Pomiń nawigację™
Logo Jedi Order - małe
Home - ikonka HOME O NAS REKRUTACJA FORUM

Złudzenie

Autor: Aris de Solman

1


- Gdzie jesteś mistrzu?
Del nic nie widział. Otaczała go zewsząd lepka ciemność, której nie mógł spenetrować wzrokiem. Czuł jakby znalazł się w mrocznej, niekończącej się pustce - on sam i ciemna wieczność. Stał nieruchomo, bo jakikolwiek ruch i tak nie miałby sensu. Wszędzie było to samo - nie przebyty mrok. Del dusił się. Mimo, że miał odczucie ogromnej przestrzeni, to ciemność oblepiała go tak, że nie mógł oddychać. Jeszcze chwila, a zacznie po prostu się bać.
Nie mogę ci powiedzieć gdzie jestem - usłyszał w głowie słowa swojego mistrza - musisz sam mnie odnaleźć.
Del skrzywił się, choć tak naprawdę doskonale wiedział co jego mistrz odpowie. Nie pierwszy raz znalazł się w takiej sytuacji. Nigdy jednak ciemność nie była taka ciężka, taka gęsta. Rozglądał się jeszcze chwilę, próbując zdać się na własne zmysły. Nic z tego. Czekał jeszcze chwilę w nadziei, że mistrz odezwie się ponownie. Na próżno. Wyciszył się i zamknął oczy. Przecież wiem co mam teraz robić, powtarzał w myślach. Wiem co mam robić. Otworzył swój umysł i czekał, aż Moc go odnajdzie. Umiał przecież się nią posługiwać, był na nią wrażliwy. Był Jedi...prawie. Nagle poczuł, że wlewa się w niego ciepła energia i powoli ogarnia jego ciało. Pozwolił, by otuliła go całego. Moc w końcu go odnalazła, a on nie miał zamiaru stracić z nią kontaktu. Otworzył oczy i nie było już smolistego mroku, tylko wszystko tonęło w rozmazanym jak na nowoczesnym obrazie, ciemnoszarym kolorze. Wszędzie dookoła dominował ruch. Del widział prądy powietrza i obracający się klosz Mocy, który go otaczał. Po chwili otoczenie zaczęło nabierać kształtu - zobaczył, że stoi w małym, kwadratowym pomieszczeniu...zaskakująco małym jak na wrażenie ogromu jakiego przedtem doświadczył. Po prawej zobaczył wąskie schody, u których szczytu znajdowały się drzwi. Nie namyślając się długo zaczął po nich wchodzić. Nie był w stanie jednak zbliżyć się do drzwi ani o centymetr. Nawet gdy zaczął biec znajdowały się w tej samej odległości, a Del uświadomił sobie, że stoi wciąż na pierwszym schodku.
To tylko iluzja, pomyślał. Musiał ją zwalczyć. Znów zamknął oczy i jeszcze bardziej zagłębił się w Mocy. Prowadź mnie. Nie do końca wiedział do kogo skierował tą prośbę - do siebie? do mistrza? a może do samej Mocy?
Uniósł nogę i zaczął powoli wchodzić po kolejnych schodkach. Ale to nie on wykonywał ruchy, to była Moc. I tak szedł, schodek po schodku z zamkniętymi oczami, aż w końcu się zatrzymał. Wtedy rozchylił powieki i ujrzał przed sobą pięknie zdobione, drewniane drzwi ze złotą klamką. Stał na szczycie schodów. Poczuł ulgę; udało się. Co znajdzie za drzwiami - kolejną iluzję czy upragniony koniec?. Był tylko jeden sposób, by się dowiedzieć. Chwycił klamkę, powoli otworzył drzwi, i wtedy oślepił go intensywny błysk białego światła, który nagle wydobył się zza wejścia.

2

Przez ostanie dwie godziny Del przebywał w mroku, tak więc musiała minąć długa chwila zanim jego oczy przyzwyczaiły się do jasnego światła. Gdy to się stało zobaczył, że stoi na progu przestronnego białego pokoju. Wszystko było tu śnieżno białe i tak gładkie, że aż lśniące - sufit, ściany i podłoga; bez żadnych ozdób i obrazów. W pokoju nie było nic prócz stojącego na środku drewnianego stołu i krzesła. Siedział na nim bothanin o ciemnobrązowej sierści, szerokim pysku i wąsko osadzonych oczach. Był ubrany w tradycyjną szatę Jedi, szytą na miarę. Siedział z nogą założoną na drugą, a w ręku trzymał filiżankę z transplacelany. Unosił się z niej zapach aromatycznej herbaty.
- Ach, Delu jesteś w końcu - odezwał się bothanin - proszę napij się herbaty.
Wskazał włochatą ręką na dzbanek i drugą filiżankę stojącą na drewnianym stoliku.
- Z przyjemnością mistrzu Ho’gelp’ lya - odparł Del i zbliżył się do stolika. Kojący aromat herbaty uderzył go jeszcze mocniej gdy podniósł filiżankę ze złocistym napojem. Herbata była przepyszna, zresztą zawsze taka była, gdy przyrządzał ją mistrz Ho’gelp’lya.
- Wybacz, że nie przyniosłem drugiego krzesła.
- Nic nie szkodzi mistrzu. Postoję - uśmiechnął się Del.
- Tak więc, mój padawanie, czy nauczyłeś się czegoś na dzisiejszej lekcji? Czy Moc odkryła przed tobą nowe sekrety? - zapytał mistrz.
- Mistrzu, wiele razy już przechodziłem ćwiczenia z iluzjami i myślę, że dziś całkiem nieźle sobie poradziłem.
- „Całkiem nieźle” to nie wystarczająco. Dobrze, że przynajmniej nie udajesz, że jesteś skromny. Del uśmiechnął się krzywo.
- Delu, za niedługo skończy się wojna, a ty odbędziesz próby. By je przejść twój wynik musi być znakomity.
- Wojna przetestowała mnie wystarczająco - mruknął Del - nie potrzebuje już żadnych prób. Ho’gelp’lya pociągnął łyk herbaty, jego sierść zafalowała spokojnie i spojrzał na ucznia.
- To, że brałeś udział w kilku bitwach nie oznacza, że jesteś gotów, by zostać prawdziwym rycerzem Jedi - powiedział - Wiem, że widziałeś śmierć i zniszczenie. Wiem, że bardzo boli cię doświadczenie wojennej pożogi. Jednak zadaniem Jedi nie są wyłącznie walki i bitwy. Musisz pamiętać, że istnieje los gorszy od śmierci. Te wszystkie lekcje mają ci to uświadomić.
- Wolałbym ćwiczyć szermierkę - westchnął Del.
- Z pewnością - uśmiechnął się bothanin - ale umiejętnościami władania mieczem przewyższasz innych padawanów. Natomiast masz znaczne braki...hmmm...duchowe. Za bardzo ufasz własnym zmysłom i nie jesteś wyczulony na zagrożenia, które nosi ze sobą Ciemna Strona Mocy. To czego dziś doświadczyłeś w komnacie ćwiczebnej było namiastką Ciemnej Strony - samotność w mroku.
Del milczał. Samotność, w której byłby zdany tylko na siebie, nie miałby żadnego oparcia...To był jego największy lęk, skrywany gdzieś głęboko. Komnata dała mi to odczuć.
- Czy to wszystkie ćwiczenia na dziś mistrzu? - zapytał.
- Z ćwiczeniami na dziś dosyć. Ale nie myśl, że koniec z obowiązkami. Musimy dziś jeszcze popracować gdzie indziej - odparł Ho’gelp’lya - mistrz Windu poprosił mnie byśmy udali się z grupami ratunkowymi na północ. Tam zniszczenia po bitwie są jeszcze spore. Będziemy pomagać w odnajdywaniu ocalałych.
- Czy grupy ratunkowe nie mogą sobie same poradzić? - mruknął Del - Jedi nie są od usuwania gruzu...
- Gdyby siły ratunkowe miały dostateczną ilość środków i personelu, na pewno nie prosiłyby nas o pomoc - odpowiedział surowo mistrz - ale to jest Coruscant, Delu. Poza tym ratowaniu życia innych to podstawowe zadanie Jedi.
- Wiem, mistrzu.
Ho’gelp’lya odwrócił się i ruszył w stronę zamaskowanych w białej ścianie drzwi.
- Prócz nas będą tam jeszcze mistrz Valmash i jego uczennica Aalysa.
Padawan nie mógł powstrzymać wiru emocji, które nagle się w nim utworzył. Oczywiście ta emocjonalna eksplozja została natychmiast wyczuta przez bothanina. Mistrz spojrzał na ucznia i uśmiechając się pobłażliwie pokręcił głową. Aalysa wzbudzała w Delu uczucia, których Jedi nie powinien odczuwać. Było to oczywiście zakazane, ale Ho’gelp’lya nie mógł lub nie chciał tego stłumić. Zawsze sceptycznie podchodził do tego zakonnego zakazu. Poza tym chłopak myśląc o Aalysie zapominał o cierpieniu i wojnie. To było dobre.

3

Del Ginder, dwudziestolatek, o czarnych, krótko przystrzyżonych na padawański sposób włosach i zarostem na twarzy, oraz jego mistrz Ho’gelp’lya szli jednym z długich korytarzy świątyni Jedi na Coruscant. Podobnie jak w wielu innych, ściany miały jasnoszary kolor, a podłoga wyścielona była czerwoną wykładziną. Celem dwóch Jedi było małe lądowisko dla republikańskich kanonierek. Znajdowało się ono u podstawy świątyni. -Proszę cię Delu, byś w obecności mistrza Valmasha powstrzymywał swoje emocje, które szaleją na samą myśl o Aalysie. Jej mistrz jest o wiele większym konserwatystą ode mnie - zagadnął mistrz Ho’gelp’lya. - Nie wiem o czym mówisz, mistrzu - odchrząknął Del. Widać, że był wyraźnie zakłopotany - moje uczucia wobec niej mają charakter wyłącznie przyjacielski.
- Tak - zaśmiał się bothanin - a ja mam sierść, bo jestem banthą.
Del również się zaśmiał i odpowiedział:
- Wiem mistrzu, że z tobą mogę o tym rozmawiać. Przepraszam cię. Przyznaję, że Aalysa trochę mnie...ekhm...zauroczyła, ale z całą pewnością nie jest to miłość. Postaram się wyzbyć tych uczuć mistrzu, obiecuję.
- Nic nie szkodzi, Delu. Naprawdę, nie wymagam tego. Powiedzmy, że mam nieco inne zdanie na ten temat niż większość mistrzów.
- Tak więc dobrze, będę trzymał na wodzy swoje emocje.
- Cieszę się, że słuchasz jeszcze starego mistrza.

Po chwili dotarli na koniec korytarza, gdzie czekała na nich winda. Dojechali nią na dolny poziom świątyni, na którym znajdował się hangar. Minęło kolejne parę minut zanim do niego dotarli idąc korytarzem bliźniaczo podobnym do poprzedniego.
Hangar był mały i mógł pomieścić zaledwie pięć kanonierek. Było w nim całkiem jasno gdyż przez spore drzwi wylotowe wpadało słoneczne światło. Teraz znajdowały się tu trzy pojazdy - przy pierwszym i drugim krzątały się ekipy mechaników ubranych w żółto-niebieskie kombinezony robocze. Jeden z nich pracujący przy drugim pojeździe co chwilę wzbijał w powietrze rój malutkich iskierek, gdy końcówka maszyny spawalniczej, którą obsługiwał stykała się z powłoką kanonierki.
Przy trzeciej, stojącej najbliżej drzwi wylotowych, stało dwóch członków ekipy ratunkowej w pomarańczowych, prążkowanych kombinezonach oraz dwóch żołnierzy klonów w białych zbrojach.

Delowi nie podobały się nowe hełmy żołnierzy. Zdecydowanie bardziej wolał te z charakterystycznym wizjerem w kształcie litery „T”. Obecne przypominały mu czaszkę jakiegoś drapieżnika. Ale chyba o to właśnie chodziło - klony miały budzić strach na polach bitew.
Gdy obaj Jedi zbliżyli się do kanonierki przywitał ich starszy ratownik. Miał około czterdziestu lat; koło skroni pojawiły się już siwe włosy, które dodawały jego surowej twarzy jeszcze więcej powagi.
- Witam mistrzu Ho’gelp’lya - przywitał bothanina, zupełnie ignorując Dela - Meth Gixter, zastępca koordynatora akcji ratunkowej. Normalnie nie korzystamy z pomocy Jedi, ale w obecnej sytuacji nie mamy wyjścia. Duża część zabudowań równikowych ma przynajmniej małe uszkodzenia, a my po prostu nie mamy tak licznej załogi, by wszystkiemu sprostać.
- Rozumiem - przytaknął mistrz - jednak lepiej będzie jak ze szczegółami zapozna mnie pan po drodze. Czas nagli, a wśród gruzów mogą być jeszcze ocaleni.
- Szczerze w to wątpię, mistrzu.

Było już dawno po południu, a mimo wszystko upał wciąż trzymał. Na błękitnym jeszcze niebie nie było ani jednego obłoku, słońce grzało niemiłosiernie, a skwar dodatkowo potęgowały szalejące jeszcze gdzieniegdzie pożary. Nawet powietrze wpadające do części transportowej kanonierki przez rozsunięte klapy, było lepkie i ciepłe. Pojazd, którym leciał Del i jego mistrz, dwóch członków ekipy ratunkowej oraz trzech żołnierzy razem z pilotem, zostawił w tyle pięć iglic świątyni Jedi. Po paru minutach wzniósł się ponad przestrzeń dostępną dla śmigaczy cywilnych i pomknął na północ miedzy strzelistymi wieżowcami planety - miasta. Kiedyś, widok wojskowego pojazdu lecącego między śmigaczami na pewno zdziwiłby pilotów - cywilów. Jednak w czasach szalejącej po niemal całej galaktyce wojny, widok ten na nikim nie robił wrażenia. Tym bardziej, że nie dawno na Coruscant i nad jego przestworzami toczyła się jedna z największych bitew tej wojny. Na niebie i na ziemi rozpętało się piekło, po którym teraz przywracano porządek i liczono straty. A te były ogromne. Najbardziej irytującym faktem była ucieczka głównego sprawcy - generała Grievousa. Niezadowolenie społeczeństwa rosło, gdyż ani wywiad Republiki, ani Jedi nie byli w stanie wytropić zbrodniarza. Jednak zdawano sobie sprawę, że wojna ma się ku końcowi. Mimo, że na dziesiątkach światów nadal toczyły się bezlitosne bitwy. Żadna ze stron nie miała już środków na dłuższe walki, zaś bitwę o Coruscant traktowano jako kulminację. Wszystko zaś kipiało Ciemną Stroną Mocy. Mistrz Ho’gelp’lya nie raz mówił Delowi, że za wojną stoi Sith. On sam wierzył mistrzowi jednak Sith, był dla niego postacią niewyobrażalną, nie realną jakby był częścią jakiejś mrocznej legendy; potwór - którym straszono niegrzeczne dzieci. Paradoksalnie doskonale zdawał sobie sprawę z jego istnienia. Mistrz przypominał mu to cały czas.

4

-Ile czasu zajmie nam dotarcie na miejsce? - bothanin spytał starszego ratownika. Gęstość z jaką stały tu lśniące w słońcu wieżowce zmuszały pilota do częstych skrętów, co przechylało pasażerów to w jedną, to w drugą stronę.
- Około pół standardowej godziny - odpowiedział Gixter, a po chwili kontynuował - dwie zabłąkane rakiety trafiły w kompleks mieszkalny Hulota. Pociski posiadały spore głowice, więc z budynków nic nie zostało. Nie łudziłbym się, by wśród gruzów znajdowały się jakieś żywe istoty. Z resztą jak dolecimy to zobaczycie o czym mówię.
-Przeklęci separatyści - syknął Del - nie mają litości nawet dla niewinnych obywateli. Jaki pożytek mieli z niszczenia budynków cywilnych?!
-Żaden - odparł beznamiętnie ratownik - to były nasze rakiety, Jedi. Pewnie zboczyły z kursu, albo potraktowano je jakimś impulsem zakłócającym. Pal to licho, wiadomo jedynie, że mamy ogromną dziurę z tonami gruzu i setkami martwych. Nie obchodzi mnie teraz, kto zawinił.
Del zamilkł. Niestety takie rzeczy się zdarzały. Żołnierze, cywile, piloci ginęli od pocisków wystrzelonych przez własnych ziomków. Było to nieuchronne zjawisko, które na stałe związane było z wojną, jej okrucieństwami...i bezsensownością. To było jednak nadzwyczaj perfidne - zginąć od własnego lub przyjacielskiego ognia. Jak czuł się ten, który wystrzelił i zabił własnego towarzysza broni, własnego przyjaciela? Czy załamywał się, rzucał broń i już nie walczył? Czy też obojętniał, wzruszał ramionami mówiąc: „To jest wojna. Takie rzeczy się zdarzają. Nie moja wina”. Del nie wiedział i nie chciał się nad tym zastanawiać.
- Czy mistrz Valmash i jego uczennica są już na miejscu? - spytał Ho’gelp’lya.
-Tak i już działają. Dotąd wydobyli z ruin dwadzieścia osiem ciał i jednego bitha w stanie ciężkim. Sierść bothanina zafalowała niespokojnie, a Del wyczuł bijącą od mistrza falę smutku. Sam posłał mu impuls Mocy na znak solidarności w smutku.
- Jeszcze jedno - odparł po chwili starszy ratownik - podejrzewamy, że wśród gruzów znajduje się jeszcze trzeci pocisk - niewypał.
- Wiadomo, gdzie może się znajdować - spytał Ho’gelp’lya - ustalono chociaż przybliżoną głębokość.
- Nie mamy pojęcia gdzie, ani na jakiej głębokości. Mówiłem, że to tylko podejrzenia. Analiza wykazała bardzo nikłe ślady substancji wybuchowych, które równie dobrze mogą być pozostałością po eksplozji rakiet. Co nie znaczy, że nie powinniśmy uważać na...
Przerwał, gdyż podręczny komunikator, który przyczepiony był do jego pasa, zaczął migać niebieskim światłem i wydobywać pociągłe piski. Ratownik odczepił urządzenie z paska i zbliżył mały głośniczek do ust.
- Tu Gixter. Co się stało?
- Tu Byla - w żeńskim głosie, który wydobywał się z głośniczka dało się słyszeć daevoriański akcent - właśnie przybył do nas Jedi przedstawiający się jako Vell Janus. Twierdzi, że ma pomóc nam w akcji ratowniczej.
Mistrz i uczeń wymienili zdziwione spojrzenia.
- Czy to aby na pewno jest Vell Janus? - zapytał bothanin - przecież on i jego mistrz Gossa są na Gimdaranie.
- Misja na Gimndaranie zakończona, mistrzu Ho’gelp’lya - tym razem komunikator przemówił wysokim, zdecydowanym głosem. Głosem Vella Janusa - mistrz Windu oddelegował mnie tutaj.
- A co z mistrzem Gossem? - spytał Del.
- Mistrz Gossa, nie żyje.
Widok, który zastali na miejscu był przerażający. Z lotu ptaka wyglądało to tak, jakby w powierzchnię Coruscant uderzył sporych rozmiarów meteoryt. Kompleks mieszkalny Hulota praktycznie nie istniał. Z niedawno tętniących życiem apartamentów pozostały trzy, osmalone i zawalone gruzem kikuty wieżowców o średnicy sto metrów każdy. Gdzieniegdzie z tej bezładnej kupy metalu, ozdobnego kamienia i transplastali wydobywały się płomienie, z którymi walczyły ekipy przeciw pożarowe. Fala uderzeniowa przeszła przez budynki stojące naokoło kompleksu tak, że po wybuchu zostały wyżłobione w nich ogromne półksiężyce. Gdzieś wśród gruzu leżały setki ciał istot wielu ras, kobiet i mężczyzn, dzieci i starców. Nad tym grobowcem unosiły się trzy mobilne platformy lądownicze, parę promów sanitarnych i masywnych pojazdów do usuwania gruzu. Kanonierka, w której lecieli Jedi podchodziła do lądowania na pierwszej z platform. Przez otwarty właz Del ujrzał trzy postaci stojące na lądowisku, ubrane w szaty Jedi. Pojazd osiadł na płycie i pasażerowie wysiedli. Del poczuł w ustach metaliczny smak pyłu i kurzu, którego pełno było w powietrzu. Stanął obok swojego mistrza, który już witał się z mistrzem Valmashem - kalamarianinem o ogromnych (nawet jak na przedstawiciela tej rasy) oczach i jasnobrązowym odcieniu skóry. Obok stała Aalysa. Na jej widok serce Dela zamarło. Nie dał jednak tego po sobie poznać. Nie tylko nie drgnął mu ani jeden mięsień twarzy, ale i jego emocje pozostawały uśpione. Skinął lekko głową w kierunku Aalysy, a ona odwzajemniła to lekkim uśmiechem. W takich chwilach Del żałował, że jest czuły na Moc. Żałował, że nie może powiedzieć tej uroczej padawance co czuje...nawet jeżeli to nie była miłość. Aalysa była od niego rok młodsza, miała jasno brązowe włosy przycięte do ramion, jej uroda była naturalna, delikatna, twarz zawsze pogodna, a oczy czujne.
- Witaj, Delu - głos Vella Janusa wyrwał Dela z rozmyślań. Vell był wyższy od niego i miał surowy, wręcz agresywny wyraz twarzy.
- Cześć, Vell - odparł - przykro mi z powodu twojego mistrza...jak to się stało? Jeśli mogę spytać.
- Oczywiście, że możesz. Gdy ostatni przyczółek separatystów został zdobyty, mistrz Gossa pozostawił mnie z oddziałem bym załatwił...formalności, a sam poleciał do głównego centrum polowego, by wydać dalsze rozkazy. Zaraz po starcie kanonierka eksplodowała. To był zamach, ktoś podłożył bombę w pojeździe.
Twarz Vella Janusa ani chwilę nie zmieniła obojętnego wyrazu. Zawsze taka była bez względu na to co sie działo. Jednak ogromny smutek bijący od niego dało się odczuć w Mocy na kilometr.
- Czy ustaliliście, kto to zrobił? - zapytał Del.
- Na pewno, ktoś przekupiony przez separatystów - odpowiedział Janus - podejrzewamy, że to ktoś z ekipy technicznej. Żaden z klonów nie byłby do tego zdolny...bez wyraźnego rozkazu.
Del zasępił się na chwilę...zginąć w tak głupi sposób...i powiedział:
- Jeszcze raz współczuje z powodu twojego mistrza. Był wielkim Jedi.
- Tak to prawda. Dziękuję Delu.
Vell odwrócił się i odszedł w kierunku promu medycznego.

5

Akcja przebiegała spokojnie. Dwaj mistrzowie - Ho’gelp’lya i Valmash oraz padawani Del, Aalysa i Vell, stojąc na mobilnych platformach lądowniczych, podnosili Mocą wielkie pokłady gruzu i kierowali je powoli ku dolnej powierzchni Coruscant. Trwało to dopiero standardową godzinę, ale przy pomocy Jedi usunięto już prawie połowę gruzu. Jednak im więcej go zniknęło, tym większą liczbę ciał znaleziono. Malała więc nadzieja na odnalezienie kogoś żywego. Cała ekipa ratownicza przebywała wśród zgliszcz i na bieżąco komunikowała się z Jedi. Jednak często bywa tak, że zadania z pozoru proste, stają się próbą najwyższych umiejętności, której nie wszyscy mogą podołać...
- Znaleźliśmy żywego! - z małego komunikatora mistrza Ho’gelp’lya rozległ się zniekształcony przez głośnik krzyk Metha Gixtera - to senator Draado, Rodianin.
- W jakim jest stanie? Potrzebujecie przy nim pomocy? - zapytał bothanin.
- Poradzimy sobie, mistrzu. Jego stan jest ciężki, ale przeżyje - odpowiedział ratownik. Jego głos przybrał poprzedni, obojętny ton - na promie medycznym mamy odpowiednią aparaturę, by podtrzymać go przy życiu w drodze do specjalistycznego ośrodka.
Del wyczuł w Mocy impuls radości bijący od Jedi. Jednocześnie jednak zauważył w Mocy coś dziwnego, jakby niepokój przemieszany z postanowieniem dokonania jakiegoś czynu, spełnienia powierzonego zadania. Nie miał pojęcia od kogo ta aura pochodziła, ale widać tylko on to wyczuł. Uczucia jego mistrza pozostawały bez zmian - cieszył się, że zdołali ocalić chociaż jedną istotę. Del obserował, jak biały prom medyczny podchodzi do lądowania na zgliszczach, wśród których odnaleziono ocalałego.
- Gratuluje panu Gixter - odparł Ho’gelp’lya - nawet jedna istota jest warta całej tej akcji. Dla nas Jedi to wystarczająca nagroda.
- Tak, dziękuję... - Gixter na chwilę się zawahał, po czym dodał - proszę poczekać, mamy tutaj problem...

Właśnie w takich momentach, gdy odczuwa się ulgę, gdy ma się świadomość dobrze spełnionego obowiązku, następuje zdarzenie, które nawet największą radość może przerodzić w rozpacz...a życie w śmierć.

- Mistrzu Ho’gelp’lya! - w komunikatorze znów rozległ się głos Gixtera, tym razem bardzo zaniepokojony - moja ekipa znalazła trzecią rakietę - niewypał. Akurat w tym budynku, w którym jesteśmy i ewakuujemy senatora. Wezwaliśmy już saperów, proszę wydać rozkaz pilotom platform lądowniczych, by oddalili się na bezpieczną odległość!
Jedi wydali stosowne rozkazy i platformy zaczęły się prędko oddalać. Pojazdy usuwające gruz oraz reszta promów medycznych, dały pełną moc w silniki i z głośnym rykiem pospiesznie odlatywały poza strefę rażenia. To co nastąpiło potem, trwało zaledwie kilka sekund...
- Tu Gixter! Jesteśmy już...
Jego krzyk urwał się. Tak samo nagle ogromny huk wstrząsnął platformą, gdy cały kikut wieży apartamentowca zniknął w potężnej, ognistej eksplozji, która wzbiła w powietrze tony transplastali pochłaniając przy tym wszystko co było w zasięgu rażenia. Ogień eksplozji rozrastał się jeszcze chwilę, a potem pozostał już tylko czarny dym. Podmuch fali uderzeniowej był tak silny, że przewrócił stojących na platformie Jedi. Del upadł, ale nie chciał się podnosić. Leżał i patrzył w zasnute dymem niebo; nie słyszał nic poza hukiem w jego głowie. W ciągu kilku sekund, klosz radości, który go otaczał rozpadł się na małe kawałeczki. Rozpacz wygrała.

6

Minęło kilka dni. Del zapomniał o tragedii jaka wydarzyła się podczas akcji ratunkowej. Zapomniał o śmierci senatora Dradoo, Gixtera i innych ratowników. Wojna przyzwyczaiła go do ciągłych strat i nieustającego pochodu śmierci. Często łapał się na tym, że obojętnienie na to, co go otacza, a przecież takie uczucie powinno być obce Jedi. Nic na to jednak nie mógł poradzić. O dziwo, odczuwał teraz radość, stojąc na jednym z tarasów świątyni Jedi. Popołudniowe słońce oświetlało strzeliste wieżowce Coruscant, między którymi przemykały cywilne i wojskowe śmigacze podobne z tej odległości do malutkich mrówek. Nigdy nie zwracał na to większej uwagi, a teraz widok ten wydawał mu się jednym z najpiękniejszych, jakie kiedykolwiek widział. Podziwiał każdy, pojedynczy refleks słońca, który odbijał się od gładkich ścian drapaczy chmur i pędził ku następnym. Wzbudzając w sobie Moc dostrzegał to wszystko w zwolnionym tempie, jakby świat nagle się uspokoił, a życie wróciło to swojego normalnego biegu. On zaś żył wspaniałą wiadomością, która od rana obiega całą planetę - Generał Grievous został odnaleziony, a mistrz Obi - Wan Kenobi wyruszył na odległą planetę Utapau, by go zniszczyć. Jego śmierć położy kres wojnie. Ta myśl przepełniała jego serce tak wielką radością - w końcu ogień, który trawi galaktykę zgaśnie na zawsze. Del zaczerpnął powietrza pełną piersią i uśmiechnął się szeroko.
- Czuć twoją obecność w Mocy na cały parsek.
Del obrócił się gwałtownie i zobaczył Aalysę stojącą przy wejściu na taras; jej usta ułożyły się w krzywy uśmieszek, a ręce miała skrzyżowane na piersi.
- Mistrz Valmash nie uczył cię, że nie wolno się tak skradać do przyjaciół? - zapytał Del.
- Coś o tym mówił - powiedziała dziewczyna, a uśmiech nie znikał z jej twarzy - ale może o tym zapomniałam. Poza tym wcale się nie skradałam. Byłeś tak zatopiony w zachwycie, że nawet pijany rankor by cię podszedł.
Del roześmiał się.
- Wiesz, muszę przyznać, że nie jesteś podobna do pijanego rankora.
- Dziękuję Delu - Aalysa uśmiechnęła się szeroko - sama bym na to nie wpadła.
Dziewczyna podeszła do chłopaka oparła łokcie o poręcz. Promienie słońca padały na jej twarz, a Del patrząc na nią zastanawiał się czy może być jeszcze piękniejsza.
- Mógłbyś chociaż trochę opanowywać emocje, Delu - powiedziała dziewczyna, tym razem poważnie, a chłopakowi zaschło w ustach.
- Wiesz, że na to nic nie poradzę - wzruszył ramionami Del i uśmiechnął się krzywo - jestem tylko człowiekiem.
- Jesteś Jedi - Aalysa wpatrywała się w horyzont. Minę miała poważną - moim przyjacielem Delu, ale nic poza tym.
- Oj, wiem. Niestety mistrz Ho’gelp’lya jakoś nie zwraca na to uwagi. Czasem nawet mam wrażenie, że cicho pozwala bym…o tobie myślał.
- To nie myśl - odpowiedziała krótko Aalysa - twój mistrz ma zbyt liberalne poglądy.
Del nic już nie powiedział. Rozmowa na ten temat była zakończona, a on starał się opanować to, co się działo w jego wnętrzu. Całe szczęście był przygotowany na taka odpowiedź i nie nastawiał się, że nagle Aalysa rzuci mu się na szyję w miłosnym uścisku. To co czuł do niej było raczej cieniem miłości, ulotnym wspomnieniem i jakąś marą. Del zdawał sobie z tego sprawę.
- Właśnie wracam z senatu - dziewczyna przerwała ciszę, która stawała się coraz bardziej krępująca - mistrz Valmash wysłał mnie tam bym posłuchała przemowy Palpatine’a na temat wczorajszego wypadku. Nagle wróciły wspomnienia. Bolesne wspomnienia, ale Del ponownie się opanował i ze spokojem zapytał: - Dlaczego? Przecież Valmasha nigdy nie interesowały górnolotne gęgolenia polityków. Tym bardziej, że senator Draado był w zdecydowanej opozycji dla rządów Papatine’a. Obaj się wręcz nienawidzili.
- A to ciekawe - mruknęła Aalysa - Palpatine opowiadał o nim w samych superlatywach podczas przemówienia. Choć tak naprawdę to nie wypada źle mówić o zmarłych. Niemniej jednak Rada ostatnio bardzo zainteresowała się Palpatinem.
- Nie ufam mu ani ja, ani mistrz Ho’gelp’lya - stwierdził Del - zbyt wiele władzy w jednych rękach. Jego działania są…nieprzewidywalne, niejasne. Jakby ukrywał swój umysł przed Jedi.
Aalysa spojrzała na Dela, a na jej twarzy malowała dziwna mieszanka zdziwienia i pobłażliwości.
- To niemożliwe, wiesz o tym - powiedziała, po czym znów spojrzała na panoramę Coruscant. Przez chwilę milczała, a Del wyczuł, że Aalysa stara się odnaleźć z Mocy spokój. Mięśnie jej twarzy rozluźniły się, oczy zamknęły, a napięte ramiona powoli opadły. Dziewczyna odetchnęła głęboko i powiedziała - Nie musimy rozumieć każdego posunięcia Rady Delu. jesteśmy tylko padawanami.
- Już nie długo - dodał ze smutnym uśmiechem Del. Znów zapadła cisza, której nie był w stanie zmącić nawet szum planety-miasta. Niebo powoli przybierało złocisty kolor, podobnie jak otaczające świątynie wieżowce. Nie było ani jednej chmurki.
- Przyszłaś tu tylko po to, by powiedzieć mi co o zmarłym senatorze mówił Palpatine? - spytał chłopak.
- Właściwie to nie - odpowiedziała cicho Aalysa - widziałam się dziś z Vellem Janusem. Szukał cię…
- Mnie? - zdziwił się Del - wiesz czego chciał?
- Nie powiedział mi, ale… - dziewczyna na chwilę się zawachała - Delu on był jakiś…dziwny. Jakby się czegoś bał…
- Vell bał? Okazywał to? Przecież on zawsze jest jak posąg. Nigdy nie widziałem, by Vell okazywał jakiekolwiek uczucia.
- To mnie właśnie niepokoi - mruknęła Aalysa - widziałam go jakąś godzinę temu.
Del zasępił się. Czegóż to Vell mógł chcieć? Nie mogło być to jednak coś, co zaćmiłoby jego szczęście. Chłopak i dziewczyna patrzyli jeszcze przez chwilę na widok rozciągający się przed tarasem, po czym odwrócili się i weszli do świątyni.
Gdy zniknęli za wejściem, na niebie pojawiła się pierwsza chmurka.

7

Dzień się jeszcze nie skończył, a już szeptano po cichu o śmierci Grievousa z rąk Obi - Wana Kenobiego. Na razie jednak w świątyni Jedi panowała umiarkowana radość i spore napięcie. Prawdę znali przecież tylko mistrzowie, a reszta musiała czekać w nadziei na potwierdzenie tej wiadomości. Gdyby była to prawda, oznaczałoby to tylko jedno - koniec wojny. Opowieści o Sithach kontrolujących senat wydawały się teraz śmiesznymi błahostkami. Del jednak się nie cieszył. Myślał teraz tylko o tym, by jak najszybciej odnaleźć Vella i dowiedzieć się, dlaczego ten go szukał. Nie mógł sobie wyobrazić jak Vell Janusz okazuje po sobie, że coś go niepokoi. To było coś niespotykanego. Delowi nie dawala spokoju myśl, że ten niepokój wiąże się z wydarzeniami tragedią, jaka miała miejsce podczas akcji ratunkowej.
Chłopak przebywał kolejne korytarze świątyni coraz szybszym krokiem. Mijał wielu Jedi i padawanów, ale nigdzie nie mógł znaleźć przyjaciela. Wszedł do ogromnej sali, a właściwie ogromnej alei, której wschodnia ściana zrobiona była z transplastali. Widać było przez nią strzeliste wieżowce rozciągające się po sam horyzont; niebo przybierało już powoli złocisty kolor zachodzącego słońca.
- Już tak późno? - mruknął do siebie Del i przyspieszył kroku. Przez chwilę pomyślał, żeby przystanąć i wyciszyć się. Może w spokoju, otwarty na Moc, wyczułby gdzie jest Vell. Szybko jednak zrezygnował z tego pomysłu - stwierdził, że nie mógłby się skupić w tak tłocznym miejscu. Gdy dotarł do połowy alei, Moc powiadomiła go o znajomej obecności. Nie był to jednak Vell, a jego mistrz - Ho’gelp’lya. Del zobaczy bothanina na drugim końcu sali i od razu zaczął biec w jego kierunku. Ho’gelp’lya momentalnie zauważył ucznia, przeciskającego się między innymi Jedi.
- Dobrze, że cię widzę Delu - powiedział, gdy chłopak podbiegł wystarczająco blisko - mam dla ciebie wspaniałe wieści.
- Co się stało mistrzu? - zapytał Del lekko się niecierpliwiąc.
Sierść bothanina zafalowała, gdy ten się wyprostował i wyraźnie się uśmiechnął.
- Grievous nie żyje - odparł i zamilkł na chwilę jakby sam napawał się swoimi słowami. Po chwili ciągnął dalej - Mace Windu i trzech innych mistrzów poleciało właśnie do siedziby kanclerza przekazać mu tą wspaniałą nowinę. Palpatine powinien zrzec się swoich nadzwyczajnych uprawnień, a w Republice znowu zapanuje pokój.
- To wspaniałe wieści, mistrzu - powiedział Del uśmiechając się jednocześnie. Cieszył się, że śmierć Grievousa stała się faktem, a to oznaczało, że w końcu skończy się zabijanie, na skalę galaktyczną. Jednak myśl o Vellu ciągle nie dawała mu spokoju i chciał już oddalić się od mistrza, by kontynuować swoje poszukiwania. Ho’gelp’lya wyczuł niepokój swojego ucznia.
- Co się dzieje mój padawanie? Co cię niepokoi? - zapytał.
- Szukam Vella, mistrzu - odpowiedział chłopak - coś się stało, chciał czegoś ode mnie i teraz nie mogę go znaleźć.
- Widziałem go jakieś dziesięć minut temu. Powiedział mi, że cię szuka.
Del nagle zesztywniał i spojrzał na mistrza.
- Mówił gdzie chce się ze mną zobaczyć? Wyglądał na zaniepokojonego?
- Tak, zdawał mi się, że…przed czymś ucieka. Gdy jednak spytałem o powód jego strachu nie chciał nic powiedzieć. To chyba niepodobne do niego…
- Tak…nie podobne… - mruknął Del.
- Powiedział mi tylko, że będzie na ciebie czekał w bibliotece, razem z Aalysą - odparł bothanin - Delu chce cię jeszcze dziś widzieć w sali medytacyjnej, musimy wykonać parę ćwiczeń…
Te ostatnie słowa chłopak usłyszał już w biegu. Ruszył pędem w kierunku biblioteki. Nie mógł wytłumaczyć sobie, dlaczego czuł w żołądku nieprzyjemne skurcze. Przecież mogło się okazać, że nic tak naprawdę się nie stało. Del jednak się nie łudził - musiało się coś stać skoro Vell tak bardzo się przestraszył. Dlaczego akurat teraz, kiedy Grievous został zabity? Chłopak od paru lat żył w ciągłym napięciu, żył pośród ognia i śmierci, która szerzyła się przez wojnę klonów. Teraz, w chwili tryumfu Republiki, nie mógł się nawet radować z innymi. Dotarł w końcu na poziom biblioteki i ruszył w kierunki jej ogromnego wejścia. Mijał ogromne regały wypełnione niezliczoną ilością datakart, które miały w sobie tysiące lat wiedzy i historii, mijał popiersia potężnych mistrzów Jedi, teraz milczących, wpatrzonych gdzieś w dal swoimi niewidzącymi oczyma.
Del znalazł przyjaciół zachodniej części biblioteki, w małym pomieszczeniu z holoprojektorem. Ledwo mogli się w nim pomieścić we trójkę. W rogu pokoiku stała Aalysa, jej ręce skrzyżowane były na piersi, a mięśnie twarzy miała napięte, co wskazywało na zniecierpliwienie. Chłopak wyczuł je zanim do nich dotarł. Przy stole z holoprojektorem siedział Vell. Gdyby nie to, że nerwowo się rozglądał, Del pomyślałby, że jego przyjaciel nie należy już do świata żywych. Miał trupiobladą twarz, szare obwódki pod oczami i mętne, szkliste spojrzenie; całym jego ciałem targały dreszcze. Nigdy nie widział Jedi w takim stanie, nawet padawana. Gdy chłopak wszedł do pomieszczenia, Janus wyraźnie odetchnął.
- Jestem już Vellu - powiedział szybko Del - szukałeś mnie. Powiedz, co się dzieje?
Aalysa spojrzała na Dela, podeszła do niego i położyła mu rękę na ramieniu. Vell zacisnął blade i spocone dłonie, odetchnął głęboko i zaczął mówić trzęsącym się głosem:
- Bez względu na to, co wam teraz powiem i tak jest już za późno. Wkrótce będziemy świadkami apokalipsy i nic nie możemy zrobić, by temu zapobiec.
- Vellu Janusie powiedz, o co chodzi? - Aalysa prawie krzyknęła, a Del poczuł jak jej dłoń zaciska mu się na ramieniu - jaka apokalipsa? Grievous nie żyje, wygraliśmy wojnę.
- Wojna to tylko pretekst - mruknął Vell - zresztą najlepiej będzie jak wam to puszczę. Wtedy zrozumiecie.
Wyciągnął z kieszeni małą datakartę i podłączył ją do holoprojektora. Po chwili na środku stołu zamajaczyła malutka sylwetka rodianina. Był to senator Draado. Aalysa i Del popatrzyli na siebie ze zdumieniem.
Dziewczyna chciała coś powiedzieć, ale wyświetlana sylwetka senatora poruszyła się, a z głośników wydobył się głos:
- Jestem senator Draado i zasiadam w Galaktycznym Senacie. Jest to moje ostatnie nagranie i gdy ktoś będzie je odtwarzał, ja prawdopodobnie będę już martwy - mówił płynnym basiciem z wyraźnym rodiańskim
akcentem - fakty, które teraz przedstawię wydadzą się nierealne. Zapewniam jednak, ku mojej rozpaczy, to wszystko prawda.
Sylwetka zamilkła na moment, a emocje trójki padawanów przysłuchujących się hologramowi szalały w Mocy. Po chwili rodianin kontynuował:
- Wszyscy słyszeliśmy plotki o Sithach, którzy z ukrycia, w cieniu, wpływają na senatorów zasiadających w Galaktycznym Senacie. Były to plotki, które niejednego przyprawiały o uśmiech politowania, a w najlepszym przypadku ogromną rezerwę do tego typu wiadomości. Dlaczego jednak te plotki się pojawiły? Dlaczego tak długo nie dają nam spokoju ciągłe wątpliwości na ich temat? Odpowiedź jest prosta: są prawdziwe. Mylą się tylko w jednej kwestii, ponieważ to nie Sithowie kontrolują Senat, a jeden Sith. Jest nim kanclerz Palpatine…

Del poczuł jak coś w nim pęka. Przecież to nie mogła być prawda! Jedi dawno odkryliby taką straszną prawdę. Jakiś senator, który nienawidził Palpatine’a wymyślił tą historyjkę, by mu zaszkodzić. Potem jednak, Draado zaczął przedstawiać swoje dowody. Opowiadał o tym jak Senat przyznał kanclerzowi nadzwyczajne uprawnienia, o tym jak z każdym dniem je powiększał zagarniając coraz więcej władzy dla siebie, o tym jak głosy opozycji były ciągle zagłuszane, o kontaktach z niejakim Tryanusem.
- Ostatecznym dowodem na to, że Palpatine to Sith jest wiadomość, którą przesłali mi mistrz Jedi Rohnar Kim i jego padawan Tap - Nar - Pal zaraz przed wyruszeniem na Mersona. Odkryli oni prawdziwą tożsamość Sitha i podejrzewali, że nie wrócą żywi z Mersona. W razie ich śmierci miałem przekazać wiadomość Radzie Jedi. Obaj zginęli na Mersonie. Zapłacili życiem za poznanie prawdy. Ja prawdopodobnie za niedługo też zginę. Wojna klonów posłużyła kanclerzowi do przetrzebienia szeregów Jedi, by mieć z nimi o wiele mniejszy problem, gdy już się ujawni. Mam jednak nadzieje, że dostarczę tę wiadomość Radzie na czas.
Tu nagranie się skończyło. Hologram rozmył się, a wraz z nim rozmyły się również uczucia Dela. To było zbyt straszne, zbyt nieprawdopodobne żeby było prawdziwe. Jednak w głębi serca czuł, że to ma sens; poszczególne części układanki pasowały do siebie. Popatrzył na Aalyse. Nie musiał sięgać po Moc, by wyczuć, co się w niej teraz dzieje. Była blada, oczy patrzyły gdzieś w dal, a jej oddech był przyspieszony. Del chwycił jej rękę; cała się trzęsła. Vell zaś siedział z twarzą ukrytą w rękach. Przecież to nie może być prawda…
- Delu… - wyszeptała Aalysa.
- Nie zdołał dostarczyć wiadomości Radzie, bo wybuchła bitwa - mruknął Vell.
Chłopak popatrzył przez okno. Nad Coruscant zapadł już zmrok.
- Vellu, dlaczego pokazałeś to nagranie nam, a nie jakiemuś mistrzowi? - zapytała drżącym głosem Aalysa.
Vell Janus chciał coś powiedzieć, gdy nagle w bibliotece zgasły światła. Ciemność byłaby nieprzenikniona, gdyby nie poświata płynąca z okna. Dawała ona nikłe światło, dzięki któremu można było widzieć w mroku. W bibliotece zapanowało wielkie poruszenie. Nie można było z powrotem przywrócić oświetlenia; żadne elektroniczne urządzenia nie działały. Dell, Aalysa i Vell wybiegli z pomieszczenia na główny hol biblioteki.
- Co się stało? - zapytała Aalysa.
Jakby w odpowiedzi na jej słowa, świątynne czujniki alarmowe podniosły głos. Przyjaciele spojrzeli na siebie z niepokojem.
- Palpatine się ujawnił - odparł Del. Wypowiedział te słowa spokojnie, bez emocji. Został z nich całkowicie wypruty - zaczęło się…

8

Nocą, Coruscant jest piękny.
Po zachodzie słońca, planetarne wieżowce zapalają się miriadami sztucznych świateł, a śmigacze przywodzą na myśl maleńkie świetliki. Patrząc na ten świetlisty pokaz, można by pomyśleć, że jest to odbicie rozgwieżdżonego nieba. W końcu, wszystkie światła zlewają się w jeden ogromny blask. Perła galaktyki. Widok ten, porusza do głębi. Budzi podziw, ale i wzbudza lęk.
To właśnie czuły trzy postaci stojące na jednym z licznych tarasów świątyni Jedi - narastający strach. Nie obserwowali jednak morza światła rozciągającego się przed nimi, aż po horyzont. Nie podziwiali piękna tego zjawiska.
Wpatrywali się natomiast w setki , jeżeli nie tysiące, białych pancerzy, ustawionych w szeregi, maszerujących wprost na świątynię. Pancerze lśniły w blasku świateł, a hełmy zdawały się czaszkami potwora z sennych koszmarów.
Na samym przedzie kroczył Cień.
Wpuszczał on w serca jeszcze większe przerażenie. Kroczył pewnie, stanowczo, a wokół siebie roztaczał mrok. Nie był to jednak mrok zwyczajny. Ten nie tylko tłumił światło, ale i gasił wszelką nadzieję. Bez wątpienia był to Jedi.

Był.

Ziemia drżała pod stopami pancernych butów, gdy wkraczali powoli na schody prowadzące do świątyni. Idealny szyk, idealny rytm.
- Co się dzieje? - zapytał słabym głosem Vell.
- Nie wiem - odparł Del - nie sądzę jednak, by klony miały przyjazne zamiary.
- W świątyni jest za mało Jedi byśmy mogli się bronić - Aalysa starała się zapanować nad drżącym głosem - jest zbyt mało mistrzów...
- Nie możemy tu tak stać! - warknął Del - Coś musimy zrobić!
Vell wciągnął głośno powietrze i powiedział:
- W datakarcie z nagraniem Draado, są koordynaty kryjówki Palpatine'a na Coruscant.
Del i Aalysa odwrócili się i spojrzeli na Vella.
- Musimy tam lecieć... - powiedziała dziewczyna.
- Co?
- Musimy powstrzymać Palpatine'a - powtórzyła.
- Nie powstrzymamy go Aalysa - krzyknął Vell - poza tym nie wiemy czy go tam zastaniemy!
- Dlaczego więc powiedziałeś nam o koordynatach? - zapytał Del.
Vell westchnął i spuścił głowę.
- Zginiemy tam... - mruknął.
- I tak zginiemy! - krzyknęła Aalysa - Ale chce umrzeć próbując coś zrobić! Nie będę tu stać bezczynnie! - Aalysa ma rację - powiedział Del - możemy chociaż odwrócić uwagę Palpatine'a. Może to uratować życie paru Jedi.
Spojrzeli w dół. Cień wkroczył już do świątyni. Za nim wlewała się biała fala. Po chwili usłyszeli stłumiony strzał, potem drugi i następny; coś eksplodowało. W końcu odgłosy bitwy zalały całą świątynię.
- Szybko! Nie ma czasu! Nastał czas apokalipsy! - krzyknął Del - Vellu podaj mi koordynaty. Dobrze. Teraz musimy się rozdzielić.
- Jak to? - zająknęła się Aalysa.
- Idź z Vellem i znajdź mistrza Valmasha. Ja muszę odszukać mistrza Ho'glep'lya. Pomocy naszych mistrzów będzie nam potrzebna.
- Delu...
- Idź Aalyso...
Aalysa przytuliła się mocno do Dela. On odwzajemnił uścisk.
- Idź Aalyso...powodzenia Vellu. Do zobaczenia.

Del biegł pustym korytarzem, który zasnuty był gryzącym dymem. Klony nie dotarły jeszcze na wyższe poziomy, jednak odgłosy walki były coraz bliżej. Windy nie działały więc musiał skorzystać ze schodów. Gdy znalazł się poziom niżej od razu natknął się na dwóch żołnierzy - klonów. Zdążyli wycelować broń w Dela, lecz nie wystrzelili, gdyż ten błyskawicznie do nich skoczył.
Błękitny blask miecza ciął pierwszego w poprzek głowy. Gdy drugi znów przymierzał się do strzału, Del zanurkował i poziomym ciosem odciął klonowi nogę na poziomie kolana. Ten wrzasnął, a Del ciął go płasko w brzuch.
Chłopak pobiegł dalej. Gdy dotarł do niewielkiej sali na końcu korytarza, natrafił na trzech nastoletnich padawanów. Byli przerażeni; kurczowo trzymali swoje miecze świetlne - dwa zielone, jeden niebieski. - Straciliśmy już dwóch kolegów... - załkał jeden z nich - Uciekliśmy na wyższe poziomy. Co się dzieje? Dlaczego klony nas zaatakowały?
- Nie wiem - odpowiedział Del - wiem jednak, że nie możemy tu zostać. Musimy dotrzeć do hangarów. Wpakuję was na śmigacz i uciekniecie. Zakładam, że ktoś z was umie pilotować.
Kiwnęli potwierdzająco.
- Widzieliśmy Jedi, który dowodzi klonami... - powiedział cicho, prawie szeptem, nastolatek.
- Kto to?
- Anakin Skywalker.

9

Chaos wdarł się do świątyni rycerzy Jedi.
Padawani wraz ze swoimi mistrzami stawali ramię w ramię przeciw kolejnym falom żołnierzy klonów, wdzierających się do budynku. Tam, gdzie Jedi stawiali najzacieklejszy opór pojawiała się mroczna postać upadłego Jedi; świątynię trawił ogień.
Rycerze nie mieli szans z nacierającym wrogiem. Było ich za mało. Większość z nich nigdy nie dowiedziała się co było przyczyną ataku na świątynię. Ginęli nie pojmując przyczyny tej katastrofy. A przyczyna była trywialna. Tak banalna, że nikt by się jej nie domyślił. Była nią miłość...ta sama miłość, która tworzy i jednocześnie niszczy.

Del dyszał ciężko. Jego szata była postrzępiona i nadpalona; ramię, które musnęła blasterowa błyskawica, pulsowało boleśnie. Obok niego stało dwóch nastoletnich padawanów. Trzeci, który im towarzyszył, nie przeżył potyczki z dziewięcioma klonami spotkanymi na jednym ze świątynnych korytarzy. Na przeciwko znajdowała się platforma z dwoma śmigaczami.
- Jest ich pięciu - mruknął Del, wyglądając za róg - poradzimy sobie. Pamiętajcie co macie zrobić.
- Tak jest - powiedział drżącym głosem starszy padawan. Nazywał się Tiba - mamy wsiąść do śmigacza i jak najszybciej dolecieć na niskie poziomy Coruscant.
- Świetnie Tiba - pochwalił Del - musisz dbać o Lexa. Jest od Ciebie młodszy.
- Dlaczego nie lecisz z nami? - zapytał, prawie przez łzy, Lex.
- Bo muszę odnaleźć swojego mistrza, i powstrzymać tego, który rozkazał klonom zaatakować świątynię.
- Boję się
Del przyklęknął i spojrzał w oczy obu padawanom.
- Jesteście dzielni i wasi mistrzowie byliby z was dumni. Ja też się boję, ale musimy nasz strach przezwyciężyć. Póki żyje chociażby jeden Jedi, świątynia zostanie odbudowana, a z Zakon odrestaurowany. A teraz do dzieła!
Wybiegli na rampę prowadzącą na platformę. Od razu posypały się na nich blasterowe błyskawice, lecz sprawnie je odbili. Dwa klony padły z dziurami wypalonymi w pancerzach, przez odbite promienie. Del skupił w sobie Moc i pchnął nią w stronę jednego z żołnierzy. Ten wypadł z krzykiem za rampę i spadł w przepaść. Dwóch pozostałych nie zdążyło nawet przymierzyć się do drugiego strzału, gdyż padli pod cięciami dwóch młodych padawanów.
Śmigacz był dwuosobowy. Lex i Tiba wsiedli do niego i uruchomili silniki. Tiba spojrzał na Dela.
- Dziękujemy ci za uratowanie życia - powiedział - Niech Moc będzie z Tobą.
Del podszedł do Tiby, położył mu rękę na ramieniu i przesłał uspokajający impuls Mocy.
- Niech Moc będzie z Wami.
Owiewka śmigacza zamknęła się, a ten wystrzelił w powietrze. Przez chwilę utrzymywał się na poziomie szlaków powietrznych, ale w końcu zaczął szybko obniżać lot. Nikt ich nie ścigał. Po chwili śmigacz zniknął na tle świateł, a Del odwrócił się i biegiem wrócił do świątyni.
Próbował wykryć obecność mistrza w Mocy. Kumulacja chaosu była jednak tak wielka, że każda sylwetka była zbyt rozmazana. Wszystko spowite było mroczną burzą Ciemnej Strony Mocy. Del zdał się na instynkt. Był przerażony, ale zaufał Mocy.
Szybko dopadł do schodów na końcu szarego korytarza. Z każdą chwilą dym gęstniał coraz bardziej, a odgłosy walki dobiegały ze wszystkich stron. Del jednak zamknął się na nie, a oczyma wyobraźni dostrzegał tylko mistrza Ho'gelp'lya. Moc go prowadziła, podpowiadała, w którym kierunku iść. Pokonał biegiem korytarz i dotarł do kolejnych schodów prowadzących na niższe piętro. Gdy wszedł na schody, zza rogu wyłoniło się trzech żołnierzy - klonów. W ciągu sekundy zalewali już Dela ogniem błękitnych błyskawic. Jedi sięgnął po Moc, by przyspieszyć swoje ruchy, wykonał dwa salta i znalazł się przy klonach. Wystarczyły trzy cięcia, by zdekapitowane zwłoki żołnierzy padły na szkarłatny dywan, który ciągnął się przez cały korytarz. Na jego końcu znajdował się portal prowadzący do ogromnej hali. Z przeszklonych ścian pomieszczenia biło nocne światło Coruscant zalewając dziesiątki walczących Jedi i setki klonów, których kolejne oddziały wdzierały się do ogromnej sali.
Miecze świetlne wirowały w powietrzu starając się powstrzymać błękitną nawałnicę ognia blasterowego. Jednak z każdą minutą Jedi było coraz mniej. Większość z nich była jeszcze młodymi padawanami. Klony powoli otaczały walczących rycerzy, stąpając po ciałach zabitych. W samym środku bitwy Del dostrzegł mistrza Ho'gelp'lya. Wykrzykiwał rozkazy i polecenia jednocześnie odbijając pociski zieloną klingą miecza świetlnego. Z jego płaszcza pozostał jedynie strzęp materiału, a sierść była w kilku miejscach osmalona. Obrońcy świątyni cofali się powoli w kierunku miejsca, z którego nadbiegł Del. Ten wysłał impuls Mocy swojemu mistrzowi. Ho'gelp'lya odwrócił się gwałtownie i spostrzegł Dela. Brunda od sadzy sierść zafalowała radośnie. Jedi utworzyli półkole, a Del szybko dobiegł do mistrza starając się odbić jak najwięcej pocisków. - Na górnych poziomach jest w miarę czysto! - wrzasnął Del, starając się przekrzyczeć huk wystrzałów - być może są tam jeszcze jacyś zabłąkani Jedi! Każdy miecz się przyda! Musimy się tam wycofać! - Nie, Delu. Musimy się ewakuować ze świątyni! - ryknął bothanim - Trzeba dotrzeć do podziemnych korytarzy! W północnym skrzydle świątyni jest przejście, które pozwoli nam dotrzeć do podziemi! Klony zacieśniały krąg i napierały z coraz większą siłą. Gdy obrońcy dotarli do portalu, Ho'gelp'lya krzyknął:
- Osłaniaj mnie, Delu!
Padawan razem z pięcioma innymi Jedi wyskoczyli przed mistrza osłaniając go swoimi świetlistymi klingami. Bothanin uniósł ręce i skierował skupiony wzrok na sklepienie portalu. Potężny impuls Mocy zaczął kruszyć ściany i sufit. Bothanin skupił Moc, po czym załączył rozłożone dłonie. Portal zaczął się walić, a Del i jego towarzysze w ostatniej chwili wycofali się za mistrza unikając spadającego z sufitu gruzu. Główne wejście do hali zostało tymczasowo zablokowane.
- To ich długo nie powstrzyma - mruknął Ho'gelp'lya - Szybko! Do północnego skrzydła!
Dwudziestu dziewięciu Jedi ruszyło biegiem słysząc, jak klony starają się przebić przez stertę gruzu.
- Mistrzu, za tą katastrofę odpowiada Palpatine - wykrztusił Del, biegnący obok mistrza - musimy go powstrzymać! Znam lokację jego kryjówki. Aalysa i Vell odnajdą mistrza Valmasha i będą tam na nas czekać. Razem zabijemy Sitha.
- Powoli młody padawanie - odpowiedział Ho'gelp'lya - lorda Sithów nie można lekceważyć. Masz rację, trzeba go powstrzymać, dlatego polecę z tobą. Najpierw jednak muszę jeszcze coś zrobić. Bothanin dał znak, by grupa się zatrzymała. Stanęli na środku korytarza, który rozwidlał się na trzy strony. Korytarz na wprost prowadził do północnego skrzydła świątyni, ten w lewo kończył się lądowiskiem śmigaczy, natomiast schodami po prawej można było dotrzeć do komnat Rady Jedi. Mistrz Ho'gelp'lya przywołał do siebie Twi'leka - najstarszego w grupie Jedi.
- Posłuchaj mnie Bloomie - rzekł doń bothanin kładąc mu rękę na ramieniu - musimy się tutaj rozdzielić. Prócz mnie, jesteś tu najstarszy, dlatego poprowadzisz tych młodych Jedi do podziemi. Ja, razem z Delem, muszę udać się do komnaty Rady. Rozumiesz, Bloomie?
- Tak, mistrzu - przytaknął lakonicznie Twi'lek.
- Moc z Wami, dzielni Jedi. Do zobaczenia - powiedział bothanin.
Bloom, bez ociągania, ruszył z grupą Jedi korytarzem prosto. Del spojrzał pytająco na mistrza. Ten, widząc zdziwienie padawana, zaczął wyjaśniać:
- Gdy rozpoczął się atak, trenowałem w salach medytacyjnych grupkę dzieci - jego sierść zafalowała niespokojnie - najstarszy z nich miał osiem lat. Zaprowadziłem ich i ukryłem w sali zebrań Rady Jedi. Musimy po nich iść i zaprowadzić do podziemi. Potem zajmiemy się Palpatinem.
W tym samym momencie korytarz zatrząsł się w posadac, a z miejsca, z którego przybiegli rozległ się ogromny huk.
- Przebili się przez zaporę! - krzyknął Ho'gelp'lya - Biegiem!
Dopadli do schodów prowadzących na sam szczyt środkowej iglicy świątyni. Skupiając w sobie Moc, wspomagali własne mięśnie. Mimo tego każda cząstka ciała Dela wyła z wyczerpania. Jednak w takich chwilach jak ta, nikt nie skupiałby się na bólu, przeciwnie, wytrzymałby znacznie więcej. Byleby tylko ocalić życie. A tego właśnie Del pragnął - zyć aby znów zobaczyć...Na Moc! Aalysa! Czy przeżyła? Czy Vell jest razem z nią? Czy lecą już do kryjówki Sitha?
Pytania kotłowały się w umyśle Dela. Nie dotarła jeszcze do niego świadomość tego co się dzieje. Nie mógł pojąć ogromu tragedii. A może nie chciał przyjąć, że to koniec świata jaki dotychczas znał, w którym żył? Z drugiej jednak strony, który z rycerzy Jedi uświadomił sobie, że właśnie nastąpiła apokalipsa? Strach. To czuł teraz Del. Ten kawałek lodu w sercu, ten nieprzyjemny skurcz żołądka. O dziwo, bardziej bał się tego, że nie może już nie zobaczyć Aalysy, niż o los Zakonu.
Jego mistrz czuł to, co działo się wewnątrz Dela i wysyłał mu Mocą uspokajające impulsy. Sam jednak był na skraju załamania. Wszystkie te lata w Zakonie, całe szkolenie...wszystko poszło na marne, bo czuł się całkowicie bezradny. Nie miał pojęcia co dalej robić. Świątynię znów wypełnił hałas wybuchów, gdy w końcu dotarli na miejsce. Nie naruszony jeszcze przez bitwę schludny korytarz tonął w ciemnościach. Na drugim jego końcu znajdowały się drzwi sali, w ktorej zbierała się Rada. Prócz dalekich jeszcze odgłosów walki, panowała tu błoga cisza. Możnaby pomyśleć, że nagle mistrz i uczeń przenieśli się do innego wymiaru, że uciekli wojnie. I pewnie by tak pomyśleli, gdyby nie to, że miejsce pełne było Ciemnej Strony Mocy. Wyczuwało się ją w każdym oddechu. Ho'gelp'lya dał Delowi znak i ruszyli powoli w kierunku drzwi. Dwa świetliste ostrza, zielone i niebieskie, zapaliły się z sykiem, gotowe odeprzeć niespodziewany atak. Jednak tego co się stało chwilę później, nikt by się nie spodziewał.
Gdy dotarli do połowy korytarza drzwi do sali Rady nagle się otworzyły. Stała w nich postać ubrana w szatę Jedi, z kapturem narzuconym na głowę. W panujących ciemnościach była niczym zjawa z koszmarnych snów. Ciemna Strona Mocy wylała się z pomieszczenia i uderzyła w Dela i jego mistrza. Ho'gelp'lya czuł, że ogarnia go przerażenie; Delowi kręciło się w głowie i zbierało na wymioty. Gdzie dzieci...?
- Anakin Skywalker... - wyszeptał bothanin.
- Przysięgam, że zginęły szybko - powiedziała postać łamiącym się głosem, tak jakby przed chwilą płakał. Gdy jednak wypowiedział te słowa, spod kaptura zalśniły dwa żółte ślepia, a z ręki wystrzelił niebieski promień miecza świetlnego - Wy zginiecie równie szybko!
Del słyszał jak jego mistrz wydaje z siebie pełne wściekłości warknięcie, a sierść się jeży.
- Uciekaj, Delu. Ja go zatrzymam - powiedział i spojrzał na padawana. W jego czarnych oczach chłopak zobaczył wielki smutek.
- Nie, mistrzu! Nigdy!
- Idź! Nie damy mu rady nawet we dwójkę - odparł bothanin - musisz dotrzeć do Aalysy i Vella. Uciekajcie. Nie pokonacie Palpatine'a. Musicie uciekać!
- Nie opuszczę cię, mistrzu!
Cień, który był kiedyś Anakinem Skywalkerem, zaczął zbliżać się do dwóch Jedi. Mistrz Ho'gelp'lya po raz ostatni spojrzał na swego padawana.
- Niech Moc będzie z Tobą, mój przyjacielu.
Del chciał odpowiedzieć, ale silne pchnięcie Mocy posłało go na ścianę. Jego mistrz skoczył na Skywalkera zasypując go gradem ciosów zielonej klingi. Tamten początkowo zaskoczony impetem uderzenia, zaczął wyprowadzać błyskawiczne riposty. Mrok panujący w korytarzu rozświetlił pokaz zielonych i niebieskich smug wirujących ostrzy. Ho'gelp'lya spychał upadłego Jedi w stronę pokoju Rady, by odciągnąć go od swojego padawana. Ostatni bój mistrza Ho'gelp'lya był zarazem najzacieklejszy. Gdy zepchnął Skywalkera do pomieszczenia, drzwi za nimi zamknęły się z sykiem. Do Dela dotarło, że nie pomoże mistrzowi. Teraz mógł jedynie sprawić, by poświęcenie mistrza nie poszło na marne. Musiał uratować przyjaciół.

Del podziękował Mocy, kiedy zobaczył na lądowisku prawie nietknięty śmigacz. Prócz paru śladów po strzałach, pojazd był w rewelacyjnym stanie. Na płycie leżały ciała czterech klonów i jednego Jedi, który miał najwyżej trzynaście lat. Patrzył niewidzącymi oczyma gdzieś w dal, a w piersi ziała czarna dziura wypalona blasterową błyskawicą. Del spojrzał w górę. Nie zobaczył gwiazd. Niebo zasłonił mroczny całun czarnego i gryzącego dymu.
Chłopak odwrócił się. Ze świątyni ciągle dobiegały odgłosy walk i krzyki. Całe jego dotychczasowe życie, jego jedyny dom i rodzina, wszystko co kiedykolwiek pokochał, trawił teraz ogień. Wiedział jednak, że musi być silny, by uratować Aalysę i Vella. Śmierć mistrza bolała jak otwarta rana. Jednak czas, by go opłakiwać przyjdzie później. Teraz trzeba działać.
Podszedł do śmigacza i otworzył zasłonę kokpitu.
"Dzięki Ci, Mocy", pomyślał, kiedy uruchomił napęd, a repulsor nośny uniósł pojazd w górę. Wprowadził dane do komputera i ruszył zostawiając za sobą świątynię Jedi. Po raz ostatni spojrzał za siebie. Dopiero z góry mógł uświadomić sobie ogrom zniszczeń. Cała świątynia płonęła; z głównego wyjścia i z wielu bocznych buchał ogień, a na niebie nie zauważył ani jednego pojazdu strażackiego. Ognista łuna zalała cały horyzont. Del postanowił, że będzie unikał głównych szlaków powietrznych i skierował śmigacz w dół, ku jednemu z hermetycznych tuneli podziemnych służących do transportu towarów wewnątrz miasta. Zaktualizował dane w komputerze i zostawił za sobą zasnute dymem Galactic City.

W tunelu panowały nieprzeniknione ciemności, które ledwo rozpraszało słabe światło zapewniane przez reflektor śmigacza. Gdyby nie to, Del nie mógłby manewrować w środku tunelu i niechybnie zginąłby roztrzaskany o którąś ze ścian lub o w połowie zamknięte grodzie. W końcu jednak, dostrzegł grodzie wylotowe i opuścił tunel tranzytowy. Ile spędził w nim czasu? Godzinę? Dwie? Sto? Nie mógł tego stwierdzić. Mimo, że spieszył się jak mógł, czas przestał się liczyć. Biegł jakby obok.
Gdy wyleciał z tunelu, strzeliste iglice Galactic City były już daleko, a przed nim rozpościerało się aż po horyzont pole ogromnych i poskręcanych rur oraz nielicznych budynków fabryk przemysłowych. Del szybował ponad rynsztokami i najniżej położonymi ulicami Coruscant. Skierował śmigacz w kierunku zdewastowanego budynku w kształcie stożkowej wieży, który zamajaczył nagle w panujących ciemnościach kończącej się nocy. Kryjówka potwora.
"Noc jest zawsze najciemniejsza przed świtem", pomyślał Del i dodał sobie otuchy.
Tak, to był budynek wskazany przez senatora Draado.
Jedi naprowadził pojazd ku otwartym wrotom hangaru i wleciał przez nie do środka. Posadził maszynę na zniszczonym lądowisku i wyszedł ze śmigacza. Od razu zapalił miecz świetlny, by jego blaskiem rozjaśnić panujące ciemności. Po przeciwnej stronie lądowiska dostrzegł drugi śmigacz.
"A więc Aalysa i Vell przeżyli masakrę w świątyni", odetchnął z ulgą, "Mam nadzieję, że mistrz Valmash jest z nimi".
Skupił się w Mocy i pozwoli, by go prowadziła. Skierował się do jedynego wyjścia z hangaru i dalej brudnym korytarzem. Pomieszczenia, przez które przechodził były lepkie od brudu, a fetor płynący z krat ściekowych był tak silny, że żołądek Dela co chwila podskakiwał mu do gardła. Budynek był zupełnie opuszczony. Żadnej straży, ani personelu. Żadnego śladu życia. Mimo to Del wiedział, że jest już blisko. Gdzieś tu są jego przyjaciele. Musi z nimi uciec. Z każdym krokiem zbliżał się do celu. Wszedł do kolejnego korytarza, i gdy na jego końcu dostrzegł nikłe, pomarańczowe światło, poczuł przypływ nowej nadziei. Tam!
I właśnie w tym momencie, nie wiadomo skąd, uderzyła go fala Ciemnej Strony Mocy. Była tak potężna, że Delowi zabrakło tchu i osunął się na kolana. Podniósł się ciężko dysząc i ruszył w stronę światła. Fala Ciemnej Strony była coraz silniejsza i Delowi coraz trudniej było utrzymać się na nogach. Musiał jednak iść dalej. Z trudem pokonał korytarz i znalazł się w wielkiej, owalnej sali oświetlanej przez słabe, migające jarzeniówki. Strop podtrzymywało sześć durastalowych kolumn, przeżartych rdzą.
Po środku sali stała nieruchomo zakapturzona postać. Del wiedział, że w wpatruje się w niego i nagle poczuł się bardzo słabo. Postać zdjęła kaptur, a Jedi o mało nie upadł gdy zalała go Ciemna Strona Mocy. I wtedy Del zobaczył twarz tego, który był źródłem tej ciemności.

10

Zobaczył oczy nienaturalnie przekształcone przez ciemność. Zobaczył twarz pociągłą i bladą, która była mu doskonale znana. Należała ona do Vella Janusa. Stał przed Delem ubrany w szatę Jedi, która była nadpalona w paru miejscach. Spojrzenie jego żółtych oczu było jak wibroostrze przecinające duszę. Del nie mógł myśleć. Nie chciał wiedzieć dlaczego, ani jak doszło do tego, że jego przyjaciela zwiodła Ciemna strona Mocy.
Człowiek, który przed nim stał, pomógł Palpatine’owi. Zdrajca, który przyczynił się apokalipsie. Śmiał się z Dela, a jego oczy zdradzały szaleństwo mroku. Chłopak nie słyszał jednak tego śmiechu, nie słyszał niczego. Vell mówił coś do niego, ale jego głos wydawał się przytłumiony, jakby dobiegał spod ziemi.
Del zamknął oczy, spuścił głowę, a jego miecz świetlny upadł z metalicznym brzękiem na permabetonową posadzkę. Zdawało mu się, że sama Moc śmieje się z jego głupoty. Nie domyślił się, nie dopasował odpowiednich części układanki. Jednak nawet, jakby odkrył straszną prawdę wcześniej, niczemu by nie zapobiegł. Masakra Jedi była zaplanowana doskonale. Del podniósł głowę i za plecami Vella dostrzegł zwisającą z sufitu klatkę energetyczną. W środku leżała jakaś osoba. Żyła, gdyż chłopak dostrzegł, że jej klatka piersiowa powoli unosiła się w rytm słabego oddechu. Rozpoznał, że to Aalysa. Vell dostrzegł, że Del zwraca uwagę na klatkę.
- Chciałbyś ją uwolnić? - spytał, a jego głos był odmieniony, ironiczny, przypominał syk węża - Pragniesz tego, prawda? Pragniesz jej?
- Dlaczego? - Delowi wydawało się, że to nie on zadaje to pytanie. Sam nie chciał znać odpowiedzi - Dlaczego to zrobiłeś? Co Palpatine ci zaoferował?
- Prawdę, Delu - powiedział Vell z uśmiechem, w którym nie było ani krzty radości - Palpatine pokazał mi Ciemną stronę. Uwolnił mnie od dogmatycznych zasad Jedi i wskazał mądrość tak, jak ukazał ją Skywalkerowi. Palpatine ma wizję przyszłości Delu. Twierdzi, że robi to dla pokoju, ale mnie to nie obchodzi. Ja zanużyłem się w potędze, narodziłem się na nowo i czuję jak Moc przepływa przez każdą cząstkę mojego ciała.
Podporządkowałem sobie ją. Tylko to się dla mnie liczy. Jedi byli zbyt słabi, by kiedykolwiek pokazać mi prawdę. Delu, chce ją również ukazać tobie.
Vell zrobił dwa kroki i wyciągnął ręke. Jego twarz sprawiała wrażenie, że jest z kamienia, ale od niego samego emanowało szaleństwo. Tak, jakby dziki zwierz, który po długim czasie niewoli, może zerwać krępujące łańcuchy, tak teraz obłęd szalał w oczach Vella Janusa. Było to przerażające, nienormalne, wynaturzone. Wyciągnięta ręka drżała, a palce karykaturalnie zginały się w parodii gestu, który miał oznaczać zachętę. Del patrzył na to z coraz większym żalem dla przyjaciela.
- Przyłącz się do mnie Delu - odezwał się znowu - ocalisz Aalysę. Będziesz mógł z nią być i ją kochać tak jak zawsze tego pragnąłeś. A ona będzie kochać ciebie. Palpatine pozwoli mi Cie szkolić. Ty musisz jedynie pozwolić mi pokazać ci prawdę.
- Zamach na Draado, śmierć mistrza Gossy, podrzucenie dowodów, rozbudzenie ciekawości, a w końcu sprowadzenie mnie do tego opustoszałego budynku…to wszystko ty. Powoli zaczynam rozumieć…Ale dlaczego ja?
Vell westchnął i opuścił rękę.
- Chyba jestem ci winien wyjaśnienia - odparł, zrobił kilku sekundowa pauzę, po czym kontynuował - Mistrz Gossa zginął z mojej ręki. Ja podłożyłem ładunek wybuchowy w jego myśliwcu, który zdetonowałem po starcie. To była próba, moja inicjacja - dowód na to, ze oddałem się prawdzie. Pierwszym zadaniem zaś było pozbycie się Draado. Palpatine wiedział, że Draado odkrył prawdę. Zrobił to ze wskazówkami mistrza Rohnara Kima, ale to czego nie byli świadomi wielcy Jedi, odkrył zwykły senator. Palpatine wykorzystał bitwę o Coruscant i rozkazał ostrzelać kompleks mieszkaniowy Hulota. Draado jednak przeżył. Całe szczęście byłem na miejscu z wami podczas akcji ratunkowiej i mogłem wykorzystać niewypał rakiety. Draado musiał zginąć, gdyż w innym przypadku Jedi odkryliby prawdę za wcześnie, a Czarny Lord nie przeciągnąłby Skywalkera na stronę prawdy. Pozostało mi tylko podrzucenie ci dowodów, rozbudzenie ciekawości i strachu. Musiałem pobudzić cię do działania.
- Ale dlaczego ja? - Del nie podniósł wzroku. Nie chciał patrzeć w szaleństwo bijące z oczu Vella. Ten, usłyszawszy pytanie, odwrócił delikatnie głowię i spojrzał na nieprzytomną Aalysę.
- Namiętność - powiedział cicho - to przez namiętność, Delu. Przez to co czujesz do Aalysy. Miłość, której tak bardzo bali się Jedi daje nam niesamowite możliwości. Miłość to strach przed utratą bilskiej nam osoby, a gdy się boimy jesteśmy w stanie dokonać wielkich czynów. Bo strach budzi w nas gniew, a gniew daje nam potęgę - przerwał na chwilę jakby sam rozkoszował się brzmieniem swoich słów - Palpatine pozwolił mi wybrać ucznia. Zaszczyt ten spotkał ciebie, przyjacielu. Czy zechcesz się do mnie przyłączyć?
Del ciągle milczał. Nic do niego nie docierało. Nie chciał się zgodzić z tym, że Vell popadł w obłęd. Wszystko wydawało się złudzeniem. Jednak nie mógł się obudzić. Koszmar był prawdziwy. W tym momencie zdał sobię sprawę z oferty Vella. Doświadczył ciemnej strony i nie dał się jej zwieść tak jak Vell. Mistrz Ho'gelp'lya byłby z niego dumny. Del podniósł oczy i spojrzał w obłęd Vella. Żółto czerwone ślepia świdrowały go, a ich spojrzenie przyprawiało o mdłości. Chłopak to wyrtrzymał, oddał się woli Mocy.
- Nie - wykrztusił z siebie Del - nie przystanę do Ciebie. To co uczyniłeś jest chore Vellu. Uległeś spaczeniu, a ja nie pozwolę, by ktokolwiek inny upadł przez ciebie. Nikogo już nie zwabisz tutaj bowiem jestem ostatnią osobą, którą widzisz. Wiem, że galaktyki nie uratuję, ale przynajmniej usunę z niej dokuczliwego robala. Bo tym właśnie jesteś - parszywym robalem. Jesteś nikim, bo gdy w końcu ciemność cię pochłonie będziesz sam. Ja zaś pomogę ci się z nią zjednoczyć.
Z każdym wypowiadanym przez Dela słowem, ciemność wokół Vella gęstniała. Tak jakby sam gniew stawał się ciemnością. Szaleństwo ustępowało niepohamowanej nienawiści. Del aż dusił się , gdyż Moc drżała od gniewu. Zdrajca powoli wyprostował palce u rąk. Dyszał ciężko, mięśnie na karku miał napięte do granic możliwości. Zaczął cedzić słowa przez zaciśnięte zęby.
- Jesteś ciemny, Delu. Jesteś otępiały propagandą Jedi i ich żałosnymi dogmatami. Silny żyje, a słaby ginie. To jest cała prawda! To ty jesteś słaby, a ja osłabię cię jeszcze bardziej. Zmarnowałeś szansę i wydałeś wyrok na siebie...i na Aalysę. Uległeś złudzeniu, głupcze!
Vell obrócił się w stronę klatki, wyciągnął ręce, a z jego palców strzeliły błękitne linie wyładowań Mocy, które poszybowały w kierunku Aalysy. W momencie, w którym błyskawice trafiły w klatkę, dziewczyna obudziła się z wrzaskiem przepełnionym bólem. Wyładowania owijały się wokół Aalysy i wbijały się w jej ciało, które coraz bardziej wykrzywiało się razem z zadawanym cierpieniem. Aalysa wrzeszczała, a jej krzyk przeszył Dela jak miecz świetlny. On też coś krzyczał przez łzy. Nie mógł się ruszyć, nie mógł jej uratować. Vell spętał go uchwytem Mocy tak, że nawet jeden krok nie był możliwy. Aalysa krzycząc wiła się z bólu, a w powietrzu czuć było swąd palonego ciała. Nogi ugięły się pod Delem; padł na kolana cały czas płacząc. W końcu błyskawice zniknęły, Aalysa przestała krzyczeć, a w klatce leżały już tylko zwęglone zwłoki.
Cierpienie zwykle zostaje zastąpione większym cierpieniem, a nieszczęście zmienia się w tragedię. Gdyby ktoś teraz mógł spojrzeć we wnętrze Dela, zobaczyłby malutkie kawałeczki tłuczonego szkła, które kiedyś, jako całość, tworzyły duszę. Teraz jednak prysła, rozbiła się jak lustro, w które ktoś rzucił kamień. Zostały tylko kawałki leżące w chaosie; nawet jeżeli udałoby się je zebrać i złożyć w całość, to na lustrze i tak zostaną rysy. - Zabij mnie... - wykrztusił chłopak, choć sam nie wiedział, jak mógłby cokolwiek z siebie wydusić.
- Co powiedziałeś? - zapytał Vell.
- Zabij mnie.
- O tak! Zabiję cie - parsknął Vell - nie martw się o to. Chciałem tylko byś przed śmiercią żałował, że nie wykorzystałeś szansy, którą otrzymałeś. Choćbyś mnie błagał i tak cię nie wysłucham. Przyznaję, że pomyliłem się co do ciebie. Będę musiał znaleźć sobie innego ucznia. Silniejszego.
Vell odpiął od pasa srebrzystą rękojeść miecza świetlnego i nacisnął kciukiem włącznik. Zielone ostrze rozpaliło się ponurym blaskiem, który zalał twarz Vella Janusa. Ten zaczął się zbliżać do Dela, który wciąż klęczał. Delu...musisz sam odnaleźć prawdę.
Głos wydobywał się z głębi. Wydawał się echem, a jednak był bardzo wyraźny. Del wiedział, że to znajomy głos.
Nie daj się rozpaczy. Możesz jeszcze wygrać. Przezwyciężyć rozpacz .
To był mistrz Ho'gelp'lya. Chłopak chciał uwierzyć, że ten głos był prawdziwy. Jednak w tym momencie nic nie było realne. Nawet Vell, który kroczył powoli w jego kierunku, ze spuszczoną klingą.

Wstań i walcz, Delu!

Głos był coraz silniejszy. Del walczył z sobą. Nie chcę walczyć, nie mam siły. Chcę umrzeć.
Nie chcesz, Delu. Jestem z Tobą, mój padawanie .

Vell był już przy nim. Podniósł klingę i zamierzył się do ciosu. Ręka Dela sama wystrzeliła do rękojeści przypiętej do pasa. Zielona klinga spadła i zatrzymała się gwałtownie uderzając o błękitne ostrze Dela. Zaskoczenie i wściekłość starły się na twarzy Janusa. Del Wykorzystał moment i skupił Moc, by odepchnąć przeciwnika. Vell wpadł na ścianę. Otrząsnął się i zaatakował. Del odparował cios i odpowiedział cięciem z boku, na ramię. Vell jednak błyskawicznie się uchylił i zaczął wyprowadzać ataki, które Del w skupieniu blokował. Poruszali się jak dwa tornada, ręce i nogi pracowały i intensywnie, a błękitne i zielone ostrze ścierały się z ogromną szybkością. Del swój styl walki wzorował na stylu swego mistrza. Stosował szybkie cięcia z obrotu, na głowę oraz szyję. Krążył wokół przeciwnika cały czas zmieniając położenie. Natomiast Vell walczył Soreesu w połączeniu z jakimś agresywnym, nieznanym Delowi stylem. Bezbłędnie przechodził z defensywy do silnych, prostych cięć na tułów. Moc kipiała i wrzała od natężenia. Podobnie jak dwaj padawani, tak jasna i ciemna strona Mocy starły się w śmiertelnym boju. Ciemność zdawała się dominować i osaczać Dela. Ten jednak oddał się Mocy, zaufał jej.
Jedi zrobił unik i jedną nogą odbił się od kolumny podtrzymującej strop. Zrobił salto i wylądował za plecami Vella. Kucnął i obrócił się błyskawicznie atakując kolana przeciwnika. Janus w ostatniej chwili skoczył w górę i jednocześnie kopnął Dela w szczękę. Chłopak poleciał w tył i upadł na plecy; splunął krwią i dostrzegł jak Vell naciera na niego z dużą szybkością. Del okręcił się na plecach i użył Mocy, by odbić się od podłogi, okręcił się na stopie i w ostatniej chwili zablokował cios przeciwnika. Del odepchnął zielone ostrze i wyprowadził dwa szybkie cięcia z półpiruetu. Vell odpowiedział silnym uderzeniem na głowę, które Jedi z trudem odparował. Janus wykorzystał moment wahania i zasypał przeciwnika gradem ciosów zmuszając tym samym Dela do intensywnej obrony. Zaczął spychać chłopaka w stronę niewielkiego portalu, za którym znajdowały się schody. Del powrócił do równowagi i skupił się na parowaniu ciosów przeciwnika. Wszedł tyłem na schody jednocześnie odbijając zieloną klingę Vella. Stopnie zakręcały się spiralą wokół durastalowaego filaru. Wąska przestrzeń zmusiła walczących do wyprowadzania szybkich pchnięć jedną ręką. Pojedynkowali się niczym bohaterowie starych holovidów. Del szedł tyłem po schodach zalewany iskrami buchającymi ze ścian. W końcu schody się skończyły, a Del i Janus znaleźli się w przeszklonym tunelu zawieszonym wysoko nad ziemią. Gdzieś w oddali błyszczało Galactic City, a na wschodzie czerń nocy powoli ustępowała. Del nadal się cofał, lecz gdy dotarł do połowy tunelu przeszedł do gwałtownej ofensywy. Nawałnica potężnych ciosów z obrotu zaskoczyła Vella, który zaczął się desperacko bronić. Del wirował wokół przeciwnika, a jego ostrze zataczało błękitne okręgi. Zielona klinga Vella ledwo parowała ataki, nie mówiąc o wyprowadzaniu skutecznych kontruderzeń. Janus szukał sposobu na wyjście z tej sytuacji. Skupił w sobie ciemną stronę Mocy i pchnął Dela impulsem Mocy. Jedi poleciał do tyłu. Zachował jednak równowagę i wylądował na nogach parę metrów dalej. Przeciwnicy stali naprzeciw siebie mierząc się wzrokiem. Starali się łapczywie nabrać powietrza w płuca, by wyrównać oddech.
- Nie doceniłem cię, przyjacielu - wysapał Vell.
- Nie jestem twoim przyjacielem gnido - warknął Del - już nie.
Vell zaśmiał się głośno.
- Myślisz, że twoje złorzeczenia robią na mnie wrażenie? Wezwałem tu batalion klonów, który już jest w drodze. Już jesteś martwy Ginder! Po prostu chciałem się z tobą nieco pobawić!
- Gadanie - skrzywił się Del - od czasu, w którym podpisałeś cyrograf z Palpatinem jesteś zerem. Nawet twoja ciemna strona ci nie pomoże. Dziś jeszcze pójdziesz się z nią spotkać twarzą w twarz. Ciekawe, czy wtedy też będzie ci się tak podobać.
- Nie zdajesz sobie spra...
- Zamknij się i walcz! - krzyknął Del - chyba, że chcesz żebym umarł z nudów. Twoje gadanie znaczy dla mnie tyle, co zeszłoroczne łajno nerfa!
Vell rzucił się z wrzaskiem na przeciwnika. Skoczył i obrócił się w powietrzu chcąc jednym ciosem zdekapitować Dela. Ten jednak w porę się uchylił, a Vell stracił równowagę. Jedi kopnął go z całej siły w bok. Janus zaorał szybę klingą miecza. Permaszkło natychmiast pękło rozpadając się na tysiące drobnych kawałeczków. Strumień powietrza gwałtownie wtargnął do tunelu. Del i Janus skrzyżowali ostrza i zaparli się mocno nogami o podłogę. Napierali na siebie wykorzystując ostatnie rezerwy swoich sił.
Delowi wydawało się, że skowyt ostrzy słychać było w całym Coruscant. Po chwili, która dla walczących wydawała się wiecznością, odskoczyli od siebie. Vell uniósł klingę nad głowę przymierzając się do poprzecznego cięcia. Del, wykonując błyskawiczny piruet, momentalnie znalazł się za przeciwnikiem. Vell zrobił dwa szybkie kroki do przodu i nagle się zatrzymał. Spojrzał w dół i z zaskoczeniem popatrzył na niebieskie ostrze miecza świetlnego, wystającego z jego klatki piersiowej. Poruszył ustami, ale nie mógł wydobyć z siebie żadnych słów. Del wbił klingę w plecy przeciwnika jeszcze głębiej. Janus wydał z siebie obrzydliwy, gardłowy jęk.
- I gdzie jest teraz twoja ciemna strona? - Del szepnął mu do ucha - czyżbyś uległ złudzeniu?
Jedi wyłączył miecz, a ciało Vella Janusa osunęło się na podłogę. Chłopak spojrzał na trupa, zamknął oczy i kopnął ciało tak by wyleciało przez dziurę w szybie. Del widział je jeszcze przez sekundę, aż w końcu pochłonęła je ciemność.
Del wrócił do sali z klatką. Ze zdziwieniem stwierdził, że nie ma w niej ciała Aalysy. Klatka była osmalona, pręty wygięte. Była jednak pusta. Chłopak słyszał, że niektórzy mistrzowie, posiadający wielką wiedzę o Mocy, znikali fizycznie w momencie śmierci. Ale ona?
Wtedy poczuł czyjąś obecność w Mocy i gwałtownie się obrócił. W miejscu, z którego przyszedł stała Aalysa i wpatrywała się w Dela. Nogi prawie ugięły się pod nim. A może Vell go zabił i teraz to sobie uświadamia? Jakże inaczej wytłumaczyłby to, że Aalysa stoi teraz przed nim? Musi nie żyć. A jednak oddychał i czuł, że jest wykończony po walce. Delowi kręcił się w głowie. Aalysa podbiegła do chłopaka i mocno go przytuliła. To jednak prawda, pomyślał. Ona żyje...jest prawdziwa...ale jak?
- Delu jak się cieszę, że żyjesz! - powiedziała przez łzy dziewczyna.
- Aalysa...
- Gdzie jest Vell?
- Vell...
- Delu, mistrz Valmash nie żyje. Zabili go... - wykrztusiła Aalysa - gdzie jest mistrz Ho'gelp'lya?
- Nie żyje...
- Delu, myślę, że powinniśmy uciekać. Nie pokonamy lorda Sithów.
- Ty żyjesz, Aalyso...
- Tak żyję! Ale ledwo udało mi się uciec ze świątyni. Tyle śmierci... - głos dziewczyny załamał się - uciekaliśmy z Vellem...znaleźliśmy ciało mistrza Valmasha...a potem rozdzieliły nas klony...mnie i Vella...i straciliśmy siebie z oczu i...co jest z Vellem?
Nagle chłopak wszystko zrozumiał. Aalysa w klatke była iluzją. Vell chciał wykorzystać ją, by nakłonić go do przejścia na ciemną stronę. Zgubił prawdziwą Aalysę, więc stworzył iluzję...a on dał się podpuścić...to było takie prawdziwe.
- Gdzie jest Vell? - zapytała ponownie dziewczyna.
- Vell...nie udało mu się - zaczął - zginął tak samo jak mistrz Ho'gelp'lya...
- Na Moc - wyszeptała dziewczyna.
- Aalyso, musimy uciekać. Nie daleko jest hangar, a w nim dwa śmigacze. Spieszmy się. To miejsce zaraz zaroi się od klonów.
Del chwycił Aalysę za rękę i ruszył w stronę hangaru. Gdy doszli do korytarza nagle stanęli. Z sąsiednich pomieszczeń słychać było tupot opancerzonych stóp i komendy wypowiadane dobrze znanym im głosem. - Klony...
- Podejmiemy walkę? - zapytał Del.
- Nie, nie wiemy ilu ich jest. Nie ryzykujmy - odparła Aalysa, po czym dodała - Przyleciałam tu świątynnym śmigaczem i wylądowałam po drugiej stronie budynku. Zauważyłam, że jest tam drugi śmigacz. Stary, ale powinien działać.
Del przytaknął i razem z Aalysą pobiegł w stronę spiralnych schodów. Szybko je pokonali i przebiegli przez oszklony tunel z wielką dziurą w jednej z szyb. Dalej znowu schody, a potem długi i brudny korytarz. Na zaśmieconym lądowisku stały dwa śmigacze - świątynny oraz stary model taksówki powietrznej. Wstający świt powoli zabarwiał czerwienią niebo oraz dryfujące nań chmury; pierwsze promienie słońca wydostały się znad horyzontu i powoli zalewały lądowisko. Chłopak popatrzył na dziewczynę i przypomniała mu się ta szczęśliwa chwila, którą przeżył patrząc na Aalysę, kiedyś na jednym z tarasów świątyni Jedi. Kiedyś? To było przecież kilka dni temu...Tak bardzo chciał z nią uciekać. Wiedział jednak, że było to niemożliwe.
- Aalyso, tu musimy się rozstać - powiedział Del patrząc ze smutkiem na dziewczynę - będzie lepiej jak się rozdzielimy. Zwiększy to nasze szanse.
Aalysa spuściła wzrok.
- Wiem... - odparła - Delu, ja...
- Nic nie mów, Aalyso. Odszukam cię. Wkrótce. Jak to wszystko się skończy. Obiecuję.
Aalysa przytuliła się do Dela i mocno go pocałowała. Chłopak objął ją czule i odwzajemnił pocałunek z taką samą siłą.
- Idź, Aalyso.
Dziewczyna wskoczyła do śmigacza i uruchomiła silniki. Owiewka zamknęła się, a ona po raz ostatni spojrzała na Dela. Chłopak uśmiechnął się i odprowadził wzrokiem jej śmigacz, który wystrzelił w powietrze i wkrótce zniknął na tle czerwono - różowego nieba. Del wsiadł do starej taksówki i włączył repulsor nośny. Pojazd wzniósł się na dwa metry od ziemi i nagle wpadł w turbulencje. Stary repulsor eksplodował, a śmigacz spadł na płytę lądowiska. Chłopak wygramolił się z dymiącego pojazdy, głośno kaszląc. Dostrzegł, że jego noga krwawi.
W tej samej chwili dostrzegł klona, który wybiegł na rampę lądowiska. Za nim wyłaniało się dziesiątki kolejnych. Del miał wrażenie, że czas spowolnił swój bieg. Patrzył, jak fala lśniących w porannym słońcu pancerzy, wylewa się na lądowisko. Zrozumiał, że nie ma szans. Był jednak spokojny i jedynym zmartwieniem, była świadomość, że nie dotrzyma obietnicy, którą złożył Aalysie. Klony utworzyły półkole i wycelowały karabiny. Del odetchnął głęboko i spojrzał na wyłaniające się zza strzelistych wieżowców słońce, które dotykało jego twarzy ciepłymi ramionami. Zabawne, pomyślał, zawsze chciałem umrzeć o świcie. Del uśmiechnął się w duchu, zapalił miecz świetlny i ruszył do boju...
Wróć na górę