Pomiń nawigację™
Logo Jedi Order - małe
Home - ikonka HOME O NAS REKRUTACJA FORUM

Zagłada

Autor: Zan Ccathum

Gromki śmiech grupki nastolatków pośród szumu fal. Spotkali się bez okazji, dla siebie, świętować tylko to, że są. Że istnieją. To ważne, by w buntowniczym okresie życia mieć kogoś, z kim można swobodnie porozmawiać, na kim można się oprzeć, z kim można pożartować. Czas zmian, jednak oni się nie zmieniają. Od kilku lat w jednej grupie zaufanych ludzi. Siedząc przy ognisku rozmawiają o swoich wspólnych przeżyciach. Dzielą się swoimi wspomnieniami, spostrzeżeniami. Każdy z nich ma swój wkład w te wspomnienia. Nie potrafili sobie wyobrazić życia bez wszystkich tu zgromadzonych, a jeśli nawet byłoby to ogromnym bólem.
- Imperium już nie istnieje, nie mamy czego się obawiać. – powiedział jeden z nastolatków ściskając swoją dziewczynę. Siedzieli na jakiś kamieniach, wokół ogniska. Dwa roboty typu R2 krążyły w koło nich, co chwila dając sygnały, że pora już wracać do domu, bo rodzice będą niezadowoleni… Rodzice. Zawsze starają się naciskać na nich, ‘przygnieść’ ich by nie byli tacy buntowniczy, tacy pyskaci. A im bardziej się starają, tym bardziej się złoszczą, nastolatki nie lubią, gdy próbuje się ich trzymać na wodzy.
- Zostały jeszcze tylko niedobitki, wierzący w potęgę Imperatora, lubujący się w jego ideałach. Chciał być Panem Galaktyki, teraz możemy tańczyć na jego grobie, radując się z wolności. A Nowa Republika wybije tych imperialnych niedobitków, którzy jeszcze stawiają im opór. Słuchali siebie nawzajem, wspominając jak musieli uginać się pod jarzmem sługusów Imperatora Palpatine’a i jego Mrocznego Lorda – Dartha Vadera. Dziewczyna wyrwała się z objęć swojego chłopaka, i pobiegła w stronę morza śmiejąc się radośnie. Chłopak jej wstał i pognał za nią w stronę zachodzącego słońca, również radując się w głos, ciesząc się z życia. Śmiech wyrazem jedności ich bratnich dusz.

***


Nastał zmierzch. Ciemność. Trzymając w ramionach swojego jedynego, ukochanego synka nie miała pojęcia, że za chwilę stanie się coś, co na zawsze odmieni sumienia niektórych ludzi w galaktyce. Chciała pokazać mu jak bardzo go kocha, pokazać mu otaczający go świat. Będzie musiała nauczyć go jak w tym świecie sobie radzić, jak nie okazywać bólu. Miała cichą nadzieję, że gdy on powoli będzie dorastał, w galaktyce będzie już spokojnie. Jeszcze lepiej niż jest teraz. Dziecko spoglądało na nią, swoimi dużymi zielonymi oczami. Bawiło się jej włosami, po chwili jednak obiema pulchnymi rączkami złapało matkę za twarz i ‘złączyli’ się noskami. Matka, jak i dziecko roześmiali się głośno. Miało nie więcej jak trzy standardowych lat. Matka nie przestawała nigdy okazywać mu miłości i czułości, dziecko żyło w pełnym dobrobycie, nie przejmując się kompletnie niczym, miało swoje beztroskie dziecinne marzenia o swoim stateczku, czy koparce. Lekki podmuch wiatru wprawił liście w ruch tworząc przyjemny dla ucha szelest, przez niektórych uważany za szczęście, za piękno życia. Kobieta słysząc to skręciła głowę w lewo, i zobaczyła swojego męża – uśmiechniętego, z okularami na zakrzywionym nosie, z perlistymi kroplami potu po pracy na czole. Ale szczęśliwego, bo wracał do swojej rodziny i mógł oddać się błogiej chwili czułości. Kobieta postawiła swoje dziecko na ziemi.

- Spójrz, tam idzie tatuś! – szepnęła mu w uszko, schylając się nad nim i pokazując palcem w zbliżającą się z każdą chwilą postać. Dziecko puściło się biegiem z otwartymi ramionami, niezdarnie biegnąc po zielonej trawie. Ojciec położył teczkę na ziemi i także zaczął biec. Rzucili się sobie w ramiona, jakby nie widzieli się od kilku lat, jakby każdego dnia i nocy myśleli o sobie. A przecież nie było go tylko jeden dzień – wracał codziennie wieczorem by nad rankiem znów zniknąć i pogrążyć się w pracy. Wziął synka na ręce i razem pośpieszyli do stojącej w świetle z ganku mamy. Mężczyzna przywitał ją długim pocałunkiem, po czym wziął jej jedną rękę i ścisnął, a kobieta wzięła dziecko na drugą rękę, i instynktownie przytuliła, przeczuwając, że za chwilę tak naprawdę przestaną istnieć…
Parę kilometrów od tamtego miejsca dwoje zakochanych przysięgali sobie miłość. Ruszyli razem w stronę domów, pozostawiając za sobą wyryte na drzewie serce, ze swoimi inicjałami i napisem „Dopóki śmierć nas nie rozłączy…” Faktycznie, ich miłość przetrwa do tej chwili…

***


Dwaj przestępcy spotkali się w ciemnej uliczce dwóch budynków, gdzie nikt nie mógł ich zobaczyć. Wyjęli z kieszeni swoje zdobycze wieczoru. Jeden miał cenne zegarki i biżuterie, drugi zaś ukradł narzędzia, Datakarty i inne własności bogatych, światowych ludzi. Po cichu świętowali swoje małe zwycięstwo, robiąc to już nie po raz pierwszy, lecz ciągle to tylko małe przestępstwa. Wiedzieli, że będą musieli zając się czymś poważniejszym, bardziej cięższym przedmiotami, by na tym tak na poważnie zarobić. Tylko w ten sposób widzieli życie, a sami wybrali taką drogę. Mogli nie popadać w łaski swoich starszych kolegów, mogli słuchać o wiele mądrzejszych i doświadczonych kolegów. A teraz zostali sami, mając tylko kolegów – szmuglerów, którzy przy pierwszej lepszej okazji, za pokaźną sumkę sprzedaliby nawet i jego. Ruszyli w stronę jakiegoś baru, wydać nieuczciwie zarobione wcześniej pieniądze. Niedaleko od nich różni ludzie, bogaci i biedni wlewali w siebie litry trunku, który pozbawiał ich trzeźwego myślenia. Chcieli być inni, lepsi, fajniejsi, odważniejsi. Chcieli, żeby coś mocniejszego zapewniło im całonocne atrakcje, tylko w ten sposób potrafili się bawić. W innym pokoju zaćpani przyprawą do nieprzytomności leżeli w kałuży własnych wymiocin. Właśnie tak zakończą swój nędzny żywot, a chcieli mieć radość z życia…

***


Para starszych ludzi siedzących na ławeczce przed swoim domem, podziwiając piękny ogród – dorobek praktycznie całego ich życia. Wspominają stare czasy, myślą o swoich dorosłych już dzieciach, o ich dzieciach. Myślą o przeminionym czasie, o tym co zrobili źle, a ile daliby by cofnąć czas. Myślą także o przyszłości. Razem przeżyli swoje życie, wzloty i upadki, ucisk imperium. Jakim cudem udało im się przeżyć nie narażając nikogo z bliskich na gniew? Tego nie wiedzieli, ale zobaczyli wiele rzeczy, oczy ich pełne są doświadczenia, współczucia, czułości. Wiedzą, że Ci którzy jeszcze na tym świecie dłużej pozostaną będą mieli trudne chwile przed sobą i będą musieli sobie poradzić. Razem, trzymając się za ręce i rozmyślając o marzeniach przeżywają zmierzch swojego życia….
Robot medyczny przyjmujący poród na jednej z placówek medycznych. Matka cała zlana potem, głośno łapiąca powietrze, trzymająca rękę swojego męża z pełnym zaufaniem, w nadziej, w miłości. Noworodek zaczyna krzyczeć, robot medyczny pokazuje dziecko rodzicom. Za chwilę jednak wszystko zamieni się w pył.
Śmierć matki, potężnym ciosem dla całej rodziny. Mąż i prawie już dorosłe dzieci płaczące przy łóżku umarłej, która już robiła się zimna. Odeszła mając głęboką wiarę i nadzieję, że sobie poradzą. „Święty cień jej znikł tak cicho i spokojnie, jakby śmierć była dla niego nagrodą za cierpienia tu wycierpiane.” Nikt nie spodziewa się, że tak szybko znów się z nią połączą, znów ją zobaczą i pójdą ‘dalej’.

Rząd szturmowców w imperialnej akademii czekający na rozkazy. Ciągle tworzeni nowi – bezimienni, oddziały upadłego już imperium.
Ambasador Furgan, zaślepiony pychą i chciwością, widząc potężną broń w rękach chłopca robi największy błąd w swoim życiu – podaje mu błędną informacje o śmierci jego brata. Kyp Durron, młody Jedi, który stoczył się na Ciemną Stronę wpada w szał. Odpala torpedy niszcząc w ten sposób Caridę i praktycznie wszystkie istnienia żyjące na tej planecie. Dlaczego niewinne istoty muszą płacić za czyjeś błędy? Pozostał tylko pył… „Pustka i szok, jaką odczuwa się na wiadomość o nagłej śmierci bliskiego przyjaciela… Świadomość bezskutecznie szukała osoby, którą mogłaby podporządkować temu odczuciu, by je opanować, ale uczucie pustki rozciągała się w bezdenną otchłań…” Nauka posługiwania się Mocą zmienia wszystko. Świadomość, jesteśmy bardziej świadomi. Świadomość – Dar, czy przekleństwo?

W opowiadaniu wykorzystano cytat z „Dzienników” Stefana Żeromskiego, a także fragment z „Ja, Jedi” Michael’a A. Stackpole.
Wróć na górę