Pomiń nawigację™
Logo Jedi Order - małe
Home - ikonka HOME O NAS REKRUTACJA FORUM

Nadzieja Obi-Wana

Autor: Aris de Solman

Cisza. Niczym nie zmącana cisza, która była niemal namacalna. Czuło się jej spokój w każdym pierwiastku, przepływającym przez Obi-Wana Kenobiego - mistrza Jedi, niezrównanego wojownika sławnego w całej galaktyce. Każdy jej mieszkaniec wiedział, kim jest. Był on podziwiany i kochany przez sojuszników, a wrogowie go nienawidzili i jednocześnie panicznie się go bali. Jednak ten właśnie mistrz - symbol cnót rycerzy Jedi, doskonały rycerz i duchowy przewodnik, generał Republiki, obrońca demokracji nigdy nie pragnął tej sławy. Nie cierpiał dziennikarzy HoloNetu, którzy chcieli wiedzieć o nim wszystko i wysławiali go ponad gwiazdy. Nie cierpiał szumu, który robiono wokół jego postaci. Bardziej niż wojna, zmęczyła go właśnie ta nieustająca nagonka na jego dokonania. Dlatego kochał właśnie takie chwile. Zawieszony, w nieskończonej pustce kosmosu wpatrywał się przez iluminator swojego myśliwca typu Eta-2, w czarną otchłań i zawieszone nań białe światełka, które były odległymi gwiazdami. Zjednoczył się z Mocą i pozwolił, by uniosła go na ocean spokoju, w którym teraz pływał. Moc pozwoliła mu poczuć przestrzeń, która go otaczała. Był teraz w jedności z całą galaktyką, z każdym słońcem, planetą, z każdą istotą, rośliną, zwierzęciem, nawet z najdrobniejszym kwarkiem, dzieki którym galaktyka, tak ukochana przez niego stanowiła jedność mimo tego, że była ogarnięta wojenną pożogą. Umysł mistrza wyzbył się wszelkich barier i godził się na to, że Moc go prowadziła. Wyzbył się wszelkich emocji osiągając stan, w którym nareszcie przyszło to wyczekiwane ukojenie jego starganej duszy. Medytacja sprawiła, że gdy patrzył w przestrzeń, nie widział czarnej pustki, ale życie i przepływające przez nie fale Mocy. Medytacja trwała, ale Obi-Wan wiedział, że wkrótce będzie musiała się skończyć. Natychmiast odegnał wątpliwości. Jego mistrz Qui-Gon Jinn mówił: "Myśl o tym co jest tu i teraz". Było to wieki temu... Szkoda, że nie ma go przy nim. Kolejne wątpliwości. Obi-Wan jeszcze bardziej skupił się w Mocy. Miał przecież Anakina. Cisza. Niczym nie zmącona cisza, niemal nie do wytrzymania.
Anakin Skywalker nie znosił bezczynności. Był jednym z najpotężniejszych rycerzy Jedi w historii całego Zakonu. Uwielbiał sławę, która go otaczała. Sprawiała, że czuł się ważny, potrzebny. Cieszył się, że mógł być autorytetem dla każdego młodego padawana. Jeszcze do niedawna sam był padawanem Obi-Wana Kenbiego, który był mu mistrzem, a teraz najlepszym przyjacielem. Mimo tego, że Anakin był całkowitym przeciwieństwem swojego mistrza. Zawsze chciał działać, był cały czas w ruchu, a chwile spokoju i bezczynności doprowadzały go do szału. Siedział teraz w kokpicie myśliwca, takiego samego jaki miał jego były mistrz, i niecierpliwie muskał drążek sterowniczy. Obi-Wan zawsze powtarzał mu, żeby w takich chwilach oddał się medytacji. Starał się to zrobić, ale teraz nie mógł się skupić. Wszystko dookoła rozpraszało jego uwagę, a niecierpliwość wzrastała z każdą chwilą. Najsławniejszy Jedi w galaktyce, mistrz fechtunku i wspaniały żołnierz gotów sam wygrać wojnę musiał teraz siedzieć i czekać. W jego myśli wdarła się ona, ta dla której toczył te wszystkie boje. Zaczął zastanawiać się gdzie teraz może być, co robi, w co jest ubrana, co teraz myśli. Czy myśli o nim? Starał się znaleźć ją w Mocy, jednak niepokój, który ogarnął jego serce nie pozwalał mu na to. Padme. Jedi nie powinien czuć niepokoju. Anakin szybko go odgonił. Spojrzał w bok, na R2-D2, robota astromechanicznego, który był umieszczony w lewym skrzydle myśliwca. Miał nadzieję, że może liczyć chociaż na pogawędkę z robotem. Kopuła R2 jednak się nie poruszała i widocznie on również był skupiony na wyczekiwaniu. Anakin pomyślał, że mógłby być teraz gdzie indziej. Może toczyłby gdzieś jakąś bitwę, a może siedziałby teraz gdzieś na zielonych łąkach Naboo, z Padme... Nie mógł już wytrzymać i spojrzał w prawo na zawieszony obok myśliwiec Obi-Wana, włączył commlink na częstotliwość prywatną i przerwał ciszę:
- Mistrzu...
- O! - odezwał się przez głośnik Obi-Wan Kenobi - Anakinie, nie poznaję cię.
- O co ci chodzi, mistrzu? - Anakina zdziwiły nieco słowa mistrza.
- Pobiłeś swój rekord w milczeniu - odparł złośliwym tonem Obi-Wan - starzejesz się.
- Bardzo śmieszne, mistrzu. - czuł się zrażony docinką - Chciałem tylko zapytać, ile jeszcze musimy czekać?
- Anakinie, wysłałem komandorowi Cody sygnał, że mogą już do nas lecieć. Pamiętaj, że Coruscant jest daleko stąd. Pociesz się, że zrobiliśmy to co do nas należy.
- Przecież my nic nie zrobiliśmy. Wyskoczyliśmy tylko z nadprzestrzeni.
- No właśnie - odpowiedział rozbawiony Kenobi - mieliśmy sprawdzić, czy na tym szlaku są jakieś zagrożenia. Sprawdziliśmy - nie ma zagrożeń. Cierpliwości.
"Cierpliwości", pomyślał Anakin,"Zawsze to powtarza."
- Co nas czeka na Gimdaranie mistrzu?
- To co zwykle, Anakinie - westchnął Obi-Wan - to co zwykle. Ale ty pewnie tylko na to czekasz?
- Nieprawda mistrzu - odparł Anakin, choć wiedział, że ukrywanie tego co czuje naprawdę nie ma sensu. Stary mistrz doskonale wiedział co czuje. Nastała chwila milczenia. Nagle Anakin pomyślał o tym, co jest celem ich misji i ogarnął go strach. Przepowiednia, on jest Wybrańcem, ma przywrócić Moc do równowagi. Obi-Wan jeszcze bardziej spotęgował lęk.
- Wiesz jak ważna jest ta misja - odparł - Czuję, że się lękasz, młody rycerzu. Wyzbyj się strachu i oddaj się Mocy, ona cię poprowadzi w ciemności. Anakinie, życie Jedi przypomina dźwiganie ciężaru na długiej drodze. Musisz przejść przez trudy i brud, by stanąć na brzegu źródlanego stawu...
"Znów zaczyna", pomyślał z niesmakiem Skywalker,"Chyba nie może się przyzwyczaić do tego, że nie jestem już jego uczniem"
- Mistrzu, wiele razy mi to powtarzałeś...
- Widzę, że niczego się nie nauczyłeś - powiedział z uśmiechem Kenobi - Uważaj, dostałem sygnał od Codyego, że oddział uderzeniowy wyjdzie z nadprzestrzeni. Obi-Wan zobaczył, jak dwa krążowniki klasy Venator wychodzą z nadprzestrzeni tuż nad myśliwcami Jedi. "Dwa powinny wystarczyć" pomyślał Kenobi. Misja, na którą zostali wysłani nie sprowadzała się tylko do zajęcia kopalni i rafinerii Separatystów, które znajdowały się na Gimdaranie. Tym miał zająć się Cody razem z klonami. On i Anakin mieli inny cel. Na Gimdaranie, głęboko pod powierzchnią ziemi znajdowała się tajemnicza krypta. Według informacji, które posiadali, znajdował się tam Holokron, który był kluczem do wyjaśnienia przepowiedni dotyczącej Anakina, ostatnią częścią układanki. Dlatego też Kenobi niepokoił się o swojego byłego ucznia. Wyczuwał wokół niego strach i niepokój o przyszłość. Czyżby Anakin bał się, że to jednak nie on jest Wybrańcem? Nie, Anakin, mimo tego, że był dumny, niegdyś nie byłby aż tak pyszny. Anakin jest już rycerzem, a wojna była dla niego o wiele trudniejsza, niż wszystkie próby Jedi. Obi-Wan skoncentrował się w Mocy i zwrócił uwagę na swoje zadanie. "Nie jestem już jego mistrzem", pomyślał, "Ale nadal jestem jego przyjacielem".
Z posępnych rozmyślań wyrwał go głos komandora Codyego, który dobiegał z komunikatora myśliwca.
- Jesteśmy gotowi do kolejnego skoku, generale.
- Doskonale Cody - odpowiedział mu Obi-Wan - przygotujcie się do dużego oporu.
- Nie moge się doczekać, generale - odparł mu wesoło Cody - dawno nie byliśmy na prawdziwej akcji bojowej.
"Dawno... dla mnie nigdy nie będzie dość dawno", pomyślał Obi-Wan.
Gimdaran, był odległym światem na Zewnętrznych Rubieżach. Warunki klimatyczne sprawiły, że na planecie nie rozwinęła się żadna inteligentna cywilizacja. Powierzchnia planety, pokryta była wiecznymi śniegami, które zalegały wśród niekończących się, poszarpanych szczytów górskich. Na całej planecie nie było ani jednej dużej równiny, a niektóre szczyty przewyższały nawet największe wieżowce Coruscant. Jednak nie można było tej planety zostawić w spokoju. Gimdaran posiadał praktycznie nieskończone zasoby surowców naturalnych, co czyniło zeń ważny punkt gospodarczy, a jednocześnie strategiczny. Gdy dwaj Jedi wyszli z nadprzestrzeni, ujrzeli przed sobą ogromną kulę Gimdaranu, oraz unoszące się nad planetą cztery fregaty Klanu Bankowego. Były ona znacznie gorzej wyposażone od nowoczesnych krążowników Republiki. Na widok sił Codyego, fregaty zareagowały od razu. Przestrzeń wokół nich zaroiła się od sępich droidów i tri fighterów, które już kierowały się w stronę krążowników. Jednak komandor Cody był doświadczonym dowódcą i nie dawał się zastraszyć nawet przeważającej przewadze liczebnej wroga. Oba krążowniki zaczęły powoli okrążać statki Klanu Bankowego. Z hangaru każdego Venatora wyleciały trzy eskadry myśliwców klasy ARC - 170.
- Wchodzimy w zasięg - w komunikatorze każdego klona rozbrzmiał głos Codyego. Komunikat potwierdził dowódca każdej eskadry. Nagle kadłub krążowników rozświetliły błękitne wyładowania plazmowe, spowodowane wystrzeleniem salwy pocisków turbolaserowych, które popłynęły w kierunku fregat. Te odpowiedzały krwistoczerwonym ostrzałem z baterii kadłuba.
- Tu czerwony dowódca - rozbrzmiał głos jednego z klonów - płaty w pozycję bojową.
Na ten rozkaz ze skrzydła myśliwców ARC - 170 rozłożyły się na dwa dodatkowe płaty. Dowódcy eskadr, zatwierdzili swoją gotowość krótkimi i zwięzłymi komendami. Cody obserwował z mostka, jak pierwsze laserowe pociski uderzają w osłony fregat, które rozbłyskają błękitnym blaskiem. Jeszcze parę salw, a osłony fregat znikną. Tymczasem myśliwce klonów starły się z maszynami Separatystów. Przestrzeń rozświetlił pokaz laserowych smug oraz ognistych eksplozji. Myśliwce latały między sobą z zawrotną szybkością, to pojednczo, to trójkami polując na najbliższego wroga. Mimo, że klonów było mniej, to większą oni mieli precyzję w niszczeniu droidów, kierowanymi skryptami sztucznej inteligencji, która nie mogła się równać z kreatywnością klonów. Tak więc eskadry Republiki po czasie uzyskały przewagę nad wrogiem. Cody obserwował jak błękitne bolty turbolaserowe niszczą osłonę pierwszej fregaty i wbijają się w jej poszycie wywołując serię kwiecistych eksplozji. Kolejna salwa dokończyła dzieła. Turbolasery przeszyły fregatę na pół, która umierając w ogromnych płomieniach zaczęła spadać ku atmosferze planety. Komandor odwrócił się do pierwszego oficera:
- Przygotować się do desantu naziemnego.
Kiedy martwa już fragata zaczęła docierać do górnych warstw atmosfery, jej komponenty zaczęły się grzać i płonąć. Pod tą zasłoną płomieni weszły w atmosferę dwa niewielkie myśliwce, którymi kierowali Jedi. "Cody dobrze się spisał", ucieszył się w duchu Obi-Wan Kenobi. Gdy wyszli z atmosfery, ich oczom ukazał się obszar pokryty aż po horyzont strzelistymi szczytami gór, tak ogromnych, że zdawały się być starsze od wszechświata. Mieli szczęście, gdyż pogoda była spokojna. Nie było niszczących huraganów, a zza chmur raźnie wyglądało słońce, oświetlając swoimi promieniami ośnieżone czapy Gimdaranu. Gdzieś na wschodzie Cody rozpoczął już desant, gdyż horyzont rozświetlały błyski baterii turbolaserowych oraz jasnych wybuchów. Gdyby ktoś przyjrzał się dokładnie, zobaczyłby małe czarne punkty, które były kanonierkami oraz transporterami wiozącymi uzbrojone po zęby odziały klonów-szturmowców. Obi-Wan wiedział, w którym kierunku lecieć. Wiedział, że Anakin będzie strasznie marudził, że nie bierze udziału w walce. Myśliwce poszybowały ku zachodowi, omijając wszystkie posterunki wojsk Separatystów. W końcu ujrzeli swój cel. Była to duża półka skalna, zdolna pomieścić dwa myśliwce. Przy jej ścianie widniał duży, czarny otwór - wejście do krypty, w które wkrótce mieli wejść. Skierowali pojazdy nieco niżej i rozpoczęli procedurę lądowania. Posadzili swoje myślice na grubej warstwie śniegu. Obi-Wan sprawdził, czy wszystko czego potrzebuje jest na miejscu i wysiadł z myśliwca. Anakin stał już przed czarną grotą i wpatrywał się w nią nieprzytomnym wzrokiem. Obi-Wan podszedł do niego i położył rękę na ramieniu przyjaciela. Momentalnie wyczuł jego strach, który trawił go od środka.
- Nie lękaj się, Anakinie - powiedział spokojnie Kenobi, a Skywalker spojrzał na niego i lekko się uśmiechnął.
- Dobrze, że jesteś ze mną, mistrzu.
Obi-Wana poruszyło ciepło wypowiedzianych przez Anakina słów. Westchnął i uśmiechnął się równie ciepło.
- Nie Anakinie, nie jestem już twoim mistrzem - spojrzał mu w oczy, a jego spojrzenie było dla Anakina jak kojący balsam na ranie - jestem twoim przyjacielem.
Po tych słowach zagłębili się w ciemność.
Schodzili po stromych schodach. Korytarz był wilgotny i cuchniało w nim stęchlizną i rozkładem. Miejsce aż kipiało Ciemną Stroną Mocy, strachem i obrzydzeniem. Jedi zaostrzyli swe zmysły dzięki Mocy i pozwolili, by przez nich przepływała. Anakin przy pomocy Obi-Wana pozbył się strachu i oddał się woli Mocy. Korytarz schodził coraz niżej, a jakaś nienazwana siła sprawiała, że ściany zacieśniały się wokół nich coraz bardziej. Ale oni szli dalej i nie pozwolili się zastraszyć. Jednak Ciemna Strona podążała ich śladem. W końcu doszli do rozległej komnaty oświetlonej światłem z prymitywnych jarzeniówek zamontowanych w kamiennych ścianach. Komnata zbudowana była ze śliskich, pomarańczowych kamieni, na jej końcu znajdowały się kamienne drzwi.
- To twój cel, Anakinie - Obi-Wan wskazał na drzwi.
- Ty nie idziesz ze mną, mistrzu?
- Temu zadaniu musisz stawić czoła sam - odparł Kenobi - ja mogę być z tobą tylko...albo aż w Mocy.
Anakin przytaknął i powoli ruszył w stronę drzwi. Obi-Wan postanowił go odprowadzić. Kiedy doszli do połowy sali, sufit nagle się zatrząsł. W mgnieniu oka dwaj Jedi stali już w pozycji bojowej, a ich skupione twarze oświetlały strumienie błękitnej plazmy, wysuniętych z ich mieczy świetlnych.
-Mam jakieś złe przeczucia - mruknął Obi-Wan.
Odpowiedzią na jego słowa były dwa duże kamienie, które spadły z sufitu na posadzkę. Wśród chmury pyłu dostrzegli, jak jakiś ciemny kształt wyskakuje z dziury w suficie i ląduje na kamieniach.
- Anakinie... - zaczął Obi-Wan, ale urwał, gdy pył opadł i zobaczył co stało przed nimi.
Była to wysoka na dwa metry mechaniczna bestia, o kształcie humanoida. Robot miał dwa ogromne ramiona, zakończone trzema ostrymi szponami, stał na trzech grubych nogach zamieszczonych pod obrotowym tułowiem, a jego obła głowa, z zapalonymi czerwonymi receptorami wzrokowymi, przywodziła na myśl ohydnego owada. W prawej ręce trzymał miecz świetlny, który zapalił się z sykiem i wystrzelił czerwonym płomieniem.
-...biegnij do drzwi. Ja zatrzymam to...coś. - dokończył Kenobi.
- Mistrzu, nie sądzę...
- Zrób tak jak powiedziałem, młody rycerzu - przerwał Anakinowi. - To twoja misja. Na mój znak.
Anakin nie miał ochoty się spierać z byłym mistrzem. Obi-Wan dał mu znak. Anakin momentalnie uwalniając pokłady Mocy, przyspieszył swe ruch i pędził ku drzwiom. Tuż za nim biegł Obi-Wan. Robot zareagował z niesamowitą szybkością. Używając trzech nóg maszyna skoczyła ku Skywalkerowi, kierując czerwone ostrze wprost na niego. Jedi jednak był szybszy i po sekundzie znajdował się już za kamiennymi drzwiami. Te zaczęły się od razu zamykać, a Anakin zdołał tylko zobaczyć, jak jego były mistrz ściera się z robtem. Potem była już tylko ciemność. Anakin wyostrzył zmysły. Na środku sali dostrzegł mały kamienny ołtarzyk, a na niej umieszczona była mała sześcienna bryła. Podszedł trochę bliżej. Bryła wyczuła jego obecność i zaczęła emanować bladym światłem. W miarę, jak Anakin podchodził bliżej, światło było coraz jaśniejsze. Wyciągnał rękę, by dotknąć bryły.
Gdy to zrobił, światło eksplodowało w jego umyśle.
Obi-Wan odetchnął z ulgą, kiedy Anakin zniknął za kamiennymi drzwiami. Nie miał jednak chwili wytchnienia, gdyż zaraz dostrzegł czerwone ostrze zmierzające w jego stronę. Zjednał się z Mocą, stając się mieczem świetlnym i sparował cios. Iskry roświetliły salę. Robot zaatakowała znowu, tym razem od dołu, a Kenobi ponownie skierował ostrze tak, by sparowało cios. Maszyna wykonała pchnięcie wprost na brzuch mistrza, ten jednak wykonał salto nad robotem, zadając cios od góry. Przeciwnik przewidział ten ruch i sparował cios. Obi-Wan oddał się Soresu - formie walki, w której był największym mistrzem. Zamknął oczy i zaczął wyczuwać ciosy Mocą. Robot atakował z niesamowitą szybkością, ale mistrz umiał przewidzieć każdy jego ruch. Machina zadawała cięcia z każdej strony, a Kenobi blokował je i zaczął wykorzystywać ogromną siłę przeciwnika przeciw niemu samemu. Bo Obi-Wan miał za sojusznika Moc, walczył razem z Mocą i używał jej jako broni. Serwomotory w ramieniu robota nie nadążały już za ciosami Jedi, a trzy nogi maszyny zaczęły się cofać. Kenobi wygrywał, ale nadal wyczuwał to, co przeżywał Anakin.
Oślepiające światło w głowie Anakina zgasło tak nagle, jak się pojawiło. Holocron wdarł się do wnętrza Anakina zasypując go wizjami z częstotliwością strzałów z blastera automatycznego. Jedi zaczął spowalniać te wizje i starał się je wyłapać. Po chwili wszystko się uspokoiło, a Anakin ujrzał nagle skuloną postać. Ta postać płakała, a jej łzy były czarne. Była to kobieta, Anakin zbliżył się do niej i omal nie zemdlał, kiedy zobaczył, kim była ta postać. To była Padme. Anakina sparaliżował strach tak ogromny, jakby cała Ciemna Strona wlała się teraz w jego serce. Nie mógł nic powiedzieć, ani się ruszyć. Oto teraz, jego ukochana, Padme, klęczała przed nim i płakała tak strasznie, że Anakin wolałby zginąć teraz od miecza niż patrzeć na to. Ale nie mógł przegnać wizji, aż sam zaczął płakać i błagać w myślach: "Błagam Padme, błagam...Padme...". I nagle Padme zniknęła, a przed nim pojawił się Obi-Wan. To była również wizja, ale Kenobi nie płakał. Patrzył tylko na niego, a w jego oczach widać było niewymowny smutek i zawód, tak wielki, że uderzył Anakina jak pchnięcie spowodowane Mocą. Obi-Wan stał tak i patrzył mu prosto w oczy. I nagle mistrz spuścił głowę, a z jego oczu popłynęła łza. Wizja zniknęła, a jej miejsce zajęła czarna niczym śmierć otchłań - otchłań strachu. Czarny cień, który zaczął otaczać Anakina ze wszystkich stron. Ciemna Strona Mocy. Cień szeptał coś do niego, śmiał się, a z otchłani wyłoniła się czarna ręka. Anakin skupił w sobie wszystkie pokłady Mocy jakie zdołać i krzyknął z bólu. Ostrze miecza śmignęło, a holocron rozpadł się na miliard atomów. Anakin padł nieprzytomny na ziemie.
Nagle Obi-Wan zasłabł. Moc go opuściła, a w głowie poczuł, jakby ktoś wbił mu w serce wibroostrze. Coś stało się Anakinowi. Chwila nieuwagi wystarczyła i cios, który spadł na Kenobiego, odrzucił go w głąb komnaty. Jedi nie mógł nic dostrzec, prócz rozmazanych obrazów. Wiedział jednak, że robot się zbliża. "Anakinie...", pomyślał, "...bądź silny". Kolejny cios. Kolejny upadek. Obi-Wan nie mógł się już skupić i z ogromnym trudem parował, a raczej niezgrabnie unikał kolejnych ciosów. Myślał cały czas o Anakinie. Nie mogę zawieść tego chłopaka... Obiecałem Qui-Gonowi...
Machina kroczyła wprost na Kenobiego. Wiedział, że musi wytrzymać. Wstał i stanął mocno na nogi. Sięgnął po Moc. Ale to Moc znalazła jego. Zaufał jej, oddał się jej woli. Powoli wracał do sił, a parowanie ciosów robota nie sprawiało mu już takich trudności. Jego ruchy znów były płynne. Mimo tego, że zaczął atakować agresywnie, był spokojny. Cisza. Niczym nie zmącona cisza. Obi-Wan znalazł w to, czego szukał. Chwycił Mocą ogromny kamień z sufitu i cisnął nim w przeciwnika. Pocisk uderzył z ogromną siłą w robota, który zachwiał się pod wpływem ciosu na swoich trzech nogach. Na ten moment czekał Kenobi. Wykonał cięcie od dołu wprost w ramię robota. Ostrze przecięło powłokę machiny, a ramię w mieczem poszybowało w głąb sali. Obi-Wan skoczył i zadał cięcie z obrotu wprost w szyję przeciwnika. Wylądował na obydwu nogach, a jedynym dźwiękiem, jaki temu towarzyszył, było echo głowy robota uderzającej o kamienną posadzkę. Machina zastygła w bezruchu. Obi-Wan czekał wieczność. W końcu kamienne drzwi otworzyły się, ukazując skurczoną postać. Był to Anakin - po bladej jak ściana twarzy spływały strużki potu, a przekrwione oczy wpatrywały się w Obi-Wana. Mistrz poczuł, że smutek ściska jego serce. Podbiegł do Anakina i przytulił go mocno. Anakin oddychał bardzo szybko, a serce waliło mu ogromnie szybko. Po chwili jednak się uspokoił.
- Mistrzu... - wyksztusił łamiącym się głosem, pełnym bólu i cierpienia.
- Nic nie mów, Anakinie - powiedział łagodnym tonem Kenobi - Wiedziałem, że to co spotka cię tam, nie będzie łatwe. Takie miejsca wzbudzają w każdym najgorsze lęki. Nawet w doświadczonym mistrzu Jedi. Ale w chwilach nawiększych trudnośći, pamiętaj, że możesz liczyć na przyjaciół. A ja jestem twoim przyjacielem. Nie mów mi co tam zobaczyłeś. Pamiętaj jednak, że to nie musi stać się naprawdę. To zależy tylko od ciebie.
Anakin nic nie powiedział. Nie musiał. Mistrz wiedział, że Anakin kocha go tak, jak on jego. Są przyjaciółmi. Na zawsze.
Gdy w końcu wyszli z groty, słońce już chowało się za szczytami Gimdaranu, zalewając horyzont złocistymi promieniami, które sprawiały, że szczyty lśniły się niczym najpiekniejsze klejnoty.
Dwaj Jedi stali przez chwilę w milczeniu, podziwiając wspaniały widok i wsłuchując się w odgłosy odległej bitwy. Mistrz zwrócił się do swojego byłego ucznia:
- Anakinie, musimy już iść. - po czym dodał z uśmiechem - Mamy bitwę do wygrania.
Anakin odpowiedział mu uśmiechem, po czym skierował się do swojego myśliwca. Obi-Wan Kenobi wiedział jednak, że w tym uśmiechu nie było ani krzty radości. Niepokój wdarł się w serce młodego Jedi, i nawet, jeżeli Anakinowi uda się go stłumić, lęk ów będzie krążyć dookoła Anakina do końca tej przeklętej wojny... A może nawet do końca życia. Mistrz wiedział, że będzie musiał teraz tym bardziej wspierać Anakina. Miał nadzieję, że da radę, że starczy mu sił. Miał nadzieję...
Wróć na górę