Pomiń nawigację™
Logo Jedi Order - małe
Home - ikonka HOME O NAS REKRUTACJA FORUM

Pustka

Autor: Resmi Helfire

Kiedy się ocknęłam, wokół panował mrok. Całkowita ciemność owładnęła nie tylko to, co mogło znajdować się w moim otoczeniu, ale całe moje ciało. Wzrok, nieprzyzwyczajony do braku światła, nie rejestrował zupełnie niczego. Jedynie dzięki pozostałym zmysłom wiedziałam, że wszystkie kończyny jeszcze mam, bo bolały jak diabli. Ktoś kiedyś powiedział, że jeśli boli, to jest dobrze, bo to znaczy, że jeszcze jest się wśród żywych. To było chyba jedyne pocieszenie w tamtej chwili.
Nie mogąc za pomocą wzroku pojąć gdzie się znajduje, próbowałam to sobie przypomnieć. Jedyne, co właśnie w tamtej chwili sobie uświadomiłam, to przeraźliwie kłujący ból skroni. Krzyknęłam. I w tej samej chwili zamarłam. Ktoś lub coś, co znajdowało się naprzeciw mnie, właśnie się poruszyło, wydając przy tym niesamowicie dziwny dźwięk. Coś jak ziewnięcie człowieka w połączeniu z rykiem… czegoś. Czegoś, czego nijak nie umiałam w tamtej chwili określić.
- No proszę, obudziłaś się w końcu - odezwał się męski głos.
Siedziałam cicho, bojąc się jakkolwiek odezwać, nie wiedząc kim jest ten, który towarzyszy mi w tym… miejscu.
- Ehh… Nie bój się mnie. Gdybym chciał Cię zabić, już dawno byłabyś martwa, nie siedziała tutaj.
- G-g-gdzie to j-jest, “t-tutaj”? - odezwałam się powoli, dopiero teraz uświadamiając sobie, jak bardzo boli mnie gardło, co strasznie utrudniało mi mówienie.
Nastała chwila ciszy. Stłumiony jęk. Skrzypnięcie… krzesła? Znów jęk, a raczej… kilka jęków, cichych, jakby wydający je nieznajomy chciał ukryć ból, a później… kroki. Zmierzające niewątpliwie w moją stronę, odbijające się cichym echem tąpnięcia o wodną posadzkę. Woda! A więc na podłodze jest mokro. Biegałam oczami w prawo i w lewo, próbując tym samym ograniczyć ból głowy, by skupić się na tym… kroki ucichły. Chlupot wody rozganianej przez stopy obcego nagle się skończył. Mężczyzna przystanął. Serce biło mi z każdą sekundą coraz mocniej. Nie wiedziałam, jaki ma plan. Mój wzrok, nadal próbujący przyzwyczaić się do ciemności, wcale mi nie pomagał. Chciałam się cofnąć. Zrobić cokolwiek, by tylko odwlec to, co nieuniknione, jednak kiedy tylko poruszyłam którąś z kończyn, ból znowu dał o sobie znać. Nic z tego. Nie ruszę się. Kolejne sekundy ciszy wydawały się wręcz wiekami. Coś spadło i znów dotarł do mnie chlupot wody. Nieznajomy westchnął. Serce biło mi tak szybko, że byłam pewna, że fizycznie szybciej się już nie da. I nagle… zobaczyłam blask światła. Tak nagłego i ostrego, że musiałam natychmiast zamknąć oczy, jednocześnie, w miarę możliwości i umierając przy tym z bólu, skierować twarz w inną stronę.
- Ehh, głupie pierdoły, co chwilę coś spada. Zaczynam się zastanawiać, po co to wszystko tu trzymam - usłyszałam mężczyznę, który - sądząc po ciągłej ciszy na podłodze - nadal stał w miejscu.
Zamrugałam kilka razy i dopiero wtedy, gdy byłam już przekonana, że oczy przyzwyczaiły się do światła, otworzyłam je, po czym delikatnie odwróciłam głowę w stronę mężczyzny. Przede mną stał zgarbiony, wiekowy człowiek. Na oko miał gdzieś osiemdziesiąt, może dziewięćdziesiąt lat. Jego głowa była całkowicie pozbawiona owłosienia, w przeciwieństwie do siwej brody, sięgającej do połowy szyi. Starzec miał na sobie zwyczajny, cywilny strój - spodnie, bluzkę i wysokie buty. Twarz miał tak pooraną bliznami, że zapewne nigdy bym nie zgadła, gdzie dorobił się każdej z nich.
Patrząc na mnie troskliwym, współczującym spojrzeniem, opierał się dłonią o małą szafkę, stojącą z jego prawej strony. To na niej właśnie leżało źródło światła. Był to bardzo jasny pręt jarzeniowy. Wokół niego porozrzucane były różnorodne narzędzia i sprzęty.
Kiedy się rozejrzałam, dotarło do mnie, że mimo światła nadal nie mam zielonego pojęcia gdzie jesteśmy. Wyglądało to jak prowizoryczny, zbudowany na szybko schron… i pewnie właśnie tym był. Wszędzie wokół widać było niedbale poukładane i posklejane fragmenty czegoś, czego nie byłam w stanie nazwać. Przez to, co w tym wypadku było zapewne sufitem, można było zauważyć cieknące stróżki wody. Więc stąd ten brodzik na podłodze - pomyślałam, równocześnie przenosząc oczy na tafle wody w dole… i zamarłam. Moim oczom ukazało się moje własne ciało. W jednym momencie cała krew odpłynęła mi z twarzy, przed oczami zrobiło się czarno. Moje nogi, ułożone w pozycji, w której ludzkie kończyny znajdować się nie powinny, były całe we krwi przeciekającej przez opatrunki. Nic dziwnego, że nijak nie byłam w stanie nimi ruszyć. Kiedy spojrzałam na ręce i dłonie, okazało się, że tu jest niewiele lepiej. Podobnie jak nogi, ręce miałam całe w opatrunkach, a na dłoniach kilka pojedynczych okładów z bacty. Sądząc po przeszywającym bólu głowy, tam też wyglądało to podobnie.
Co się…?
Spojrzałam oczami pełnymi łez, wywołanymi bardziej przez szok i strach, niż ból, który ogarniał całe ciało i jednocześnie każdą kończynę z osobna.
- Taak, to cud, że żyjesz, owszem - powiedział mężczyzna, siadając ostrożnie na brzegu tego, co robiło za moje prowizoryczne łóżko. - Ale cóż… po tym, co się stało, wcale bym się nie zdziwił, jeśli byłoby inaczej. Widać, Moc ma co do Ciebie większe plany, niż Ty sama.
Nie mając pojęcia o czym mówi, siedziałam bez słowa, patrząc na niego, a łzy spływały mi po policzkach. Nastała długa chwila ciszy. Jedyne, co ją zakłócało, to spadające co jakiś czas krople wody i buczenie Naszego źródła światła.
- C-co się stało? Co ja tu robię? Co to w ogóle za miejsce i… kim pan jest? - zapytałam powoli, kiedy tylko udało mi się opanować drżenie całego ciała na tyle, by móc się odezwać. - Jak długo tu jestem?
Mężczyzna siedział bez słowa, najwyraźniej nie zamierzając podzielić się ze mną informacjami, o które prosiłam.
Siedziałam sparaliżowana strachem i było mi coraz zimniej. Nie wiedziałam nic. Nie znałam odpowiedzi na żadne z zadanych mu pytań i nie miałam pojęcia, czy kiedykolwiek je poznam. Choć na zewnątrz starałam się być spokojna, w środku krzyczałam zarówno z bólu, jak i przerażenia. Nie pamiętałam zupełnie nic.
- Proszę… - Szepnęłam. Na nic więcej nie było mnie stać.
Mężczyzna westchnął.
- To miejsce… - zaczął, pokazując dłonią przestrzeń - To schron, który zbudowałem kilka lat temu. Coś mi mówiło, że kiedyś się przyda. I miałem rację. Znajduje się on kilka ładnych metrów pod ziemią. Wokół nie ma niczego, prócz kanałów hydraulicznych. Stąd ta woda. Niestety nijak nie udało mi się powstrzymać przecieków… - westchnął ciężko - ale co jakiś czas zbieram nadmiar wody i wylewam na zewnątrz, by nie zatopić tego, co jest tutaj niezbędne.
- Na zewnątrz? - zapytałam zdumiona.
Skoro byliśmy tak nisko, jakim cudem wychodził na powierzchnię? Rozejrzałam się po pomieszczeniu. Nie widziałam żadnych drzwi, włazu, ani nic, przez co dałoby się stąd wydostać.
- Tak, dziecko. Myślisz, że jak inaczej, niż wychodząc na zewnątrz, uzupełniał bym zapasy tego, co tutaj niezbędne? - uśmiechnął się miło - Wyjście stąd… a raczej wejście, celowo jest bardzo dobrze zakamuflowane, by nie wszedł tu żaden nieproszony gość.
- Czyli kto? - wyrwało mi się pytanie.
- Ktokolwiek, kto chciałby dokończyć to… - dłonią wskazał na moje ledwo żywe ciało.
- Co się ze mną stało? Ja… niczego nie pamiętam.
- No, przy tych urazach wcale Ci się nie dziwię. Trudno pamiętać cokolwiek po upadku z piętnastego piętra wieżowca.
Zamrugałam przerażona. Którego? Ale… jak?! Dlaczego? Kto…?
- Ci, po których się tam włamałaś - odpowiedział na moje niewypowiedziane pytanie. - Ostrzegałem, byś przemyślała to, co chcesz zrobić, ale Ty jak zawsze zrobiłaś po swojemu.
Otworzyłam usta, by coś powiedzieć, po czym bez słowa zamknęłam je z powrotem.
- Jesteśmy w głębokich czeluściach Coruscant. Planety-miasta, na której się wychowałaś. Od ładnych kilku lat panuje tu istne bezprawie. Zwłaszcza po tym, jak niejaki Mirren Di'Gaol spróbował sięgnąć po władzę. Twoi rodzice byli dość ważnymi ludźmi. Siedzieli na poważnych stanowiskach i gdy odkryli ten... spisek, próbowali mu zapobiec. Bezskutecznie. Di'Gaol wysłał w tej sprawie swoich zwolenników. Dorwali Twoich rodziców i zabili ich, na twoich oczach niestety, gdy byłaś jeszcze dzieckiem. Przez lata się Tobą opiekowałem i wiedziałem, że i Ciebie będą chcieli znaleźć. Dlatego zbudowałem to miejsce. Pewnej nocy zabrałaś blaster ojca i zostawiając wiadomość, że “dziś wymierzysz sprawiedliwość”, poszłaś tam, do ich kwatery, włamałaś się… swoją drogą nie miałem pojęcia, że jesteś tak zdolna! Chciałaś ich pozabijać. Nie pomyślałaś jednak o ważnej sprawie. Oni wiedzieli, że przyjdziesz i tylko na to czekali. Zaczęła się rzeź. Do dzisiaj holonet huczy o tym, że córka wpływowych milionerów, którzy zmarli kilka lat temu, powróciła po latach, by przejąć władzę i urządziła piekło w starych biurach senackich. Oczywiście większość z tego bełkotu to stek bzdur, ale jedno jest prawdą - tam była rzeź. Z piętnastu istot przeżyło pięciu, którzy postanowili się ciebie pozbyć, a ty, jak ostatni kretyn, zdecydowałaś, że nie zginiesz jak Twoi rodzice i wyskoczyłaś przez okno… znalazłem Cię dzień później, nieprzytomną, połamaną i ledwo żywą, ale jakimś cholernym cudem jednak żywą! Leżałaś w ruinach tego, co po niedawnych zamieszkach na ulicy zostało z mniejszych budynków, po drugiej stronie.
Słuchając tego, zastanawiałam się, kim jest ten człowiek i kim jest ta kobieta, o której mówi. Czyżby z kimś mnie pomylił? Ja, włamująca się do biur? Urządzająca rzezie? Jednak patrząc na to, co stało się z moim ciałem, nie byłam już taka pewna swoich racji. Jakim cudem mogłabym przeżyć taki upadek?
- Za Twoją głowę wyznaczona jest spora nagroda. Dlatego jesteś tutaj, a nie w domu, w którym się Tobą zajmowałem przez lata. Kiedy ostatnio tam zaglądałem, nie było już nic. Wszystko zrównali z ziemią.
- Jak długo tu zostanę? - zapytałam, niepewna, czy chcę znać odpowiedź.
- Na razie dopóki nie będziesz w pełni zdrowa, a to potrwa. Później wydostanę Cię stąd jakoś. Z tego miejsca i z tej planety. Gdzieś, gdzie będziesz bezpieczna.
Łzy nadal spływały mi kanonadą po policzkach. Oczy piekły niemiłosiernie, podobnie jak reszta ciała. Byłam ukryta głęboko pod ziemią, w centrum Galaktycznego zamieszania, poszukiwana za coś, czego nie zrobiłam, przez istoty, które zamordowały moich rodziców… nawet nie pamiętam moich rodziców. Nie pamiętam zupełnie nic. Kim jestem? Kim byli moi rodzice? Kim jest ten człowiek i… ile z tego, co mówi, jest prawdą? Siedziałam zamknięta z dala od rzeczywistości, ukryta przed tymi, którzy chcieli mojej śmierci. A na dodatek, nie pamiętam nic. Zupełnie nic. To wszystko, o czym opowiada mi człowiek, twierdzący, że jest moim opiekunem, dla mnie jest niczym więcej jak tylko czarną dziurą w pamięci… której nie mam. Pustką.

Wróć na górę