Pomiń nawigację™
Logo Jedi Order - małe
Home - ikonka HOME O NAS REKRUTACJA FORUM

Mistrz i uczennica

Autor: Justine Helfire

Dla Cienia i Nara, dzięki którym ta opowieść mogła się zacząć
oraz Kamila, dzięki któremu mogłam ją kiedyś skończyć



Prolog


„Ze swojego wczesnego dzieciństwa pamiętam tylko kilka obrazów i uczuć. Większość pojawia się w snach lub kiedy jestem bardzo skupiona. Widzę wtedy statek. Jest ogromny, a na jego pokładzie przebywa wielu ludzi. Nagle rozbrzmiewa alarm i wszyscy uciekają do kapsuł ratunkowych. Wiem, że byłam okropnie przerażona. Chyba miałam około czterech lub pięciu lat. Później widzę jakąś kobietę. Sądzę, że to właśnie moja matka. Biegnie do mnie, ale nagle zostaje postrzelona i upada. Podchodzę do niej. Bardzo chcę, żeby wstała i wzięła mnie na ręce, ale ona nadal leży. Z korytarza obok dobiegają jakieś strzały i krzyki. Widzę mężczyznę, który ucieka przed oddziałem żołnierzy. Najpierw przebiega on obok mnie, ale wraca i łapie mnie. Biegnie ze mną długim korytarzem statku, a ja już prawie nie widzę mojej matki. Uciekliśmy do kapsuły ratunkowej. Oddaliliśmy się od statku, a wtedy on wybuchł. W tym momencie kończy się moja wizja, a resztę dzieciństwa już pamiętam. Mieszkam na Naboo. To naprawdę piękna planeta, ale nie wiem jak się na niej znalazłam. Kiedy pytałam o to ludzi, z którymi żyję unikali tematu, ale w końcu uznali, że muszę wiedzieć co się stało. Okazało się, że człowiek, który był w mojej wizji to rycerz Jedi. Znał moją matkę i nie chciał, żeby ci żołnierze mnie zabrali. Oni sami nie znali mojej matki, ale ten rycerz Jedi powiedział, że była wspaniałą osobą. Poprosił ich także, aby zaopiekowali się mną. Od chwili, gdy się o tym dowiedziałam, sama pragnę zostać Jedi. Chcę pomagać ludziom. Byćmoże i ja kiedyś uratuję dziecko jak ten rycerz mnie. Coraz częściej mam wrażenie, że ktoś mnie obserwuję. Wielu moich przyjaciół ginie w niewyjaśnionych okolicznościach, a kiedy pytam kogoś o te zdarzenia to milczy. Dopiero niedawno dowiedziałam się całej prawdy - podczas rozmowy z rodziną, która się mną opiekuje. - Jane, wiesz coś o tych zaginionych dzieciach? Prawie wszyscy byli moimi przyjaciółmi - zapytałam. - Właściwie... tak, ale wolałabym o tym nie mówić - odpowiedziała. - Proszę, powiedz mi. Ja muszę wiedzieć. - No... dobrze. Oni wszyscy zostali porwani. Nikt nie wie przez kogo, ale najprawdopodobniej ten kto ich porwał szukał... ciebie - powiedziała Jane. Zaniemówiłam. Nie mogłam uwierzyć, że to przeze mnie. Nie mogłam pojąć, dlaczego ktoś miałby mnie porwać. Ta tajemnica wyjaśniła się dopiero później. Pewnego dnia odwiedził nas bardzo dziwny gość. Miał na sobie długą, czarną szatę. Przy nim poczułam się bardzo dziwnie. Przeszyło mnie zimno, choć na zewnątrz było bardzo ciepło. Jane kazała mi się schować, jak tylko go zobaczyła. Nie wiedziałam dlaczego, ale zrobiłam co powiedziała. Poszłam do jedynej przyjaciółki, która nie została porwana. Przynajmniej tak myślałam. Kiedy do niej dotarłam, zastałam wszystkich martwych. Byłam przerażona. Moją przyjaciółkę znalazłam w jej pokoju. Przed śmiercią zdążyła nagrać ostatnią hologramową wiadomość. Włączyłam ją. - Justine... oni szukają ciebie... uciekaj, uciekaj i to szybko... oni chcą cię zabrać... pytają nas gdzie jesteś... uciekaj, uciekaj!... W tej chwili za nią pojawiła się jakaś postać. Ten sam człowiek, który był właśnie u nas w domu! Zabił ją mieczem świetlnym! Tylko jedno przyszło mi do głowy. To musiał być Mroczny Jedi. Pobiegłam do domu najprędzej jak mogłam. Niestety w moim domu stało się to samo, co u mojej przyjaciółki. Wszyscy byli martwi. Szukałam Jane i znalazłam ją w jednym z pokoi. Jeszcze żyła, jak do niej podeszłam. - Justine, weź to - podała mi dosyć duży naszyjnik o dziwnym kształcie - to należało do twojej matki... mieliśmy ci to dać, jeśli pojawią się ci... ludzie, jeśli będą cię szukać. Musisz stąd uciekać, uciekaj, jak najdalej... Umarła. Nie miałam już nikogo. Ani przyjaciół, ani rodziny, nikogo. Zabrałam swoje rzeczy i zaczęłam szukać jakiegoś transportu. Pomyślałam, że jedynym sposobem na poznanie całej prawdy jest odnalezienie rycerza Jedi, który znał moją matkę. Znalazłam człowieka, który zgodził się przewieźć mnie na Coruscant. Myślałam, że wreszcie poznam całą prawdę i zostanę Jedi, ale moja przygoda jeszcze się nie skończyła. Mniej więcej w połowie drogi, zaatakował nas jakiś statek. Był wielki. Wyglądał zupełnie, jak ten z mojej wizji. Zdążyliśmy skoczyć w nadprzestrzeń, zanim nas zniszczyli, ale musieliśmy wylądować i naprawić nasz statek. Po wszelkich niezbędnych naprawach, znów wyruszyliśmy. Pewnej nocy miałam wizję. Widziałam w niej Radę Jedi, ale nie na Coruscant. Byli oni chyba koło planety Yavin. Dokładnie zapamiętałam widok tej planety i po przebudzeniu poprosiłam pilota, żeby sprawdził to dla mnie. Okazało się, że był to czwarty księżyc planety Yavin. Zmieniliśmy więc kurs na Yavin i tak właśnie tu dotarłam. Mam nadzieję, że odnajdę tu prawdę o sobie i że po tym, co przeżyłam, odnajdę nareszcie spokój.”

Historia przedstawiona przez Justine Helfire Radzie Jedi



Rozdział I – Wspomnienia i wizje


Siedziałam sama w małym, jasno oświetlonym pomieszczeniu. Było cicho i spokojnie. Czasami lubię takie chwile samotności, ale tym razem strasznie mnie to denerwowało. Starałam się jakoś uspokoić. Siadałam i próbowałam odpocząć, ale to nic nie dawało. Tego dnia miałam przystąpić do testu, który decydował o mojej przyszłości. Wiedziałam, że składa się on z trzydziestu pytań, ale nic więcej. Jak tylko o tym pomyślałam, ciarki przeszły mi po plecach. Nigdy nie sądziłam, że trafię do Akademii Jedi. Chociaż od pewnego czasu o tym marzyłam. To był mój sposób na to, aby znaleźć jakiś sens w życiu. Nie miałam już nikogo bliskiego. Pogodziłam się z tym nawet, a przynajmniej tak mi się wydawało. Ale nadal potrzebowałam czegoś, czym mogłabym się zająć, aby nie czuć się tak samotnie. Nie miałam dokąd wrócić. Moja rodzina została zamordowana, chociaż tak naprawdę przybrana rodzina, a mój dom był jedną wielką ruiną. Nie miałam innego wyjścia, musiałam zrobić wszystko, aby móc tutaj zostać. Kilka dni wcześniej spotkałam się z opiekunką Szkoły Przygotowań – Agnes. Umówiłam się z nią na test. Wydawało mi się, że już więcej i tak nie jestem w stanie się nauczyć. Wiele godzin spędziłam w Zakonnej bibliotece, studiując najważniejsze wydarzenia w historii Galaktyki. Nadal jednak miałam wrażenie, że nic nie umiem. Ale nie było innego wyjścia, wstałam i wyszłam z pokoju. Odnalazłam pomieszczenie, które wskazała mi wcześniej Agnes. Nie było nikogo, ale nie dziwiło mnie to – było jeszcze trochę czasu do testu. Zaczęłam przeglądać swoje notatki dotyczące historii, które miałam zapisane w elektronicznym notatniku. To było bardzo przydatne urządzenie. Zwłaszcza, że lubiłam pisać swoje opowiadania i wiersze. Mogłam w nim zapisywać wszystkie swoje przemyślenia. Nagle drzwi pomieszczenia otworzyły się i weszła kobieta. Nie była to Agnes, więc pomyślałam, że to na pewno Darsha. Także była opiekunką w Szkole Przygotowań. Pokłoniłam się lekko.
- Witam – powiedziałam.
- Witaj. Jak tylko przyjdzie Agnes to możemy zaczynać.
Kiwnęłam głową i czekałam, cały czas czytając notatki. Ale Agnes się nie pojawiała. Darsha zaczęła się chyba troszkę denerwować. W końcu przełożyłyśmy test na inny dzień. Później Agnes przepraszała mnie za to, że nie mogła przyjść. Nie miałam jej tego za złe, w końcu dostałam kilka dni, aby się jeszcze pouczyć. Przy kolejnym terminie denerwowałam się jeszcze bardziej. Tak mi się przynajmniej wydawało. Tym razem Agnes się pojawiła, ale nie było Darshy. Ostatecznie przyszła i ona, więc mój test mógł się zacząć. Starałam się jak mogłam, ale niektórych rzeczy nie wiedziałam i przez to byłam jeszcze bardziej nerwowa. Ostatecznie wszystko się skończyło po około pół godziny. Trzydzieści minut, które decydują o przyszłości człowieka. Pomyślałam, że to straszne jak z pozoru mało istotne sprawy potrafią wpływać na twój los.
- Ok., koniec – powiedziała Darsha, a ja odetchnęłam z ulgą.
- Teraz mam czekać, tak? – zapytałam.
- Tak – potwierdziła Agnes.
- Dobrze – powiedziałam i chwilę potem wszystkie opuściłyśmy pokój.
Czekało mnie kilka dni niepewności i niecierpliwego czekania. „Przecież nikt nie mówił, że będzie łatwo”, pomyślałam i wróciłam do swojego pokoju. W każdym razie nie miałam zamiaru rezygnować. Jak nie przyjmą mnie tym razem, będę się uczyć nadal i próbować ponownie. Położyłam się. Byłam tak zmęczona, że od razu zasnęłam.

***

Byłam na swojej rodzinnej planecie - Naboo. Bawiłam się ze swoją przyjaciółką, Aryą. Biegałyśmy beztrosko wszędzie, gdzie się dało. Miałyśmy może sześć, siedem lat. Nagle wpadłyśmy na kogoś. Zakapturzona postać, chyba kobieta. Odwróciła się i przyglądała się nam. Bałam się jej. Zaczęłam odchodzić z tego miejsca, ale złapała mnie i nie chciała puścić. Próbowałam uciekać, ale nie mogłam. Nagle głowa zaczęła mnie strasznie boleć. Ból mnie zaślepiał, krzyczałam. A może to moja przyjaciółka. Wydawało mi się, że pobiegła szukać pomocy. Upadłam i zaczęłam płakać, bo ból był już nie do zniesienia. W mojej głowie rozbrzmiewały słowa: „Jesteś słaba”. Nie chciałam w to wierzyć. Zawsze byłam silna. „Ale nie aż tak”, pomyślałam. Powoli traciłam przytomność. Nagle wszystko ustało.
- To ty – powiedziała kobieta ze zdziwieniem.
Wtedy usłyszałam, że ktoś się zbliża i zemdlałam...

***


Kilka dni mijało mi bardzo powoli. Każda minuta zdawała się godziną. Nocami dręczyły mnie koszmarne wspomnienia z przeszłości. Nie wiedziałam, dlaczego tak się dzieje. Tego dnia miałam się dowiedzieć, czy zostałam przyjęta do Szkoły Przygotowań. Powoli ubrałam się i wzięłam kilka głębokich wdechów. Później wyszłam z pokoju i poszłam sprawdzić listę przyjętych. Przypominało mi to rekrutację do szkoły na Naboo. Tylko wtedy miałam zawsze wyjście awaryjne, którego tutaj brakowało. Można było iść do innej szkoły, a tutaj nie było takiej możliwości. Z niepokojem przeczytałam listę i zaniemówiłam. „Udało się, udało..”, powtarzałam w myślach, ale nie wierzyłam. Byłam na liście przyjętych, a moim opiekunem został Nar Kadun. Przełknęłam ślinę. Bałam się go, tak samo zresztą jak Cienia, który podobno był jego asystentem. Wróciłam do swojego pokoju i zaczęłam się zastanawiać nad tym wszystkim. Słyszałam o Narze różne rzeczy. Jedni mówili mi, że jest straszny. Inni twierdzili, że to bzdury. Zazwyczaj nie oceniam kogoś, zanim go nie poznam. Ale tym razem naprawdę się bałam. Chociaż nie powinnam, skoro miałam zostać Jedi. Zaczęłam chodzić niespokojnie po pokoju. „Co z ciebie za Jedi, skoro nie potrafisz się nawet opanować”, skarciłam sama siebie i znów usiadłam. Zaczęłam oddychać głęboko i oczyszczać swój umysł. Zawsze lubiłam medytować. Widziałam wtedy różne rzeczy: planety, układy słoneczne, a nawet galaktyki. Innym razem po prostu bliskie mi osoby. Nie wiedziałam jeszcze czy te wizje to tylko moje wyobrażenia, ale podobały mi się. Przynajmniej do tamtej chwili.

***


Planety zaczęły znikać. Znalazłam się w ciemnym pokoju. A właściwie w czymś, co bardziej przypominało arenę walk niż pokój. W oddali ktoś włączył miecz świetlny. Pomieszczenie rozświetlił zielony blask. Postać w kapturze zaczęła się do mnie zbliżać. Sięgnęłam po swój miecz i włączyłam. Był równie zielony, jak przeciwnika. Nie widziałam jej twarzy. Dopiero po głosie poznałam, że to kobieta.
- Zniszczę cię – powiedziała – Całe twoje życie.
- Nie pozwolę ci na to – powiedziałam, a wtedy ona zaatakowała.

***

Ocknęłam się, gdy mój komunikator zaczął dzwonić. Zlana potem sięgnęłam po niego. Na wyświetlaczu pojawiła się wiadomość:

Cześć Justine. Z tej strony Cień, pomocnik Nara. Jakby nie patrzeć od niedawna razem prowadzimy szkolenia Adeptów, więc w razie czego masz już mój numer. Możesz zwracać się z jakimiś problemami, a ja czasem dam Ci jakieś zadanko... No chyba że Nar planuje inaczej. Pozdrawiam.

Wcale nie wydaje się taki straszny, pomyślałam. Potem jednak moje myśli zaczęły krążyć wokół tej wizji, którą miałam. O ile to w ogóle była wizja. Mogłam przecież po prostu się zdrzemnąć. Wyjrzałam przez okno na zewnątrz. Było już dosyć późno. Wiedziałam jednak, że teraz nie zasnę. Wyciągnęłam z szafki naszyjnik, który podobno należał do mojej matki. Było to kryształowe serce. Była to najpiękniejsza rzecz, jaką posiadałam. Kiedy miałam jakiś problem, lubiłam patrzeć jak serce lśniło w ciemności. To dodawało mi nadziei, że przyjdzie lepszy czas. Zapominałam od razu o wszelkich trudnościach życia. Tak było i tym razem. Udało mi się uspokoić na tyle, aby spokojne zasnąć. Kolejny etap mojego życia dobiegł końca, teraz czekało mnie szkolenie. A ja nie miałam zamiaru zmarnować takiej szansy.

Rozdział II – Zagadki przeszłości i przyszłości


Obudziłam się przerażona. Śniło mi się, że nasza akademia została zniszczona, a zaraz po tym cały księżyc. Później inne światy zaczęły umierać. Niemal czułam każdą śmierć, żyjących na nich istot. Oddychałam ciężko, ale musiałam się opanować. Stwierdziłam, że dobrze mi zrobi odrobina świeżego powietrza. Ubrałam się i wyszłam z budynku Szkoły Przygotowań. Od razu uderzyło mnie chłodne powietrze Yavin 4. Było bardzo wcześnie, słychać było zwierzęta, budzące się do życia. Wszystko było takie spokojne, pełne harmonii. Przede mną znajdowały się budynki Akademii Jedi. Wszystkie wyglądały, jakby kryło się w nich coś tajemniczego. W ciągu swojego pobytu tutaj odwiedziłam zaledwie kilka z nich, więc pozostałe były dla mnie tajemnicą nie do odkrycia. Poszłam w lewo, w stronę dżungli. Spacerowałam coraz dalej od akademii. W końcu doszłam do rzeki i usiadłam na pniu drzewa. Nagle aż podskoczyłam, bo wyraźnie poczułam, że coś złego stało się w tym miejscu. Stanęłam koło pnia i zaczęłam się mu przyglądać, ale nie było na nim żadnych niezwykłych śladów. Powoli położyłam na nim dłoń i przymknęłam oczy. Zobaczyłam kobietę z mojej wizji. Czułam, że to ona. Było w niej coś dziwnego, mrocznego. Widziałam łzy, spływające jej po twarzy. Nagle włączyła miecz i ścięła pobliskie drzewo. Użyła Mocy i przewróciła je na rzekę. Potem przeszła po pniu na drugi brzeg i zniknęła w lesie. Otworzyłam oczy. Rozejrzałam się i znalazłam to przewrócone drzewo. Zaczęłam się zastanawiać, jak to możliwe, że widziałam przeszłość. Chciałam sprawdzić, co takiego jest po drugiej stronie rzeki. Nie mogłam jednak aż tak oddalać się od akademii. Chociaż z drugiej strony, było jeszcze wcześnie i miałam trochę czasu zanim ktokolwiek się obudzi. Poza tym nikt nie będzie mnie szukał, pomyślałam i przeszłam po pniu na drugą stronę. Ruszyłam w tym samym kierunku, co kobieta w mojej wizji. Szłam coraz dalej, ale to nic nie dało. Próbowałam dotykać drzew z nadzieją, że znów coś zobaczę, ale nic takiego nie miało miejsca. W końcu doszłam na skraj jeziora. W dżungli robiło się coraz głośniej, z każdą chwilą pobyt tutaj stawał się bardziej niebezpieczny. Usiadłam jednak na brzegu i włożyłam rękę do wody. Nic. Westchnęłam, rozejrzałam się po raz ostatni i zaczęłam wracać do akademii.
W drodze powrotnej stwierdziłam, że mam pokaleczone ręce. No tak, nie trzeba było dotykać tylu rzeczy, pomyślałam z uśmiechem. Postanowiłam jednak wybrać się do centrum medycznego, tak na wszelki wypadek. Kto wie, czy któreś z tych roślin nie były trujące. Kobieta, która tam była, zadała mi kilka pytań o te rany. Powiedziałam, że spacerowałam tylko i nawet nie wiem, kiedy się pokaleczyłam. Chyba nie bardzo mi wierzyła, ale założyła opatrunek i wróciłam do Szkoły Przygotowań. Przynajmniej udało mi się zwiedzić kolejny budynek Akademii Jedi, pomyślałam i uśmiechnęłam się do siebie. Postanowiłam poszukać mojego opiekuna, żeby zapytać o szkolenie. Spacerowałam po korytarzach i właściwie to on znalazł mnie.
- Cześć – powiedział, pojawiając się nagle przede mną.
- Witam.
- Słuchaj, szkolenie zaczniemy z małym opóźnieniem, bo opracowujemy właśnie nowy system – oznajmił.
- Dobrze, mogę poczekać – przyznałam szczerze.
- Poza tym nie zdziw się, jeśli zadanie otrzymasz nie ode mnie, ale od Cienia, który jest moim pomocnikiem. To powinno być na początku tygodnia.
- Wiem, pisał już do mnie – powiedziałam, ale od razu się poprawiłam – To znaczy.. Wiem, że jest twoim pomocnikiem.
- O kompetencjach Asystenta możesz sobie poczytać w regulaminie Szkoły Przygotowań. Dopóki nie dostaniesz zadania możesz jeszcze zapoznać się ze statutem Zakonu Jedi, dostępnym przy wejściu do Sali Konferencyjnej.
- Dobrze.
- Poza tym wszelka aktywność w stylu odwiedzania Sali Konferencyjnej jest mile widziana.
Przytaknęłam tylko i zapisałam to wszystko w swoim notatniku.
- No nic, ja lecę, na razie – powiedział tylko i odszedł.
Odetchnęłam głęboko. Nie było tak źle, pomyślałam i wróciłam do swojego pokoju. Spędziłam cały dzień na czytaniu tego, co polecił mi Nar. Potem usiadłam w kącie Sali Treningowej i patrzyłam, jak Padawani ćwiczą razem pod okiem Mistrza. Kilka następnych dni spędziłam podobnie, czekając na swoje pierwsze zadanie od Nara.
Spędzałam czas w bibliotece, szukając czegoś ciekawego albo w innych budynkach akademii. Szczerze mówiąc, strasznie mi się nudziło. Kiedy mieszkałam na Naboo było tak samo. Nie mogłam długo usiedzieć w jednym miejscu, więc cały czas czymś się zajmowałam. Lubiłam posiedzieć w warsztacie i próbować zrobić coś z części, które tam były. Tworzenie było o wiele trudniejsze niż niszczenie rzeczy, ale mi to nie przeszkadzało. Dla mnie było to jedno z wielu wyzwań, z którymi należy się zmierzyć w życiu. Zanim trafiłam na Yavin 4 moje życie wydawało mi się nudne i nie widziałam w nim sensu. Chodziłam do szkoły przez jakiś czas, chciałam w przyszłości uczyć dzieci basica, ale nawet to po jakimś czasie straciło swoje znaczenie. Kiedy straciłam bliskich i musiałam uciekać, wcale nie wydawało mi się to takie straszne. Na początku chciałam się poddać, ale potem uświadomiłam sobie, że oni wszyscy zginęli przeze mnie. Oddali swoje życia, abym ja mogła żyć. To był wystarczający powód, aby się nie poddawać. Podczas podróży na Yavin 4 nauczyłam się wierzyć we własne siły. Nawet wtedy ktoś próbował mnie zabić, dlatego tak bardzo ucieszyłam się, kiedy dotarłam na miejsce. W Akademii Jedi czułam się nareszcie bezpieczna.
Siedziałam na pniu przy rzece, który napotkałam ostatnio w dżungli. Lubiłam tutaj przychodzić pomedytować. Mimo tylu niebezpieczeństw, jakie na mnie czyhały w tym miejscu, czułam się dziwnie spokojna. Nagle coś mnie zaniepokoiło, a w następnej chwili zauważyłam statek, spadający z dużą prędkością. Był coraz bliżej i ostatecznie rozbił się kilka kilometrów na północ ode mnie. Tak mi się przynajmniej wydawało. Wiedziałam, że nie powinnam, ale zaczęłam biec w tamtym kierunku. Ciekawość czasami bierze nade mną górę i po prostu muszę ją zaspokoić. Tak było i tym razem. Widziałam dym w oddali, który wskazywał mi kierunek. Dobiegłam do jeziora i tam znalazłam statek. Był do połowy zanurzony w jeziorze. Poznałam go od razu i nie mogłam w to uwierzyć. Zauważyłam, że z pokładu wychodzi mężczyzna i podbiegłam do niego.
- Astron! – zawołałam. Odwrócił się do mnie i strzelił z blastera. Zrobiłam unik i od razu usłyszałam, jak biegnie do mnie i przeprasza.
- O rany! Wybacz mi, Justine. Nie poznałem cię w tym – powiedział, wskazując mój strój Jedi i pomógł mi wstać – Dobrze się czujesz?
- Wręcz cudownie. Nie ma to jak prawie zginąć z ręki przyjaciela – powiedziałam, uśmiechając się – A co ty tutaj robisz?
- No cóż.. Właściwie to przyleciałem do ciebie. Mam ci przekazać paczkę.
- Paczkę? Jaką paczkę? – zapytałam podejrzliwie.
Przecież nie miałam nikogo bliskiego, kto mógłby chcieć mi coś przesłać.
- Poczekaj, zaraz ci ją przyniosę – powiedział i wszedł na pokład statku.
Zaczęłam rozmyślać, co to może być. Po chwili Astron wrócił z podłużną paczką. Przyjrzałam się jej. Zastanawiałam się, czy to na pewno bezpieczne, aby ją otwierać.
- Kto polecił ci przekazać ją mnie? – zapytałam.
- Właściwie nie wiem, kim była ta kobieta. Miała kaptur, więc nie widziałem dobrze jej twarzy – odpowiedział mężczyzna – Ale bardzo jej na tym zależało. Sporo zapłaciła, żebym się tym zajął.
- Myślisz, że mogę ją otworzyć? Czy może znów ktoś chce mnie zabić? – spytałam bardziej siebie chyba niż jego.
- Myślę, że tak. Szczerze mówiąc już ją otwierałem, bo też miałem wątpliwości. A nie chciałem, żeby coś ci się stało. Zdziwisz się, jak zobaczysz co to jest.
Wzięłam od niego paczkę i otworzyłam. Od razu otworzyłam szeroko oczy ze zdziwienia. To był miecz świetlny! Nie mogłam w to uwierzyć. Z początku cieszyłam się jak dziecko, ale potem go włączyłam i było po radości. Klinga miała zielony kolor. Zupełnie jak miecz kobiety, z którą walczyłam w mojej wizji. Wyłączyłam miecz i zauważyłam, że oprócz niego w pakunku było coś jeszcze. Niewielki sześcian, który wyglądał równie tajemniczo, jak budynki Akademii Jedi. Czytałam kiedyś o takich przedmiotach w bibliotece. To był holocron. Jedi tworzyli je, aby przekazać swoją wiedzę następnym pokoleniom albo żeby przetrwała pamięć o ważnych wydarzeniach. Sam fakt, że ktoś mi go podarował był podejrzany. Nie jest to raczej rzecz, której ktoś chciałby się pozbyć bez powodu. Rozejrzałam się. Statek Astrona raczej nie nadawał się do lotu, a poza tym dżungla była taka jak zawsze. Nawet awaryjne lądowanie nie mogło zakłócić tej odwiecznej harmonii, jaka tu panowała.
- Twój statek raczej nie poleci – powiedziałam ze smutkiem do Astrona.
- O to się nie martw, naprawię go. Tylko najpierw muszę go jakoś wyciągnąć z wody – stwierdził i zaczął się zastanawiać.
- Może poprosisz kogoś z Zakonu o pomoc? – podpowiedziałam.
Zgodziliśmy się, że to dobry pomysł. Zabezpieczył statek i razem wracaliśmy na teren akademii. Przypięłam miecz do pasa pod płaszczem, a holocron z powrotem zapakowałam. Nie chciałam, żeby ktoś go zobaczył. Przez większość drogi rozmawiałam z Astronem. W końcu nie widziałam go od dosyć dawna. To on mi pomógł dostać się na Yavin 4. Po drodze ryzykował własne życie, kiedy zostaliśmy zaatakowani, więc byłam mu bardzo wdzięczna. Ucieszyłam się, że znowu możemy ze sobą porozmawiać. W oddali było już widać budynki Akademii Jedi. Nagle zauważyłam, że ktoś zmierza w naszą stronę. To był Nar. Westchnęłam i pomyślałam, że na tym kończy się utrzymanie wszystkiego w tajemnicy. Nie chciałam nikogo okłamywać.
- Cześć. A co ty tam robiłaś? – zapytał na wstępie.
- Więc.. Ja tylko.. Medytowałam w dżungli i wtedy zauważyłam spadający statek – zaczęłam, trochę się jąkając – Byłam ciekawa, więc postanowiłam sprawdzić co się stało. Przepraszam.
- Mhmm.. A kim ty jesteś? – spytał, spoglądając na mężczyznę.
Astron wyjaśnił mu, jak się tam znalazł. Opowiedział jak przed lądowaniem miał awarię silników i musiał jak najszybciej wylądować. Nie wspomniał jednak, że miał dla mnie paczkę. Byłam mu wdzięczna za to, ale później sama powiedziałam o niej Narowi.
- Dobra. Idź do centrum technicznego – powiedział Nar i wskazał mu drogę – Tam znajdziesz kogoś, kto ci pomoże. Powiedz, że przysłał cię Nar Kadun.
Astron podziękował za pomoc i poszedł we wskazanym kierunku, machając mi na pożegnanie.
- A ty chodź ze mną.
- Już idę – powiedziałam posłusznie i ruszyłam za Narem w stronę Szkoły Przygotowań.
Znalazł jakąś wolną salę i kazał mi wejść. Chciał, żebym mu pokazała rzeczy, które dostałam w paczce. Odpięłam miecz od pasa, wyciągnęłam holocron i oddałam mu. Tym samym pożegnałam się z myślą, że mogłabym je zatrzymać. Nar przyglądał się przez chwilę mieczowi, a potem mi go oddał.
- Możesz zatrzymać, ale musi na razie leżeć u ciebie w pokoju – oznajmił poważnie – Nie wolno ci mieć miecza, bo jesteś jeszcze Adeptką.
- Dziękuję – powiedziałam po chwili milczenia.
Uświadomiłam sobie, że bardzo się myliłam co do Nara. Nie był ani trochę straszny. Musiał mi ufać, skoro oddał mi miecz. Nad holocronem zastanawiał się dłużej. Ostatecznie powiedział, że musi go zabrać ze sobą. Stwierdził, że może być dla mnie niebezpieczny. Nagle zauważyłam coś bardzo ciekawego. Na holocronie był jakiś znak i wyglądał zupełnie jak naszyjnik mojej matki. Nie zdążyłam, a może nie chciałam zdążyć, powiedzieć o tym Narowi, bo w tej chwili wyszedł z sali. Wyciągnęłam miecz i obejrzałam dokładnie, ale nie znalazłam na nim takiego znaku. Rozejrzałam się. Pusta sala, tylko ja i mój miecz. Nie mogłam się powstrzymać i włączyłam go. Wydawał mi się piękny i zabójczy zarazem. Klinga lśniła piękną zielenią. Nagle znów poczułam coś dziwnego. Skoncentrowałam się i zamknęłam oczy. Zobaczyłam siebie z tym samym mieczem w rękach. Walczyłam z kimś. Było dosyć ciemno i widziałam tylko czerwone ostrze w ciemnościach, które mnie atakowało. Zaczęłam tracić siły i nagle zostałam pokonana. Upadłam na kolana, a mój miecz leżał niedaleko.
- Jesteś słaba – powiedziała kobieta, przysuwając swój miecz do mojego gardła – Zupełnie jak ja, zanim odnalazłam właściwą drogę. Teraz ty wybieraj, przyłącz się do mnie albo giń.
Oddychałam ciężko. Wszystkie mięśnie mojego ciała boleśnie pulsowały. Nie jestem słaba, powtarzałam sobie w duchu.
- Nie – powiedziałam cicho.
- Co? Nie słyszałam, możesz powtórzyć? – zapytała kobieta i zraniła mnie mieczem w ramię.
Poczułam przeszywający ból, łzy napłynęły mi do oczu, ale powtórzyłam głośniej:
- Nie. Nie przyłączę się do ciebie.
- A to szkoda – powiedziała i podniosła miecz – Nie musiało tak być.
Machnęła mieczem, a wtedy się ocknęłam. Byłam zlana potem i przerażona. Oddychałam ciężko, żeby odzyskać panowanie nad sobą. To zdecydowanie nie była przeszłość, pomyślałam z przerażeniem. Ale w takim razie musiała to być przyszłość, a to wcale nie poprawiło mi humoru. Nie jest fajnie wiedzieć, w jaki sposób się umrze.

Rozdział III – Jeszcze więcej tajemnic


Kolejnych kilka dni było koszmarem. Cały czas myślałam o tym, jak zginę. Wiele bym wtedy dała, żeby wiedzieć, kim była ta kobieta i skąd znała moją matkę. W każdym razie kiedyś się dowiem, ale to może być ostatnia rzecz, jaką zrobię w życiu. Zastanawiałam się, dlaczego tak właśnie musi być. Chociaż zawsze wolałam umrzeć w walce niż samotnie ze starości. Większość czasu spędzałam, jakbym była już skazana. Można powiedzieć, że straciłam chęć do życia. Wieczorami miałam nadzieję, że zasnę i już się nie obudzę. Cały czas miałam takie czarne myśli. Pewnego dnia stwierdziłam jednak, że to się musi zmienić. Pomieszczenie, w którym się znajdowałam w swojej wizji, nie było nigdzie w akademii, więc na razie nie miałam się czym przejmować. Postanowiłam znów skupić się na swoim szkoleniu. Dostałam od Nara pierwsze zadanie. Miałam opisać różnice między Jasną a Ciemną Stroną Mocy. To w zasadzie nie było trudne, biorąc pod uwagę moje wizje. Wystarczyło dokładnie je przeanalizować i już miałam pełen obraz Ciemnej Strony. Ale i tak poszłam do biblioteki, żeby poszukać paru rzeczy. Pomedytowałam też nad tym trochę, zapisałam wszystko w notatniku i wysłałam Narowi.
Pomyślałam, że skoro już poznałam lepiej swojego opiekuna to przydałoby się poznać też jego asystenta. Zaczęłam szukać Cienia, ale nigdzie go nie znalazłam. Spotkałam po drodze Agnes i powiedziała, że on na pewno jest gdzieś w Szkole Przygotowań. Spacerowałam więc dalej korytarzami z nadzieją, że go spotkam. W końcu jednak zrezygnowałam i wróciłam do swojego pokoju. Usiadłam na podłodze i zaczęłam medytować. Tak po prostu, z braku ciekawszego zajęcia. Oczyściłam swój umysł i dzięki temu udało mi się troszkę odpocząć po bezsennych nocach. Po jakimś czasie zaczęło mi się to jednak nudzić. W końcu ile można siedzieć i udawać, że czuje się coś więcej niż bolący tyłek. Wybrałam się więc ponownie do dżungli. Dawno tam nie byłam, bo siedzenie nad rzeką przypominało mi o mojej wizji. Wyszłam ze szkoły i skręciłam w lewo. Nagle zauważyłam Nara, zmierzającego w stronę lasu.
- Mistrzu, zaczekaj! – krzyknęłam i nagle stanęłam jak wryta.
W gruncie rzeczy wcale nie chciałam nazywać go mistrzem. Nie wiem, czemu to zrobiłam. Poczułam się strasznie dziwnie. Jakbym już to kiedyś powiedziała, dawno temu. I nagle przed oczami stanęła mi wizja Nara, biegnącego w stronę lasu. To nie była nasza dżungla, a przynajmniej tak mi się wydawało. Krzyknęłam do niego, odwrócił się i wtedy został postrzelony w ramię z blastera. Chciał przekląć, ale w tym momencie musiał zacząć odbijać kolejne strzały. A teraz stał przede mną i machał mi ręką przed oczami. Ocknęłam się i zaczęłam głęboko oddychać. Nie dość, że sama zginę to jeszcze możliwe, że sprowadzę śmierć na niego, pomyślałam.
- Nie wyglądasz najlepiej – stwierdził.
- Dziękuję – powiedziałam, próbując się uśmiechnąć.
- To była jakaś wizja? Bo na to wyglądało.
Zastanowiłam się przez chwilę. Nie chciałam mu o tym mówić. Wolałam zabrać ze sobą do grobu świadomość, że widzę przyszłość. Czułam jednak, że jeśli o tym komuś nie powiem to zwariuję.
- Tak – przyznałam ze smutkiem.
- Mhmm.. Idę sprawdzić co z twoim przyjacielem w dżungli. Może pójdziesz ze mną? Po drodze będziesz mogła mi opowiedzieć co widziałaś – zaproponował Nar z uśmiechem.
- Postaram się... – powiedziałam, bo wcale nie podobał mi się ten pomysł.
Poszliśmy dalej razem, a ja milczałam. Myślałam o tym, co powiedzieć, a co zachować dla siebie. Ostatecznie stwierdziłam jednak, że Nar nie da się oszukać i lepiej wyznać całą prawdę od razu.
- Ja.. Ostatnio widuję różne rzeczy – zaczęłam, a potem opowiedziałam mu wszystko.
Wyjaśniłam, dlaczego nagle stanęłam jak wryta. Potem powiedziałam mu też o swoich innych wizjach i snach. Kiedy wspomniałam o ściętym przez kobietę pniu drzewa, przerwał mi.
- Gdzie to było? – zapytał.
- Hmm.. Będziemy przechodzić obok tego miejsca.
- Mhmm..
Pokazałam mu ten pień, ale stwierdził, że on tu nic złego nie wyczuwa. W końcu nie miałam już o czym mówić. Nagle poczułam się, jakbym wpadła na ścianę.
- Czekaj – powiedział Nar.
Nie wiedziałam o co mu chodzi. Nie widziałam nikogo w pobliżu, ale nie odzywałam się. Na wszelki wypadek wzięłam blaster do ręki. Zauważyłam, że Nar się uśmiecha. Nie zdążyłam się nawet zastanowić nad tym, bo usłyszałam czyjeś kroki za sobą. Odwróciłam się i już miałam strzelić, ale nagle stwierdziłam, że nie mam blastera. Z krzaków wyszedł ktoś w czarnym płaszczu. Serce podskoczyło mi do gardła, bo zauważyłam, że miał moją broń.
- Pięknie, Brat – powiedział drwiąco – Twoja Adeptka właśnie chciała mnie zabić.
- Tak ją przestraszyłeś, że drugi raz nie będzie próbować – odpowiedział Nar.
Zrobiłam się cała czerwona ze wstydu, że tak się przestraszyłam, ale nadal nie wiedziałam co o tym wszystkim myśleć.
- Cześć Justine – powiedział mężczyzna i ściągnął kaptur – Jestem Cień.
- Justine Helfire – przedstawiłam się i ukłoniłam lekko – Nar nie wspominał, że ma brata.
Oboje zaczęli się śmiać, a ja znowu poczułam, że musiałam zachować się głupio. Policzki mi płonęły ze wstydu.
- Gdyby był moim prawdziwym bratem, sam bym go zastrzelił – zażartował Nar.
Dalej szliśmy już we trójkę, a ja czułam się strasznie, że dałam się tak przestraszyć. Doszliśmy do statku Astrona. Stał na brzegu jeziora, a jego właściciel krzątał się dookoła, oglądając uszkodzenia i naprawiając go. Od razu odzyskałam swój dobry humor.
- Tylko uważajcie, bo zaraz będzie próbował nas zastrzelić – szepnęłam, uśmiechając się.
Podeszłam do Astrona od tyłu najciszej jak mogłam, po czym bardzo głośno powiedziałam:
- Cześć! Co tam u ciebie?
Po czym o mało nie dostałam od niego jakąś częścią statku. Zaczęłam się śmiać i trudno było mi się powstrzymać.
- To wcale nie jest śmieszne – powiedział Astron z odrobiną gniewu w głosie – Mogłem zrobić ci krzywdę.
Ale zaraz potem też zaczął się śmiać. Kiedy już oboje się uspokoiliśmy, ukłonił się lekko w stronę Cienia i Nara.
- Od kiedy to potrzebujesz ochrony, żeby się ze mną spotkać – powiedział do mnie, uśmiechając się drwiąco.
- Odkąd próbujesz mnie zabić za każdym razem – stwierdziłam.
- A tak na serio.. Dlaczego przyszliście? – zapytał Astron.
- Nudziło nam się – stwierdził Nar, ale zaraz dodał – A tak naprawdę to sprawdzam, ile jeszcze potrwają twoje naprawy.
- Niedługo. Muszę jeszcze tylko popracować nad hipernapędem, a potem znikam.
To mnie zasmuciło. Znowu nie będzie tu nikogo z kim mogłabym pogadać, pomyślałam. Nie odzywałam się jednak. Wiedziałam, że tak musi być. Ja miałam swoje szkolenie, a Astron miał inne sprawy. Nie przysłuchiwałam się dalszej rozmowie. Zauważyłam duży kamień na brzegu jeziora, usiadłam na nim. I od razu tego pożałowałam, bo nagle wszystko pociemniało, a przede mną stanęła kobieta w kapturze. Wstałam i odsunęłam się od niej. Był środek nocy, a ona stała i patrzyła na jezioro. Nagle ściągnęła kaptur, a ja omal nie krzyknęłam. Była bardzo podobna do mojej matki. A przynajmniej tak mi się wydawało, bo mamę pamiętałam tylko z innej wizji. Pierwszej, jaką kiedykolwiek miałam. O statku, z którego zabiera mnie rycerz Jedi. Zauważyłam, że po policzku kobiety spływa łza. Po chwili wszystko znów pojaśniało, a ja nadal siedziałam na kamieniu nad jeziorem i oddychałam ciężko. Już nawet nie można usiąść i odpocząć, pomyślałam poirytowana.
- Nic ci nie jest? – zapytał Cień, podając mi rękę.
Złapałam go i wstałam.
- Nic – powiedziałam ze smutkiem.
- Kłamać to ty nie umiesz – stwierdził z uśmiechem.
- Znam tą minę – powiedział Nar, podchodząc do nas – Czyżbym miał się kiedyś potknąć o ten kamień i utopić w jeziorze?
- To nie jest śmieszne – byłam już naprawdę w złym humorze – I nie chcę o tym mówić.
- Brat.. Czemu miałbyś utopić się w jeziorze? – zapytał Cień trochę zbity z tropu.
- Justine miała wizję, że ktoś mnie przez nią postrzeli. Niedawno powiedziała mi o tym i o innych swoich wizjach.
- Yhym.. No to może powinieneś trzymać się od niej z daleka? – zaproponował Cień.
Wiedziałam, że żartuje, ale mimo tego miał rację. Najlepiej dla wszystkich byłoby, gdyby trzymali się ode mnie z daleka, pomyślałam. Sprowadzam na ludzi jedynie nieszczęścia. Pożegnaliśmy się z Astronem i wróciliśmy do Akademii.

Rozdział 4 – Pierwsze kroki


Kilka dni później Astron odleciał, a ja zostałam sama. Przynajmniej takie miałam wrażenie, bo w Akademii ludzi raczej nie brakowało. Jedyną dobrą wiadomością było to, że od tamtej pory nie miałam kolejnych wizji ani koszmarów. Dzięki temu mogłam ponownie skupić się na szkoleniu. I być może na nawiązywaniu nowych znajomości, czemu służyły prawie codzienne wieczorne wyprawy do Sali Konferencyjnej.
Dostawałam kolejne zadania, głównie dotyczyły Mocy, Zakonu i poszczególnych szkół. Musiałam też wybrać jedną z nich, do której miałam dołączyć. Przejrzałam informacje na temat każdej. Na wstępie odrzuciłam Szkołę Obrony, bo nigdy nie zależało mi zbytnio na walce. Wolałam subtelniej rozwiązywać problemy. Została mi więc Szkoła Iluzji i Szkoła Wiedzy. Obie miały swoje zalety. Ta pierwsza fascynowała mnie, bo techniki stwarzania iluzji zawsze były owiane jakąś tajemnicą i zgłębianie jej mogłoby być bardzo ciekawe. Uświadomiłam sobie jednak, że nie to chcę robić. Znalazłam się w Akademii, bo chciałam odnaleźć wewnętrzny spokój i posiąść wiedzę. Każda z tych szkół w mniejszym lub większym stopniu mogłaby mi pomóc to osiągnąć. Wybrałam jednak Szkołę Wiedzy, bo nie przerażała mnie perspektywa spędzenia życia w bibliotece. Dla mnie nie było to nudne czy bezsensowne. Poza tym miałam niejasne przeczucie, że tam właśnie mnie potrzebują. Powiedziałam więc Narowi o swoim wyborze. Okazało się, że on sam do niej należy. To mnie ucieszyło, bo szansa, że zostanie moim Mistrzem wzrosła. Nie przyznałam mu się, że chciałam, aby nim został. Wiedziałam jednak, że nawet jeśli spędziliśmy ze sobą niewiele czasu to w pewnym stopniu już się do niego przywiązałam. I że smutno mi będzie, kiedy szkolenie wstępne dobiegnie końca.
Moje przeczucia okazały się słuszne. Dostałam od Nara zadanie, aby opisać szkoły: czym się zajmują i kto do nich należy. Nar powiedział też, że mam dowiedzieć się czegoś na temat Szkoły Medytacji. To mnie zaskoczyło, bo nigdzie nie było o niej ani słowa. Podpowiedział mi, że najlepiej będzie jak porozmawiam z innymi członkami Zakonu. Tak właśnie zrobiłam. Udało mi się porozmawiać z Darshą i dowiedziałam się, że Szkoła zajmuje się utrzymywaniem kontaktu z członkami Zakonu, którzy nie przebywali zbyt często na terenie Akademii. Miałam tydzień, żeby oddać zadanie. Ale okazało się łatwiejsze niż sądziłam i wysłałam je do Nara jeszcze tego samego dnia. Był raczej zaskoczony takim obrotem sprawy. Przeczytał jednak zadanie i powiedział, że jest dobre. Po chwili pogratulował mi ukończonego szkolenia wstępnego, a ja zaniemówiłam. Nienawidzę, kiedy moje przeczucia się sprawdzają. Najczęściej tego żałuję. Nar powiedział, że wyśle mi jeszcze tylko pewne informacje. Udało mi się wreszcie wydobyć z siebie głos i podziękować mu. Teraz czekało mnie zaprzysiężenie.. i szkolenie Padawana. Zadrżałam na myśl o tym, bo to oznaczało także przydzielenie mi Mistrza.
Zaprzysiężenie odbyło się kilka dni później. Przyszłam trochę wcześniej do Sali Konferencyjnej, ale już wtedy było tam dość dużo osób. To było troszkę przerażające, ale w sumie miłe. Wszyscy beztrosko rozmawiali, co pozwoliło mi się trochę odprężyć. Później zaczęli wychodzić na chwilę i wracali w odświętnych strojach. To było zarazem zabawne, jak i stresujące. Wcale nie musieli tego robić, przecież to tylko moje zaprzysiężenie. Kilka minut później okazało się, że nie ma żadnego Mistrza, który by poprowadził całą ceremonię. Ostatecznie Kej zgłosiła się na ochotnika, a wszyscy inni się zgodzili. Wstała i zaczęła mówić:
- Witam wszystkich przybyłych. Dzisiejszy dzień jest dniem szczególnym dla Justine Helfire, która zostanie uroczyście zaprzysiężona na Padawana. By dostąpić tego zaszczytu, kandydatka musiała się wykazać wiedzą i umiejętnościami podczas szkolenia w School of Preparation. Postępy w nauce kandydatki oceniali Opiekunowie SoP (skrót od School of Preparation, czyli Szkoły Przygotowania w basicu), którzy zdecydowali, że Justine Helfire jest już gotowa, by rozpocząć swoją drogę jako Jedi. Stojąc tu teraz proszę ich, aby przystąpili do zaprzysiężenia Adepta.
Tym razem wstał Nar i powiedział:
- Proszę wszystkich o powstanie, a kandydatów o wyrecytowanie Kodeksu Jedi.
W tym momencie do sali weszła Darsha.
- No nie mówcie, że zdążyłam – zażartowała widząc, że wszyscy wstają.
- Tak jakby – powiedziała Agnes, a ja głęboko odetchnęłam i wstałam.
- Nie ma emocji jest spokój. Nie ma ignorancji jest wiedza. Nie ma pasji jest pogoda ducha. Nie ma śmierci jest Moc – powiedziałam powoli, pilnując jednocześnie, żeby niczego nie pomylić.
Nar uśmiechnął się lekko i mówił dalej:
- Adeptko Justine Helfire czy jako Padawanka i członkini Zakonu Jedi Order ślubujesz wypełniać sumiennie obowiązki Ucznia Jedi?
- Tak, ślubuję – odpowiedziałam.
- Uczyć się pilnie i przestrzegać Kodeksu Jedi i wewnętrznych założeń Zakonu?
- Ślubuję.
- Dbać o dobre imię swojego Zakonu?
- Ślubuję.
- Brać czynny udział w życiu Jedi Order?
- Ślubuję.
- Dawać powody do dumy swoim nauczycielom i Radzie Jedi?
- Ślubuję.
- Szanować każdą formę życia?
- Ślubuję.
- Wystrzegać się użycia Ciemnej Strony Mocy?
- Ślubuję.
- Wykorzystywać Moc do nauki i obrony, a nigdy do ataku?
- Ślubuję.
- Czy ślubujesz być dobrym Jedi i godnie służyć Mocy?
- Ślubuję.
- Właśnie zrobiłaś swój pierwszy krok na trudnej drodze, jaką jest droga Jedi i stałaś się pełnoprawnym członkiem Zakonu Jedi Order – powiedziała Kej z uśmiechem – Mam nadzieję, że spodoba Ci się u nas, a dzięki naszej współpracy i pomocy wytrwasz w dążeniu do celu i staniesz się wspaniałym Rycerzem Jedi, który będzie strzegł pokoju w Galaktyce. Witam Cię wśród nas!
Zaprzysiężenie się skończyło, ale ja nadal byłam troszkę zaniepokojona. Wszyscy zaczęli podchodzić i gratulować mi.
- No.. to teraz musisz się przyznawać do nas – zażartowała Agnes i dodała – Z tego co wiem, twoim Mistrzem będzie..
- Ja! – krzyknęła Kej.
- Eee.. Naar, taak? – zapytała Agnes niepewnie.
Wstrzymałam oddech.
- No co? Ślubowanko to i na Mistrza potem – stwierdziła Kej.
- Gratulacje, Braciszku – powiedział Cień z uśmiechem.
- Ja? – zapytał Nar – Tak no.. chyba ja.
Dopiero teraz zaczęłam znów oddychać.
- W takim razie – ukłoniłam się lekko – Witam, Mistrzu.
- Gratulacje – powiedziała Agnes z ulgą – Nie pozabijajcie się.
Chwilę później musiała wyjść, a ja zaczęłam być nieobecna duchem podczas imprezy, która potem się rozkręciła. Nar został moim Mistrzem, tak jak chciałam. To było teraz najważniejsze.
Po tym pełnym wrażeń dniu, jedyne co mogłam zrobić, jak już udało mi się dostać do swojego pokoju, to położyć się spać. Niestety, gorzko tego pożałowałam.
***

Kobieta w kapturze przeszła powoli przez pokój. Podeszła do szafki i wyciągnęła z niej tajemniczo wyglądający sześcian. Ściągnęła naszyjnik i przysunęła oba przedmioty do siebie. Nagle sześcian zalśnił i kobieta zaczęła mówić:
- Wszystko gotowe. Teraz muszę odejść.
Założyła naszyjnik z powrotem, a po jej policzku popłynęła łza. Sześcian przestał lśnić. Wyraz jej twarzy zmienił się. Nie było już widać rozpaczy, a jedynie gniew.. i cierpienie.

***


Obudziłam się wcześnie rano zlana potem. Byłam przerażona. To nie mógł być.. To niemożliwe, powtarzałam sobie. Wszystko dlatego, że naszyjnik z mojego koszmaru leżał właśnie na szafce obok. A sześcian był holocronem, który zabrał Nar. Zaczęłam się zastanawiać, czy gdybym zrobiła to samo, co ta kobieta.. Gdybym połączyła oba przedmioty.. Czy coś by się wydarzyło? Nie dawało mi to spokoju. Wstałam i wyszłam pochodzić po dżungli, jak to lubiłam robić, kiedy miałam jakiś problem. Było spokojnie, jak zazwyczaj. Od razu poczułam ulgę. Tam wszystko wydawało mi się łatwiejsze. Usiadłam na swoim ulubionym pniu drzewa i zaczęłam medytować. Chciałam znaleźć rozwiązanie i udało mi się. Postanowiłam poprosić Mistrza o pozwolenie na sprawdzenie tego koszmaru. Spekulowanie nie miało sensu. Kiedy już nabrałam pewności, co do swoich zamiarów, wstałam i zaczęłam wracać. W połowie drogi przypomniałam sobie jednak, że nadal nie mam pojęcia, gdzie szukać swojego Mistrza. Zganiłam się za to po cichu, ale nie chciało mi się go szukać po całej Akademii. Na szczęście miałam przy sobie komunikator, więc wysłałam mu wiadomość, że chciałabym się z nim spotkać. Później poszłam do jadalni, bo byłam strasznie głodna.
Po południu musiałam przenieść swoje rzeczy ze Szkoły Przygotowań do Szkoły Wiedzy, którą wybrałam. Podczas gdy starałam się poukładać jakoś sensownie przedmioty w pokoju, zadzwonił mój komunikator. Na wyświetlaczu pojawiła się wiadomość: „Cześć. Jestem teraz w Sali Treningowej obok budynku SoK (basic: School of Knowledge – Szkoła Wiedzy). Możesz przyjść to pogadamy”. To było nawet interesujące, bo jeszcze nie miałam okazji być w tej sali. Już miałam wyjść z pokoju, ale wróciłam i zabrałam swój miecz świetlny. Przypięłam go do pasa i schowałam pod szatą. W sumie nie wiedziałam, czemu to zrobiłam, ale czułam się z nim o wiele lepiej. Jakby już stał się częścią mnie. Musiałam też wziąć swój naszyjnik.
Wyszłam z budynku SoK i ruszyłam w lewo do Sali Treningowej. Było to po prostu duże, puste w tej chwili pomieszczenie. No.. prawie puste, bo był tam mój Mistrz i Cień. Walczyli ze sobą w skupieniu, więc stanęłam pod ścianą, żeby im nie przeszkadzać. Starałam się skupić na obserwowaniu ich, ale czasami poruszali się na tyle szybko, że nie wiedziałam co się dzieje. Było w tym wszystkim coś.. pięknego. Wiedziałam, że to niebezpieczna walka, ale musiałam przyznać, że miało to w sobie coś ze sztuki. Nagle Cień zniknął mi z pola widzenia. A potem zobaczyłam jego fioletową klingę miecza przy mojej szyi.
- Brat, poddaj się! – krzyknął z uśmiechem – Mam twoją Padawankę!
Byłam wściekła. To było podłe zagranie z jego strony, a na dodatek śmiertelnie się przestraszyłam. W swoim gniewie odepchnęłam go ręką od siebie, a przynajmniej tak mi się wydawało. Zorientowałam się jednak, że ręce trzymam nadal przy sobie, a Cień jest zdecydowanie za daleko.
- Ojej, przepraszam – wyjąkałam, zakrywając dłońmi usta. Zrobiło mi się strasznie głupio. Nar za to wybuchnął śmiechem, a Cień zaklął cicho i podniósł się z podłogi.
- Od ciebie serio trzeba się trzymać z daleka – powiedział, a potem też zaczął się śmiać.
Ja za to usiadłam pod ścianą, zakryłam twarz dłońmi i miałam ochotę się rozpłakać. Nie mogłam uwierzyć w to, że tak łatwo dałam się zwieść emocjom. Nie ma to jak zrobić dobre pierwsze wrażenie na Mistrzu, pomyślałam ze smutkiem.
- Hej, uśmiechnij się. Przecież nic się nie stało – powiedział Cień.
Wstałam powoli i spojrzałam na Nara.
- Przepraszam, Mistrzu. Nie powinnam się tak zachowywać – powiedziałam cicho ze smutkiem.
- Daj spokój. Już dawno się tak nie uśmiałem – stwierdził z uśmiechem i dodał - A po co chciałaś się ze mną widzieć?
- No ja.. – zaczęłam, ale nie wiedziałam co powiedzieć – Miałam kolejny dziwny sen...
Opowiedziałam wszystko, co zapamiętałam. Pominęłam jednak swoje przypuszczenia, że mogłaby to być moja matka. W końcu sama nie byłam tego do końca pewna.
- I chciałam zapytać co ty o tym sądzisz, Mistrzu – zakończyłam swoją opowieść.
- Mhmm.. No możemy to sprawdzić, chociaż to wszystko jest dosyć dziwne. Szczerze mówiąc nie widziałem jeszcze holocronu uruchamianego naszyjnikiem.
Zapadła krótka cisza. Zauważyłam, że Cień mi się przygląda i znowu zrobiło mi się głupio, bo przez chwilę zapomniałam, że on też tutaj jest.
- To może jak już tutaj jesteśmy to poćwiczysz trochę z nami? – zaproponował Nar.
- Ja? – zapytałam zdziwiona – To chyba nie jest dobry pomysł...
- To jest wręcz genialny pomysł – powiedział mój Mistrz i dodał żartobliwie – Jak każdy mój pomysł.
- No dobrze...
Nadal nie byłam przekonana, ale wyciągnęłam swój miecz. Nar zabrał go na chwilę, coś tam ustawił i oddał mi.
- Zmniejszyłem jego moc – poinformował mnie – Teraz najwyżej możesz kogoś poparzyć.
- Pocieszające – stwierdziłam z sarkazmem.
- Hmm.. Jakby to.. Brat, chodź tutaj – powiedział Nar, wskazując Cieniowi miejsce obok siebie – Pomożesz mi pokazać jej formę pierwszą.
- Niech ci będzie, ale następnym razem jak odwiedzimy jakąś kantynę to ty stawiasz – stwierdził Cień, uśmiechając się złośliwie.
- Chędożony materialista – powiedział cicho Nar i zwrócił się do mnie – Staraj się nas dokładnie obserwować. Potem poćwiczymy razem.
Tak jak kazał, starałam się wszystko dokładnie zapamiętać. Ruchy były stosunkowo łatwe, ale wiedziałam, że co innego patrzeć, a co innego walczyć. W końcu zatrzymali się i przyszła moja kolej. Skupiłam się i wtedy przypomniała mi się wizja, w której walczyłam z jakąś kobietą. Odrzuciłam jednak tę myśl, nie mogłam się rozpraszać.
- No dobrze.. Zaczniemy od tego, że ja zadaję ciosy, a ty się bronisz – powiedział Nar.
Zaczęliśmy spokojnie i ćwiczyliśmy dosyć długo. Powoli nabierałam wprawy, ale czekało mnie jeszcze wiele ćwiczeń. Zresztą powinnam chyba zacząć od nauki budowy miecza, a nie walki, ale już wtedy zdawałam sobie sprawę z tego, że Nar jest.. specyficznym Mistrzem. Później przyszła kolej na wyjaśnienie sprawy holocronu. Cień musiał nas opuścić, więc poszłam za Mistrzem do Szkoły Wiedzy. Zaprowadził mnie do pomieszczenia, w którym było mnóstwo rzeczy, których nawet nie potrafiłam nazwać. Było tam dosyć ciemno. Odnalazłam jednak dosyć szybko to, czego szukaliśmy. Holocron wydał mi się jeszcze piękniejszy w tak słabym świetle.
- No to próbuj – powiedział Nar – Sam jestem ciekawy czy to zadziała.
Ściągnęłam naszyjnik. Nadal nie byłam pewna, czy tak naprawdę chcę to sprawdzić. A co jeśli to jednak prawda i czegoś dowiemy się z tego holocronu. Nie zawsze warto odkrywać prawdę. Czasami prowadzi to tylko do cierpienia. „Nie ma ignorancji, jest wiedza”, pomyślałam. No tak, nie mogłam nie spróbować. Wzięłam głęboki wdech i przysunęłam naszyjnik do sześcianu. Nagle zajaśniał on jaskrawym, błękitnym światłem i pojawił się holograficzny wizerunek kobiety. Najgorsze było jednak to, że była to kobieta z moich wizji.
- Witajcie – powiedziała spokojnym głosem – Jestem Elaine Helfire, dawniej Rycerz Jedi.

Rozdział 5 – Cienka granica


Zatkało mnie. Nie ma chyba trafniejszego określenia. Po prostu gapiłam się to na holocron, to na naszyjnik. Nie mogłam w to wszystko uwierzyć, a może nie chciałam. W każdym bądź razie byłam w szoku. Co innego mieć przeczucie, że kobieta z wizji to moja matka, a co innego dostać na to dowód. Nic już nie rozumiałam. Dlaczego w moich wizjach była zła, a teraz okazało się, że była Rycerzem Jedi. Odsunęłam naszyjnik od holocronu, który od razu przestał lśnić, a postać zniknęła. Musiałam się zastanowić nad tym wszystkim. Przecież, skoro to była moja matka, to mogłam się wreszcie dowiedzieć całej prawdy o swojej przeszłości od niej. Być może w końcu wszystko stałoby się jasne.
- Co o tym sądzisz, Mistrzu? – zapytałam cicho, ale nikt nie odpowiedział.
Rozejrzałam się i stwierdziłam, że Nara nie ma ze mną. Schowałam naszyjnik, odłożyłam holocron na półkę i zaczęłam szukać swojego Mistrza. Nie mogłam go jednak nigdzie znaleźć i zaczęłam się bać, że coś się stało. W pewnym momencie dostałam wiadomość:

Pakuj się, za niedługo lecimy. Wszystko Ci wyjaśnię trochę później, teraz muszę jeszcze coś załatwić.


Musiałam wziąć głęboki wdech, bo przestałam oddychać na chwilę. „Niedługo lecimy?”, pomyślałam. Nie mogłam w to uwierzyć, ale szybko wróciłam do pokoju i spakowałam się, jak kazał. Wszystko było nie tak, jak powinno. Miałam przejść szkolenie i dopiero potem wyruszać na jakieś wyprawy. Tak mi się przynajmniej wydawało. Najwidoczniej jednak się myliłam i nie mogłam na to nic poradzić. Musiałam zapomnieć na razie o swoich wizjach, przeszłości i zająć się ważniejszymi sprawami. W końcu sama chciałam być Jedi. Nie mogłam sobie pozwolić teraz na zrujnowanie całego włożonego w to wysiłku. Nagle ktoś zapukał do moich drzwi. Otworzyłam i zobaczyłam Cienia.
- Gotowa do drogi? – zapytał.
- Tak, ale...
- Wszystko wyjaśnimy ci za chwilę, a teraz chodź. Nie mamy dużo czasu – powiedział, uśmiechając się tajemniczo.
Zabrałam swój plecak, przypięłam miecz do pasa i wyszłam za nim z pokoju. Zeszliśmy do hangaru, gdzie czekał już na nas Nar. Zanim się obejrzałam, siedziałam już w fotelu i wystartowaliśmy.
- Wysyłam współrzędne skoku – zakomunikował Nar i chwilę potem byliśmy już w nadprzestrzeni.
Cały czas zastanawiałam się, o co może chodzić. Postanowiłam jednak być cierpliwa i czekać aż mi wszystko powiedzą.
- No dobra... To teraz mamy trochę czasu, żeby pogadać – stwierdził Nar, spojrzał na mnie i uśmiechnął się.
- Dokąd lecimy? – zapytałam.
- Na Naboo. Miasteczko Sea Seclusion – powiedział, nadal uśmiechając się lekko.
- Eee... Nigdy o nim nie słyszałam.
- Mamy nadzieję, że mało kto o nim słyszał. I dlatego tam lecimy.
Nic nie rozumiałam, ale nie przerywałam mu zbędnymi pytaniami.
- Yhym... To ma być jakaś misja? – zapytałam, a Cień i Nar wybuchnęli śmiechem.
- Nie. Lecimy na wakacje – stwierdził Cień, a ja wybałuszyłam oczy ze zdziwienia.
- Wakacje? – powtórzyłam wciąż nie wierząc. Myślałam, że się ze mnie nabijają.
- Tak – potwierdził Nar i powoli przestał się śmiać – Nawet Jedi muszą czasem odpocząć.
Nadal byłam w szoku, ale uśmiechnęłam się na to stwierdzenie. „No w zasadzie.. Może przyda mi się trochę odpoczynku”, pomyślałam.
- A jak tam holocron? Zadziałał? – zapytał Nar, zmieniając temat.
- Eee.. no.. tak, zadziałał – przyznałam niechętnie, bo nie chciałam teraz o tym myśleć.
- To ciekawe... A dowiedziałaś się do kogo należał?
- No.. więc... – nie wiedziałam co powiedzieć. Wzięłam głęboki wdech i dokończyłam szybko – Należał do mojej matki.
Zapadła niezręczna cisza. Było słychać tylko pracujące silniki i inne urządzenia statku.
- Nie zdążyłam się niestety dowiedzieć nic więcej, bo zniknąłeś i zaczęłam cię szukać – dodałam po chwili cicho.
- Mhmm... No nic, zajmiemy się tym po powrocie – powiedział powoli Nar – Teraz będziemy tylko leniuchować i opalać się na plaży.
Pokiwałam tylko głową, bo nie potrafiłam powiedzieć nic więcej. Uznałam, że rozmowa skończona, więc wyciągnęłam swój notatnik i zaczęłam czytać. Cokolwiek, byle tylko na chwilę oderwać się od szarej rzeczywistości. Nie chciałam myśleć o holocronie ani mojej matce. Lubiłam podróżować, ale już tęskniłam za swoim zacisznym kątem w dżungli na Yavin 4. Tylko tam jak na razie mogłam oddać się medytacjom. Na pokładzie statku nie było to dla mnie takie łatwe. Nie wiem czemu, ale po prostu coś nie dawało mi spokoju. Przeczucie, że nie powinno mnie tu być i że stanie się coś złego. „Może po prostu popadam w paranoję”, pomyślałam. Przecież gdyby naprawdę coś nam groziło, Cień i Nar pierwsi by to wyczuli. Zresztą nawet jeśli tak, to nie musieli się tym ze mną dzielić. Skupiłam się z powrotem na czytaniu, ale nie potrafiłam pozbyć się tego dziwnego uczucia. W końcu postanowiłam spróbować trochę pomedytować. Z trudem oczyściłam swój umysł. Pozwoliłam myślom błądzić swobodnie. Udało mi się wyciszyć, ale nie do końca. Musiało mi to jednak wystarczyć, przynajmniej na razie.
Wróciłam do rzeczywistości dopiero wtedy, gdy Nar oznajmił, że za chwilę wyjdziemy z nadprzestrzeni. Gwiazdy za iluminatorem przestały być rozmazanymi kreskami, a znów stały się punktami w przestrzeni. W oddali było widać błękitno-zieloną planetę. Pomyślałam, że z tej perspektywy wygląda pięknie. I dopiero wtedy uświadomiłam sobie tak naprawdę, dokąd lecimy. Naboo - mój dom, ale też miejsce, w którym straciłam wszystkie bliskie mi osoby. Miałam nadzieję, że tym razem nikomu nic się nie stanie. Nie zniosłabym chyba kolejnej straty w życiu. Rozumiałam, że wszyscy w końcu zginą... ale czemu muszą to być zawsze moi przyjaciele. Jeden człowiek może znieść takie cierpienie kilka razy, ale w końcu może nie wytrzymać. Oby to nie przytrafiło się mnie. Nie chciałabym testować swojej psychicznej wytrzymałości. Mogłam udawać twardą i niedostępną, ale to były tylko pozory. Tak naprawdę byłam bardzo wrażliwa, ale nie chciałam ujawnić nikomu swojej największej słabości. A była nią zbytnia troska o bliskich. Byłam zdolna poświęcić wszystko, jeśli to będzie konieczne, ale nie pozwoliłabym umrzeć komuś, szczególnie z mojej winy.
Byliśmy coraz bliżej planety. Stopniowo stawała się ona coraz większa w iluminatorze. Aż w końcu wypełniła całą jego powierzchnię. Była taka piękna...
- Lepiej się przygotuj, bo zaraz będziemy lądować – powiedział Nar, odwracając się w moją stronę.
Kiwnęłam posłusznie głową, ale byłam już gotowa. Musiałam tylko przygotować się psychicznie. Wylądowaliśmy w porcie niedaleko centrum miasteczka Sea Seclusion, ale i tak musieliśmy iść dosyć długo zanim dotarliśmy do miejsca, w którym mieliśmy mieszkać. Dowiedziałam się po drodze, że spędzimy tutaj tydzień. Oprócz nas mieli być też inni członkowie Zakonu: Rusis, Agnes i Rheen. Poza tym, Nar wspomniał coś o osobach spoza Akademii, mieli to być Pax i Misiek oraz o tym, że następnego dnia może do nas dołączyć Czysty. Około południa wszyscy byliśmy już w naszym ośrodku. Miałam pokój razem z Agnes i Pax, rozpakowałyśmy swoje rzeczy, jak tylko było to możliwe. Nadal wydawało mi się to dziwne, że Jedi wyjeżdżają na wakacje. Poza tym nie mogłam pozbyć się tego strasznego przeczucia, że stanie się coś złego.
Następnego dnia dołączył do nas Czysty. Nagle dotarło do mnie, że zbliżają się moje urodziny. „To już jutro! O rety... niesamowite, że mogłam zapomnieć”, pomyślałam. Nie przejęłam się tym jednak zbytnio. W końcu byłam Jedi, nie liczyłam więc na prezenty czy coś w tym stylu. Spędziliśmy dzień razem na grach i rozmowach. Poszliśmy też na plażę, jak poprzedniego wieczoru. Uwielbiałam morze, od zawsze. Ta planeta to był mój dom, ale nigdy nie było mi dość jej piękna. Uważałam, że to najwspanialsze miejsce we wszechświecie. Przy szumie wody mogłam medytować bez końca. Tylko na plaży znikały moje niepokoje związane z matką, holocronem i całym tym zamieszaniem. Byłam gotowa zapomnieć o tym wszystkim i przestać się tym przejmować, byle tylko móc tutaj spędzić resztę życia. Ale wiedziałam jednocześnie, że to niemożliwe. Byłam Jedi i tylko to się teraz liczyło. Dostałam szansę, o jakiej wielu może tylko marzyć i nie miałam zamiaru porzucić tego wszystkiego. Nie teraz, kiedy Zakon stał się moją nową rodziną.
Po północy czekała mnie kolejna niespodzianka. Wszyscy zaczęli mi śpiewać „Sto lat”, wprawiając mnie w lekkie zakłopotanie. Nie sądziłam, że wiedzieli o moich urodzinach. Jeszcze bardziej zdziwiło mnie to, że się nimi przejęli. Niedługo potem poszliśmy spać, a ja czułam się szczęśliwa. Nareszcie znalazłam miejsce dla siebie.
Zbudziłam się dosyć wcześnie, ale i tak nie jako pierwsza. Agnes wstawała o wiele wcześniej niż my i chodziła na plażę czytać. Nie dziwiłam się jej. Też chciałam spędzić jak najwięcej czasu, patrząc na morze. Kiedy wszyscy już się obudzili, postanowiliśmy popływać w morzu. Nie pytajcie mnie, skąd miałam przy sobie strój kąpielowy, bo sama nie jestem pewna. Musiałam spakować go przez przypadek. Kolejny raz czułam, że stanie się coś złego. Nie bałam się morza, bo w dzieciństwie często pływałam. To było coś innego, czego nie potrafiłam konkretnie zdefiniować. Tak mi się przynajmniej wydawało. Weszliśmy do wody. Była chłodna, ale po chwili się przyzwyczaiłam. Odpłynęliśmy trochę dalej od brzegu. Fale były dosyć duże, a morze niespokojne. Po mojej prawej był falochron. Bawiliśmy się świetnie, postanowiliśmy też opłynąć falochron, bo po drugiej stronie fale były jeszcze większe. Popłynęłam za resztą, ale nagle poczułam, że prąd wody jest silniejszy. Popychał mnie w stronę falochronu. Nie umiałam się z niego wydostać i zaczęłam odrobinę panikować. Próbowałam z całych sił, ale nie dałam rady i fala zepchnęła mnie na drewniane pale, z których falochron był zrobiony. Fale w tym miejscu były bardzo silne i ogromne. Zaczęłam się topić. Po prostu chwilami nie umiałam nabrać powietrza w płuca. Postanowiłam trzymać się falochronu, żeby nie pójść na dno. Opadałam już jednak z sił. Przez głowę przeszła mi pewna myśl: „Czy to nie jest moment, w którym powinnam zacząć krzyczeć o pomoc?”. Ale nie potrafiłam. Widziałam Nara w oddali, ale nawet to nie zmusiło mnie do tego, żeby go zawołać. Byłam coraz słabsza, a fale nie słabły. Powoli przestawałam walczyć i pogodziłam się z losem. Zdążyłam zobaczyć, jak Nar macha ręką, pokazując mnie.. i puściłam falochron. Dalsza walka nie miała dla mnie sensu. „Skoro mam umrzeć, to niech i tak będzie. Najwyraźniej taka jest wola Mocy”, pomyślałam i oddałam się jej cała. Przez chwilę widziałam całkowitą ciemność. A potem poczułam, że ktoś mnie łapie i ciągnie w górę, nad powierzchnię wody. Nabrałam szybko powietrza, wracając do rzeczywistości. Ktoś doprowadził mnie na brzeg, ale nie byłam pewna kto. Nadal się krztusiłam, ale wiedziałam już, że nie umarłam. Wszystko co nastąpiło przez kilka kolejnych minut, pamiętam jak przez mgłę. Nadal byłam troszkę oszołomiona. Zdałam sobie sprawę z tego, że krwawię i to dosyć porządnie. Ramiona i ręce miałam porozcinane. Niektóre rany wyglądały naprawdę paskudnie. Nie czułam jednak bólu, jeszcze nie wtedy. Zabrałam swoje rzeczy i poszłam do swojego pokoju. Wzięłam ręcznik i poszłam pod prysznic, bo stwierdziłam, że trzeba przemyć te rany. Prawdziwy ból poczułam dopiero, kiedy woda zmieszała się z moją krwią. Zacisnęłam zęby, a łzy napłynęły mi do oczu. Wiedziałam jednak, że to konieczne. Obejrzałam swoje obrażenia. Starałam się przypomnieć sobie, jak to się stało, że je mam. Dotarło do mnie, że na falochronie rosły jakieś rośliny, których chcąc czy nie trzymałam się kurczowo, gdy zaczęłam się topić. To one musiały pokaleczyć mi ręce. Miałam tylko nadzieję, że są niegroźne. Powoli wychodziłam z szoku, ale to jedynie potęgowało ból. Wróciłam do pokoju i założyłam cienką bluzkę, żeby nie podrażniała ran. Usiadłam na łóżku i łzy pociekły mi po policzkach. „Tak mało brakowało...”, pomyślałam. Postanowiłam jednak wziąć się w garść. „Przecież to nie pierwszy raz, kiedy prawie zginęłam. Nawet jeśli ten był najgorszy to najważniejsze, że już po wszystkim. Nie ma sensu tego rozpamiętywać”. Umyłam twarz i wyszłam na zewnątrz. Był tam już Cień i Rusis. Na szczęście oni chyba też postanowili o wszystkim zapomnieć. Nie pamiętam już dokładnie o co zapytał Cień, ale wiem, że pokazałam mu swoje rany. Do końca życia chyba nie zapomnę ich zaskoczonych min. Jakby nie wierzyli, że tam stoję spokojnie, zamiast wyć z bólu. To dodało mi trochę otuchy. Może i nie jestem taka słaba jak mi się wydawało. Co najciekawsze, nawet pomimo tego wydarzenia, nie opuściło mnie przeczucie, że stanie się coś okropnego. Najwyraźniej nie chodziło o mnie i to było najgorsze. To nie było ostatnia niespodzianka tego dnia, ale na szczęście jedyna zła.
Znów zajęliśmy się grami, prawie zapominając o wszystkim, co się stało. Byłam tak zajęta, że nie widziałam, co się wokół mnie dzieje. Niektórzy zaczęli się odrobinę dziwnie zachowywać, ale nie przejęłam się tym. Ostatecznie i tak dowiedziałam się, o co w tym wszystkim chodziło – przygotowali dla mnie niespodziankę. Zaśpiewali mi jeszcze raz „Sto lat”, dali mi prezent i torcik. Zdmuchnęłam świeczkę, myśląc: „Obym miała zawsze tak wspaniałych przyjaciół”. Reszta naszych wakacji była już spokojniejsza. Zaczęłam się niepokoić, bo już dawno nie miałam żadnej wizji. To było paradoksalne, bo nie chciałam ich mieć. Pomyślałam jednak, że przy nich przynajmniej czułam się jakoś bezpieczniej, bo wiedziałam, na co mam się przygotować. A teraz nie wiedziałam prawie nic. Miałam tylko to głupie przeczucie. Pewnej nocy jednak moje życzenie się spełniło i znów miałam wizję. A może tylko sen, kto wie.

***

Akademia była zniszczona. Nie całkowicie. Po prostu była.. w gorszym stanie. Od razu poczułam, że coś złego się stało.
- Nie ma nas tylko tydzień, a tu już wszystko popada w ruinę – powiedział Nar, który stał obok mnie.
- No to koniec leniuchowania.. – stwierdził Cień i poszedł w kierunku budynku Akademii.
Byłam przerażona. Wiedziałam, że coś złego się stało, a jednocześnie miałam przeczucie, że będzie jeszcze gorzej. To było okropne. Jeszcze gorsze było uczucie, że to wszystko ma związek ze mną. Wszyscy wrócili już do Akademii, ale ja stałam tam nadal i nie mogłam uwierzyć w to co widzę. Nagle usłyszałam czyjeś kroki za sobą. Poczułam straszliwy ból głowy i to był koniec...

***


Obudziłam się zlana potem, jak zwykle po takich snach. Potem powoli zaczęłam sobie przypominać, co takiego widziałam. Byłam przerażona i nie mogłam dojść do siebie. Zorientowałam się, że nie mam już tego dziwnego przeczucia, że stanie się coś złego. To mogło oznaczać tylko jedno: to coś właśnie się stało. A ja nawet wiedziałam, co to było. Akademia właśnie została zaatakowana. To musiało być to. Na szczęście, albo i nie szczęście, tego samego dnia mieliśmy wrócić na Yavin 4. Zajęło nam trochę czasu spakowanie wszystkich rzeczy. Później musieliśmy się rozdzielić i zanieść je na nasz statek. Cały czas starałam się nie myśleć o swoim... śnie. Wolałam tak to nazwać, bo nie chciałam w niego wierzyć. Zresztą cały czas nie wiedziałam, o co chodzi z zakończeniem. Dlaczego nagle poczułam ból głowy i sen się skończył. Czy nie dane mi było zobaczyć, co było dalej. W zasadzie nie byłam pewna czy chcę wiedzieć. Dopiero co przekonałam się, jak cienka jest granica między życiem a śmiercią, a teraz znowu to. Dlaczego ja miałam takiego pecha w życiu. Nigdy nie miałam dłuższej chwili spokoju. Odlecieliśmy z Naboo i spojrzałam na swój dom przez iluminator. Być może widziałam tą planetę po raz ostatni. Już niedługo miałam się przekonać po raz pierwszy, ile prawdy jest w moich wizjach. I wcale nie cieszyłam się z tego powodu...
Zbliżaliśmy się do Yavin 4. I wszystkie moje problemy nagle do mnie wróciły. Holocron, matka, te wszystkie wizje. Nigdy w życiu tak bardzo się nie bałam, jak wtedy, patrząc na rosnący w iluminatorze księżyc. Serce biło mi coraz szybciej i zdawało mi się, że za chwilę dostanę jakiegoś zawału. A potem podchodziliśmy już do lądowania. To była jedna z tych chwil, kiedy przekonujesz się, że czas płynie o wiele szybciej, kiedy się boisz czegoś, co ma wkrótce nastąpić. Spojrzałam przez iluminator na Akademię i zaniemówiłam. Było dokładnie tak jak w moim śnie. Tak właśnie wszystko wyglądało. Kilka spalonych drzew wokół Akademii, uszkodzone budynki. Zobaczyłam też jak z jednego ze statków wychodzi kilka osób. Z tej wysokości rozpoznałam tylko postać Rusisa, który zaraz zniknął w budynku Rady Jedi. Cień i Nar chyba też byli w szoku. Może jeszcze większym niż ja. Ja chociaż mogłam się domyślać, co tutaj zastanę. Nar wyłączył wszystkie systemy, a później wyszliśmy na zewnątrz. Z ziemi uszkodzenia wyglądały jeszcze gorzej. „Stało się coś złego”, pomyślałam i zaraz przed oczami stanęła mi moja wizja. I wtedy mogłam powiedzieć dokładnie to, co Nar:
- Nie ma nas tylko tydzień, a tu już wszystko popada w ruinę.
A potem Cień:
- No to koniec leniuchowania...
I poszli w stronę Akademii, a ja stanęłam przed wyborem. Mogłam pójść za nimi, a wtedy moja wizja by się nigdy nie skończyła. Byłam na to jednak zbyt ciekawa. Już zbyt długo uciekałam. Najpierw ze swojego domu, potem przed poznaniem prawdy. Pora z tym skończyć. „Nie będę więcej uciekać. Nie jestem słaba”, pomyślałam. I wtedy właśnie usłyszałam za sobą kroki, poczułam ból głowy... i straciłam przytomność.

Rozdział 6 – Koniec złudzeń


Obudziłam się, a ból nadal mi towarzyszył. Nie mogłam się skupić, więc na początku nie miałam pojęcia, gdzie w ogóle jestem. Później powoli odzyskałam panowanie nad sobą. „Gdzie ja jestem?”, pomyślałam i zaraz tego pożałowałam. Rozejrzałam się dookoła i okazało się, że znam to miejsce. Widziałam je kiedyś w jednej ze swoich wizji. I nagle wróciło wszystko, o czym myślałam przed wyjazdem na wakacje. Moja matka w wizjach była zła, cierpiała. I walczyła ze mną. A potem uderzyła mnie tylko jedna myśl: „Zabiła mnie”. Tak się składało, że akurat tutaj miało się to wszystko stać. Wstałam powoli, bo ból nadal nie ustępował i rozejrzałam się jeszcze raz. Tak, to było dokładnie to miejsce. Była to duża sala, coś podobnego do sali treningowej w naszej Akademii. Po lewej stronie były drzwi. Nie znalazłam innego wyjścia. Było tam dosyć ciemno, bo znajdowało się tam tylko jedno okno, przez które można było dostrzec księżyc. Moje oczy jednak przyzwyczaiły się już do ciemności. Nie było tam nic więcej. Drzwi, ściany i ja w samym środku tego pomieszczenia. Dopiero teraz poczułam, jak bardzo jest mi zimno. Otuliłam się szczelniej płaszczem i wtedy poczułam, że mam przy sobie miecz. „To dziwne. Skoro ktoś mnie porwał to raczej nie zostawiłby mi broni”, musiałam powiedzieć to na głos, ponieważ dostałam odpowiedź na swoje pytanie.
- A może po prostu chciał sprawdzić, jak dobrze potrafisz się tą bronią posługiwać – usłyszałam kobiecy głos, dobiegający z jednego z kątów sali.
Serce podeszło mi do gardła. Wiedziałam kto to i co się stanie. Wszystko to było już znajome. Skoro jednak miałam zginąć, to postanowiłam dowiedzieć się jak najwięcej prawdy. Zasłużyłam na kilka odpowiedzi przed śmiercią. Co dziwne, nie bałam się jej aż tak, jak myślałam. Może dlatego, że już ją trochę poznałam wcześniej. Odwróciłam się w stronę swojej matki.
- Kim jesteś? – zapytałam, chociaż dobrze znałam odpowiedź.
Kobieta uśmiechnęła się złośliwie, wychodząc z cienia i podchodząc do mnie.
- Po co te głupiutkie pytania. Przecież już od dawna wiesz, kim jestem.
Przełknęłam ślinę, wzięłam głęboki wdech i powiedziałam:
- Moją matką.
- Tak – potwierdziła – A teraz pewnie chciałabyś poznać całą wspaniałą historię mojego życia. I wreszcie poznać prawdę.
Pokiwałam tylko głową, bo nadal ciężko było mi pogodzić się z tym wszystkim.
- To lepiej usiądź, bo to trochę zajmie – powiedziała, ale ja nadal stałam, więc mówiła dalej – Jak chcesz zresztą. Widzisz... wszystko sprowadza się do Jedi. Zawsze o nich chodzi i o tę ich Radę. Jak już wiesz, sama byłam jedną z nich. Ale to było dawno temu.
Uśmiechnęła się do mnie, a ja stwierdziłam, że ma takie same oczy jak ja.
- Byłam taka jak ty: młoda, szlachetna.. i naiwna. Myślałam, że Rada nigdy się nie myli. Ślepo wykonywałam ich polecenia. Później poznałam twojego ojca, który zresztą też był Jedi.
Krótko po tym jak dowiedziałam się, że jestem w ciąży, wysłali go na misję...
Tutaj jej głos się załamał i zobaczyłam łzę, spływającą jej po twarzy. Lśniła delikatnie w słabym świetle księżyca.
- I już nigdy nie wrócił – dokończyła.
Niemal czułam jej złamane serce. Ten sam ból, którego sama doświadczyłam zaledwie kilka miesięcy temu. Straciła bliską osobę, jak ja. Nagle cierpienie na jej twarzy zastąpił gniew.
- Nienawidzę Jedi. Przez nich straciłam wszystko, co kochałam. Postanowiłam, że więcej na to nie pozwolę. Cierpiałam, nadal będąc w Akademii. Zdołałam jedynie zapisać wszystko, czego się nauczyłam w holocronie. Odeszłam dopiero, kiedy się urodziłaś. Nie chciałam, żeby zabrali mi jeszcze ciebie. Odleciałam w końcu z Yavin 4, gdy tylko nadarzyła się okazja. Byłaś już wtedy starsza. Niestety nasz statek został zaatakowany. I wtedy straciłam także ciebie. Nie miałam już nic.
Nastała krótka cisza. Znów zobaczyłam łzy, spływające po twarzy mojej matki. Widziałam gniew w jej oczach... i czułam go. Pulsował w jej ciele, wzmacniając ją, ale zarazem niszcząc. I wtedy zrozumiałam, dlaczego uczono mnie panować nad sobą. Tak silne emocje może i dawały siłę, ale potrafiły też zniszczyć osobowość człowieka. Dotarła do mnie też inna myśl, a konkretnie taka, że to już nie jest moja matka. Przez tyle lat żyła w gniewie, nie mogąc pogodzić się ze stratą swoich bliskich, że całkowicie zatraciła siebie. Myślała już tylko o zemście. Nie widziała innego celu życia. Będzie zabijać do końca życia, bo nie znajdzie innego sposobu na walkę z bólem, który czuła. I wtedy też przypomniała mi się inna wizja. Taka, w której walczyłam z kimś, kto miał taki sam zielony miecz, jak ja. Dopiero teraz zrozumiałam, że to było ostrzeżenie. Ja też mogłam skończyć tak, jak moja matka. Każdy mógł tak skończyć. I jedynie pamiętanie o tym zagrożeniu, mogło mnie przed nim uchronić.
- Znalazłam kogoś, kto mi pomógł odnaleźć prawdziwą drogę i potęgę – powiedziała kobieta, nie zwracając na mnie uwagi – Postanowiłam pomścić was i od tamtej pory polowałam na Jedi. Aż w końcu spotkałam cię na Naboo, kilka lat temu. To był szok, o mało cię nie zabiłam w gniewie. Próbowałam cię odnaleźć i ukryć, zanim trafiłabyś do Akademii Jedi. Niestety i to mi się nie udało.
Historia dobiegała powoli końca, a ja szykowałam się na nieuniknione. Moja matka opowiadała nadal:
- Wpadłam w jeszcze większy gniew, gdy okazało się, że stałaś się jedną z nich. Nie chciałam pozwolić na to, aby wygrali. Musiałam cię odzyskać. Wysłałam ci więc prezent, żeby mieć cię na oku. W twoim mieczu umieściłam nadajnik, dosyć trudny do wykrycia. I czekałam... Na odpowiedni moment, żeby ostatecznie cię odzyskać... Ale dopiero teraz przekonamy się, czy to możliwe – zakończyła opowieść i włączyła swój miecz o czerwonym ostrzu.
Wiedziałam, że tak się właśnie stanie. Tym razem nie miałam zamiaru uciekać. Wyciągnęłam swój miecz, chwaląc w duchu Nara, że chociaż trochę nauczył mnie już walczyć.
- Broń się, Jedi – powiedziała moja matka i zaatakowała mnie.
A potem wszystko było już znajome. Dokładnie tak jak to przewidziałam. Walczyłam tak długo, jak mogłam. Powoli traciłam jednak siły. W końcu ona była doświadczoną wojowniczką, a ja tylko raz w życiu posługiwałam się mieczem w walce. Nagle wytrąciła mi miecz z ręki, a ja upadłam na kolana.
- Jesteś słaba – powiedziała kobieta, trzymając miecz przy moim gardle i znów mogłam mówić z pamięci dokładnie to co ona, wiedziałam już jak to się skończy – Zupełnie jak ja, zanim odnalazłam właściwą drogę. Teraz ty wybieraj, przyłącz się do mnie albo giń.
Oddychałam ciężko. Wszystkie mięśnie mojego ciała boleśnie pulsowały. Nie jestem słaba, powtarzałam sobie w duchu.
- Nie – powiedziałam cicho.
- Co? Nie słyszałam, możesz powtórzyć? – zapytała kobieta i zraniła mnie mieczem w ramię.
Poczułam przeszywający ból, łzy napłynęły mi do oczu, ale powtórzyłam głośniej:
- Nie. Nie przyłączę się do ciebie.
- A to szkoda – powiedziała i podniosła miecz – Nie musiało tak być.
Byłam gotowa. Pogodziłam się już z myślą, że zginę. Ale wiedziałam jedno – nie byłam słaba. Ktoś słaby nie podjąłby takiej decyzji. Wolałby zrezygnować ze swoich przekonań i żyć. A ja tego nie chciałam. Wiedziałam, że wtedy przestałabym być sobą. Tak czy inaczej czekała mnie śmierć. Ale skoro miałam już wybierać, wolałam ten jej rodzaj niż zatracenie samej siebie. Moja matka machnęła mieczem, ale nagle usłyszałyśmy dźwięk ogromnego wybuchu i drzwi do tego pomieszczenia wyleciały w powietrze. To dało mi okazję do działania. Wyrwałam matce miecz z ręki i wycelowałam w nią ostrze. Ona wolała jednak uciec niż stanąć do dalszej walki. Zupełnie jak ja. Kiedyś. Podbiegła do ściany i wyskoczyła przez jedyne okno. W tym samym momencie do sali wpadli Nar i Cień. Wyłączyłam miecz i podniosłam swój. Miałam teraz dwa miecze, a na żaden tak naprawdę nie zasługiwałam.
- Ty się zajmij swoją Padawanką, a ja ją złapię – powiedział Cień, wskazując głową okno.
- I ominie mnie cała zabawa? – zapytał Nar, ale jego „brata” już nie było. Zwrócił się więc do mnie – Chodźmy już, wystarczy ci tego popisywania się na dzisiaj.
- Tak jest – powiedziałam z uśmiechem i wybiegłam za nim z pomieszczenia.
Okazało się, że nadal jestem na Yavin 4. Musiałam być jednak w jakiejś innej części planety, bo nie przypominałam sobie tych lasów. Wbiegliśmy na dużą polanę, Nar był dosyć daleko przede mną. No cóż, nigdy nie byłam zbyt dobra w bieganiu. A teraz było jeszcze gorzej, bo byłam ranna.
- Mistrzu, zaczekaj! – zawołałam i od razu ugryzłam się w język, ale było już za późno. Nar został postrzelony w ramię, przeklął i zaczął odbijać kolejne strzały. To była moja matka, czułam to. Włączyłam swój miecz i starałam się pomóc Narowi. Z lasu wyszła kobieta, strzelając do nas cały czas. Potem poczułam, że drugi miecz, który przypięłam wcześniej do pasa, porusza się delikatnie. Zaraz po tym poleciał wprost do jej ręki. Przestała strzelać, włączyła miecz i zaatakowała. Poczułam, że coś odpycha mnie do tyłu. Już raz tak miałam, więc zrozumiałam od razu. Nar nie chciał, żebym walczyła. Zresztą pewnie miał rację, tylko bym zawadzała. Ale nie umiałam tak po prostu stać i patrzeć, musiałam coś zrobić. Tylko nie wiedziałam co. Nagle z lasu wybiegła jeszcze jedna osoba, tym razem był to Cień, który od razu dołączył do Nara w walce. W pewnym momencie jednak moja matka zdołała się od nich odrobinę oddalić i skoczyła w moim kierunku. Chciałam się bronić, ale wyrwała mi Mocą miecz z ręki. Pozostało mi tylko jedno. Moja matka podniosła miecz, żeby zadać mi ostateczny cios. W tym samym momencie wyciągnęłam blaster i strzeliłam. Zobaczyłam jeszcze jedynie przerażenie w jej oczach, a potem coś innego. Była szczęśliwa, nawet się uśmiechnęła, a potem upadła na ziemię. I to był koniec. A ja nadal tam stałam z blasterem w dłoni i nie mogłam uwierzyć, że to zrobiłam. Zabiłam własną matkę. Po policzku spłynęła mi łza. Przypięłam blaster do pasa i otarłam ją. „Nie, to nie była moja matka. Ona zginęła już dawno temu”, pomyślałam i spojrzałam na Cienia i Nara.
- Wracajmy – powiedziałam i dodałam z uśmiechem – Wystarczy mi tego popisywania się na dzisiaj.

Epilog


Wróciliśmy do Akademii, a ciało mojej matki wkrótce zostało spalone. Jeszcze przez kilka dni trudno było mi wrócić do codziennego, zakonnego życia. W końcu jednak pogodziłam się ze stratą matki, tak jak wcześniej bliskich mi osób. Nie miałam wizji, ale wiedziałam, że kiedyś mogą znów wrócić. Czasami myślałam, co by było, gdybym spróbowała do nich nie dopuścić. Ale doszłam do tego, że to nie miałoby sensu. Mogłam jedynie doprowadzić do jeszcze czegoś gorszego. Moje rany szybko się zagoiły i wróciłam do szkolenia. Nar chciał oczywiście wiedzieć, co się stało zanim mnie uratowali. Opowiedziałam mu wszystko po kolei. Chwilami chyba nawet jemu trudno było w to wszystko uwierzyć, ale wiedział, że nie kłamię. Wróciliśmy także do badania holocronu mojej matki. Okazał się bardzo przydatny, bo zapisała w nim wszystko jeszcze zanim gniew całkowicie nią zawładnął. Tylko z niego mogłam tak naprawdę dowiedzieć się, jaka ona była. Usunęliśmy też nadajnik z mojego miecza. I było jeszcze coś. Pewien szczegół, o którym nie wspomniała moja matka...
Był to mój naszyjnik. Wszystko wskazywało na to, że nie wiedziała w ogóle o tym, że go mam. Ale w takim razie to nie ona mi go zostawiła. A skoro nie ona, to musiał to być ktoś jej bliski. Miałam przeczucie, że jeszcze nie wszystkiego o swojej przeszłości się dowiedziałam. Na razie wolałam jednak nie szukać odpowiedzi. Kiedy przyjdzie na to czas, z pewnością poznam prawdę. A do tego czasu, miałam coś do załatwienia.
Jestem Jedi i nic tego nie zmieni, dopóki sama nie będę tego chciała. Postanowiłam zrobić wszystko, aby być godną tego tytułu. Skupiłam się na szkoleniu i poznawaniu tajników Mocy. To było moim zadaniem, a także przeznaczeniem. Nie miałam co do tego wątpliwości. Nareszcie odnalazłam spokój. Nie na swojej rodzinnej planecie, nie w zacisznym miejscu, ale w głębi siebie. Jedynym sposobem na odnalezienie go było pogodzenie się z tym, kim jestem. Udało mi się to, a więc nie byłam słaba. Taki był początek mojej przygody z Zakonem Jedi. Oby trwała jak najdłużej.
Wróć na górę