Pomiń nawigację™
Logo Jedi Order - małe
Home - ikonka HOME O NAS REKRUTACJA FORUM

Pingwin to za mało

Autor: Shadow & Nar Kadun

Dawno, dawno temu, w odległej Galaktyce...




Prolog


Szklana kula. Artefakt niegdyś powszechnie spotykany w całej Galaktyce. Rozmiary, jak i przeznaczenie sz.k. bywały bardzo różne. Wyjątkowość szklanych kul gwarantował proces ich produkcji. Były one tworzone z guana Huttów (patrz -> Hutt) prażonego w wysokiej temperaturze. W niektórych szklanych kulach mieszkały podobno przesiąknięte złem istoty, jednakże naukowcy już dawno włożyli tę teorię między bajki. Do dziś nie przetrwał żaden z tych artefaktów. Ostatnie widziane były w rękach Sarumana (patrz -> palantir) oraz Jedi Aladyna (patrz -> Aladin Skywalker). Oba najprawdopodobniej uległy destrukcji.


Encyklopedia powszechna CWN, tom XXIII, str. 666, wyd.
Corusańskie Wydawnictwo Naukowe.


Ene due rabe,
Połknął Kostek żabę.
A żaba Kostka,
Taka to miłostka.

Popularna wyliczanka dziecięca z Odległych Rubieży.

* * *

Agentka A czuła się zdecydowanie jak w raju. Chociaż nie pamiętała żeby umarła. Prawdę powiedziawszy w ogóle niewiele pamiętała z przebiegu ostatnich dni. W głowie miała obraz zimnej planety Alzoc III, oczami wyobraźni widziała jaszczurkę – cukiernika… A potem się obudziła. W raju. Przynajmniej tak było jej zdaniem.
Rozejrzała się po swoim pokoju. Nie miał drzwi, a przynajmniej nie mogła ich dostrzec. Nie posiadał też żadnych okien, chociaż sufit zdobiło rozgwieżdżone niebo. Nie była pewna czy to tylko rysunek czy też rzeczywiście widzi gwiazdy. Jednak nie to było ważne: najważniejsze było to, że sześcian jej pokoju był obity…różowym futrem. Było wszędzie, na ścianach i podłodze, wciśnięte pod łóżko i na łóżku, na krześle, szafce i gdzie tylko można było sobie wyobrazić; gęste, długie i tak słodko różowe, że Agentka wzdychała za każdym razem gdy je widziała. Nawet jej skąpe ubranie było w tym niebiańskim kolorze. Początkowo myślała, że wszystko to alkoholowa iluzja, jak białe myszki i tupot niebieskich mew, czy coś w tym stylu. Jednak nie pamiętała, kiedy ostatnio wypiła więcej niż jedna szklankę ponczu, a przecież nie można się upić odrobiną ponczu, prawda? I co z tego, że po tak małej dawce kładła się spać z lekkimi zawrotami głowy? Poza tym mijały godziny a raj nie znikał.
Sięgnęła po grzebyk w kształcie…takiego konia z jednym rogiem. Mieciu? Jak się taki koń nazywał? Ok, dzięki - …w kształcie jednorożca, którego zbyt długie nogi sprawiały, że można było bez przeszkód się uczesać. Na widok koloru przedmiotu, Agentka westchnęła głęboko. Zaczęła się zastanawiać, gdzie w ogóle się znajduje. Była w raju, to oczywiste, ale gdzie na mapie znajduje się ten raj? W Agencji JO uczono, że są różne rodzaje rajów i różne jest ich umiejscowienie. Ale to tak jak z piekłem. Gdzie znajdował się jej raj?
Odpowiedź nie przyszła.
W pokoju zgasło światło, a gdzieś daleko rozbudziły się wyjące alarmy. Agentka zerwała się na nogi i podbiegła do ściany, wtulając się w miękki puch i nasłuchując. Nagle miejsce, o które się opierała rozsunęło się i wypadła na zimny korytarz. Mijała ją cała masa rozhisteryzowanych corusańskich ogrów, alarmy wyły, korytarz tonął w migotliwym czerwonym świetle. Zdała sobie sprawę, że raj się ulotnił a ona musi się jak najszybciej wydostać, gdziekolwiek się znajduje. Próbując wstać, wpadła na jednego z oszalałych ogrów. Stwierdziła, że jest czymś naćpany, więc teoretycznie bezużyteczny, jednak potrzebowała informacji.
- Przepraszam – zagadnęła, odrzucając na bok włosy koloru ni to blond, ni to rudego – którędy do kapsuł ratunkowych?
- AaaaaAAaAaAaaaaa! – Odpowiedział ogr i rzucił się do ucieczki. Historycy badający zagadnienie spierają się do tej pory czy ogr uciekł widząc różowe ubranie Agentki czy może nie docenił jej szlachetnej urody.
Dopiero po chwili dziewczyna dostrzegła na ścianie wymalowany duży napis głoszący: „LĄDOWISKA I KAPSUŁY RATUNKOWE - PROSTO, ZA 100 METRÓW SKRĘĆ W PRAWO.” Ruszyła biegiem w tamtą stronę, uważając żeby nie przekroczyć dopuszczalnej prędkości, którą ograniczały wyrysowane na podłodze znaki.
Na lądowisku stał myśliwiec, którego klasy nie potrafiła określić. Do środka pakowała się szczupła blondynka, a pomagał jej w tym pingwin. Przystanęła. Znała tego pingwina. Chciała krzyknąć jego imię, ale głos uwiązł jej w gardle na widok czułych skrzydełek łapiących blondynkę za… Odwróciła wzrok i pobiegła dalej mając przed oczami obraz zdradzieckiego pingwina. Kapsuły ratunkowe znajdowały się zaraz w następnym korytarzu. Minęła kilkunastu wrzeszczących ogrów, Mocą odepchnęła tych, którzy zagradzali jej drogę do kapsuły. Wsiadła i odpaliła.
Nie zobaczyła już jak wielka stacja bojowa przypominająca głowę bałwana wybucha, zamieniając się na tryliardy kawałków. Zaczęła płakać marząc o różowym kucyku i przeklinając pingwina, który ja zdradził.

* * *

Kapsuła pacnęła w zaspę śniegu. Agentka A wyjrzała przez mały iluminator i zamarła. Potem spojrzała na swój strój – bardzo krótkie spodenki i jeszcze krótszą koszulkę. Westchnęła i zdecydowała się mimo wszystko wyjść na zewnątrz.
Owiał ją mroźny wiatr, z zimna zaczęła wystukiwać zębami „Marsz Imperialny”. Poskakała chwilę, zrobiła kilka skłonów i pajacyków, a potem puściła się biegiem poprzez zaspy szukając jakiejś jaskini. I drewna, pomyślała. Chociaż nie przyszło jej do głowy skąd weźmie drzewo na bezdrzewnej planecie.
Jaskinię znalazła dość szybko i bardzo przypadkiem. Po prostu skostniała z zimna i sturlała się z jakiejś zaspy prosto pod wejście jaskini. W środku było zdecydowanie cieplej. I coś cicho buczało. Szła zaciekawiona wąskimi korytarzykami, szukając źródła dźwięku. Dotarła w końcu do przestronnej sali. Pod przeciwległą ścianą zobaczyła szklaną kulę, tylko nieco większą od zdrowego człowieka. Podeszła bliżej i zauważyła, że wewnątrz sypie śnieg. Dotknęła dłońmi zimnego szkła i przycisnęła nos żeby zajrzeć do środka.
- Nie dotykać! – Pisnęło coś histerycznie. – To moja kula jest. Pobrudzisz mi i co? – Coś wewnątrz kuli załkało. Agentka usłyszała tupanie nogami. – Den-zy-fe-ko-wać będę musiał!
Odskoczyła przestraszona. Wewnątrz zmaterializowała się jakaś istota, piszcząc i tupiąc o ziemię. Stopy i dłonie, absurdalnie duże, dryfowały swobodnie nie przytwierdzone do żadnego ciała. Co ciekawe, ciała nawet nie było, ale Agentka miała wrażenie, że istota doskonale panuje nad swoimi kończynami. Głowa była dość mała, a może takie wrażenie sprawiała przez ogromną żółtą grzywę osobnika. Długie włosy opadały na twarz i na plecy, których i tak nie było. Zorientowała się też, że „śnieg” gęsto sypie się właśnie z grzywy istoty.
- Kim jesteś? – Zapytała istota, ocierając łzy i przybierając bardziej męsk…no, chłopięcą postawę. – Co robisz w mojej jaskini?
- Zabłądziłam…yyy…z koszyczkiem łakoci dla babci – odparła Agentka. – Widzisz, chyba pomyliłam bajki.
- Nie musisz się mnie bać – szepnęła istota. – Jestem Lśniący. Gdzie mieszka Twoja babcia?
- W lesie.
- Przecież na Hoth nie ma lasu – powiedział zdziwiony Lśniący, unosząc brwi.
- Byłam w lesie. I poncz był. Taki napój wyskokowy. – Agentka spojrzała na rozmówce czy aby pojął o co jej chodzi. Nie była pewna czy gdzieś tu podają poncz. – A potem był różowy pokój. Bez okien i drzwi. Istny raj. I były jeszcze wrzeszczące ogry. I pingwin odleciał. I wielkie BUM było! Takie wielkie, że mi się czerwony kapturek sprał na różowo, popatrz. O! – Dziewczyna pokazała na kapturek, którego nie miała.
Milczenie. Lśniący popatrzył na Agentkę wzrokiem, którym patrzy się na osoby niezrównoważone psychicznie.
- Wyczuwam w Tobie gniew i smutek… - Osobnik wychylił się do przodu jakby chciał przeniknąć przez szklaną kulę. – Mogę ci pomóc je wykorzystać.
- Jak? – Zapytała z wahaniem. W Agencji przestrzegano ją, żeby za żadne skarby, a nawet ulubione krakersiki nie używała swoich negatywnych emocji.
- Aj łil szoł U de pałer of de Dark Sajd - powiedział Lśniący zagadkowo.
Poliglota, pomyślała Agentka A. I do tego Amerykanin. Nie wahała się już ani chwili.
- Ticz mi – odparła.
- Tak, tak – ziewnęła istota z kuli. – Jak tylko rozwiąże suddoku ze znajomości składników majonezu i musztardy.
I zniknął. Agentka A, klęcząc, cierpliwie czekała aż jej nowy mentor powróci.

Rozdział 1


(...) Agent 00K jest jednym z nielicznych, którym nadano numer operacyjny. Oznacza to mniej więcej tyle, że jest najlepszy w tym co robi. Wsławił się zniszczeniem bomby-pułapki znanej jako Pociąg zwany Pożądaniem oraz wyeliminowaniem terrorysty Pata Listonosza, Który zawsze Dzwonił Dwa Razy. Mam nadzieję, że Agencja nie wyśle go do infiltracji naszych placówek.
Z cech fizycznych wyróżnia się stosunkowo wysokim wzrostem (około jednego metra razem z ogonem), skóra zielona – śliska. Ci, którzy mieli okazję go dotknąć i przeżyć, mówią, że jest zimny niczym lody Doda. I nawet w połowie nie tak ponętny, jak ta Twi’lekianka. Oczy gadzie, żółte, z pionową źrenicą.
Naszym szpiegom nie udało się ustalić cech charakteru 00K, ale podobno jest straszny niczym żubr, a wiadomo powszechnie, że żubr stawia się czasem (...)

Fragment raportu znalezionego w pirackiej bazie po operacji Agenta 00K.

* * *

Rok po zniszczeniu stacji Surisa, Agencja JO. Yavin IV.

W Agencji JO przez ostatni rok niemal nic się nie zmieniło. Owszem zmieniano co kwartał firanki, wymieniono podłogi, a standardy unijne zmusiły do wymiany skrzynek pocztowych. Jednak poza tym wszystko było po staremu. Nadal masa dziwnych istot biegająca w szaro-brązowych płaszczykach przeciwdeszczowych udawała, że potrafi posługiwać się Mocą i machać mieczem świetlnym, chociaż niektórzy wciąż używali latarek, bądź kijów z bazaru obok, i ratować ludzi od niebezpieczeństw, Agentka D nadal kochała pewnego uroczego Pingwina, Agent N siedział w swoim laboratorium tworząc coraz ciekawsze zabawki i marzył o nagrodzie Wielkiego Konstruktora, modląc się jednocześnie by nie cofnięto mu funduszy, Surisa nie odnaleziono, a Agentka A pozostawała zaginioną w akcji.
Były jednak trzy rzeczy, które zmieniły diametralnie oblicze Agencji. I wcale nie były to nowe, żółte abażury do lamp. Pierwszą z nich była Wieczorynka. A raczej Lady Wieczorynka, bo taki był jej oficjalny tytuł po awansie na szefową JO. Drugą była zamiana starego, wysłużonego radia, na nowiutki telewizor LCD. Ostatnią rzeczą, która uległa zmianie był wygląd gabinetu szefowej. Okrągłe pomieszczenie, które zajmował Suris wyburzono i postawiono coś, co większość Agentów postanowiła nazywać Gabinetem Owalnym.
Gabinet Owalny był…owalny. Przy odrobinie wyobraźni. Tak naprawdę miał kształt przeciętego na pół koła. Przynajmniej w szkicach architektonicznych, bo ostatecznie komuś coś nie wyszło i zbudowali bardziej trójkąt niż pół koła. Podłogę pokrywał miękki, zielony dywan z futerek żółwi latających, które na specjalne zamówienie importowano ze Związku Socjalistycznych Republik Korelliańskich; ściany były zupełnie białe i całkowicie puste. Na środku stało delikatne biurko. Na jego blacie umieszczono ogromny telewizor, teraz wyłączony, a na rogu wciśnięto globus przedstawiający czwarty księżyc Yavina. Wnętrze globusa kryło najznakomitsze trunki całej galaktyki. Obrazu skromnej elegancji dopełniały panoramiczne okna, za którymi widać było nieprzebrane morze yavińskiej dżungli.
Kostek Mrooz zerknął na wbudowany w skrzydło chronometr. Zbliżała się godzina 19.00, czas codziennej odprawy. Stojąca obok niego Agentka D westchnęła cicho, niewątpliwie myśląc o czymś równie rozkosznym, co całkowicie nierealnym. Wybiła pełna godzina i telewizor jak na zawołanie włączył się sam. Przez chwilę po ekranie błądził wychudzony kocur. Pod białą jak kreda skórą widać było tylko żebra. Kot spojrzał w stronę telewidzów ukazując wytatuowaną mordkę i uśmiechnął się szeroko, prezentując rząd całkiem ludzkich, zakrwawionych zębów. Zakręcił ogonem i pomachał łapką z wysuniętymi pazurami, jakby na pożegnanie. Pod nim migotał napis ozdobiony kwiecistym motywem, głoszący: „Kochane dzieci, pora spać.” Po napisach końcowych wielbiących Alicję i Zaczarowaną Krainę, do telewizyjnego studia wszedł Tomasz Wielbłąd i zapowiedział, że TVC pokaże dziś Wieczorynkę dla dużych Pingwinów.
- Witam, moje drogie dzieci – powiedziała Wieczorynka, po obowiązkowej przerwie na reklamy. – Widzę, że nie ma jeszcze wszystkich, więc poczekamy chwilę.
- Na kogo? – Zapytali chórem Kostek i Agentka D.
Nie zdążyło przebrzmieć echo ich zapytania, a skrzydłowe drzwi Gabinetu Owalnego otworzyły się szeroko i do środka wszedł…czarny krokodyl. Przygładził poły równie czarnego kontusza, na którym wyhaftowano rodowy herb przybysza – dziewięciolistną Gandzię - i przygryzł kawałkiem swego ulubionego eukaliptusa.
-Witam, waćpanny. – Ukłonił się nisko Agentce i w stronę telewizora. – I witam waćpana.
- 00K! – Krzyknął Kostek i rzucił się w objęcia krokodyla. – Miło cię widzieć, Koala. Od kiedy jesteś czarny?
- To zaprawdę długa opowieść, szanowny panie – uśmiechnął się Koala i przeżuł kawałek eukaliptusa. – Dusza ma zawsze była czarna, a teraz me ciało jest równie czarne co me bogate wnętrze, ziom.
- Skoro już formalności mamy za sobą – Wieczorynka zapukała od wewnątrz w ekran telewizora, zwracając na siebie uwagę – myślę, że moglibyśmy przystąpić do raportu. D, notuj.
Wieczorynka uporządkowała kartki na biurku i zaczęła czytać.
- Kilka dni temu, z corocznej giełdy słodyczy, znikły wszystkie cukierki o smaku cytrusowym. Problem w tym, że są to ulubione cukierki wszystkich mieszkańców galaktyki i ich brak może spowodować ogólny brak zadowolenia, strajki, bunty czy też zawiązanie się Solidarności. Rządy Imperialnej i Nowej Republiki sobie tego nie życzą. Oczywiście słodycze nie znikły same i podejrzewamy, że ktoś im zwyczajnie pomógł. Nie wiemy jeszcze kto, ale wiemy gdzie się udali. – Szefowa zrobiła pauzę na głębszy wdech. – Na Nowym Alderaanie rozpoczęto „Podróż do wnętrza ziemi”, jak nazwano odwiert do jądra planety. Złoczyńcy wrzucili cukierki do tunelu, a planeta od nadmiaru słodyczy najpierw przytyła a potem zwyczajnie eksplodowała z przejedzenia. Waszym zadaniem jest odnalezienie winnych tej przerażającej tragedii.
- Och, nie! – Szepnęła D, notując cały czas. 00P i 00K pokiwali tylko głowami, spojrzeli na siebie i skierowali się do wyjścia.
- N ma dla was jakieś nowe zabawki. – Rzuciła za wychodzącymi szefowa. - Niech Wielka Macierz będzie z wami!

* * *

Agent N tym razem nie płonął. Co dziwne nie przeprowadzał też żadnych skomplikowanych eksperymentów. Po prostu stał, wpatrując się w sprzęt, ułożony na stole, wyciągnięty z worka oznaczonego czerwonym krzyżem i napisem PCK. Pociągnął łyka z butelki stojącej obok i zapłakał. Worki z PCK oznaczały, że zabrali dużą część funduszy i będą musieli teraz pracować na wysłużonych częściach z odzysku. A to oznaczało kres jego marzeń.
W tym stanie zastali go Agenci Kostek Mrooz i Koala herbu Gandzia.
- Potrzebujemy sprzętu N. – Kostek spojrzał na stół zawalony dziwnym żelastwem. – Przestań pić i pokaż co masz ciekawego.
- Mamy tu same nowości. – Wynalazca wstał, chwiejąc się lekko. – Nasi naukowcy pracowali nad tym okrągły rok. O! Spójrzcie na to. – Wskazał na leżący w kącie blaster. – Najnowszy cud techniki. Niemal sam strzela, wcześniej automatycznie namierzając cele. Zwie się BlasTech PPK.
Krokodyl westchnął, przeżuwając eukaliptus. Kostek ukrył twarz w skrzydłach.
- Albo to. – Agent N podniósł metalowy róg. – Nakładka na dziób. Najnowsza nowość!
- N, ale to było w poprzedniej części. – Kostek podrapał się z zażenowaniem po głowie. – Potrzebujemy czegoś nowego.
- I żeby to było coś naprawdę specjalnego – dorzucił Koala. – Coś godnego mego szlachectwa, bo zaprawdę powiadam ci, jeśli się tak nie stanie, każę sługom mym łamać cię kołem.
Genialny naukowiec zatoczył się chwiejnie do stołu, na którym wyłożył sprzęt z worka z bratnią pomocą.
- Dobrze chłopaki. – N wytarł ręce w kremowy fartuszek i spojrzał co najmniej trzeźwo na stół zawalony różnym złomem. Po chwili wyciągnął metalowego nietoperza owiniętego cienką stalową linką. – Dla Kostka mam to.
- A co to jest? – 00P spojrzał sceptycznie na symbol nietoperza. – I czemu to jest nietoperz a nie pingwin?
- Dotacje z Gotham City. Nasze miasto partnerskie – wyjaśnił rzeczowo naukowiec, widząc dziwne spojrzenia dwójki Agentów. – Batman ma już nowe linki, więc te dali nam. Jakby ci się zresetowały rakietowe sandały, to się wciągniesz po tej lince na każdą wysokość. Przynajmniej nie większą jak pięćdziesięciu metrów. - Zanurzył dłonie ponownie w stercie sprzętu. – I masz to.
- Pajęcza sieć? – Koala otworzył szeroko oczy ze zdumienia, patrząc jak Kostek z trudem odkleja od skrzydeł cienką siatkę. – Raczysz chyba z nas kpić, szanowny panie.
- Spider-man używał tego latami i nie narzekał. – Oburzył się Agent N. – Wy też nie narzekajcie. Dla ciebie, Koalo, mam tą szablę.
- Taką zwykłą?
- Jest co najmniej w połowie szlachecka – zaprotestował N.
- A czemu nie jest ona świetlna?
- Cięcia budżetowe w resorcie. Jeśli chcesz, zamontujemy ci żaróweczki.
Krokodyl westchnął, wyciągając z kieszeni kolejną porcję eukaliptusa i zaczął żuć intensywnie, żeby się uspokoić.
- I mam dla ciebie jeszcze łańcuch. Też zwykły, ale modny. Na pewno znajdziecie jakieś zastosowanie. A statku nie dostaniecie nowego, bo Kostek ma stary, jeszcze całkiem sprawny. Wypraliśmy tapicerkę tylko, żeby wyglądała na nowszą.
Obaj agenci specjalni wyszli z podziemnego laboratorium bardzo rozczarowani. Mieli ratować galaktykę na używanym sprzęcie, który na dodatek wydawał się całkowicie bezużyteczny.
Ruszyli na lądowisko i już po chwili lecieli w stronę Nowego Alderaana.

* * *

InCom Martin DB–Wing wyskoczył z nadprzestrzeni w okolicach Nowego Alderaanu i od razu został zaatakowany przez błękitne stringi, następnie przez termos, krzesło, kineskop, zeszyt w twardej oprawie, a na koniec uderzyła w niego mała asteroida.
- Zawżdy nawet boska Kleo nie powstydziłaby się takiego uroczystego powitania – szepnął Koala, wymiotując do papierowej torebki.
- Pomóż mi lepiej wydostać się z tego bałaganu! – Ponaglił go Kostek, manewrując dziko sterami. Myśliwiec kręcił beczki i wywijał śruby, by po chwili znaleźć się po środku pierścienia utworzonego z kawałków zniszczonej planety. Obaj Agenci odetchnęli z ulgą.
- Pora brać się do pracy – powiedział Kostek. – Pod siedzeniem masz skafander umożliwiający spacer w próżni. Przebierz się.
- Nie dam rady założyć skafandra na kontusz…
- To się rozbierz! Wyskakuj z tego mundurka i nie marudź.
- Ale…- zaczął nieśmiało 00K. – Dlaczego ja mam się rozbierać przy obcych?
- Jakich obcych? Przecież mnie znasz. Jeździliśmy razem na kolonie z parafii.
- Nie mówię o tobie, ziom. – Kostek wcisnął w paszczę kawałek eukaliptusa i zaczął intensywnie żuć. – Mówię o tych co się teraz na nas gapią.
- O czym ty mówisz?! – Zdziwił się Kostek, już lekko zirytowany.
- No spójrz tam. – Krokodyl wskazał jakieś odległe miejsce w przestrzeni. – Gapią się.
- To Czytelnicy…- stwierdził zrezygnowany Pingwin. – Widzieli już tysiące nagich krokodyli, więc proszę cię, rozbieraj się i zakładaj ten skafander. I przestań żuć to zioło, bo wyraźnie ci szkodzi – dodał po chwili.
Ostatecznie Krokodyl przebrał się w skafander i obaj wyszli w pustkę kosmosu.
- Przełącz się na tryb wykrywania podejrzanych. – Zakomenderował Mrooz. – Może coś znajdziemy.
- Jak każesz, miłościwy ziomie – odpowiedział z paszczą pełną eukaliptusa jego towarzysz.
Uruchomili silniczki manewrowe i zaczęli przeczesywać pozostałości Nowego Alderaanu. Praca była czasochłonna i monotonna. Przekopali się przez sterty skał, pół boiska, pozostałości oceanu, resztki lalek, by w końcu…
- Chyba coś mam – zakomunikował Koala.
- Gdzie?
- Na godzinie trzeciej.
Kostek Mrooz spojrzał w tamtą stronę i od razu system namierzania podejrzanych zlokalizował to, o czym mówił Koala. 00P podążył w stronę migoczącej, zielonej strzałki, wskazującej dokładne miejsce. Po chwili obaj byli na miejscu.
- To tylko obrazek – stwierdził lekko zawiedziony Pingwin.
- I doprawdy brzydki – dodał Krokodyl.
Obrazek rzeczywiście nie był piękny. A może inaczej – obrazek sam w sobie był majstersztykiem, o czym świadczył podpis malarza, ale sportretowana postać nie należała do najbardziej urokliwych i urodziwych w Galaktyce. Bowiem mistrz pędzla, sławny przedstawiciel nowoalderaańskiego kubizmu, nie kto inny jak Dżordż Lucasso we własnej osobie, sporządził portret bezdomnego Ewoka. Sam Ewok niczym szczególnym się nie wyróżniał – miał głupi wyraz twarzy, toczył pianę z pyszczka, oczy miał mocno przekrwione, na czubku głowy, lekko przekrzywiony, wisiał zielony melonik, a sama postać podpierała się o dziurawy parasol – najwyraźniej żeby nie upaść. Agenci, lekko zdezorientowani, zabrali ze sobą portrecik i wrócili do DB-Winga.
- Zaprawdę uważasz, że ten niewinnie wyglądający jegomość jest naszym podejrzanym?
- System wykrywania jeszcze nigdy nie zawiódł. – Odpowiedział Kostek zapinając pasy bezpieczeństwa i wpisując koordynaty skoku w nadprzestrzeń. – W Agencji powiedzą nam więcej na temat tego Ewoka.
Niewielki myśliwiec zakołysał się i zniknął w nadprzestrzeni. Wracali na Yavin IV.

* * *

- To Harry Waldemort – zawyrokowała Agentka J patrząc to na portrecik, to na zdjęcie w bazie danych. – Znany też jako Brudny Harry. Nie będę nawet dociekać skąd ten pseudonim. – Westchnęła. - Z naszych danych wynika, że uwielbia kantyny, bo pozwalają mu spać pod stołami. Notowany, jednak baza danych nie precyzuje za jakie przestępstwa. Znaczy to, że albo było ich bardzo dużo, albo nie były godne wspomnienia.
- Czyli sugerujesz, że mamy szukać po kantynach? – Zapytał Kostek.
- Tak.
- Waćpanno, czy zdajesz sobie sprawę ileż to kantyn prosperuje w naszej odległej Galaktyce?
- Około sto bilardów pomnożone przez dziesięć i podniesione do potęgi czterdziestej czwartej – odpowiedziała znudzona Agentka J. – Niczym mnie nie zaskoczysz, 00K. A jeśli chcesz to za kwadrans podam ci nazwy wszystkich z nich.
- Serdecznie dziękuję, wielmożna pani, ale jest to całkowicie zbędne – Koala ukłonił się nisko i ukradkiem wpakował sobie do paszczy kawałek eukaliptusa, który natychmiast zaczął żuć.
- Niedaleko Nowego Alderaanu była niegdyś stacja kosmiczna. – Odezwał się Kostek po chwili zamyślenia. – Jeśli nasz podejrzany był na planecie tuż przed katastrofą, to może skrył się właśnie tam?
- Warto to sprawdzić – poparła J.
- Ruszajmy więc czym prędzej, ziom – uśmiechnął się szeroko Krokodyl, prezentując lśniące białe zęby, na których widać było resztki ulubionej rośliny.

Rozdział 2


Nauczycielka pierwszej klasy, Pani Magda, miała ciągłe kłopoty z jednym z uczniów. Spytała więc:
- Kostek, o co ci chodzi?
Pingwin odpowiedział:
- Jestem za mądry na pierwszą klasę. Moja siostra jest w trzeciej klasie, a ja jestem mądrzejszy od niej! Myślę, że też powinienem być w trzeciej klasie!
Pani Magda miała dosyć. Zabrała Kostka do gabinetu dyrektora .
Kiedy Kostek czekał w sekretariacie, nauczycielka wyjaśniła dyrektorowi cala sytuację. Nauczyciel powiedział pani Magdzie, że chciałby zrobić chłopcu test i jeśli nie odpowie na żadne pytanie, będzie musiał wrócić do pierwszej klasy i nie sprawiać więcej kłopotów. Nauczycielka się zgodziła.
Pingwinowi wytłumaczono wszystkie warunki i zgodził się na przeprowadzenie testu, po czym dyrektor zaczął zadawać pytania.
- Ile jest 3 x 3?
- 9.
- Ile jest 6 x 6?
- 36 .
I Kostek odpowiadał na każde pytanie, które wymyślił dyrektor. W końcu dyrektor spojrzał zrezygnowany na panią Magdę i powiedział:
- Myślę, że on może iść do trzeciej klasy.
Pani Magda spytała, czy i ona może zadać Kostkowi kilka pytań.
Zarówno dyrektor, jak i Kostek zgodzili się.
Pani Magda spytała:
- Co krowa ma cztery, czego ja mam tylko dwa?
- Nogi - po chwili odpowiedział Kostek.
- Co ty masz w spodniach, a ja tego nie mam?
- Kieszenie.
- Co zaczyna się na "K" kończy na "S", jest owłosione, zaokrąglone, smakowite i zawiera białawy płyn?
- Kokos.
- Co wchodzi twarde i różowe, a wychodzi miękkie i klejące?
Oczy dyrektora otworzyły się naprawdę szeroko, ale zanim zdążył powstrzymać odpowiedź Kostka, Pingwin powiedział:
- Guma do żucia.
Pani Magda kontynuowała:
- Co robi mężczyzna - stojąc, kobieta - siedząc, a pies na trzech nogach?
Dyrektor ponownie otworzył szeroko oczy, ale zanim zdążył się odezwać…
- Podaje dłoń.
Jako że Kostek radził sobie nadzwyczaj dobrze, pani Magda postanowiła zadać mu kilka pytań z serii "kim jestem?"
- Przywiązujesz mnie. Wkładasz we mnie drąg. Jest mi mokro wcześniej niż tobie.
- Namiot.
- Palec wchodzi we mnie. Bawisz się mną, kiedy się nudzisz. Drużba zawsze ma mnie pierwszy.
Dyrektor patrzy niespokojnie i widać, że jest nieco spięty, ale Pingwin odpowiada bez wahania:
- Obrączka ślubna.
- Mam różne rozmiary. Gdy nie czuję się dobrze, kapię. Kiedy mnie dmuchasz, czujesz się dobrze.
- Nos.
- Mam twardy drążek. Mój szpic zagłębia się. Wchodzę z drżeniem.
- Strzała - odpowiedział Kostek, po czym dyrektor odetchnął z ulgą i rzekł:
- Wyślijcie go od razu na studia. Albo do Szkoły Agentów. Ja sam na ostatnie dziesięć pytań źle odpowiedziałem!

Anegdotka krążąca o Agencie 00P w Szkole Agentów.


* * *

Przestrzeń Nowego Alderaanu. Zewnętrzne Rubieże.

Roczna, przez co niemal najnowsza, zdobycz myśli technicznej Agencji JO – myśliwiec DB-Wing – wyskoczył z nadprzestrzeni wystarczająco daleko od szczątków zniszczonej planety, by ponownie nie zostać przez nie poturbowanym. Pingwin, siedzący na fotelu pilota, pchnął stery do przodu i maszyna oddaliła się od miejsca katastrofy jeszcze bardziej.
- Stacja kosmiczna „Krwisty Ocean” jest dosłownie rzut moherkiem stąd – poinformował Kostek swego pasażera.
- Miłościwy pan zechce może założyć się, że postawiona przed chwilą teza jest całkowicie nieprawdziwa? – Odezwał się z przekąsem siedzący za plecami 00P Krokodyl, chowając łapki w czarnym kontuszu. – Aczkolwiek na sam wpierw musimy posiadać moher.
- Musisz uwierzyć mi na słowo – Pingwin przyspieszył, by jak najszybciej oddalić się od pierścienia gruzów, widząc jak 00K spogląda tęsknie w tamtą stronę, najwyraźniej szukając jakiegoś beretu. – Zapomnij o tym, zbliżamy się.
- Zawróć! – Krzyknął nagle Krokodyl, machając histerycznie czarnymi łapkami. – Natychmiast! Zauważyłem rozbitka!
- Gdzie? – Kostek przekrzywił stery i stacja kosmiczna zaczęła się oddalać wprost proporcjonalnie do zbliżania się pozostałości Nowego Alderaanu.
- Tam! – Wskazał palcem 00K. – Pomiędzy fortepianem a stertą ognisto-zielonych skarpetek.
- W porządku. Widzę to miejsce.
Myśliwiec podleciał zgrabnie do fortepianu. Krokodyl odsunął boczną szybkę owiewki i sięgnął w stertę skarpetek…wyciągając spomiędzy nich brązowy moher.
- Aha! – Powiedział z tryumfem. – Nasi tu byli!
Kostek gotował się ze złości, przybierając pozę i kolory obrażonego gila. Bardzo nie lubił wyglądać jak gil. Krokodyl machnął trzymanym moherem w stronę stacji kosmicznej. Nakrycie głowy poleciało chwilę z małym przyspieszeniem, następnie zaczęło dryfować, by na sam koniec olać rzucającego i stację kosmiczną i odejść w swoją stronę.
- Jak widzisz mój przypominający gila, przyjacielu – powiedział uroczyście Koala – obaliłem twoją mongolską teorię o rzucie moherem. Wisisz mi partyjkę szachów i dobre piwo z kija.
Myśliwiec powrócił na kurs kolizyjny ze stacją.

* * *
Tymczasem w innej części Galaktyki.

Dwójka Agentów – Krzysztof Katar i Jacek Korczewski – obniżyła lot swojego transportera „Wroni Pazurek”, by znaleźć się bezpośrednio nad pędzącym maglevem.
- Odebrałem sygnał S.O.S. z tego pociągu – powiedział Korczewski, wycierając usta w rękaw. – Luc Niebiański Wędrowiec mówił, że to mogą być nasi Kultyści.
- Ten indiański wieśniak z planety zasypanej kupą piachu?
- Taaa… - mruknął Jacek. – Ten sam.
- Zawsze mówiłem, że nie ufa się indiańskim wieśniakom. – Spojrzał przez owiewkę na pędzący pociąg. – Tak samo jak zielonym i barmanom z błędną gramatyką.
- Nie możemy dopuścić, aby coś się stało pasażerom. – Powiedział Jacek.
- Więc wyskakuj.
- Co?!
- Nie słyszysz? Wyskakuj ich ratować – powiedział Katar. – A ja sobie polatam nad pociągiem i będę obserwował czy wszystko gra.
- Chyba oszalałeś!
- Wyskakuj powiedziałem! – Katar pociągnął za dźwignię i fotel z Korczewskim zniknął gdzieś pod podłogą. Po chwili Krzysztof zauważył partnera na dachu pociągu.
Jacek Korczewski był jedyną osobą w Galaktyce, która zrobiła swój drewniany miecz przed rozpoczęciem oficjalnego szkolenia w Agencji JO. Teraz wyciągnął go i rzucił się w głąb pierwszego wagonu, mijając napis „Obywatelu! Pamiętaj, że podróż koleją zmniejsza czas przejazdu pociągiem”. Po chwili w kabinie „Wroniego Pazurka”, Katar odebrał pierwszy meldunek:
- Jest gorzej niż myśleliśmy, Krzysiu. Do prowadnic magleva przywiązali się aktywiści z „Zielonego Pokoju.” Jesteśmy z nimi na kursie kolizyjnym.
- Odebrałem – potwierdził Katar. – Spróbuję zestrzelić zagrożenie.
- Czyli kogo dokładnie?
- A czy to ważne? Byle tylko katastrofa była duża, co chociaż o nas usłyszą.
Coś zatrzeszczało i pociąg osunął się kilka metrów w dół. Prowadnice, dotąd napięte, zaczęły zwisać luźno.
- Ja nic nie zrobiłem! – Krzyknął Katar.
- Te prowadnice są biodegradowalne! Wszyscy zginą!
- Zawsze mówiłem, że nie ufa się zielonym - westchnął pilot transportera.
- Nadaj wiadomość na Yavin. Niech ostrzegą 00P, że zbliża się ofensywa Kultystów Akademii Pierwotnego…
Dalej słychać było już tylko krzyk. Maglev runął kilka tysięcy metrów w dół. Po bardzo długim czasie usłyszeć można było potężną eksplozję. Tak zginął Jacek Korczewski, Agent JO, który sam wystrugał swój miecz. Razem z nim zginęło dwóch aktywistów „Zielonego Pokoju”, którzy skończyli jako malownicze graffiti na pobliskim budynku.
Maglev był atrapą. Zresztą wybuch też był tylko inscenizowany.
Krzysztof Katar przeżył, następnie walczył z najazdem obcych na Galaktykę. Dożył późnej starości.

* * *

Stacja „Krwisty Ocean”.

„Krwisty Ocean” nie miał skomplikowanej budowy, tak charakterystycznej dla potężnych stacji kosmicznych. Można by rzec, że stacja miała budowę prostą, a nawet prymitywną. Oprócz lądowiska, co dziwne zawalonego różnym sprzętem latającym, znajdowała się tu bambusowa chatka całkiem sporych rozmiarów. Nad chatką wisiał transparent, ale ani Kostek, ani Koala nie byli wstanie przeczytać go z tej odległości. Za to muzykę słychać było doskonale. Niewątpliwie było to technoszanty.
(…) Wołam dzisiaj wszystkich Was…umc umc,
Żeglujcie razem z nami…umcy umcy,
W białych żaglach hula wiatr…umc umc,
Poniesie nas z falami…umcy umcy (…)
- Jesteś pewien, że to tu powinniśmy zacząć poszukiwania? – Szepnął wystraszony Koala. – Mam co do tego złe przeczucia.
Kostek nie odpowiedział, gdyż najzwyczajniej w galaktyce odebrało mu głos. Nie dość, że zaskoczyła go nazwa lokalu, stojąca w całkowitej opozycji do wyglądu, to jeszcze ta muzyka…i transparent głoszący: „Witamy wszystkich podróżnych na intergalaktycznych rozgrywkach bierek korespondencyjnych.” Wylądowali spokojnie wciskając się pomiędzy YT-1300 a Z-95, i ruszyli niemrawo w stronę drzwi lokalu, dzierżąc w dłoniach portercik Harry’ego Waldemorta.
- Bosak na G7!- Dobiegł ich jakiś tubalny ryk z wnętrza kantyny.
- Wiosło na B6! – Odpowiedział mu piękny, kobiecy alt.
- Ach, tak? Dwa harpuny!
- Trójząb na zielone pole!
Agenci weszli do środka. Wnętrze tonęło w półmroku. W centralnym miejscu stal ogromny, podłużny stół, przy którym siedziały dwie postacie. Devaronianin, siedzący w odleglejszym końcu stołu, szczerzył zniszczone zęby. Na dwóch rogach wisiały jakieś tandetne błyskotki. Naprzeciw niego siedział potężny Wookiee. Czarne futro mieniło się w blasku lamp lokalu. Na lewym oku miał piracką opaskę, a na ramieniu siedziała mu papuga, rzucająca od czasu do czasu jakieś plugawe przekleństwo. Obaj nie odzywali się do siebie w ogóle, tylko mazali ciągle coś na małych kartkach, które odczytywali później konkurentowi ich posłańcy – młoda Togrutanka i mężczyzna rasy Indu. Ci, którzy nie obserwowali pojedynku przy stoliku lub na telebimach, śpiewali z zapałem kolejną szantę. Stevie Wonder, który sędziował finałowy pojedynek, ziewał zapamiętale obserwując kolejne posunięcia zawodników. 00P i 00K zrobili kilka nieśmiałych kroków, ale nikt nie zwrócił na nich uwagi. Z ciekawości zaczęli przyglądać się walce, która zdążyła już wejść w nowe stadium ewolucyjne.
- Er’Kit przekazuje: Mała kupa w groszki! – powiedział bezimienny Indu w imieniu Devaronianina.
- Hy’tras stwierdza, że matka Er’Kita klaszcze u pewnego kompozytora i mówi: duża kupa w karo! – Odpowiedziała melodyjnie Torgutanka, czytając z kartki tekst Wookieego.
- Er’Kit nie będzie komentował żałosnych żartów na temat swojej mamusi, jednakże uważa, że pan Hy’tras został poczęty w wyniku lekarskiego błędu. Ustawiamy gardę. Kareta z dyszlem!
- Mój klient nie rozumie co z jego poczęciem ma wspólnego lekarz i wykorzystując swe możliwości przekazuje: makao z potrójnym biciem!
- Nie rozumie – rozpoczął odczyt Indu – ponieważ wykluł się z jaja Hutta. Full z przytupem!
- Pan Hy’tras zapytuje czy humor, którym tryska pan Er’Kit zaczerpnięty jest z opakowań jedzenia dla delorfów czy to wada wrodzona? Tysiąc i jeden!
- Kuku! A do tego w kolorze! – Przeczytał z kartki Indu.
- Jakim?
- Indygo.
- Co to jest, do stu Sithów, indygo? – Zapytał Wookiee za pośrednictwem Togrutanki.
- Taki kolor, no… Niebieskawy.
- W takim razie: oczko!
- Dwa walety!
- Och, nie! – Togrutanka udała oburzenie i dalej czytała swój tekst. – Ale twój nikczemny plan spełznie na niczym, panie Er’Kit, gdyż nie wolno mieć par homoseksualnych! Stawiam pokera!
- Przebijam „Czarnym Piotrusiem”, ty liniejąca kupo oślizgłych robaków K’lor!
- Blokuje dwoma asami!
- Niech cię…Joker. Żądam siódemki pik!
- Zastawiam podwójnego brydża, bije pionkiem królową i szach-mat, rogaczu!
- Net był! Net!
- Sędzia nie widział. – Odpowiedział listem Wookiee, widząc jak Stevie Wonder demonstracyjnie odwraca wzrok. - Przegrałeś!
Wookiee ściągnął z pleców swoją kuszę i oddał jeden snajperski strzał w Devorianina, po czym usiadł i zebrał ręką miniaturkowe ludziki z planszy.
- Mamy nowego króla! – Ryknął Stevie Wonder, który zrzucił już z siebie sędziowski strój. Po chwili ktoś podbiegł, wcisnął Wookieemu na skroń plastikową koronę, zagrały fanfary i poleciało confetti. Ludzie mieli swego intergalaktycznego mistrza – Wookieego Hy’trasa. Zaczęła się impreza.
- Kolej na nas – powiedział Kostek, szturchając Krokodyla, który nadal stał z opuszczoną dolną szczęką i wybałuszonymi oczami.
- Widziałeś to?
- Zastrzelił go i tyle. Bywa. W końcu wygrał, co nie?
- Podwójny brydż z biciem królowej i to bez neta. Prawdziwe arcydzieło.
Pingwin poczłapał w stronę obsługi telebimu, po drodze zwinął mikrofon od solisty zespołu szanty. Podstawił pod kamerę portret i na ekranie pokazał się obrazek Ewoka.
- Drodzy państwo! Czy ktoś wie, gdzie szukać tego gościa? – Krzyknął do mikrofonu. Na chwilkę zapadła zupełna cisza. Koala rozglądnął się niespokojnie po sali, wciskając do paszczy kawałki eukaliptusa. Cichy pomruk wśród bywalców „Krwistego Oceanu” oznaczał, że zrozumieli pytanie.
- On występuje w cyrku na Nar Shadaa! – Krzyknęli wszyscy chórem.
Agentom ta informacja wystarczyła. Wybiegli najszybciej jak się dało z lokalu, nadając jednocześnie meldunek na Yavin IV. Wskoczyli do DB-Winga i odlecieli w stronę Księżyca Przemytników.

Rozdział 3


Wielmożna Agencjo. Stop. Zaprawdę powiadam Wam. Stop. Dzięki naszej niezwykle bohaterskiej akcji lokalizacyjnej. Stop. Namierzyliśmy turkaweczkę. Stop. Udajemy się do Nara z Szady. Stop. Ręczę mym szlachetnym pochodzeniem. Stop. Że nie jest to żaden uzdrowiciel. Stop. Ani gwałciciel. Stop. Lecz ciało niebieskie typu księżyc. Stop. Naszym celem jest cyrk na skok. Stop. Albo skok na cyrk. Stop. Sam nie wiem. Stop. To pewnie przez ten eukaliptus. Stop. Stop. Koniec! Stop!

Meldunek nadany przez 00K ze stacji „Krwisty Ocean.”

* * *

Nar Shadaa, Cyrk „Królicza Dziura.”

Strzał startera pod kopułą cyrku brzmiał jak wystrzał z armaty. Dopiero po chwili obaj Agenci zorientowali się, że to rzeczywiście była armata. I to dość sporego kalibru. O ile 00K zasnął od razu po starcie, znudzony wcześniejszym występem Motomyszy ze Snickersa, o tyle 00P zainteresował się wyścigiem. Dziesięcioosobowy tłum ryczał z radości, skandując imiona swoich ulubieńców. Mrooz sięgnął po mini-lornetkę, by lepiej widzieć to, co dzieje się na arenie. Koala żuł eukaliptus, drzemiąc spokojnie i cicho pochrapując.
- Wystartowali! – Wykrzyknął niewidzialny komentator siedzący w niewidzialnym pomieszczeniu. – Niczym małe błyskawice minęli połowę pierwszej prostej i mkną wprost przez Dolinę Rozpusty Jedi. Na czoło wysunęła się Żwawa Luiza! Która, tak między nami – spiker zarechotał obleśnie - nie ma żadnej błyskawicy. Natura poskąpiła jej nawet maleńkiego gromu.
Kostek przyłożył lornetkę do oczu, by zobaczyć jak żółte, przypominające przerośniętą mysz, stworzenie wysuwa się na prowadzenie. Żwawa Luiza zaczęła dziko toczyć pianę poprzez metalowy kaganiec i wołać głośno „pika, pika!” Długie uszy położyła wzdłuż ciała, by nabrać aerodynamicznego kształtu, przypominając coraz bardziej torpedę. Pingwin rzucił okiem na resztę stawki – identycznych myszowatych stworzeń krzyczących „pika!” Niestety nie miały one żadnych oznaczeń, ani cech charakterystycznych więc Agent zmuszony był wysłuchać komentatora.
- Zaraz za nią widać Szybkiego Lopeza i Prędkiego Gomeza! Właśnie wpadły w studzienkę kanalizacyjną i pędzą rurami pod cyrkiem! Szkoda, że państwo tego nie widzą! Za to ja mogę o tym opowiedzieć! – Krzyknął sprawozdawca z ekstazą. Gdzieś w tle słychać było szelest kartek. – Żwawa Luiza, która tak cudownie sobie dziś radzi, urodziła się w ubogiej rodzinie na planecie Lok. Gdy była mała, biegała po wodzie, dlatego też… Ach! – Krzyknął nagle. - Jak oni pięknie weszli w zakręt przebierając tymi mikruśnymi nóżkami! Żwawa Luiza musi uważać na swoje tyły!
Trzy stworzonka wybiegły już z kanalizacji, przepłynęły szeroką rzekę, minęły pierwszy łuk i wyszły na drugą prostą. Kostek zwrócił wzrok na resztę zawodników. Szóstka wbiegała dopiero do studzienki, a jeden nieszczęśnik próbował wyszarpnąć ogonek w kształcie błyskawicy z bloku startowego, zalewając się łzami.
- Być może moje ostatnie zdanie zabrzmiało dwuznacznie w obliczu goniących naszą mała pannicę dwóch samców – wrzeszczał spiker, a jego głos roznosił się echem pod kopuła namiotu - ale co też będę się państwu tłumaczył! Proszę spojrzeć! To Szybki Lopez dopadł Luizę…znaczy… - zawahał się przez moment - wyprzedził ją! I to zaraz po wbiegnięciu w malinowy chruśniak!
Krokodyl zachrapał, kładąc głowę na ramieniu 00P. Z kącika ust pociekła mu strużka śliny. Kostek patrzył jak trzecie stworzonko, biegnące dotychczas za prowadzącą dwójką, zaczyna wysuwać się na prowadzenie. Właśnie mijali las.
- Prędki Gomez obejmuje prowadzenie! – Ryknął komentator. – Na dwa metry przed metą! Cóż za efektowne zwycięstwo. Prędki Gomez awansował do drugiej konkurencji!
Liczny, dziesięcioosobowy tłum wiwatował. Prędki Gomez unosił łapki nad głowę, wydzierając się wniebogłosy, powtarzając stale „pika! pika!”
- Ależ proszę państwa! – Krzyknął zdziwiony spiker. – Sędziowie podają, że zwycięzcą został Mały Lolo, gdyż skacząc wokół bloku startowego pierwszy przekroczył linię mety! Normalnie cuda - wianki show! Jestem pewien, że zainteresuje się tym CBA i Galaktyczna Federacja Biegów Żółtych Stworzeń.
Mała istotka, która do tej pory próbowała wyszarpnąć ogonek skacząc wokół bloku startowego i zalewając się łzami, spojrzała podejrzliwie to na stanowisko komentatorskie, to na sędziów, Prędkiego Gomeza a na koniec na tablicę wyników. Gdy rewelacja potwierdziła się, Mały Lolo wzniósł łapki ku niebu i z wdzięcznością dziękował, krzycząc imiona bogów – brzmiało to mniej więcej „pika! pika!”
Nagle światła cyrku zgasły na chwilę, pewnie z wrażenia, co z kolei wywołało okrzyki niezadowolenia, cięte docinki pod adresem Energii S.A. oraz wulgarne epitety określające jednoznacznie i dość precyzyjnie kim jest i czym zajmowała się matka dyrektora cyrku. Na szczęście światła po chwili rozbłysły sprawiając wszystkim miłą niespodziankę. Okazało się, że z areny cyrku znikły wszelkie przeszkody – nie było już rzeczki, nie było lasu, nie było nawet bieżni ani bloków startowych. Był tylko jaskrawy, żółciutki piasek. Na środku stał Mały Lolo rozdziawiając coraz szerzej zarówno pyszczek, jak i oczy, które śmiało mogły już konkurować wielkością z arbuzami. Poza tym trząsł się cały ze strachu.
Z najdalszego i najciemniejszego kąta, jak zauważył Kostek, dwóch Jawów wyprowadzało futrzastą kulkę, która co rusz burczała coś i prychała. Dopiero po chwili Agent zauważył, że to, co wpychane jest na arenę to nie kulka tylko mały Eskimos opatulony szczelnie w futro, spod którego widać było tylko dość długi nos z…
- Ogromny pryszcz na nosie! – Krzyknął 00P, budząc tym Koalę, który przeciągnął się leniwie i spojrzał obojętnie na arenę. – Ja znam tego Eskimosa!
- Jeśli waszmość pozwolisz, ziom – Krokodyl ziewnął przeciągle, prezentując wielką ilość wielkich zębów – chciałbym zauważyć, że Eskimosi i Ewoki mają jedną cechę wspólną. Mianowicie futro. Żadna encyklopedia, ani rozprawa naukowa nie mówi o tym, aby Ewoki posiadały pryszcze, tym bardziej na nosie. Więc za przeproszeniem, łaskawego pana – Koala spojrzał w oczy Pingwina – nie budź mnie bez powodu i nie zawracaj mi…
- …pośladków! – Ryknął spiker. – Nie pokazujemy pośladków, drogi panie Eskimosie! Będziecie się bić na gołe, ale pięści. A teraz uwaga, drodzy państwo! Dziś na arenie zmierzą się Mały Lolo, który ten zaszczyt wywalczył sobie w poprzedniej konkurencji – dramatyczna pauza, tłum skromnie wiwatował. – oraz Tajemniczy Przybysz, który, jeśli wierzyć jego legitymacji szkolnej, pochodzi z Alzoc III i ma na imię Koziełło – tu aplauz był jeszcze skromniejszy.
Zaskoczony nieco mikrus z Alzoc III już miał się wypiąć w stronę publiczności, ale strofowany przez komentatora, z rozczarowaniem wciągnął spodnie, wspominając imprezy, na których nie tylko klaskali widząc jego tyłek, ale jeszcze namawiali żeby go pokazał. Pryszcz na czubku nosa pulsował mu wściekle, był podenerwowany.
Rozległ się dźwięk gongu.
Mały Lolo zaatakował błyskawicznie z wściekłym okrzykiem. Eskimos, odbierając ruchy powietrza pryszczem, uchylił się i atak minął go o kilka centymetrów. Zwierzątko minęło go, więc wykonał półobrót i uderzył wełnianą rękawicą w ogon Małego Lolo. Cios był celny, ale nie wiedząc czemu poraził go prąd. Obaj padli na piasek areny i sapali głośno. Lolo poderwał się pierwszy i jednym susem doskoczył do swojego przeciwnika z zamiarem przegryzienia mu szyi. Pomysł był oczywiście dość niemądry, bo nawet najstarsi Eskimosi nie pamiętali, aby ktokolwiek dostał się pod ich szczelny futrzany kaptur. Nawet oni sami mieli z tym problem. Wykonanie ataku też było niemrawe. Lolo wbił się zamiast w okolice karku to w pachwinę. Chwilę kotłowali się po arenie, wzburzając tumany pyłu. Lolo warczał, Eskimos śmiał się, gdyż futro zwierzaka łaskotało go po pachwinie. W końcu zrzucił z siebie wrzeszczącego „pika! pika!” przeciwnika i zdzielił go celnym kopniakiem w podbrzusze. Mały Lolo upadł na brzuch.
- Tak! – Krzyknął 00K, ale zaraz zamilkł, bo reszta widowni, delikatnie mówiąc, nie podzielała jego sympatii dotyczącej zawodników.
- Tajemniczy Przybysz chyba zdobywa przewagę! – Komentator, Kostek był tego niemal pewien, właśnie opluł mikrofon z ekstazy. – Szykuje się do zadania – głos mu się zmienił na bardzo mroczny, bardzo basowy i bardzo okrutny – f4Tal1tY!
Jednak Mały Lolo nie zamierzał złożyć jeszcze broni. Odwrócił się zgrabnie na plecy i wystawił pazury. Gdy Eskimos pochylił się zbyt szybko i zbyt nieostrożnie, przeciągnął mu ostrym pazurem po pulsującym czerwonym blaskiem pryszczu. Na piasek areny trysnęła wąska strużka krwi i coś białego, na widok czego wszyscy ze wstrętem i odgłosem dezaprobaty odwrócili głowy. Tajemniczy Przybysz, ku uciesze dziesięcioosobowego tłumu, walnął głucho na arenę. Tak zginął portier z hotelu „Lodzik”, porwany z Alzoc III przez gang Klawych Surykatek i sprzedany do cyrku.
- I po wszystkim – stwierdził Kostek Mrooz. – To już szesnaste przedstawienie, na którym jesteśmy, a nie widzieliśmy ani jednego Ewoka.
- Zaprawdę powiadam ci, mości ziomie – Krokodyl skrzywił pysk szyderczo. Przeżuł eukaliptus. – Iż trzeba było usłuchać mej zacnej rady i od razu nawiedzić mosterdzieja tego bordelu.
Wstali i wyszli z cyrku.

* * *

- To Lepi! – Szepnął zdziwiony 00K, zaglądając do gabinetu dyrektora przez lekko uchylone drzwi. Mosiężna tabliczka, przytwierdzona do ściany zaraz obok drzwi głosiła co następuje:
„ Noda ze Stusześćdziesięciokilometrowego Lasu, Dyrektor.”
- Kto lepi? Co lepi? – 00P skakał wokół Koali, próbując zajrzeć mu przez ramię do środka. – Ładne chociaż jest to, co tam lepią?
- To rasa taka, ziom – Krokodyl zagryzł eukaliptusem. – Rzadko już dziś spotykana, a dodatkowo ten tu jegomość jest jakiś…dziwny. Wchodzimy.
00K kopnął drzwi z pół obrotu i rzeczywiście wpadli do środka. Pingwin od razu przeturlał się, uklęknął na jedno kolano i wyciągnął BlasTecha, mierząc w dyrektora. Krokodyl wkroczył zaraz za nim, wywijając szabelką i wykrzykując nieprzyzwoite hasła. Lepi z przerażeniem wstał z rękoma uniesionymi wysoko ponad swoje królicze uszy. Kostek pomyślał, że Koala miał rację – coś było nie tak z tym dyrektorem. I nie chodziło wcale o zieloną cerę czy długie uszy.
Gdyby Agenci kiedykolwiek spotkali gremlina, z pewnością stwierdziliby, że Noda ma gremlinowy pysk.
- Witamy – powiedział 00P. – Jestem Mrooz. Kostek Mrooz. A to jest…
- Ala – dokończył Krokodyl. – Koala. Herbu Gandzia. Prosimy o wybaczenie, mosterdzieju, ale po prostu nie mogliśmy się powstrzymać, żeby nie zrobić małego widowiska.

* * *
Noda nalał sobie kolejną szklaneczkę koreliańskiej whisky i wypił ją duszkiem. Rozmowa przeciągała się niemiłosiernie, nie przynosząc żadnych rezultatów, a co gorsza nie było widać końca tej dyskusji.
- Gdzie jest Krzyś, ziom?! – Zapytał wyraźnie zirytowany Krokodyl. – Gdzie Kubuś? Co zrobiłeś z Prosiaczkiem, ty świnio!?
- Powtarzam, że nie rozmawiam z czarnuchami – Noda opróżnił kolejną szklankę alkoholu, patrząc na korkową tablicę zatytułowaną „Krewni i znajomi Królika.” Czknął. – I z policją. Jak mawiają moi Jawowie: CHWDP.
- Ja ci zaraz dam CHWDP! – Kostek zamachał blasterem przy pysku Lepiego o twarzy gremlina. – Gadaj Noda albo zamkniemy cię w ciemnym lochu.
- Ja się lochów nie boję – Noda czknął kolejny raz. Wyprostował klapnięte ucho, po czym dodał: - Jestem uodporniony na ziąb i wilgoć.
- Ucha ci wytargam! Każę łamać kołem i rozrywać końmi na Placu Monumentów! – Odgrażał się iście po szlachecku, głęboko urażony 00K. – A potem wywieszę cię za pięty z najwyższego piętra akademii na Yavinie IV.
- Milcz, czarnuchu – Lepi nalał sobie kolejną porcję whisky. – Niczego wam nie powiem…za darmo.
- Ożesz ty, nietolerancyjna, zielona paskudo – żachnął się Krokodyl, machając szablą. – Łapówkę mamy ci dać, ziom?
- Punkt dla ciebie za domyślność i sposób sterowania procesem myślowym.
- Jeśli – zaczął Kostek, wykonując znanym wszystkim gest przed oczami Nody - powiesz nam to, co chcemy wiedzieć, nie spalimy tego cyrku.
- Z groźbami to nie do mnie, panie Pingwin – odpowiedział Lepi, czkając pijacko co chwilę. – Sześćdziesiąt dziewięć procent zysków i tak oddaję Huttom, kolejne dwadzieścia jeden procent zabierają Urząd Skarbowy i ubezpieczalnie, osiem procent to gaże więc sami widzicie, że więcej na spaleniu tego cyrku zyskam, niż stracę. – Zrobił krótką pauzę na kilka kolejnych łyków koreliańskiej. – Wasze partyjne legitymacje też nie zwalają mnie z nóg. Tutaj jurysdykcja leży i kwiczy, więc możecie sobie wsadzić te wasze papierki.
- Nie będziemy prześladować twoich krewnych i znajomych.
- Mam ich tak wielu, że tysiąc w tą czy w tą, to czysta statystyka i nawet tego nie zauważę. I przestań mi machać tym skrzydłem przed oczami.
- Co to jest? – Zapytał Koala, który od pewnego czasu wędrował po gabinecie, myszkując i żując eukaliptus dla uspokojenia. – Ta hologramowa pocztówka z Ewokiem?
- To…- Noda zająknął się, czknął a następnie ohydnie beknął. – To jest Brudny Harry, mój były stajenny i komik od czasu do czasu.
- Były? – Zagadnął Mrooz.
- Tak, bo pewnego wieczora zjawił się tutaj niedźwiedź polarny w bawarskich spodenkach i z monoklem – Lepi pociągnął kolejny łyk – i powiedział, że Harry ma duży potencjał spodni… czy też zbrodni. Nie pamiętam już. No, i zabrał go gdzieś tam.
Koala wziął pocztówkę do ręki i odwrócił. Oprócz stosownych pozdrowień, życzeń zdrowia i wyrażania nadziei, że jutro będzie lepiej, na odwrocie kartki widniała duża pieczątka:
PROF. DR. PODWÓJNIE ZREHABILITOWANY, INŻ. MAGII STOŁOWEJ, MISTRZ PROSTEJ I DWÓCH KRZYWYCH, WŁADCA CZTERECH WIOSEK, JEDNEGO SIOŁA, PIĘCIU MORGÓW POLA I DWUNASTU KÓZ, ABSOLWENT AKADEMII PIERWOTNEGO NIEDOBRA:
HARRY „BRUDNY HARRY” WALDEMORT
360-01 RHEENOVE VARY, PORT KOSMICZNY IM. TEGO, CO SIEDZI OBOK,
TRZECIA ŁAWKA NA LEWO.
- Nie kłopocz się już, mój mały skrzydlaty ziomie – powiedział z uśmiechem prezentującym wszystkie zęby. – Wiemy już wszystko, co wiedzieć chcieliśmy'

* * *


Rheenove Vary, port kosmiczny im. Tego, Co Siedzi Obok.

Trzecią ławkę na lewo znaleźli bardzo szybko, głównie dlatego, że było tu tylko jedno lewo, jedynie dwie ławki, a tylko jedna okupowana. Na ławce, przytulony do dziurawego parasola, leżał Ewok, opatulony szarym płaszczem. Agenci podeszli do niego.
- Jako, że mamy mało czasu – odezwał się Kostek, budząc absolwenta Akademii Pierwotnego Niedoba i okazując legitymację JO – bo zaraz kończy się nam rozdział, przejdę od razu do rzeczy. Kto stoi za wysadzeniem Nowego Alderaanu i dlaczego to jesteś ty?
Ewok spojrzał na nich przekrwionymi oczkami, nie rozbudzony jeszcze do końca.
- Ja nic nie wiem – burknął. – Spadajcie.
- Jako jedyny podejrzany – podjął Koala – lepiej żebyś coś wiedział, bo inaczej grozi ci podwójne dożywocie w Rakatańskiej Kostce.
- Och, nie! – Krzyknął nagle Brudny Harry już całkowicie odpędzając od siebie sen. – Nie możecie mi tego zrobić!
- Och, tak! – Powiedzieli Agenci chórem. – Naturalnie, że możemy.
- Ja jestem najniewinniejszy z niewinnych – powiedział z przerażeniem. – Ja tam tylko na Jarmark Dominikański wpadłem, na Długą. Portrecik sobie zrobić, który na dodatek zgubiłem w czasie ewakuacji.
- Ten otóż portrecik? – Krokodyl pomachał dziełem Dżordża Lucasso w powietrzu.
- Właśnie ten – przytaknął Ewok. – Oddaj. To moje.
- Portret za informacje – stwierdził stanowczo Mrooz.
- Ehh…ehh… - westchnął Waldemort. A może kaszlnął? Tego nikt nie wie. – To Człowiek z Kuli jest temu winny. I jego uczeń. Darth Fin się chyba zwie…a może Fynn? – Zamyślił się. – Wiecie, panowie, starość nie radość. A teraz oddawaj.
Ewok wyciągnął brudne łapki w stronę portretu, ale Koala odsunął się z zasięgu jego dłoni.
- Gdzie ich znajdziemy?
- Ich mroczne zamczysko znajduję się na…

* * *

- Vjun? Zamek Bast? – Wrzeszczał Koala, próbując przekrzyczeć ryk silników DB – Winga.
- Tak powiedział. Zastanawiam się skąd on tyle wiedział skoro taki niewinny był.
- Jakbyś był niewielkim Ewokiem, który wszędzie się wciśnie – stwierdził 00K – a w dodatku profesorem i absolwentem jakiejś tam Akademii też byś tyle wiedział, mości ziomie.
Kostek nie miał argumentów, aby zaprzeczyć. Wykonał procedury przedstartowe, wpisał koordynaty skoku i ruszyli.
Lecieli na Vjun. Do mrocznego zamczyska Bast.

Rozdział 4

I rzekł Cesarz do Mrocznego Ojca tymi słowy: „Jeżeli zaprawdę znudzony czujesz się intrygami naszego wspaniałego Cesarskiego Miasta, naszymi nikczemnymi spiskami, eksterminacją obcych ras, mobbingiem oraz seksaferami, wyślę cię do twojej nowej letniej rezydencji.”
Mroczny Ojciec powzdychał ciężko kilkukrotnie w zastanowieniu, poczym odrzekł elokwentnie: „Jak każesz, Panie.”
Cesarz spojrzał z uwielbieniem na swego ucznia i powiedział: „Pałac wraz z przyległymi włościami oddaję Tobie na wieczysty użytek. Cud ten architektoniczny, zbudowany przez elfy ma cztery wieże, a w każdej wieży jest zamknięta księżniczka, dziewicą będąca. Będziesz mógł się tam oddać…medytacjom.”
„Panie, gdzie znajduje się ten rajski ogród?”
„Na Vjun się udasz.”
I Mroczny Ojciec udał się na Vjun, planetę mlekiem i miodem płynącą, pełną elfów, driad i jednorożców, dziewiczej natury i Mocy. Niestety raj nie wytrzymał mroczności Ojca i wkrótce zaczęły padać kwaśne deszcze zamieniając wszystko w ruinę.

Opowieści z Cesarstwa, praca zbiorowa.

* * *

Vjun, Zamczysko Bast.

Darth Fynn siedziała na resztkach starożytnego posągu emanującego potężną aurą Ciemnej Strony Mocy. Zakładając nogę na nogę, wpatrywała się to w swojego Mistrza, to w dziurę w olbrzymim owalnym oknie. Westchnęła. Z planów stworzenia przesłodzonego, idealnego społeczeństwa nic nie wyszło. A tak bardzo chciała pokazać galaktyce, że bez Agencji można stworzyć ład i porządek; że bez JO na każdej planecie może panować spokój, miłość i inne takie niezwykle ważne sprawy. Wystarczy tylko odrobina słodkości i innych pyszności oraz odrobinka chęci. Jednak jądro Nowego Alderaanu nie wytrzymało ogromnej ilości kalorii… Teraz nie mieli ani najlepszych w galaktyce cukierków, ani perspektyw na najbliższą przyszłość. Nagle zrobiło się jej niezwykle zimno i pragnęła się troszkę ogrzać. Dach przeciekał, po przestronnym pomieszczeniu hulał śmierdzący wiatr, do środka kapał kwaśny deszcz, tworząc na podłodze parującą kałużę.
- Mogę się już do ciebie przytulić, Mistrzu? Ta mocno, mocno? – zapytała. – Obiecałeś mi to wczoraj!
Lśniący, przemieszczający się w swojej kuli umieszczonej na mechotaborecie, medytował nad składem batonów energetycznych i wafli ryżowych. W zasadzie w każdej chwili medytował nad składem jakiegoś produktu spożywczego, by później podzielić się wątpliwościami czy aby na pewno jest to żywność zdrowa, chemicznie nieskażona, biodegradowalna i czy przypadkiem nikt nie będzie miał po tym biegunki. Następnie, żeby sprawdzić swe przypuszczenia, połykał z wielkim niesmakiem wszelkie produkty. Mroczna Lady chwilami żałowała, że nie zdołał się jeszcze zatruć. Chociaż z drugiej strony chyba go kochała. Podobały jej się długie, jasne włosy, ponoć wybielone w morzu…pretensjonalny, drwiący ton…łupież na brwiach, czy też kosmate dłonie. Absolutnie wszystko…
- Nie – odpowiedział stanowczo i jakby z odrobiną złości. – Nie przystoi to Mrocznej Lady. Przytulanie się nie jest istotą ani esencją Ciemnej Strony. – Uniósł wzrok znad opakowania batona. – Okazywanie czułości jest oznaką prymitywnej słabości, a ta z kolei prowadzi do upadku. Musisz być silna.
- Ale obiecałeś! – Mroczna Lady nie wytrzymała i rzuciła się tygrysim skokiem na Lśniącego. Przytuliła się do szklanej kuli swego Mistrza, próbując ją objąć rękoma i nogami. Nie udało jej się.
- Puszczaj natychmiast! – piszczał jak opętany Lśniący, tupiąc stopami. – Skończyły mi się detergenty!
Szamotali się przez moment, gdy nagle do masywnych durastalowych drzwi ktoś beztrosko zapukał.

* * *

Agenci 00P i 00K stali przed masywnymi durastalowymi drzwiami, próbując schować się pod parasolami, które całkowicie przypadkiem znaleźli pod siedzeniami DB - Winga. Obaj wyrazili zdziwienie, ile różnych rzeczy mieści się w tak małym schowku, by następnie przeklinać producenta tandetnych parasolek. Metka głosiła „Made in Tatooine”, więc złorzeczyli Huttom, Jawom, Tuskenom i całej rzeszy Skywalkerów aż do siedemnastego pokolenia wstecz i dziewięciu pokoleń w przyszłość. Kwaśny deszcz zdołał już przeżreć materiał i powoli krople zaczęły kapać agentom na głowy.
- I co teraz? – Zapytał nieco zrezygnowany Pingwin.
- Otwierać, szubrawcy, jak szlachta prosi! – Krzyczał Koala. – W imię prawa i sprawiedliwości klasowej, wzywam was byście otworzyli wrota swego zamczyska, elemencie wywrotowo - burżuazyjny! – Wziął głębszy oddech, jakby chciał krzyczeć dalej - Wiesz, mój skrzydlaty przyjacielu, zmęczyłem się okrutnie, aczkolwiek uważam, że te przerażające indywidua, te jożiny z bażin, monstra będące wynaturzeniem i wytworem koniunkcji sfer…myślę, że jakby jeszcze troszkę popukać to otworzą.
- A jeśli nie?
- To wprowadzimy w życie plan B, ziom – 00K wyszczerzył zęby w uśmiechu, po czym wrócił do pukania i żucia eukaliptusa. – Słuchaj, zrobimy tak…

* * *


Durastalowe drzwi wyleciały z hukiem. Agenci JO wbiegli do pomieszczenia, niemal od razu zauważając Darth Fynn i Lśniącego, stojących obok schodów, zaraz przy zniszczonym posągu.
- To ty… - szepnął zdziwiony Kostek na widok Mrocznej Lady. Fynn nie odpowiedziała. Włączyła miecz świetlny i zdecydowanym, acz wolnym krokiem ruszyła w stronę Pingwina. Lśniący zaśmiał się złowieszczo, a echo jego głosu rozniosło się po całym pomieszczeniu.
- Zaszczycę moją bliską obecnością zioma z kuli – szepnął Krokodyl. – Ty zajmij się białogłową o tęczowych włosach.
00K zdjął łańcuch z szyi i wyciągnął szablę. Szarżując, rzucił się na Lśniącego. Uderzał na przemian to szablą, to łańcuchem w szklaną kulę, ale przeciwnik tylko śmiał się z niego.
- Widzisz – śmiał się kpiąco Lśniący – to rezultat używania CIF. Tyle starań i żadnych zarysowań!
Koala nie poddawał się. Atakował bez przerwy i chwili wytchnienia, zagłębiając się w Mocy i szukając punktów przełomu. W końcu to tylko szkło…kiedyś musiało pęknąć.
W drugim końcu sali rozległ się charakterystyczny syk, a chwilę później błękitne i czerwone ostrze skrzyżowały się ze sobą, sypiąc iskrami. Wymieniali ciosy w milczeniu, patrząc sobie w oczy i próbując zaskoczyć przeciwnika. Zbyt wiele razy toczyli ze sobą sparringi, znali się więc doskonale. Ciężko było przechytrzyć przeciwnika.
- Agentko A… - sapnął Kostek, blokując kolejny cios i wyprowadzając kontrę – odłóż broń. Odprowadzimy cię do Agencji. Wszystko wyjaśnisz…wrócisz do służby.
- Nigdy – Fynn wykonała półpiruet, zatańczyła wokół Pingwina i cięła w nogi. – Dla mnie jest już za późno.
- Nigdy nie jest za późno – Kostek odskoczył, wyprowadzając cios w głowę. Pomyślał, że dialog, który prowadzą przypomina tandetne zgłoszenia do Agencji JO, które niegdyś czytał.


* * *

Koala herbu Gandzia skakał wokół mechotaboretu okładając bez przerwy szklaną kulę trzymanym w rękach żelastwem. Siedząca w środku istota śmiała się tylko histerycznie, złowieszczo albo przerażająco. Czasami wszystkimi rodzajami chichotania od razu. Dysponując tak bogatym repertuarem śmiechu, próbował wytrącić z równowagi atakującego Krokodyla. Na grubej tafli otaczającego go szkła zaczęły pojawiać się już delikatne pajęczynki pęknięć. Kilka precyzyjnych, silnych uderzeń mogło rozbić kulę. A wtedy będą zgubieni…
Kolejny cios był nie tylko mocny, ale i krokodylo precyzyjny. Delikatne pęknięcia rozszerzyły się. Kula się rozszczelniła. 00K wrzasnął tryumfalnie, odnajdując w końcu punkt przełomu, o którym często wspominał jego czarnoskóry ziomek – Wietrzny Macek. Jednak jego radość szybko zmieniła się w przerażenie. Z kuli wydostawał się siarkowodór, którym oddychała istota w środku.
Natomiast do wnętrza kuli wdzierał się tlen.
Lśniący umierał.

* * *

- Coś tu śmierdzi. I to bardzo przykro – stwierdził 00P, wyprowadzając kolejny kontratak. Dopiero po chwili zauważył, jak w błyskawicznym tempie mija go Koala, wrzeszcząc, że czas się ewakuować. Mroczna Lady zaprzestała na chwilę ataków..
- To nie ja. Rano się myłam. Poza tym od tygodnia nic nie jadłam, więc… – stwierdziła wciągając powietrze nosem. Chwilę później zzieleniała, zwymiotowała i zemdlała.
Mrooz chwycił ją za rękę i zaczął ciągnąc w stronę wyjścia, przeklinając swój ciężki los oraz zatęchłe, śmierdzące zgniłymi jajami, powietrze.
- Kotku… Kostku… - szepnęła nagle Agentka A. – Pomóż mi zdjąć maskę.
- Bredzisz. Przecież ty nie nosisz maski.
- Zdejmij mi maskę – powiedziała bardziej przytomnie i dość stanowczo. – Wiem lepiej co mam, a czego nie. Chce cię ostatni raz zobaczyć moimi własnymi oczami.
- O czym ty mówisz? – Zdziwił się Kostek pochylając się nad Mroczną Lady. Bał się. Bał się, że A naprawdę ma maskę i bał się tego, co pod maską może zobaczyć.
- Umieram – stwierdziła gorzko. – Siarka zapchała otwory wentylacyjne maski, a wodór zniszczył ośrodki sterowania mięśniami. O, i już zaczynam mrocznie dyszeć…
Kostek znalazł na potylicy mały guziczek. Przycisnął go delikatnie, jakby bojąc się, że coś uszkodzi. Mięśnie twarzy A rozluźniły się, rysy zamazały delikatnie, a potem, ku zdziwieniu 00P, zaczęły rozjeżdżać się na boki, odsłaniając prawdziwe oblicze Agentki A, Mrocznej Lady.
Pod maską kryła się niemłoda już, lecz z wyglądu sympatyczna, chociaż nieco pomarszczona…samica pingwina z gatunku cesarskich.
- Kostku – kobieta oddychała ciężko, wyraźnie z trudem i z oznakami wielkiego wzruszenia - jestem twoją matką.
- Mamusia?! – Krzyknął zdezorientowany Kostek. – Ale…ale jak, dlaczego?
- Chciałam… być zawsze blisko ciebie, synku.
Jej głos zaczął się łamać i stawał się coraz bardziej cichy, przechodząc w szept. Zamknęła oczy. Powietrze, przesączone siarkowodorem, miało dla niej zapach ozonu. Zbliża się burza, pomyślała. Żeby zakwitły kwiaty. Kropla deszczu spadła na jej wargi. Ale to nie był deszcz, miała słony smak. To była łza.
Kostek płakał. Łzy płynęły mu po twarzy, bo czuł się oszukany, okradziony. A przede wszystkim tracił matkę, którą widział ostatni raz całe wieki temu.
- Idź już, Kostku – powiedziała łamiącym się głosem. – Zostaw mnie.
- Nie. – Pingwin zaprzeczył stanowczo kręcąc głową. – Zabiorę cię ze sobą. Muszę cię uratować.
- Już to zrobiłeś, synu.
Pingwinica, ukrywająca się pod tożsamością Agentki A, Mroczna Lady, matka Kostka, westchnęła ostatni raz i skonała.

* * *

- Dzięki za pomoc – burknął Kostek ciągnąc za sobą martwe ciało. – Byłeś wręcz nieoceniony.
- Zawsze do usług, miłościwy panie – ukłonił się Koala niemal do samego pasa Pingwina…czyli dość nisko. – Kto to? – wskazał na osobę, którą ciągnął jego przyjaciel.
- To długa historia – stwierdził 00P. – Opowiem ci po drodze. Pomóż mi i wracajmy do domu. Czuję się naprawdę zmęczony.
Ułożyli matkę Kostka na pajęczej sieci i owiązali nietoperzową linką. „Pakunek” ułożyli za siedzeniem pasażera w DB – Wingu.
Pół godziny później byli już w nadprzestrzeni wracając na Yavin IV.
Do domu.

Epilog


Akt VI
Wszyscy Agenci zebrali się na Yavinie IV, by pożegnać Agentkę A. Są wśród nich i Kostek, i Koala oraz Wieczorynka, chociaż obecna tylko poprzez przekaz telewizyjny. Ceremonia pogrzebowa odbywa się w głębokiej, kształtem przypominającej koło, dolinie. Stoki zabudowane są kamiennymi trybunami, na których zasiadają kibice, komentatorzy i ekipy telewizyjne. Wokół doliny biegnie tartanowa ścieżka zdrowia, oplatająca zielony prostokąt w samym środku doliny. Nie wiedzieć dlaczego, ścieżka została podzielona wzdłuż białymi pasami.
Na środku doliny, na krótko ściętej trawie, ustawiono stos pogrzebowy, na którym spoczywa Agentka A. Stos płonie. Wokół krążą holokamery, a z vipowskiej trybuny słychać donośny głos komentatora rasy Troig.

Scena I

Shpaq & Sha’Ran
Komentator rasy Troig. Mówi szybko, jakby od niechcenia i sprawia wrażenie nie znającego zasad interpunkcji.
Witamy państwa z czwartego księżyca Yavina, z którego nadamy relację z zapierającego dech w piersiach, frapującego i pełnego technicznych fajerwerków, ostatniego pożegnania nie tak bardzo sławnej Agentki A. To niecodzienne wydarzenie będą dla państwa komentować najwspanialsi galaktyczni komentatorzy, czyli ja. A raczej moja lewa głowa o imieniu Dario i ja, prawa głowa, Włodek. A być może odwrotnie.

Chórek Massassich
Stoją niedaleko stosu pogrzebowego, zbici w małą grupkę. W rękach trzymają widły. Gdy nie przerywają chóralnym śpiewem wypowiedzi różnych osób, krzyczą solo rewolucyjne hasła, bądź też „Spalić wiedźmę!”, „Na stos z nią!”.
Och, nie! To Shpaq i Sharan!

Shpaq & Sha’Ran
Mówią z wielkim zadowoleniem.
Posłuchajmy, co ma nam do powiedzenia przyjaciel i, jeśli plotki są prawdziwe, syn naszej gwiazdy wieczoru.

Kostek Mrooz
Pingwin stoi ubrany w czarny frak. Pochyla głowę, spoglądając tylko od czasu do czasu, bardzo nieśmiało, na płonący stos.
Panie, panowie, przyjaciele, przyjaciółki i nieznajomi. Zebraliśmy się tu dziś, w tym miejscu, które od pokoleń jest tradycyjnym miejscem pochówku agentów, aby uczcić pamięć wspaniałej Agentki A, która, dementując przy okazji plotki, nie była moją matką, żoną ani kochanką.

Chórek
Łapiąc się ze zdziwieniem za głowy.
Och, nie! Agenta A nie była jednak matką Kostka!

Kostek Mrooz
A była cudowną osobą. Głównie dlatego, że się zgubiła i dzięki temu poznałem Wieczorynkę.

Chórek
Och, tak! Kostek poznał Wieczorynkę!

Kostek Mrooz
Umarła chwalebną śmiercią. A dzięki jej odważnej postawie, zdołaliśmy powstrzymać gadzie zło w osobie Kudrema i zapobiegliśmy powstaniu Imperium Bałwanów Agenta R.

Chórek
Lamentując.
Och, nie! Przemilczmy tę sprawę milczeniem!

Kostek Mrooz
Już ledwo powstrzymując łzy.
To, że stała się Mroczną Lady jest zasługą naszą i tylko naszą, ponieważ najzwyczajniej w Galaktyce zapomnieliśmy ją znaleźć i zapobiec jej upadkowi w otchłanie Ciemnej Strony.
Spoczywaj w spokoju mamo, która wcale nie jesteś moją mamą. Niech ci ziemia lekką będzie, niech ogrzewa cię pogrzebowy ogień…

Chórek
Lamentując jeszcze bardziej. Rwą sobie włosy skąd się tylko da.
Och, nie! Agentka A jednak była matką Kostka!


Scena II

Spaq & Sha’Ran
W tym miejscu wypada nam chyba podziękować w imieniu Galaktyki za wzruszającą i porywającą serca wypowiedź Agenta 00P. „Niech ci ziemia lekką będzie” skierowane do płonącej osoby, która prędzej czy później stanie się pyłkiem na wietrze jest według nas wyrazem głębokiego i niezwykle czarnego humoru! Gratulujemy i dziękujemy.
A teraz, dla chwili relaksu, przedstawimy krótki wywiad z nieznanym nam z literki agentem. Osobnik wstydził się nam przedstawić.
Co pan sądzi o zaistniałej sytuacji?

Anonimowy Agent
Ma lekko zadarty nos, małe świńskie oczy i mocno wysuniętą dolną szczękę. Przypomina, ogólnie rzecz biorąc, guźca - taką świnię z Afryki.
Agentce A się nie powiodło i dlatego trener ściągnął ją w połowie meczu. Jak widać niezrozumiała decyzji trenera i zeszła. Jednak w drużynie panują dobre nastroje, kontrolujemy sytuację, no i cały czas do przodu. Uważamy, że lepiej najpierw zrobić jeden krok wstecz, by następnie uczynić dwa kroki do przodu.

Spaq & Sha’Ran
Wykazując wielką wesołość. Ich wypowiedź jest rwana przez chichoty i salwy śmiechu.
Dziękujemy bardzo. Ponieważ zbliża się już godzina dziewiętnasta, zapraszamy na Wieczorynkę. Oby jej przemówienie było równie kwieciste, co Mrooza.

Wieczorynka
Jak na Wieczorynkę przystało, nie pofatygowała się osobiście na Yavin IV. Przed stosem pogrzebowym ustawiono ogromny telewizor. Wieczorynka siedzi w fotelu w swoim apartamencie na Coruscant. Jej głos dobiega z głośników telewizora.
Witam państwa w ten zimowy letni wieczór. Przepraszam, że nie stawiłam się osobiście, ale sprawy zawodowe zatrzymały mnie w stolicy. Poproszono mnie, abym powiedziała kilka ciepłych słów o tej, która tam tak radośnie skwierczy wśród ciepłych płomieni. Jednak nigdy jej nie lubiłam i w związku z tym nie mam zamiaru mówić nic ciepłego. Ani zimnego. Czy coś…

Chórek
Och, nie! Czy coś!

Wieczorynka
Zwracając się do chórku.
Zamknijcie się wreszcie!

Scena III

Spaq & Sha’Ran
Jak widzieliśmy i słyszeliśmy, Wieczorynka była radosna i sympatyczna jak zwykle, tylko jakby troszkę mniej. Zbuntowana szefowa Agencji to zdecydowanie podniecający widok. A teraz głos zabierze człowiek, który jest krokodylem i tak naprawdę nigdy nie znał Agentki A.

Koala herbu Gandzia
Ubrany w zwyczajowy, czarny kontusz z wyhaftowaną gandzią na piersi. Tradycyjnie już żuje eukaliptus w wielkich ilościach.
Obywatele i obywatelki bardzo odległej Galaktyki! Rodacy! Z dniem dzisiejszym ukonstytuowała się śmierć Agentki A i fakt ten odnotowaliśmy już w stosownym kalendarium oraz zapisaliśmy złotymi zgłoskami w naszych agencyjnych annałach. Me serce i dusza krwawią z powodu utraty tak bliskiej mi osoby. A była mi jak siostra. W dzieciństwie wspólnie bawiliśmy się dżdżownicami a w liceum wypaliliśmy niejeden eukaliptus. Pozostają tylko wspomnienia. I w niczym nie przeszkadza mi fakt, że pierwszy raz w życiu zobaczyłem ją w zamku Bast na Vjun.
Ponad to mamy dziś bardzo ładną pogodę. Cykady cykają, bąki bączą i fajnie jest. Do tego mikro i makroklimat tej doliny sprawia, że czuję się tak lekki, że gdyby nie ogon, z pewnością uniósłbym się w powietrze i odleciał w siną dal. Chciałbym też dodać, że Agnetka A płonie majestatycznie, niczym kaganek oświaty niesiony przez zastępy młodych człowieków i uczłowieczonych krokodyli, pragnących dostąpić chwały edukacyjnej nirwany.

Chórek
Chowając szybko po kieszeniach drobne monety, paczki papierosów „Popularnych” bez filtra oraz butelki piwa „Sithyjskie Mocne”.
Och, nie! To nadchodzą studenci!

Koala herbu Gandzia
Do chórku
Czy szanowne gremium chędożonych Massassich nie miało się łaskawie uciszyć?

Chórek


Koala herbu Gandzia
Ciągnąc uprzednio rozpoczęty wątek, pragnę dodać, że bramka jest okrągła a piłki są dwie.

Spaq & Sha’Ran
Wchodząc w słowo 00K.
Teraz już wiemy dlaczego reprezentacja Krokolandii nie łapie się nigdy na Mistrzostwa Galaktyki.

Koala herbu Gandzia
Ponadto, zastanawiam się, czy na pogrzebowym balu, zwanym potocznie stypą, podadzą moje ulubione świeżosmerfetkowe lody o smaku wędzonych stokrotek i suszonego eukaliptusa? I co było pierwsze: kula czy jajko? I kto zabił prezydenta Kennedy’ego? Domagam się odpowiedzi na powyższe pytania jako przedstawiciel służb porządkowych oraz wybitny, a zarazem wzorowy obywatel.

Spaq & Sha’Ran
Ponownie przerywając.
Czy to przemówienie nie miało być przypadkiem poświęcone wspomnieniom o Agentce A? Nie miało sławić jej pamięci?

Koala herbu Gandzia
Z wielkim oburzeniem.
Przecież sławi! A poza tym chędożyć pamięć. Kto by przejmował się śmiercią Agentki A? Udajmy się poddać próbie płomieni mój zacny, pierwszorzędny eukaliptus. Sprawdźmy czy będzie palił się równie malowniczo i efektownie jak stos pogrzebowy Agentki A czy inny kaganek oświaty.
Bracia wszyscy, ziom!

* * *

- Vode an, ziom! – Krzyknął czarnoskóry krokodyl. – Mam nadzieję, że nie puszczają tego na żywo i że pewne partie materiału się wytnie.
Wyłączył telewizor.
Drugą łapą sięgnął po kufel piwa „Bayern” , popił, następnie poprawił opaskę zakrywającą okaleczone oko. Kosmata łapa sięgnęła po komunikator.
- Przygotować natychmiast mój wahadłowiec – warknął, wymawiając powoli każde słowo. – Kurs na Akademię Pierwotnego Niedobra.
Po chwili usłyszał potwierdzenie przyjęcia dyspozycji. Chwila ciszy.
Po zastanowieniu Suris dodał:
- I skontaktuj mnie z Doktorem. Czeka nas mnóstwo pracy.

Nagranie z prywatnej kamery Surisa zamieszczonej w jego apartamencie.



Maj – sierpień 2008
KONIEC
Wróć na górę