dlaczego nie mogę wziąć mojego statku?
- Jest zbyt charakterystyczny, a X-Wingów w galaktyce są miliony.
- No dobra, przynajmniej zaoszczędzę na paliwie.
Nie minęła godzina, a już byłem spakowany. Do małego plecaka wrzuciłem trochę zapasów, szatę na przebranie i parę innych rzeczy. Jeden ze swoich mieczy powiesiłem na ścianie i zdjąłem z niej swój kij świetlny. W drodze do hangaru dołączył do mnie mój droid Szajbus.
- Ach, tu jesteś. Gotowy do drogi?
Droid odpowiedział mi serią pisków.
- Też bym wolał skoczyć do kantyny, ale wiesz jak to jest. Misja to misja.
Dopiero gdy wsiadłem do kabiny jednego z kilkunastu zakonnych X-Wingów, zdałem sobie sprawę, jak biednie są wyposażone w porównaniu do mojego statku. Podróż na wskazane współrzędne zajęłaby najwyżej godzinę, a tym złomem potrwa ponad 5. No trudno - pomyślałem i wyleciałem z hangaru.
- Wbij dane do komputera pokładowego i przygotuj statek do skoku - powiedziałem do droida. Już po chwili mały myśliwiec leciał w tunelu nadprzestrzennym.
Gdy z niego wyskoczyliśmy, zobaczyłem Czerwonego Olbrzyma, wokół którego orbitowała stacja badawcza. Zgodnie z tym, co mówiła Ven, nie odpowiadali przez radio, a Szajbus nie wykrywał tam śladów życia. Co ciekawe, stacja nie wyglądała na uszkodzoną.
Szajbus zapikał krótką sentencję.
- Taaa. Też mam złe przeczucia.
Nagle całym statkiem szarpnęło. Był to promień ściągający, który nas złapał.
- Przynajmniej wiemy, że promień działa - mruknąłem sam do siebie.
Wiedziałem, że nie ma sensu się szarpać i próbować uciec. Nie tym stateczkiem. Mój Reparation bez problemu by wyskoczył z wiązki i uciekł, ale ten X-Wing nie był tak silny. Pozostało mi tylko czekać, aż wlecę do hangaru stacji.
Jak tylko opadłem na ziemię, kazałem Szajbusowi sprawdzić wskazania atmosfery statku, ale jak się okazało, wszystko było z nią w porządku. Czysta, bogata w tlen i w odpowiednim ciśnieniu. Bez obaw otworzyłem owiewkę i wyskoczyłem na pokład. Rozejrzałem się dokładnie i nie dostrzegłem nic nadzwyczajnego. Tu i tam kręciły się droidy, przenośniki i inne maszyny. Wszystkie wykonywały swoją pracę. Oświetlenie działało, a z głośników leciała cicha muzyczka, którą serwisanci czasem sobie puszczali. Oczywiście nie było to dozwolone, ale im dalej od Jądra, tym przepisy były mniej szanowane.

Wyglądało to jak typowy hangar Imperium w tego typu rejonach poza jednym. Nie było tu żywej duszy. Ruszyłem w stronę drzwi, które według znaków miały prowadzić na mostek. Może tam bym kogoś znalazł. Idąc przez długi korytarz, mijałem kolejne pootwierane pokoje, w których panował wojskowy ład i porządek, kolejne droidy i inne korytarze prowadzące do różnych sekcji statku. Wszystko wyglądało normalnie i to właśnie mnie niepokoiło.
- CO TU SIĘ DZIEJE? - zapytałem sam siebie.
Odpowiedziały mi piski mojego astromecha.
- Szajbus... też czasem przeklinam, ale teraz to przesadziłeś...
Odpowiedział mi kolejną wiązanką pisków.
- Chyba Resmi ma rację. Upodabnia się do mnie... - westchnąłem.
Nagle usłyszałem za plecami szmer i sięgając po kij zamocowany na moich plecach, odwróciłem się. Nic tam nie było. Rozglądałem się po suficie i ścianach w poszukiwaniu jakichś droidów serwisowych albo innego prawdopodobnego źródła hałasu, ale nic nie widziałem. Nawet poprzez Moc nie mogłem nic wyczuć. Czujniki mojego droida też nic nie wyłapywały. Gdy w końcu doszliśmy do centrum sterowania, zobaczyłem pierwszy niepokojący objaw. Na zamkniętych drzwiach były odciśnięte ślady dłoni. Gdy podszedłem bliżej, zorientowałem się, że to krew.
- Czy rada mogłaby mnie wysłać na jakąś misję, gdzie nie ma krwi? śledztwo w sprawie znikających strojów kąpielowych na jakiejś wakacyjnej planecie albo jakiś inny Galaxyfest - z uśmiechem wspomniałem moją ostatnią wizytę na galaktycznym festiwalu piwa. Kiedy to było... Ciekawe, czy Reez dalej ma tę bliznę po rozbitym kuflu.
Nie teraz. Teraz muszę skupić się na tym, co się tu dzieje i co ważniejsze ... skąd ta krew - Drzwi nie chciały się otworzyć ani poprzez kod, który podała mi Ven w datapadzie, ani przez obejście systemów. Pozostała perswazja Mocą.
Starczyło jedno pchnięcie mistycznej energii i drzwi się otworzyły. Co prawda będzie problem z ich zamknięciem, ale na stacji nie było nikogo, kto by miał o to pretensje. Chyba. W centrum wszystko wyglądało typowo. Zapalone światła, włączone komputery, wielki holograficzny schemat stacji z dużą ilością zielonych punktów symbolizujących sprawne systemy.
- Komputer - powiedziałem.
- Oczekuję poleceń - odpowiedział mi syntetyczny głos. Był to komputer pokładowy stacji, który był odpowiedzialny za każdy aspekt stacji i w teorii wiedział wszystko o systemach.
- Zrób skan stacji w poszukiwaniu form życia.
- Skan zakończony. Ilość form życia: 1. Lokalizacja największego skupiska: Centrum sterowania.
- Czyli jestem tu sam? W jaki sposób lokalizowane są formy życia?
- Formy życia są identyfikowane i lokalizowane na podstawie wielu parametrów, w tym temperatury, ruchu i dźwięku.
- Okej. Komputer. Zdaj raport z ostatniego miesiąca działania stacji.
- Informacje zastrzeżone.
- Słucham?
- Proszę podać kod dostępu.
- Kod Jedi 1 2 9 5 S O B O L - podałem kod, który działał z każdym komputerem Imperium na mocy porozumienia z Zakonem. Dawał mi on dostęp do większości informacji. Oczywiście im wyższy rangą Jedi, tym więcej ten kod otwierał.
- Kod przyjęty. Brak autoryzacji. Za niskie uprawnienia - odpowiedział mi komputer.
- Taaa. Wiedziałem, by bardziej starać się o ten awans... Ech no, co zrobisz. Nic nie zrobisz - pomyślałem.
- No dobra. To plan B. Najpierw drzwi, a teraz to... jak źle to zrobię, to Ven chyba mnie zabije, gdy dostaniemy rachunek za zniszczenia.
Mówiąc to, przyłożyłem dłoń do klawiatury i puściłem drobne błyskawice, które wdarły się do komputera.
Ten zapiszczał, pomigały wszystkie światła i ekrany i nastąpił reset systemu. Udało się!

- System otwarty. Podaj polecenie - odezwał się komputer.
- Zdaj raport z ostatniego miesiąca działania stacji. Co tu się działo, co badano, kto, na czyje polecenie, gdzie cała załoga.
- Stacja RXVG-6423. Lokalizacja: Orbita czerwonego olbrzyma Betamin 2. Dowódca: Major Kixx. Naczelny naukowiec: Doktor Rick. Obiekt badań: wirus wyprodukowany przez Imperium galaktyczne w okresie wojny domowej. Nazwa projektu: Czarne ostrze. Badania z polecenia: rządu Imperium. Charakter projektu: tajny. Poziom tajności: Najwyższy. Miejsce przebywania załogi: błąd.
Cóż. To inaczej.
- Podaj liczbę żywych osób na pokładzie.
- Liczba żywych osób 6.
- Ich lokacja?
- Jedna osoba w centrum sterowania, dwie osoby w Laboratorium, 3 w izolatkach.
- Przesyłaj mi stan załogi i ich dokładną lokację do datapadu.
- Przyjąłem
No dobrze. Zobaczmy, co jest bliżej... Laboratoria. Tam się udam najpierw. Może jakiś naukowiec powie mi coś więcej.

Po drodze mijałem kolejne pomieszczenia techniczne, kwatery załogi i inne pokoje. Prawie każdy był otwarty i w każdym panował porządek i wojskowy ład. Gdy doszedłem do drzwi laboratoriów,te otworzyły się z cichym sykiem. To, co zobaczyłem w środku, było totalnym przeciwieństwem reszty stacji. Chaos to delikatne określenie tego, co tam zastałem. Porozrzucane datapady, probówki, kolby i inny sprzęt medyczny. Wszędzie były ślady krwi i postrzępione ubrania. Nagle zgasło światło. Poprzez Moc wyczułem atak na moje plecy, Szybki zwrot, jedną ręką złapałem atakujące mnie ramię, a drugą szyję napastnika. Gdy światło znowu się zapaliło, zobaczyłem twarz starego naukowca. Był to mężczyzna na oko po sześćdziesiątce. Te włosy, które jeszcze mu zostały, były białe jak śnieg, a okulary na jego orlim nosie były pęknięte. W jego oczach widziałem strach i coś jeszcze. Coś, co wskazywało, że to, co ostatnio widział, mocno nim wstrząsnęło. Gdy mnie zobaczył, poluźnił chwyt swojej dłoni, z której wypadł nóż, uderzając o metalową posadzkę z głuchym brzękiem.
-Żyjesz? - zapytał z niedowierzaniem.
- Niby tak, ale co to za życie? niektórzy piją dobre alkohole, mocząc się w termach egzotycznych planet, a ja latam po opuszczonych stacjach...
- Co? - zapytał zdezorientowany naukowiec.
- Nieważne... Jestem Sobol. Zakon Jedi mnie przysłał. Nie odpowiadacie na wezwania mimo tego, że wszystkie systemy są sprawne. Powiedz mi, co tu się stało? Gdzie cała załoga? I skąd ta krew.
- Dostaliśmy do badań stary projekt Imperium. Czarne Ostrze - mówiąc to, poprawił okulary. - Był to wirus, który jeden z Moffów chciał wykorzystać do podboju opornych planet, ale podczas ich testów wymknął się spod kontroli.
- Tajemniczy wirus, z którym naukowcy Imperium mieli problemy. Jakże genialnym pomysłem jest badanie go. Zgaduje, że Wam też nie poszło najlepiej?
- Po co ten sarkazm, młody człowieku... - Odkrycia wymagają ryzyka!
- Co robił ten wirus?
- Armię.
- Słucham?
- Wirus miał robić armię. Miał modyfikować geny tak, by momentalnie ciało się zmieniało na silniejsze i szybsze. Mózg na inteligentniejszy, ale też dający się kontrolować odpowiednimi technikami. Armia bez strachu i słabości.
- Tak mocne mieszanie w naturze. No co mogło się nie udać?
- To, że wirus faktycznie czynił ich silniejszymi i szybszymi, Mózg też zmieniał, ale na bardziej... zwierzęcy. Dziki i nie dający się kontrolować.
- To chyba nie byłby problem dla Imperium.
- Nie, ale fakt, że wszyscy, którzy go wtedy badali, zginęli, już tak. Zwłaszcza że potem dalej zarażali i zabijali kolejnych - powiedział i opuścił głowę.
- Kto?
Nie odpowiedział mi, więc musiałem lekko potrząsnąć go za ramię.
- Co? Co się?
- Kto zabijał i zarażał kolejnych?
- Noo Ci, co zginęli od wirusa.
- Znam się na zabijaniu. Jedną z pewnych rzeczy jest to, że martwi tego nie mogą robić.
- Właśnie o to chodzi. Oni się budzili. Tu też - znowu opuścił głowę.
- Co?
- BUDZILI SIĘ - krzyknął naukowiec, podnosząc głowę i rzucając się na mnie i obalając nas na ziemię . Dopiero teraz dostrzegłem ugryzienie na jego szyi. Była to dziwna, pulsująca rana z zielonkawym nalotem.
- ZŁAŹ ZE MNIE - krzyczałem, ale jego zęby ciągle zbliżały się do mojej szyi.Nie mając wyjścia, wysunąłem ostrze z protezy i pchnąłem go nim w szyję. Ciało padło na mnie bezwładnie i po chwili udało mi się spod niego wyczołgać . Dlaczego nigdy nie wyślą mnie w jakieś miłe miejsce - pomyślałem, ale w duchu dobrze wiedziałem, że takie misje lubię najbardziej.
- No dobra, muszę jakoś wyłączyć promień ściągający, sprawdzić, czy ktoś tu jeszcze żyje, wysadzić to miejsce razem z zarażonymi i uciec przed eksplozją. To wszystko, omijając chordy zombie - Powiedziałem sam do siebie. Komputer mówił coś o izolatkach. To ma sens. Izolatki zazwyczaj są położone w najniższych pomieszczeniach stacji i statków i mało kto tam zagląda. Nawet jedzenie dostarczają tam droidy. Z drugiej strony do izolatki nie trafia się za darmo. Jednak to ciągle żywe istoty... ech, trudno być Jedi.
- Muszę im pomóc - pomyślałem i po szybkim obejrzeniu planów w stacji wskoczyłem w jeden z szybów wentylacyjnych i ruszyłem w stronę izolatek. Co jakiś czas przez kratki widziałem kuśtykające postacie błąkające się bez celu i majaczące niezrozumiałe wypowiedzi. Ich skóra była miejscami przegnita, a ubrania strażników, naukowców, asystentów i innej obsługi były poszarpane i porwane w wielu miejscach. Niektóre były poplamione krwią. Gdy w końcu dotarłem do izolatek, Mocą wyważyłem kratkę blokującą wyjście i powstrzymałem ją przed głośnym uderzeniem o ziemię, po czym gładko wylądowałem obok niej.
- No dobra. Sprawdźmy jeszcze raz, ilu nas tu jest.
Datapad pokazał mi dwie kropki w pomieszczeniu. Jedną byłem ja, druga siedziała w Izolatce naprzeciwko mnie. Zajrzałem przez jednokierunkowy iluminator i zamarłem. Nie wierzyłem w to, co widzę. Wiedziałem, że nie mogę go tu zostawić, ale też to, że muszę wykorzystać tę sytuację. Naciągnąłem na głowę kaptur i dobyłem z paska nóż. Otworzyłem drzwi i na mój widok postać siedząca pod ścianą aż podskoczyła, ale po chwili spoważniała.
- No! Na co czekasz?! Przyszedłeś mnie zabić, to to zrób!
- Skoro nalegasz - powiedziałem, próbując modulować głos.
Zamachnąłem się i zatrzymałem ostrze milimetry od gardła więźnia. Szybko zabrałem nóż i drugą ręką wymierzyłem mu mocnego sierpowego w policzek, od którego aż upadł. Zdjąłem kaptur i śmiejąc się, pomogłem wstać mojemu przyjacielowi.
- Sobol?! Co Ty tu robisz?
- Mógłbym zapytać o to samo, Reez.
- Przelatywałem niedaleko i złapali mnie. Nie chcieli mnie puścić, bo cały ten bajzel jest ściśle tajny i podejrzewali, że jestem szpiegiem.
- Nie mogłeś poprosić o kontakt z Naboo?
- Stary, ta stacja jest odcięta od świata. Ma kontakt jedynie z dwoma miejscami: automatyczną stacją zaopatrzenia i biurem jakiegoś ministra. Niewiele by mi pomógł.
- Widzisz, przyjacielu. Moc jest z Tobą. Tak się składa, że jako jedyni na tym statku żyjemy. Czy może raczej mamy świadomość.
- O czym Ty mówisz?
- Zobaczysz - uśmiechnąłem się i razem wskoczyliśmy do wentylacji.
- Zaraz, zaraz. Chcesz mi powiedzieć, że wszyscy tu nie żyją i są jakimiś zombie?
- Tak bardzo to streściłeś! Ja ci daje piętnastominutową prelekcję, a Ty podsumowałeś ją w dwie sekundy.
- Po prostu nie mogę w to uwie...
Przerwał, gdy przez ten sam otwór co ja wcześniej ujrzał bandę przebudzonych. Krzątali się we wszystkie strony i nagle podnieśli głowy na nas. Czyżby nas usłyszeli? Tak. Teraz też to usłyszałem. Szyb skrzypiał i trzeszczał. W końcu był przewidziany do transportu nic nie ważącego powietrza, a teraz siedzieli w nim dwaj dorośli mężczyźni. W końcu stało się nieuniknione. Szyb zarwał się i wypadliśmy na ziemię wprost pod nogi tych istot. Co gorsza hałas zwabił wszystkich z pobliskich pomieszczeń i wkrótce zaroiło się od zarażonych.
- Biegiem - krzyknąłem do Reeza i włączyłem miecz świetlny. On sam zaczął do nich strzelać ze znalezionego wcześniej blastera. Razem przedzieraliśmy się przez tabuny wygłodniałych przeciwników, szatkując ich na kawałki.
- Musimy dostać się do pomieszczenia reaktora, uszkodzić go tak, by eksplodował i uciec stąd, zanim to się stanie!
- Masz plan, jak to zrobić?!
- Na pewno wiem, co zrobię teraz - mówiąc to, zatrzymałem się przy kapsule ratunkowej, obok której akurat przebiegaliśmy. Wszedłem do środka i dokładnie ją sprawdziłem, by po chwili wyjść do Reeza.
- Chcesz już uciekać? - zażartował.
- Nie - powiedziałem i Mocą go uniosłem i wstawiłem do kapsuły.
- Sobol! Ani mi się waż!
- Masz żonę i dziecko. Zadbaj o nich - powiedziałem i zamknąłem drzwi kapsuły, by ją odpalić. Jedno zmartwienie z głowy. Sam mogę tu zginąć, ale nie pozwolę, by niewinni ryzykowali.
- Sobol! Obiecuję, że jeżeli to przeżyjesz, to Cię zabiję - krzyknął Reez przez komunikator.
- A jak nie?
- To Cię jakoś ożywię i znowu zabiję!
- Trzymam za słowo - powiedziałem i rozłączyłem się.
Gdy udało mi się przebić do centrum sterowania i zabarykadować w nim, szybko znalazłem panel odpowiedzialny za promień ściągający. Oczywiście odmówił współpracy, ale nikt ani nic nie oprze się argumentom w postaci miecza świetlnego w trzewiach. Komputer jedynie zaiskrzył i promień był wyłączony. Teraz pora na reaktor, ale najpierw.
- Szajbus. Promień ściągający wyłączony. Masz wylecieć ze statku i zlokalizować kapsułę, w której jest Reez. Zepnij się z nią i pilnuj go.
Odpowiedział mi zdziwionym pikaniem.
- O mnie się nie martw - powiedziałem i zerwałem połączenie.
Odwróciłem się i zobaczyłem, że zarażeni sforsowali moją barykadę. Stali w drzwiach i mnie obserwowali.
- No. Który pierwszy? - zapytałem, włączając miecz świetlny.
Po długiej walce dotarłem w końcu do pomieszczenia reaktora. Wpisanie komend do komputera zajęło mi kilka minut i na całej stacji zaczęły wyć syreny.
Usiadłem, opierając się o konsolę komputera.
- Szaleńcy, mordercy, sithowie, zombie? Mam już tego dość - powiedziałem, zamykając oczy. Usłyszałem huk i straciłem kontakt z rzeczywistością.

-Sobol? - usłyszałem głos - Sobol! Obudź się. - Co? Gdzie? Jak? - otworzyłem oczy i zobaczyłem, że jestem na Yavinie w sali zebrań.
Wszyscy na mnie patrzyli.
- Sobol? Jesteś z nami? - zapytała Ven.
- Tak? tak. O co chodzi?
- Mam dla Ciebie zadanie. Weźmiesz jeden z zakonnych X-Wingów i polecisz na współrzędne, które masz w tym datapadzie...
- OOOO NIE! Krzyknąłem i wybiegłem z sali.
Wróć na górę