Pomiń nawigację™
Logo Jedi Order - małe
Home - ikonka HOME O NAS REKRUTACJA FORUM

Prowadzony przez Moc

Autor: Merkus Lann

Zimno.
Ból.
Śmierć.
Przytłaczający, przeszywający aż do szpiku kostnego odór śmierci. Oblepiający całe ciało jak smar. Wchodzący w nozdrza i dostający się do płuc. Wywołujący mdłości. Rozlewający się pod zamkniętymi powiekami. Biegnący wzdłuż każdego nawet najmniejszego nerwu wprost do mózgu. Wbijający się w niego niczym setki igieł.
Odór śmierci.
Cokolwiek bym zrobił czułem go ciągle. Był jak pulsująca bólem żyła, jak krwiak w Mocy, która była wszędzie. Czułem go w niej. Czułem jego mroczną esencję. Esencję śmierci. Esencję strachu i grozy. Esencję Ciemnej Strony. Śmierć przyciągała mnie w Mocy. Wyciągała swe przegniłe palce by mnie dotknąć, dosięgnąć, zabrać. Przyciągała mnie i przesłaniała wszystko. Była jak ogromny ptak zasłaniający niebo, przesłaniający słońce, okrywający ziemie mrokiem. Wirowała w mej czaszce. Dudniła. Kołatała. Uderzała w jej ściany jak oszalały Rankor zamknięty w klatce. Jak tańcząca kobieta. Jak każda tańcząca kobieta miała swego partnera.
Ból.
Znów ból. Jak zawsze towarzysz śmierci. Towarzysz żerujący na każdej żywej istocie. Towarzysz nierozłączny. Partner tańczącej śmierci. Lecz to ból sprawił, że w mym umyśle narodziła się pewna myśl. Myśl, którą zawsze wywołuje ból. Myśl każdej istoty. Myśl przeżycia.
Przeżyć. Przeżyć. Żyć.
Moją głowę przepełniła się obłąkańczą chęcią życia. Powoli zacząłem otwierać oczy. Wtedy znów zaatakowała mnie śmierć. Jej odór nie zapomniał o mnie i zaskoczył mnie w tedy, kiedy się go nie spodziewałem. Wdarł się z siła młota w mój umysł. Pogruchotał każdą myśl. Zamazany obraz, który miałem przed oczami zawirował, a ja poczułem, że zaczynam spadać. Lecieć w czarną otchłań rozpaczy. Przymknąłem powieki.
Blask. Światło porażające me oczy. Wszędzie oślepiający blask.
- Rusz się! Stoi jak bantha! - Ktoś krzyknął. Zamyślenie zaraz przeminęło. Stałem na środku ulicy w Mos Espa. Piasek pod mymi stopami przesuwał lekki wiatr. Wszędzie wokół mnie piętrzyły się budynki. Enklawa na pustyni. Oaza życia na tej jałowej planecie.
Spojrzałem w stronę skąd dochodził głos. Przed moimi oczami ukazał się Dewbac, a na nim siedziała ubrana w strój chroniący przed piaskiem i pyłem humanoidalna istota. Maska filtrująca zakurzone powietrze, zakrywająca jej twarz ukrywała także jej rasę.
- No ruszysz się, czy mam czekać cały dzień?! - Krzyknęła postać zachrypniętym głosem. - Zaraz - odpowiedziałem, mój głos wydawał mi się dziwnie daleki. Jak gdyby nieobecny. Dochodzący z oddali.
- Merkus! - Tym razem usłyszałem inną osobę. Nie pamiętałem osoby o tym imieniu, ale wiedziałem, że nie jest ono mi obce. Już kiedyś je słyszałem wiele razy, lecz mój umysł nie pamiętał, do kogo należy. Nagle pojawiła się myśl. To ja. To moje imię. To ja się tak nazywam. Odwróciłem wzrok i zobaczyłem niską, szczupłą blondynkę, która biegła w moją stronę. W głowie pojawiło się imię.
- Agnes! - Krzyknąłem. Zacząłem iść w jej stronę a moje ciało wydawało mi się dziwnie ociężałe. Jakbym szedł po pas w bagnie. Za sobą usłyszałem rżenie Dewaca i przekleństwa rozzłoszczonego woźnicy. Agnes pod biegła do mnie i chwyciła mnie za rękę.
- Chodź! Szybko! Gas już tam jest! No szybciej! - I pociągnęła mnie, a moje ciało zaczęło powoli pracować normalnie i wychodzić z dziwnego otępienia.
Co się ze mną dzieje? - Pomyślałem. Agnes skierowała nasze kroki w jedną z wąskich uliczek i na jej końcu zobaczyłem masę kłębiących się ludzi. Gdy wyszliśmy z uliczki moim oczom ukazał się duży plac z ludźmi stojącymi na środku. Wśród ogólnego harmidru dało się uchwycić słowo "Martwy". Moją duszę przeszyła strzała mrozu.
Nagle moją uwagę przyciągnęła osoba krzycząca wśród tłumu najgłośniej. Wyczułem w tym głosie Moc. Moc dającą spokój tłumowi. Moc potęgującą głos, aby każdy go usłyszał.
- Proszę o spokój. Uspokójcie się!
Zacząłem pchać się przez motłoch w stronę osoby proszącej o spokój. Z każdą chwilą czułem coraz większy strach ludzi. Im byłem bliżej środka tym bardziej się on potęgował. Nagle tłum się skończył. Przede mną stał młody mężczyzna i na mój widok wyczułem od niego płynącą w Mocy ulgę.
-Gas. Co się dzieje? - Zapytałem. Gas nadal krzycząc wskazał ręką w dół.
Przede mną na ziemi leżało martwe ciało grubego mężczyzny, a ja stałem w kałuży krwi wylewającej się z jego rozharatanego brzucha. Prócz krwi na zewnątrz wylewały się zwały tłuszczu i flaki.
W mój umysł z siła pędzącego X-winga uderzył odór śmierci. Zacząłem czuć mdłości a w mej głowie znów zatańczyła śmierć i ból. Zatoczyłem się i poślizgnąłem. Lecz zamiast wpadnięcia w kałużę krwi poczułem pod sobą zimną posadzkę.
Sen. To tylko sen - pojawiła się w mej głowie myśl. Sen? Może wizja. Wizja w Mocy. Wydawało mi się, że już kiedyś to było. Kiedyś się to zdarzyło. Przeszłość? Chyba tak. Powoli otworzyłem oczy i wszystko znów zaczęło wirować, lecz wirował tylko obraz. Myśli były czyste i klarowne. Odór śmierci wycofał się. Czekał na następną chwilę dobrą do ataku. Z każdą chwilą rozmazany i wirujący wzrok uspokajał się.
Gdy stał się już całkowicie czysty i dokładny zobaczyłem, że leżę na podłodze w moim pokoju. W Akademii Jedi na Yavinie. Powoli przetoczyłem się na bok i zacząłem wstawać podpierając się rękami. Po długiej chwili strasznego wysiłku udało mi się stanąć.
Nagle wróciły mdłości i obraz znów zaczął wirować. Zatoczyłem się w stronę ściany i oparłem o nią całym ciałem czekając aż wszystko minie. Po chwili wszystko ustało. Robiąc chwiejne kroki skierowałem się do łazienki. Każdy metr był katorgą dla mego ciała. Otępienie w nogach nie pozwalało mi na nich ustać. Wszedłem powoli i niepewnie do łazienki. Pomieszczenie było małe. Zaraz przy drzwiach mieściła się umywalka z wiszącym nad nią lustrem, zaraz dalej naprzeciw drzwi stał prysznic z kotarą.
Podszedłem do umywalki i oparłem się o nią rękami. Spojrzałem w lustro i zobaczyłem w nim swoją twarz. Zmęczenie było widać całkowicie. Zmierzwione, tłuste włosy na głowie opadały pasmami na szarą twarz. Zmęczone, podkrążone i przekrwione oczy patrzały wprost na mnie. W źrenicach ujrzałem pustkę, nieskończoną ciemność.
Odkręciłem wodę i obiema dłońmi przemyłem twarz, a gdy znów spojrzałem w lustro zobaczyłem kogoś innego. Mały chłopiec wpatrywał się w lustro. Myśląc, że mam omamy spojrzałem w dół na swoje dłonie, lecz one też były małe. Zauważyłem też, że stoję na dziecięcym stołeczku. Gdy znów spojrzałem w górę zauważyłem, że znajduję się w białej dużej łazience. Nie wiedząc, co się dzieje zeskoczyłem ze stołka i małymi krokami wyszedłem z łazienki. Stałem w dużym pokoju pomalowanym w pastelowe kolory. Pod ścianą stały dwa łóżka. W jednym otulone kołdrą spało inne dziecko. Podszedłem do łóżeczka i przyjrzałem się śpiącej osobie.
W mojej głowie zaczęły pojawiać się myśli. Matrix. Mój brat. Rodzice kazali nam iść spać a sami poszli do restauracji naprzeciwko. Szybko wybiegłem z pokoju na korytarz i dokładnie wiedząc gdzie się kierować wbiegłem do pokoju gościnnego i podbiegłem do okna. Na zewnątrz, oddzielony ode mnie iluminatorem świat tętnił życiem. Zobaczyłem dziesiątki śmigaczy lecących w różnych kierunkach. Naprzeciw ulicy górował olbrzymi wieżowiec, a na dole po ulicach poruszały się setki istot. Na wieżowcu świecił wielki czerwony napis "Hotel Rectona Plassa". To tam rodzice poszli na kolacje, a ja spojrzałem na kilka pierwszych pięter gdzie mieściła się restauracja.. Chociaż była już prawie noc przez setki świateł było widno jak w dzień.
Nagle poczułem coś dziwnego. Od strony wieżowca czułem dziwne pulsowanie i nagle w miejscu gdzie mieściły się 3 najniższe piętra zobaczyłem oślepiający blask i usłyszałem ogromny huk. Jakaś ogromna siła odrzuciła mnie od okna i upadłem na podłogę. Poczułem jak na moją głowę wypełnia ból, a wokół siebie poczułem strach i śmierć.
Śmierć.
W mojej głowie zakwitła myśl, że straszliwa tancerka znów zaatakowała mnie z ogromną siła. Poczułem jak ciepły płyn zaczyna zlewać mi się na czoło. Nagła myśl uświadomiła mi, że to krew. Czerwony płyn życia wyciekał spod mych włosów. Nie śmiałem otworzyć oczu bojąc się, co zobaczę. Jednak one same się otworzyły, gdy płyn zaczął na nie spływać.
Moim oczom ukazał się prysznic, a ja zauważyłem, że leże w nim. Z jednej z rurek lecących pod sufitem na moje czoło skapywała gorąca woda. Moja głowa znów pulsowała otępiałym bólem, lecz ból zaczynał powoli ustępować. Powoli rękami chwyciłem wiszącą nade mną kotarę i zacząłem się po niej wciągać w górę.
Nagle w głowie mi zawirowało i zamknąłem oczy, a gdy je ponownie otworzyłem zobaczyłem nad sobą niebieskie niebo, a ja wisiałem na ścianie i trzymałem się liny. Troszkę wyżej ode mnie wspinała się inna osoba. Gdy odwróciłem głowę w bok stromego zbocza zobaczyłem kolejną osobę wspinającą się po innej linie, a nad nią jeszcze jedną. Spojrzałem na swój strój i dopiero teraz zauważyłem, że wspinam się bez żadnych zabezpieczeń. Szybko przywarłem całym ciałem do ściany i zacisnąłem mocniej dłonie w rękawicach ochronnych na linie.
- Jak wam idzie? - Usłyszałem głos postaci z góry i gdy spojrzałem na nią rozpoznałem w niej Heliana.
- Jakoś idzie! - Odkrzyknęła postać obok mnie i zobaczyłem, że to Vengar powoli wciąga się w górę zbocza.
- A Ty Merkus? - Usłyszałem trzecią osobę i już wiedziałem, że to Adon.
Zacząłem wspinać się powoli w górę.
- W porządku! - Krzyknąłem wspinając się dalej.
- Tylko nie patrz w dół! - Krzyknął Adon i zaczął się śmiać. Zacząłem myśleć o tym żeby nie patrzeć w dół i z każdą chwilą, gdy myślałem o tym mocniej miąłem większą chęć spojrzenia pod siebie. Nie mogąc dłużej wytrzymać przestałem się wspinać i spojrzałem w dół. Pode mną na setkach pagórków rozciągały się połacie lasów. W niektórych miejscach zauważyłem cienkie niebieskie kreski potoczków i zielone plamy łąk. Nagle dotarło do mnie, że znajdujemy się na około 300 metrach nad ziemią. Zakręciło mi się w głowie i mój uchwyt na linie zelżał. Moją słabość natychmiast wykorzystała grawitacja, która pociągnęła mnie w dół.
Poczułem wokół siebie śmierć. Jak zawsze zaatakowała wtedy kiedy nie powinna. Zaatakowała strachem i paniką. Zamknąłem oczy a pod powiekami ujrzałem ciemność. Ciemność, która mnie przyzywała i chciała pochłonąć. Tańcząca śmierć zaczęła mnie ciągnąć w stronę ciemności i nadal spadałem, lecz tym razem w otchłań. Wiedząc, że upadek jest nieunikniony bardzo się zdziwiłem, kiedy uderzyłem w coś twardego, lecz nie umarłem. A może umarłem? Może tak wygląda śmierć? W głowie narodziły się pytania. Jedyną odpowiedzią było otworzenie oczu. Wiec to uczyniłem.
Znów zobaczyłem nad sobą prysznic i rurki, lecz tym razem kotara już nie wisiała tam gdzie poprzednio. Tym razem znajdowała się oderwana w moich dłoniach. Szeleszcząc sztucznym materiałem odrzuciłem ją w bok i powoli zacząłem wstawać. Czułem każdy swój mięsień. Każdy pojedynczo. Każdy tym samym tępym bólem. Gdy stanąłem w miarę stabilnie na nogach powoli zacząłem sunąć do drzwi łazienki.
Wtedy znów zaatakowała śmierć. Z każdym krokiem coraz bardziej kręciło mi się w głowie, lecz nadal szedłem ku drzwiom. Gdy drzwi się odtworzyły poczułem z całą siłą odór śmierci. Tym razem był dużo silniejszy. Pchnął mnie przez wyjście do pokoju i upadłem na kolana. Odwieczny partner śmierci - ból - zaszedł mnie od tyłu i z całą siłą eksplodował w mojej czaszce. Padłem całym ciałem na podłogę. Ból kumulował się i powodował, że czułem jakby każdą komórkę w mym ciele nabijali na igłę. Potęgował się. Narastał. W pewnym momencie zatraciłem się w nim. Czułem już tylko jak moje ręce wykrzywiają się w konwulsjach w różne strony.
Czyżby to był koniec? Czyżby tak miała wyglądać moja śmierć? Nie! Muszę się oprzeć. Muszę pokonać tę potężną parę. Muszę zwyciężyć. Powoli zacząłem wstawać. Wpierw podniosłem się do klęczek później stanąłem chwiejnie na nogach. Ból jednak ciągle trwał. Otworzyłem oczy i zobaczyłem, że nie jestem już w swoim pokoju.
Stałem na środku długiego pustego korytarza. Koniec, na który patrzyłem znikał za zakrętem. Czułem nadal ból, jednak skoncentrował się on w dwóch miejscach - miejscach prawym kolanie i w okolicach żołądka. Przywołałem Moc i skierowałem ją w te miejsca, aby uśmierzyć cierpienie. Kiedy całkowicie znikło ruszyłem korytarzem przed siebie. Nie wiedziałem, dlaczego tam idę ani co się znajduje za zakrętem, lecz coś kazało mi się tam kierować. Gdy byłem już prawie przy zakręcie usłyszałem dochodzący z tamtej strony krzyk.
- Merkus!!! - Ktoś mnie wołał. Wypadłem biegiem z zakrętu i znalazłem się w ogromnej sali. Była szeroka i bardzo wysoka. Na ścianie znajdowały się olbrzymie okna.
Na środku sali stała wysoka, zielono-włosa kobieta, a obok niej z dwoma mieczami świetlnymi stał człowiek. Zacząłem biec w ich stronę. Nagle ze wszystkich okien zaczęły wychodzić setki mrówko-podobnych, wielkości człowieka obcych. Wylewały się falą po suficie, ścianach i podłodze kierując się ku środkowi pomieszczenia. Biegłem ile sił w nogach i zobaczyłem, że kobieta kieruje się w moją stronę. Wtedy dopiero ją rozpoznałem - to była Kej. Lecz była starsza. Potwory dotarły do mężczyzny, którym jak mnie się wydawało, był Alum Tauk. Alum włączył dwa błękitne ostrza i zaczął atakować monstra. Wtedy dotarła do mnie Kej.
- Szybko.. Merkus... Jest ich zbyt wiele... nie pokonamy ich - zdyszana zaczęła wyrzucać z siebie słowa.
- Uciekaj! - Krzyknąłem i chwyciłem ją za rękę. - Uciekaj my sobie poradzimy!
- Nie!
- Uciekaj! - Krzyknąłem na nią i popchnąłem w stronę korytarza skąd przyszedłem, a sam zacząłem biec ku Alumowi. Na chwilkę jeszcze odwróciłem wzrok i zobaczyłem, że Firrerrianka wbiega w korytarz i znika za zakrętem.
Kiedy dotarłem do Aluma w moich dłoniach jarzyły się już dwa fioletowe ostrza. W samą porę by odciąć głowy dwóm stworom, które zaszły Mistrza Jedi od tyłu. Otwierając się na jak największy przepływ Mocy wpadłem w tłum potworów. Nie patrzyłem jak idzie, Alumowi, bo nie miałem czasu. Zacząłem obcinać dziesiątki ostro zakończonych nóg. Siekłem ciała potworów od głowy po twarde, chitynowe odwłoki. Wbijałem i ciałem. Ogarnęła mnie myśl zabicia wszystkiego, co jest wokół mnie.
Nagle poczułem wezwanie pomocy od Aluma. Skoncentrowałem się i pchnąłem wszystkie potwory, które kłębiły się na mej drodze do mężczyzny. Kątem oka widziałem jak szybują w powietrzu i spadają pośród swoich braci. Ciągle mordując wciąż napływające nowymi falami potwory sunąłem w stronę Aluma. Potykałem się o truchła wcześniej zabitych insektoidów. W końcu dobiłem się do mężczyzny i zobaczyłem, że nowe potwory wychodzą po ciałach martwych braci. Niektóre wchodziły nawet jeden na drugiego. Kłębiły się i kotłowały przeplatały odnóżami.
Miecze w moich i Aluma dłoniach wyglądały jak cztery rażące otoczenie błyskawice - niszczące i zabijające każde życie. Zetknęliśmy się z Alumem plecami i mordowaliśmy stwory jak jedna istota. Moc przepływająca przeze mnie niwelowała całe uczucie zmęczenia. Dodawała odwagi i pewności siebie.
Po pewnym czasie wokół nas utworzyły się wysokie zwały trupów. Jednak insektoidy atakowały nadal, a ja widziałem, że przez ogromne okna przesypują się jeszcze ich nieskończone ilości. W końcu stworzyły wokół nas jak gdyby kopułę i atakowały nas od góry. Nie spodziewając się ataku spośród zwałów ciał poczułem przeszywający ból w prawym kolanie. Gdy na nie spojrzałem zobaczyłem, że jedno z ostro zakończonych odnóży tkwi wbite w moją rzepkę.
Opierając się plecami o plecy Aluma odciąłem nogę wroga tkwiącą mi w kolanie i nadal broniłem się przed atakami z góry. Z każdą sekundą jednak kolano coraz bardziej odmawiało mi posłuszeństwa. Nagle w moją nogę przeszył ból rozchodząc się spazmami po całym ciele. Stawał się nie do wytrzymania. Z każdą chwilą zbliżał się nieuchronny upadek, lecz ja ciąłem nadal.
Niespodziewanie poczułem falę bólu i strachu rozchodzącą się w Mocy od Aluma, a zaraz sam poczułem ból, który przeszył moje ciało rozchodząc się z brzucha. Nie czułem już ciała i ostatnim wysiłkiem woli spojrzałem w dół i zobaczyłem ostre odnóże, które wystaje mi z brzucha. Zacząłem upadać na brzuch i pociągnąłem za sobą mężczyznę, który przebity tym samym odnóżem, co ja był ze mną połączony jak sznurem.
Wtedy do bólu dołączyła śmierć. Powiała chłodnym wiatrem, który spowodował, że już nie czułem ciała. Nie czułem już niczego. Zamknąłem oczy i pod powiekami widziałem jak ciemność szczerszy do mnie zęby. Jak woła. Wyciąga w moją stronę swe dłonie. I znów zacząłem w nią spadać. Topiłem się w ciemnej, gęstej esencji śmierci. Jej odór wdzierał mi się w nozdrza i dusił.
Dusił i zalewał płuca.
Otworzyłem oczy i zobaczyłem wkoło ciemność. Ciemność, jakiej nigdy nie widziałem. Ciemność, która patrzała na mnie i zdawało się, że to ona jest istotą myślącą, a nie ja. Z ciemności wyłoniły się olbrzymie ciemno szare duchy. Ubrane w płaszcze wyglądali jak starożytni mistrzowie Jedi. Wyglądało na to, że żadna mnie nie zauważyła. Gdy zacząłem przyglądać się ich obliczom z każdą chwilą ludzkie twarze nabierały trupich cech.
Zaczęły chudnąć, skóra zaczęła się im łuszczyć i odpadać płatami. Gałki oczne zaczęły puchnąć, aż pękły z sykiem, a we wszystkie strony trysnęła woda z białkiem. W końcu stały przede mną już tylko szkielety ze zwisającymi zwałami skóry ubrane w stroje Jedi.
Nagle jedna z postaci przemówiła, a jej głos zmroził me ciało i duszę. Zdawał się być tak samo martwy jak mówca.
- Kim jesteś? Kim jesteś, że ośmielasz się przyzywać Moc? Kim jesteś, że ingerujesz w jej istotę, naruszasz ją i wykorzystujesz do swych czynów? Kim?
- Jesteś nikim! Nędznym robakiem, który odważa się przywoływać moce niekontrolowane! - Druga postać przemówiła straszliwym głosem podobnym do chrobotu tysięcy żerujących owadów.
- Nie masz prawa! - Krzyknęły wszystkie dusze straszliwym, piekielnym głosem. Krzyk wdarł się w moją czaszkę, a ja przycisnąłem dłonie do uszu i poczułem, że krew przepływa między moimi pacami i zlewa się po rękach.
- Nie masz prawa! - Krzyk trwał w mojej głowie i czułem jakby niszczył każdą komórkę, każdy neuron, każdy nerw. Jakby palił mój mózg od środka. Ból, który narodził upiorny wrzask był nie do zniesienia. Powodował, że przestawałem czuć. Otępiał.
Nagle pośród ogromnego cierpienia wywołanego tętnieniem czaszki zobaczyłem spod wpół zamkniętych oczu zalanych łzami rozmazany obraz przybliżających się dusz. Za tymi, które pojawiły się na początku wśród ciemności rodziły się kolejne. Sunęły w moją stronę, okrążały.
Nagle najbliższa z nich skoczyła w moją stronę i poczułem przenikający całe ciało, morderczy chłód. Upadłem i zacząłem się zwijać. W moje ciało zaczęły wskakiwać kolejne dusze. Jedna, dwie, pięć, dziesięć. W końcu straciłem rachubę i odczuwałem już tylko, że w moje ciało wlewa się nieskończona fala piekielnego chłodu, który zamrażał me kości. Powodował, że czułem jak każda z osobna pęka, roztrzaskuje się na kawałeczki. Zaś każda drzazga z kości wbijała się w moje mięśnie rodząc spazmy bólu w całym ciele.
Każdy z kręgów zaczął pękać z koszmarną siłą rwąc na kawałki mój rdzeń kręgowy. I z każdym następnym kawałkiem kręgu ból potęgował się w mózgu. W końcu była tak ogromny, że nie czułem już nic.
Śmierć zwyciężyła. Pokonała moje siły. Skatowała ciało. Uśmierciła wolę. Zamordowała duszę.
Nagle pośród nicości poczułem delikatne zimno. Nie było to już ten poprzedni rozpalający wręcz chłód, lecz tylko delikatne zimno.
Otworzyłem nieziemskim wysiłkiem oczy. Leżałem na podłodze w swoim pokoju w Akademii. Nie potrafiłem poruszyć żadną z kończyn wiec leżałem w bezruchu. To, że zasnąłem uświadomiłem sobie dopiero, kiedy otworzyłem oczy. Nadal leżałem na posadzce w pokoju, ale tym razem powoli zacząłem się czołgać w stronę krzesła stojącego przy łóżku. Z wielkim wysiłkiem wspiąłem się na nie i oparłem ciężko plecami.
Śmierć znów się wycofała zabierając ze sobą ból. Została tylko drętwota ciała i zmęczenie umysłu. Zamknąłem oczy i starałem się odpocząć. Powoli wracały mi siły. Moc lekko przepływała przez moje ciało odrzucając urazy po dziwnych wizjach.
Otworzyłem oczy i stwierdziłem, że siedzę w swoim X-wingu. Leciałem przez ciemną pustkę nakrapianą setkami świetlistych punktów. Sprawdziłem odczyty. Myśliwiec był gotowy do walki. W prowadziłem go w lekki skręt i moim oczom ukazał się statek przedziwnej konstrukcji. Wyglądający jak asteroida z mackami olbrzymi statek wystrzeliwał we wszystkie strony rozżarzone kule niszcząc kłębiące i ostrzeliwujące go setki myśliwców. Wokół statku zauważyłem też strzelające w niego z ciężkich dział korwety koreliańskie, a nawet kilka Niszczycieli Gwiezdnych klasy Imperial. Jednak statek zdawał się pochłaniać wszystkie strzały maleńkimi dziurami ciemności, które pojawiały się wszędzie tam gdzie kierowane były niszczycielskie wiązki energii.
Wystrzeliłem w stronę olbrzymiego statku. Nagle po mojej lewej pojawił się koraliański frachtowiec, a z prawej wyrósł inny X-wing. W głośnikach usłyszałem głos Nara.
- Tu Galaktyczny Złom. Sacrafice słyszysz mnie?
- Czysto i klarownie - odpowiedziałem w mikrofon.
- Tu Outsider. Jaki manewr szefie? - Zapytała.
- Atakujemy go od... - nagle wypowiedź Nara zagłuszył czyjś basowy głos na głównej częstotliwości.
- Do całej floty wycofujemy się. Dwa kolejne olbrzymy pojawiły się od strony księżyca. Macie wpisane koordynaty wiec wskakujcie bez pozwolenia - poczym głos umilkł pośród trzasków, a po przede mną jeden z Niszczycieli Gwiezdnych zmienił się w kulę ognia. Myśliwce, lekkie i ciężkie statki rozpierzchły się na wszystkie strony. Wprowadziłem X-winga w skręt i zacząłem się oddalać od pola bitwy.
Gdy byłem już wystarczająco daleko i chciałem wskoczyć w nadprzestrzeń zobaczyłem, że w moją stronę kieruje się małe pole asteroid. Gdy tylko odczyty pokazały mi, że to 12 wrogich myśliwców skręciłem ostro i odbiłem myśliwiec w prawo. Czułem adrenalinę w całym ciele i spokojny przepływ w Mocy potwierdził to, że uciekłem. Nagle poczułem silne uderzenie i kontrolki na panelu rozjarzyły się czerwienią, a myśliwiec wpadł w niekontrolowany korkociąg. Wirowanie wywołało mdłości i kątem oka zauważyłem, że jedno ze skrzydłem jest już tylko płonącą plazmą.
Wszechświat za iluminatorem wirował. Nagle na iluminatorze pojawiła się malutka pajęczyna pęknięć, która z każdą chwilą powiększała się i poszerzała. W pewnym momencie szyba pękła, a ja poczułem jak jakaś ogromna siła wydziera całe powietrze z moich płuc. Przez ciało rozszedł mi się przenikliwy chłód, a oczy zamgliły się. Zacząłem zapadać się w ciemność. Nie czułem nic. Tylko uczucie spadania w przepaść bez dna.
- Jesteś mój - usłyszałem cichy szept, jakby szelest w uchu. Wiedziałem, kto to mówi, a przez moje ciało przeszedł dreszcz. Zimny głos. Głos zawierający w sobie cierpienie milionów istot. Głos cichy i spokojny, a jednak zmrażający duszę i krzyczący rozpaczą.
- Jesteś nasz! - Tym razem drugi głos krzyknął w mej głowie i moje ciało zatrzepało się w konwulsjach. Jakby ktoś ostrymi paznokciami przejechał po tablicy. Ból eksplodował w mojej czaszce. Wiedziałem już, że ta straszliwa para - śmierć i ból wcale nie chcą mnie zabić. Bawiły się mną. Czerpały przyjemność z każdej chwili mojego cierpienia. Tańczyły z moją duszą w upiornym tańcu śmierci. Bawiły się moim ciałem wykrzywiając je w spazmach bólu.
Nagle ciemność znikła, a ja widziałem znów swój pokój. Siedziałem ciągle na krześle. Jednak tym razem śmierć i ból stały obok mnie.
Z prawej ciemna istota, która zdawało się pochłania nawet najmniejsze światło w swoim otoczeniu patrzyła na mnie oczami bez dna. Oczami głębokimi niczym czeluście piekieł. Patrzyła i przywoływała. Przyciągała moją duszę do siebie.
Po lewej zakuty w ciężką zbroję i zakryty upiorną maską stał Ból. Krew pokrywała całe jego ciało. Pokrywała, spływała i wylewała się na ziemię.
Nagle oboje wyciągnęli w moją stronę ręce. Pochwyciliby mnie i w końcu zwyciężyli gdyby nie to, że natrafili na świetlistą barierę, która odgrodziła mnie od nich. Nagle poczułem Moc. Niczym powiew ciepłego wiatru przyniosła ukojenie, pewność siebie i siłę. Przywiała chęć życia.
- Nie! Nie dostaniecie mnie! - Krzyknąłem i wyciągnąłem przed siebie ręce. Gdyby nie magiczna bariera stykalibyśmy się wszyscy palcami. Poczułem jak w moich wyciągniętych rękach zbiera się Moc, poczym spływa do dłoni. Kumulowała się. Zbierała. Potęgowała. Nigdy nie czułem takiej siły w sobie.
Nagle wystrzeliła w moich przeciwników, a Ci jak mgła rozwiali się w powietrzu. Z wysiłku zamknąłem oczy i opadłem w rezygnacji na krzesło.
Czy to nigdy się nie skończy? - Zadałem sobie pytanie.
- Wrócimy! - W mojej głowie zawył przerażający głos, a ja otworzyłem oczy. Siedziałem na łóżku, a za oknem była noc. Po mojej zlanej zimnym potem twarzy i torsie przeszedł dreszcz na wspomnienie dwóch straszliwych postaci. Nagle obok siebie poczułem lekkie poruszenie i usłyszałem znajomy łagodny głos.
- Coś się stało?
- Nie. Nic. To tylko sen - odpowiedziałem i wyczułem w swoim głosie ogromne zmęczenie. Położyłem się i zakryłem kołdrą. Powoli zapadałem w spokojny sen, ale obok nadal czułem mroczną dwójkę. Czułem, że ona będzie ciągle obok aby w odpowiednim momencie w końcu mnie pochwycić i wciągnąć w otchłań. Wciągnąć w ciemność. Lecz ja tak łatwo nie ulegnę. Będę się bronił.
Ból i śmierć mogą wyciągać swe dłonie, ale ja nie oddam się im dobrowolnie, bo przewodziła mi chęć życia.
Nareszcie czując się bezpiecznie zasnąłem.
Oddaliłem się w nieskończone odmęty snu, odmęty życia prowadzony przez Moc. Nieskończoną, niewyobrażalną siłę bytu.
Prowadzony przez Moc.

Wróć na górę