Pomiń nawigację™
Logo Jedi Order - małe
Home - ikonka HOME O NAS REKRUTACJA FORUM

Powrót do domu

Autor: Helian Liadon

Część 1

Planeta była jak zawsze niegościnna dla przybyszów. Ledwo udało mi się wynająć zdezelowany pełzak za niezwykle dużą stawkę.

Charakterystyczną cechą planety była specyficzna odmiana grzyba, która żywiła się wszelkimi metalami. Stosowanie skomplikowanej elektroniki kończyło się zazwyczaj wyrzuceniem przedmiotu do kosza.

Jedynymi działającymi urządzeniami były proste mechanizmy. Do ochrony przed niebezpieczeństwem najlepiej było stosować broń palną, a transportu żelazne maszyny na gąsienicach.

Tak wyposażeni ruszyliśmy w głąb dżungli. Nadchodziło lato i moje gosho powinno przemieszczać się w dół Ramienia dziadka – pasma gór na którym się wychowałem.

Miałem nadzieje spotkać matkę. Podziękować jej za wszystko co dla mnie zrobiła. Za wychowanie, za wiarę we mnie i za miłość.

Te myśli przeszywały moją głowę, gdy maszyna przemierzała dżunglę. Rozglądałem się za znajomymi miejscami, ale gąszcz nigdy nie był identyczny. Po pięciu latach wszystko się mogło zmienić.

W rękach trzymałem swój miecz świetlny. By nie został zjedzony przez grzyby nasmarowałem go tutejsza odmianą bursztynu, który ochraniał metal. To samo poleciłem zrobić Markusowi.

Nie mieliśmy zamiaru się zatrzymywać – nawet na noc. Gdy jeden prowadził pojazd pozostali odpoczywali. Raz tylko się zatrzymaliśmy, gdy poczułem coś znajomego, bardzo bliskiego. Nie potrafiłem rozpoznać co to, jak by ta rzecz, może osoba zmieniła się nie do poznania, wchłonął ją mrok dżungli.

- Zatrzymaj się! – Krzyknąłem do Chaka.

Mężczyzna zatrzymał pojazd i odruchowo chwycił broń – dwa pistolety dużego kalibru.

- O co chodzi? – Zerwał się z miejsca i czujnie zbadał otoczenie.

- Czuje, że szuka mnie mrok dżungli. – Chłód ogarnął moje ciało i wszystkie włosy zjeżyły się na ciele. – I przyszedł po mnie.

Nagle uderzenie zatrzęsło pełzakiem. Chak i ja przewróciliśmy się na podłogę. Merkus był przypięty do fotela. Kolejne potężne uderzenie zakołysało i przewróciło pojazd na bok, a potem nastała cisza. Nie słychać było nawet odgłosu wiatru. Mrok schował się w gąszcz i nie mogłem go wyczuć nawet po przez Moc.

- Wychodzimy. – Cicho nakazał Chak.

Każdy chwycił swą broń. Ponieważ pełzak był przewrócony na bok - wyszliśmy awaryjnym wyjściem w dachu. Powoli zajeliśmy pozycje wokół maszyny i szacowaliśmy straty.

- Nie będzie już pożytku z tego złomu. Uderzenie zmasakrowało gonsiennice. – Zawołał Merkus.

- Pójdziemy pieszo. Zastał nam dzień drogi – odpowiedziałem rozglądając się w około.

To coś było mi tak znajome, tak bliskie i takie mroczne i potężne. To coś… W tym momencie zdałem sobie sprawę, że to jeszcze jest! Nim włączyłem miecz świetlny, nim przyjąłem postawę obronną, padłem na ziemię od uderzenia potężnego ogona.

Bestia skoczyła na mnie unieruchamiając ramiona potężnymi łapami. Mojej twarzy ukazał się widok wielkiego trójkątnego pyska w czarnej łusce. Wielkie nozdrza wdychały mój zapach. Zobaczyłem żółte ślepia wpatrujące się we mnie.

- Gora? – wyszeptałem z niedowierzaniem.

Rozległ się huk, potem drugi – to Chak otworzył ogień. Poczułem, że Merkus już biegnie z włączonym mieczem, a bestii już nie było. Spłoszona strzałami i zamieszaniem znikła równie szybko jak się pojawiła.

- Co to za draństwo?! – Krzyknął Merkus i podszedł by pomóc mi wstać. – Zaraz – Dorzucił niepewnie. – Ciągle nie jesteśmy sami.

- Cóż za spostrzegawczość! – Kobiecy głos dobywał się zza drzew – co trzech Balawai robi w środku dżungli? Szukacie kory czy śmierci? – Dziewczyna wyszła z cienia i mym oczom ukazała się dość niska urokliwa postać o brązowych włosach. Znałem ją, nawet bardzo dobrze.

- Nie wszyscy tu są Balawai siostrzyczko. – Dopiero wtedy się wyprostowałem ukazując twarz.

- Helian, skąd się tu wziąłeś? – Powiedziała głosem, który w żaden sposób nie wskazywał na radość ze spotkania po długiej rozłące z młodszym bratem. – Miałeś być z Tarkiem i Kruskiem na przełęczy. W ten sposób nigdy nie znajdziemy tego Akka i właściwie kim są ci Balawai?

- Maia o czym ty pleciesz? Przecież nie widzieliśmy się 5 lat! Siostrzyczko nie cieszysz się, że wróciłem?

- A o czym ty gadasz? Wiesz, że nie lubię takich zabaw i gadaj zaraz kim oni są!

- Jeśli pani wybaczy – Wtrąci Merkus – Jestem Merkus Lann, rycerz Jedi, a to jest Chak Rasik major Wielkiej Armii Nowej Republiki. Mogę pani zagwarantować, że przylecieliśmy tu trzy dni temu wraz z Helem. Jeśli pani sobie życzy pokażę logi z lądowiska.

- Nie róbcie sobie jaj, przecież o n jest na planecie dwa tygodnie. - Maia wyraźnie była speszona. Oczy jej się nagle rozszerzyły jakby dochodziły do niej fakty. – To znaczy, że ty… - Dziewczyna błyskawicznie wyjęła pistolet z kabury i oddała trzy celne strzały w moim kierunku.

Choć byłem zaskoczony całą sytuacją, ciągle byłem Jedi. Miecz sam powędrował do moje dłoni, a promień klingi ochronił przez pociskami.

- Co robisz bachorze!? To ja, twój słodziutki młodszy braciszek! – Krzyknąłem. Co się dzieje? Czy ona bierze mnie za kogoś innego?

Gdy dziewczyna usłyszała te słowa upuściła broń, padła na kolana i zaczęła płakać.

Schowałem miecz i ruszyłem do niej. Spojrzałem w drodze na towarzyszy. Obydwaj stali gotowi do walki z wyciągniętą bronią. Po twarzach widziałem, że wolą jednak nie włączać się do rodzinnej potyczki między bratem, a siostrą.

Gdy zbliżyłem się na trzy metry drogę zagrodził mi kolejny Akk. Ten był znacznie mniejszy, ale widać było muskulaturę umożliwiającą niewiarygodną skoczność. To było zwierzę Maii. Bestia syczała ostrzegawczo, a w jej oczach widziałem żądze mordu. Jedynie więź Mocy z Koronką powstrzymywała Akka przed atakiem. To dobrze. Pomyślałem już nie chce mnie zabić.

- Jak to możliwe? – Chlipała dziewczyna. – On jest taki podobny, taki… ale przecież nic nie pamięta z naszego dzieciństwa…

- Pozwól mi podejść – Poprosiłem łagodnie. – To naprawdę ja. Zajrzyj w mój umysł, naprawdę ja jestem twym bratem. – Skoncentrowałem się i poprzez Moc przelałem do jej myśli swoje wspomnienia wspólnych zabaw z dzieciństwa.

Nieprzekonany Akk zszedł mi z drogi, ciągle wpatrując się we mnie z nienawiścią.

Podbiegłem do dziewczyny, również padłem na kolana i przytuliłem ją mocno co siebie. Nie czułem tego ciepła pięć lat, a teraz w ogóle nie chciałem się z nim rozstawać.

- Powiedz mi, co się tu dzieje – Szepnąłem jej cicho do ucha. Spojrzałem w jej zapłakane oczy. Było w nich tyle ciepła, miłości, tęsknoty.

- Jest tu człowiek, zupełnie identyczny… On podaje się za ciebie. – Opowiadała zapłakanym głosem teraz wyruszył wraz z Tarkiem i Kruskiem na poszukiwanie dzikiego Akka. Ostatnio pewien wielki okaz stał się bardzo agresywny. – Pociągnęła nosem gdy spojrzała na naszego pełzaka. – Widzę że i was odwiedził.

- Tak, spotkaliśmy tego pieska – Powoli podniosłem dziewczynę z ziemi, a jej pistolet schowałem jej do kabury. Ten sam pistolet, który podarowałem jej na pożegnanie. – Maia poznałem tego Akka, to jest Gora, to mój Akk.

- Ale to nie możliwe, przecież ona zaginęła dziesięć lat temu.

- To jest Gora – Stwierdziłem z pewnością – Widziałem jej ślepia i czułem więź w Mocy. Całkowicie zdziczała, pochłoną ją mrok dżungli, ale to ona, ten mężczyzna. – Chwile się zastanawiałem – Odpowiedź jest jedna. Nie tylko JM-47/04 przeżył do dziś.

- Helian, wybacz – Podskoczyłem z przerażenia. Zupełnie zapomniałem, że obok stoją Merkus z Chakiem. – Jeśli to jeden z twoich „braci” to skąd nagle się tutaj wziął? Skąd wiedział że statek z tobą na pokładzie rozbił się tutaj i że przeżyłeś katastrofę? Jak udało mu się podszyć pod ciebie, skoro nawet nie znał twojego imienia?

- To moja wina – Dziewczyna znów się rozpłakała – Ja go znalazłam gdy przemierzał dżunglę. Powiedział, że poszukuje wraku statku. Gdy go przywitałam i powiedział jak bardzo się cieszę z jego powrotu, powiedział że stracił pamięć i wrócił szukać wspomnień, że pamięta tylko rodzinną planetę Haruun Kal.

- Hel, musimy się przygotować jeśli chcesz się go spotkać. – Chak od razu zaczął tworzyć plan spotkania. – To ty go musisz zaskoczyć, nie wiemy w jakim celu cię szukał. Musimy się zaszyć w dogodnym miejscu. Nikt nie może wiedzieć, że tu jesteśmy – Spojrzał znacząco na Maie. – Ty go sprowadzisz. Tylko nic nikomu nie mów!

- Helian nie może z nim walczyć! – Dziewczyna zaczęła histeryzować – On jest okrutny, straszny, żadny krwi. Nie wiem jak, ale nikt nie potrafił z nim wygrać w walce bez broni. Udało raz mi się zobaczyć, że pod płaszczem ukrywa coś, co wygląda jak miecz świetlny. – Spojrzała mi głęboko w oczy. – Nie wygrasz z nim, nie chce cię znowu stracić.

- Nie martw się. – Odrzekłem z udawanym uśmiechem. – Nie wiem czy zauważyłaś, ale ja również mam miecz świetlny i mam coś jeszcze. Jestem Jedi. – Przytuliłem mocno siostrę co siebie. – Musze się z nim spotkać. On może znać prawdę o celu mojego stworzenia.

- Chodźmy – Nalegał Chak – Przygotujmy się.


Część 2

- Helian, czemu się skradasz? – Merkus w spokoju szykował się do spotkania z przeciwnikiem. Zajął pozycje na wzniesieniu, by mógł dokładnie obserwować sytuacje.

- Nie skradam się – odpowiedział łagodnie chłopak. – Chciałem ci tylko coś pokazać.

- Nie masz, przypadkiem ważniejszych spraw na głowie? – Zdziwiony obrócił głowę. – Musimy obstawić pozycje…

- O to właśnie chodzi – chłopak podszedł do Merkusa i uderzył pałką ogłuszającą w korpus.

- Ty nie jesteś Helianem – wyszeptał ostatkiem sił, nim upadł nieprzytomny na ziemie. - A ty nikomu o tym nie powiesz.

***

- Siostrzyczko, pamiętasz jak ostatnio siedzieliśmy na tej polanie? – Rzekł Helian w kierunku ciemnowłosej kobiety.

- To tutaj postanowiłeś wyjechać, opuścić mnie na tyle lat. – Odrzekła lekko wzdychając.

- Potrzebowałem tego, – Mówił wstając z trawy. Polana na której się znajdowali była nie wielka, miała około 6 metrów średnicy. Było to jedno z niewielu miejsc z pięknym widokiem na gwieździste niebo. – ale teraz wróciłem i będę cię odwiedzał gdy tylko zechcesz. Żałuje tylko, że stało się to w takim momencie. To chyba nie przypadek, że on zjawił się właśnie teraz. – Dodał z zadumom. – Sądzę, że Moc skierowała nas tu obydwu.

Korun obrócił się wpatrując się w ciemną gęstwinę dżungli. Czuł jak otaczający go mrok miejsca. Była to przerażająca siła, mogąca obrócić wszystko w niepewnym kierunku. Mimo to Helian nie bał się jej. Poznał ją w swym dzieciństwie i wiedział, że jeśli przyjmie się ją bez lęku, można skutecznie przeciwstawić ją najpotężniejszemu przeciwnikowi. Tylko czy uczucie, która przenikało go do gości, to nie był właśnie strach?

Rozmyślania przerwało mu niespodziewane zdarzenie. Z miejsca, w które się wpatrywał, wyszedł mężczyzna lustrzanie do niego podobny, choć zdawał się być starszy o kilka lat.

- Witaj, zwą mnie Ganner i jestem twoim bratem. – Rzekł cicho. W blasku ledwo widocznego, zachodzącego słońca ledwo było widać jego twarz, a słońce szybko znikało za horyzontem.

- Jesteśmy braćmi? – Niepewnie powtórzył Helian.

- Jeśli masz pytania, to chętnie na nie odpowiem, zanim stoczymy ostatnią walkę w życiu jednego z nas.

- Kim jestem? – Zapytał już bardziej stanowczym tonem. Nie był do końca pewien, czy chce znać odpowiedź na to pytanie. W końcu w niewiedzy żyło mu się całkiem dobrze. – Dlaczego nas stworzono?

Ganner usiadł na trafie jakieś dziesięć metrów przed bratem i oparł się z tyłu rękami. Wpatrywał się chwile w niego z zaciekawieniem.

- Jesteśmy klonami wyprodukowanymi na Kamino. Prototypami żołnierzy władających Mocą… Stworzono nas pięciu, – Dodał po chwili namysłu dodał – a do dzisiaj przeżyło tylko dwóch. Resztę zabiłem ja. – Ostatnie zdanie wypowiedział z pasją szaleńca, mocno akcentując na ostanie słowo.

- Jak to! – Krzyknął zaskoczony Helian – Czemu zabiłeś wszystkich braci?

- Nie gorączkuj się tak – warknął klon z irytacją. – Zaraz do tego dojdę. – Po chwili zastanowienia mówił dalej. – W wieku pięciu lat transportowano nas w stanie hibernacji. – Dalszy ciąg kontynuował, jak by snuł opowieść staremu przyjacielowi. – Twój statek zaginął, bo jak się okazało rozbił się tutaj. Dlatego zostałeś odcięty od eksperymentu.

- Jakiego eksperymentu? Dlaczego zabiłeś pozostałych?! – Korun uparcie domagał się odpowiedzi.

- Zadanie było proste. – Ciągną historie klon. – Każdy z pięciu miał zostać wychowany w innym środowisku i otoczeniu, a gdy dorośnie ma odnaleźć pozostałych i zabić. Najlepszy miał zostać wzorem dla całej armii takich jak my. Niestety Imperator zginął, a wraz z nim upadł ten projekt. – Dodał ze smutkiem. – W momencie gdy zabijałem ostatniego z naszych braci, odbywał się atak na drugą Gwiazdę Śmierci.

- Więc czemu tu przybyłeś, skoro nie masz dla kogo wypełnić tego zadania?

- Dla własnej satysfakcji – powiedział chciwie. – Od początku czułem, że przeżyłeś i musiałem cię odnaleźć. Przybyłem tu, aby w walce udowodnić kto jest najpotężniejszym z pięciu.

Helian wejrzał we wnętrze brata. Ku swojemu zdziwieniu nie napotkał oporu. Ganner nic przed nim nie ukrywał, a prawda o jego wnętrzu była przerażająca. Klon był napełniony mrokiem, który wchłaniał całą światłość wokół. Emanował z niego z wielką siłą, lecz w tym miejscu trudno to było wyczuć. Aura mieszała się z energią płynącą z dżungli.

- Skąd się wzięło twoje imię? – Zapytał chcąc zyskać na czasie. Może i będzie musiał z nim walczyć, ale najpierw chce spróbować tego uniknąć.

- Takie imię nosił pewien Jedi o nazwisku Rhysode – Odpowiadał wyraźnie już znudzony. – Yuuzhanie opowiadają o nim legendy. Mówią, że do dziś strzeże dostępu do mózgu Yuzzhan Tar. Nad wejściem do tego miejsca umieścili napis: „NIKT NIE PRZEJDZIE”. Taka legenda – dodał z westchnieniem. – Uznałem, że ja będę siał taki sam postrach wśród ludzi. – Po tych słowach rozejrzał się w koło, ostatni raz badając teren. – Masz jeszcze jakieś pytania? – Mówiąc te słowa wstał po woli z ziemi i odpiął miecz świetlny od pasa. – Acha, każdy z nas czterech został wyszkolony w podstawowych technikach Jedi, a potem sam w rozwijał swój talent. Nauczały nas Ręce Imperatora. Ja trafiłem na płomienno-rudą kobietę, to była naprawde ponętna sztuka. Podobno była najlepsza w swoim fachu. – Kończąc te słowa włączył mieć. Szkarłatne ostrze oświetliło jego twarz. Uśmiech, który widać miał być śmiertelnym wyzwaniem, przeraziłby najtwardszych Korunów na planecie.

- Odsuń się kochana – Ostrzegł Helian siostrę przysłuchującą się z boku. Po chwili kobieta odeszła w cień drzew, zachowując w miarę bezpieczną odległość. – Zobaczymy ile jest warte twoje imperialne szkolenie. – Rzucił wyzywająco w rywala, lecz mimo tych słów nie chciał skrzywdzić brata. Merkus i Chak powinni czekać na umówionych pozycjach i pomóc wziąć go żywcem.

Korun chwycił są broń i uruchomił purpurowe ostrze. Tym razem oświetlony uśmiech był miły i łagodny. Broń chwycił obiema rękami, przyjął gardę i czekał. Czekał na uderzenie brata, lecz ten mierzył go krwiożerczym spojrzeniem. Parę najbliższych chwil ciągnęło się niczym godziny. Napięcie narastało z każdą sekundą, a serca obydwu klonów niemiłosiernie przyśpieszały tempo. Ich identyczny rytm był słyszalny w okolicy, aż powietrze zaczęło falować w jego tempie, a gdy dudnienia przebijały odgłosy dzicy Ganner skoczył na swego brata tnąc mieczem z nad głowy w swego brata.

Helian spodziewał się takiego ataku – sam by tak zrobił. Jeszcze przed skokiem wziął jeden głęboki wdech, co przywróciło rytm serca do normy i zasłonił głowę przed ciosem. Choć uderzenie było potężne, nie zrobiło na nim większego wrażenia. Był spokojny, opanowany i wiedział co ma robić.

Ganner ciął mieczem z wielką furią. Rozpędzał się z każdym ciosem i wkładał w nie całą swą siłę. Wykonywał cięcia z każdego możliwego kierunku, pod każdym kontem, lecz nie mógł się przebić przez purpurową barierę, którą utworzył wokół siebie Helian. Nie przejmował się tym zbytnio, spodziewał się takiego rozpoczęcia pojedynku. Jego przeciwnik myśli się go zmęczy i wtedy wezwie pomoc, lecz był w dużym błędzie. Gannera nie dało się zmęczyć. Taki to prosty dar otrzymał od Mocy wraz z narodzinami. Każdy krok, każde pchnięcie dawało mu coraz więcej sił, tylko nie mógł przestać uderzać – i nie miał zamiaru. Wiedział również, że żaden z pozostałych braci nie miał takiej umiejętności. Choć byli klonami, każdy miał inne odbicie w Mocy.

Mimo wszystko był pod wrażeniem. Helian był genialnym defensorem. Widać specjalizował się w Soresu. Na każdy atak czekała dobrze przemyślany blok.

To zmartwienie tez niedługo przestanie mieć znaczenie. Moc podpowiadała mu, że sytuacja niedługo ulegnie zmianie, zaraz jego młodszy braciszek zacznie się gubić.

Merkus ocknął się, powoli otwierając oczy. Wtem przypomniał sobie całe zdarzenie i od razu wstał na równe nogi, a raczej próbował, bo zamiast tego przewrócił się na bok. Był skrępowany i to porządnie, a w ustach miał stanowczo za duży knebel. Nie mógł poruszyć dłońmi nawet na milimetr, nogami zresztą też nie. Był zwinięty w kulkę i bardzo sfrustrowany. Rozejrzał się wkoło. Obok niego siedział w podobnej pozycji Chak, wpatrzony w uwagą przed siebie. Merkus również spojrzał w tym kierunku. To co zobaczył wstrząsnęło nim ogromnie. Dwie niemal identyczne postacie, różniące się jedynie strojem i kolorem ostrza, toczyły zacięty bój na śmierć i życie. Wygrany bierze wszystko, a on może tylko leżeć na boku i podziwiać.

Próbował dotrzeć do Heliana Mocą. Ku jego zaskoczeniu odpowiedziały mu słowa klona: „Na tej planecie rządzą prawa Dżungli. Przykro mi chłopcze, ale tą walkę rozstrzygną może tylko jeden nas.”.

Z uwagą przyglądał się bitwie. Co prawda Helian nie atakował, ale też nie cofał się. To była jego firmowa taktyka. Potem powinien przejść do kontrofensywy i rozstrzygnąć walkę na swoją korzyść.

W tym momencie Korun odskoczył do tyłu i wykonał głęboki ukłon, był to umówiony znak, po którym obydwaj z Chakiem mieli wkroczyć do akcji. Merkus jeszcze raz szarpnął więzy, ale to w niczym to nie pomogło. Spróbował wyczuć swój miecz, lub inną broń, ale nic takiego nie potrafił uczynić. Klon się postarał…

Głęboki ukłon i po chwili Helian znów był w defensywie. Zadziwiała go siła klona, który bez jakiejkolwiek oznaki zmęczenia atakował coraz mocniej. Przeczuwał, że zaraz może mieć kłopoty, jeśli szybko nie przybędzie wsparcie. Kolejna sesja uderzeń, przyjęta bezpośrednio na blok, zabolała tak bardzo, że kolana same się ugięły.

Ganner uśmiechną się złośliwie i wymownie spojrzał na brata. To spojrzenie powiedziało mu wszystko. Wsparcie nie przybędzie, a klon wiedział, że właśnie wygrał. Zresztą wygrywał od samego początku, tylko Helian teraz sobie to uświadomił.

Nie było już mowy o blokach, nawet parowanie ciosów zaczęło być niebezpieczne, a uniki zdawały się bez celowe, bo właśnie w tej chwili Koruun zidentyfikował swoje uczucia. Po raz pierwszy, od kiedy został przyjęty do zakonu Jedi, odczuwał strach, a ten zaczął go paraliżować. Jego obrona stawała się chaotyczna, a umysł nie potrafił znaleźć rozwiązania z sytuacji. Wszystkie jego dotychczasowe strategie, oponowane od początku szkolenia zawodziły. Pozostało mu tylko jedno – zaatakować. Tylko czy uda mu się przejąć inicjatywę z przeciwnikiem, z jakim do tej pory nie przytrafiło mu się walczyć? Czy będzie umiał sięgnąć ostrzem swojego brata, którego jak mu się zdawało, szukał przez całe swoje życie?

Zbyt dużo wątpliwości mnożyło się w jego głowie, a odpowiedzi oczywiście brak. Musiał jednak spróbować.

Odbił jeszcze dwa cięcia i po raz pierwszy sam wykonał atak, który został sprytnie zablokowany i zaraz pożałował swojej decyzji. Błyskawiczna kontra Gannera omal nie obcięła mu głowy.

Korun potrzebował wsparcia, lecz ono z nikąd nie miało prawa nadejść. Był tylko strach, niepewność i dżungla.

Wtem wyczuł coś, o czym zapomniał. Moc tego miejsca, tej planety, dżungli, sama prosiła się, aby ją wykorzystać. To było wielkie ryzyko, ale również ostatnia szansa ratunku.

Helian otworzył się na działanie tego miejsca. Energia wypełniła jego ciało, każdy mięsień, komórka zdawała się rodzić na nowo. Uczucie rozkoszy, ogarnęło jego ciało i wzrastało z każdą chwilą. Czuł się potężny jak nigdy dotąd i stwierdził, że bez większego problemu może zgnieść tego upierdliwego komara, który kąsa go z każdej strony. Przecież taka mała pchła nie będzie się panoszyła na jego własnej planecie!

Gdyby życie miało sens, w tej chwili Ganner czuł by euforie zwycięstwa. Gdyby cel, który obrał, był właściwy jego brat porzuciłby nadzieję i leżał na ziemi pocięty na kawałki. Mimo wysiłków, mimo uzyskanej przewagi, wykorzystanych wszystkich umiejętności, przygotowania pola walki i wszystkich innych poczynań w tym momencie przegrywał.

Sama porażka nie byłaby tak okrutna, gdyby nie fakt, że nie wiedział gdzie popełnił błąd. Nie pojmował w jaki sposób jego brat, podczas gdy zaczął popełniać błąd za błędem i całkowicie stracił panowanie nad sytuacją, w ciągu jednej sekundy zaczął go miażdżyć jak robaka. Skąd znalazł taką moc?

Pytania straciły sens, gdyż Ganner stracił swą broń. Potężne jak nigdy dotąd uderzenie Heliana wybiło jego miecz, klinga zgasła, a rękojeść upadła gdzieś w gąszczu. Klon wiedział, że cofać się nie było już sensu. Potęga brata była nieograniczona. Stał więc bezbronny czekając na koniec. Jego ręce opadły, nogi wrosły w ziemię, a twarz beznamiętnie spoglądała na kata.

Po raz pierwszy od rozpoczęcia walki spojrzał w oczy brata i wszystko stało się jasne. Jak się okazało, nie walczył z Helianem. To było tylko ciało, którym kierowała potęga planety – Pelekotan. Ganner nie wyobrażał sobie sprzeciwić się tej sile. Pelekotan rządził dżunglą, Haruun Kal i całą Mocą na niej. Pelekotan to mrok który ogarnął Heliana. Pelekotan sobie życzył jego śmierci.

Mam cię gnido. Zaraz będziesz pluł krwią. Z przyjemnością rozkwaszę twoją głowę o mego buta.

Krótkie spojrzenie na oblicze swego śmiertelnego wroga. Serce zabiło stokroć mocniej. Zaraz zabije osobę wyglądającą jak on sam. Helian tak bardzo tego pragnął, każda cząstka jego ciała pchała się do wykonania jednego kończącego pchnięcia. Tylko jedno małe mrowienie za karkiem kazało mu się mimo wszystko zastanowić.

Ten mały fragment świadomości wahał się, bo wiedział, że zaraz zabije swoje człowieczeństwo, a wtedy żyć będzie tylko Ganner. Nie ważne w czyim ciele.

Oszałamiająca prawda dotarła do Koruna w mgnieniu oka. Mrok pchał do ostatniego cięcia, lecz Helian już postanowił się mu przeciwstawić. Ostatkiem sił swych uczuć, rzucił miecz w gęstwinę, zapominając o walce.

Teraz stał naprzeciwko swojego brata. Po raz pierwszy przyjął te prawdę i szczerze w nią uwierzył. „Mam brata”. Stali równie bezbronni i zdezorientowani. Co dalej?

- Sprzeciwiłem się naszemu przeznaczeniu – ciche słowa padły z ust Heliana. – Co dalej? Zostaniemy braćmi? – Po czym wyciągnął rękę jakby chciał dotknąć twarzy klona, lecz zatrzymał ją w powietrzu.

- Istnieć może tylko jeden – głos Gannera brzmiał równie pewnie, jak na początku ich spotkania. Klon uniósł rękę w ten sam sposób i dotknął ręki brata. – Mam nadzieję żyć w tobie. Stałeś się najpotężniejszym z pięciu.

W momencie, gdy ich dłonie spotkały się oślepiające światło błysnęło z tego miejsca. Promieniowanie objęło całą polanę i zrobiła się jaśniej niż w ciągu dnia. Helian poczuł ból dobiegający z dłoni, który przeniósł się na całe ciało. Paliło go wszystko, aż po chwili wszystko minęło. Znów w koło panowała cisza i noc.

Korun zorientował się, że klęczy na polanie, zapierając się rękami ziemi. Rozejrzał się w koło. Gannera nigdzie nie było, za to podbiegała do niego Maia. Kobieta rzuciła się mu na szyję i przytuliła mocno.

- Tak się bałam – wyszeptała łkając.

- Gdzie się on podział?

- Zniknął – odpowiedziała zdezorientowana. – Po prostu zniknął – poczym pocałowała brata w policzek. – Jak dobrze, że to się już skończyło.

- Nie myśl już o tym – odpowiedział ze swoją dawną pewnością, po czym wstał czując w sobie nową siłę.

Wróć na górę