Pomiń nawigację™
Logo Jedi Order - małe
Home - ikonka HOME O NAS REKRUTACJA FORUM

Bastion

Autor: Shadow

Dawno, dawno temu, w nie tak odległej Galaktyce...

Bastion nie zawsze był Bastionem takim, jaki tkwi w naszej pamięci. Ba, kiedyś w ogóle nie był, a Galaktyka nadal istniała. Ciężko to sobie wyobrazić, prawda?
A gdyby nie kilka zbiegów okoliczności i zwariowana przygoda, dziś nie mielibyśmy, czego świętować...


* * *

Coruscant. Zajazd „Dewback”.
Zbliżał się wieczór i mała kantyna znajdująca się w pobliżu Muzeum Galaktycznego, zaczęła wypełniać się po brzegi. Wszędzie kręciło się pełno Neimoidian, była to ich ulubiona knajpa gdzie serwowano ich ulubiony likier – agaric ale. Można tu było jednak spotkać i przedstawicieli innych ras, więc stłoczona w ciemnym kącie trójka przypadkowych znajomych nie budziła żadnych podejrzeń.
Przyjrzyjmy się im bliżej.
Odwrócona tyłem do baru siedzi mała postać majtająca wesoło nóżkami w powietrzu. Drobne ciałko skryte jest pod długim, ciemnobrązowym płaszczem, a głowę okrywa gruby kaptur, nisko opadający na oczy. Postać odwraca głowę w stronę sali i widać tylko dwa ogromne żółte punkty, święcące w ciemnościach pod kapturem.
To Jawa z Tatooine, o imieniu Tek. Niegdyś motorniczy piaskoczołgu, teraz namiętny gracz w sabacca, szuler i kanciarz.
Zaraz obok rozsiadł się puchaty miś. Białe futerko lśniło w jaskrawych światłach kantyny; w łapkach trzymał wysoką szklankę i z niesmakiem marszczył nosek wąchając jej zawartość. Pochodził z lesistego księżyca, z Endoru. Gdy był bardzo młodym misiem, spadł na głowę z wraku AT – ST. Od tego czasu był nieco... ograniczony językowo. Nazywał się Ralee.
Trzecim towarzyszem był człowiek. Twarz zdobił lekki zarost, długie włosy spięte miał gustownie z tyłu. Odwiedzał kantynę tak często, że inni bywalcy nadali mu ksywkę „Lord”, promując go na nieoficjalnego lidera kantyny. I tak pozostało.
- Nic mi nie wychodzi. – Powiedział Lord wychylając kolejny łyk sullustiańskiego ginu. Skrzywił się i stwierdził, że napój zalatuje starą rybą. – Za tyle rzeczy się biorę i nic.
Ewok i Jawa odwrócili znacząco głowy, wpatrując się to w bawiących się ludzi, to w sufit, dając do zrozumienia, że nie bardzo ich to obchodzi.
- Nawet z takich towarzyszy jak wy, - kontynuował Lord – nie mam pożytku. Czy wy mnie w ogóle rozumiecie?
Jawa pochylił się w jego stronę i człowiek zobaczył groźny błysk w ślepiach kompana.
- Olśnię cię mą elokwencją, towarzyszu. Czytałem alderaańskie mity, w czasach, gdy twoi przodkowie przechadzali się jeszcze po drzewach. Trzymaj się mnie a będziesz wielki.
- Tak, tak! – Dorzucił gorliwie miś.


* * *

Lord siedział z szeroko otwartymi ustami, gapiąc się to w swój gin, to w towarzyszy, i zastanawiał się czy to wina silnego alkoholu, czy też obcy naprawę przemówili we Wspólnym. Z odrętwienia wyrwał go jednak nerwowy szept Jawy.
- Bo widzisz, ty chcesz być kimś, a ja mam plan. Wizję przyszłości, sen o nieśmiertelności. Czy jak tam chcesz to nazwać. – Machnął lekceważąco rączką ukrytą w szerokim rękawie, z którego na stół wypadła stara kartka papieru.
- Tak, tak! – Przytaknął wesoło miś, śmiejąc się do swojej szklanki.
- Spójrz tu, mój przyjacielu. – Malec skierował palec i uwagę Lorda na starą kartkę. Rysunek przedstawiał Galaktykę, a ręczne rysunki i szarość papieru przynosiła na myśl czasy rodzeństwa Daragon. Dłoń Jawy przesunęła się w prawy górny róg mapy. – Tu jest świetna planeta, na której można zostać kimś. Musimy zdobyć tylko garść pieniędzy. A wtedy podbijemy te marne istoty. – Jawa zaśmiał się złowieszczo i spojrzał na Lorda. Oczy mu błysnęły. – Podbijemy, a ty zostaniesz kimś, mój Panie. – Skłonił się w teatralnym geście.
- Tak, tak!– Dodał ochoczo Ewok.
- Ale skąd weźmiemy kredyty? – Człowiek przechylił szklankę i stwierdził, że widać dno. Gestem zamówił kolejnego drinka.
Jawa błysnął oczami i powiedział:
- I tu zaczyna się mój plan.


* * *

Stary, zdezelowany okręt klasy Victory wyłonił się z odmętów nadprzestrzeni, potrącając przy tym mieniący się kosmiczny drogowskaz mówiący, że znaleźli się w przestrzeni planety Sartinaynian. Siedzący na mostku, w wielkim tronie, Lord rozmyślał nad wydarzeniami ostatnich dni. Tajemniczy Jawa wraz ze swoim zwariowanym kolegą Ewokiem, zaproponowali mu zabawę w stylu Hana Solo. Nie był jednak pewien czy napad na Intergalaktyczny Klan Bankowy był dobrym pomysłem. I czy był w stylu Hana Solo. Z drugiej strony widok dwóch małych, niepozornych istot w kominiarkach, okradających bank był zaiste bezcenny. Tek i Ralee dokonali cudu wynosząc miliardy kredytów ze skarbców. On sam trzymał się w cieniu. A najśmieszniejsze było to, że Muunowie biegają teraz po Endorze i Tatooine szukając sprawców napadu.
Teraz bawili się w Imperium. Zakupili nawet statek na wyprzedaży w Kuat i zatrudnili troszkę najemników na Nar Shaddaa. Część chłopaków przebrała się nawet za 501 Legion. Jakieś TIE latały wokół okrętu plując ogniem w stronę X – wingów przylatujących z planety. Wszystko wyglądało tak fantastycznie.
Lord wierzył, że zabawa zaraz się skończy. No, bo jak to tak można? Atakować jakąś planetę bez powodu? Liczył na to, ze za chwilę jego flota ogłosi kapitulację, podadzą sobie dłonie i uznają to za świetny żart. Bo to przecież tylko zabawa, prawda? Przecież on wcale nie chce...
Gródź otworzyła się z cichym sykiem i na mostek wkroczył Tek. Łypnął groźnie na oficerów krzątających się przy panelach, a ci skulili się jakby sparaliżowani ze strachu. Gdyby byli w stanie zajrzeć w ciemność pod kapturem małego Jawy z pewnością dostrzegliby szeroki uśmiech satysfakcji.
- Panie! – Krzyknął i stanął na baczność salutując. – Nasze oddziały desantowe zajęły Centrum Dowodzenia wroga.
- Ale dlaczego?! Przecież to niemożli... – Lord zerwał się z tronu w wielkim zdumieniu. Po chwili usiadł, uznając, że to kolejny etap zabawy. A bawić należy się do końca. – To znaczy: tak, cudownie! Wspaniale! Tak jak zaplanowałem!
Jawa zaczął nerwowo dreptać w miejscu. Po chwili przemówił drżącym głosem:
- Panie, pewna...hmmm... kobieta z rasy Hutt, oczekuje cię w sali audiencyjnej w Centrum Dowodzenia. Przygotowałem już prom. – Dodał pospiesznie, po czym wyszedł.
Lord odetchnął głęboko, schował twarz w dłonie i zachlipał. Historycy do tej pory spierają się, czy były to łzy szczęścia czy goryczy.


* * *

Prom klasy Lambda wylądował miękko u podnóża wysokiego, trzypiętrowego budynku - Centrum Dowodzenia. Lord wszedł szybko po schodach w asyście swych dwóch nowych kompanów i zniknął w holu.
Komnata, którą obdarzono dumną nazwą sali audiencyjnej, była niczym więcej jak zadymionym pomieszczeniem, w którym schronił się ogromny Hutt. Podłogę zdobił czerwono - szary dywan, ściany obito drewnopodobną boazerią, a wielki robal ukryty był wśród ton poduch i zaciągał się z ogromnej fajki wodnej. Po obu stronach stały dwa droidy, wyglądem naśladujące Twilekiańskie dziewczęta, wachlujące powoli swoją właścicielkę.. Uważny obserwator dostrzegłby małą kartkę z napisem „Made in Ryloth”.
Lord wszedł niepewnie do środka, zostawiając swych pomocników za drzwiami.
- Oczekiwałam cię, Herr wojownik – Wychrypiało oślizgłe „coś” i wypuściło z paszczy kłęby dymu, które ułożyły się w napis „Willkommen”.
- Taaaa?? No coś nieprawdopodobnego. Czy to jakiś spisek?
- Jesteś długo wyczekiwanym wybrańcem. – Oczy zwęziły jej się w wąskie szparki. Poprawiła kaftanik okrywający jej grzbiet. – Przejdźmy się.
Lord zastanawiał się jak huttyjska dama będzie szła.


* * *

Szli długim korytarzem.
- Moja Schwester z Imperial City mówiła, że się nigdy nie pojawisz. – Hutt pełzł powoli i gorączkowo gestykulował. – Ale co ona tam wie. Twierdzi, że wyprawiła jakiegoś tam Mistrza Jedi na wielką wyprawę za wielką wodę. – Wciągnęła głęboko powietrze. – Pfff...że niby ma Zakon Jedi stworzyć. Wielkie mi rzeczy. Wróżka za marne kredyty.
- Może do rzeczy? – Ponaglił tracący cierpliwość Lord. – Od paru minut JA tu rządzę, a ty jesteś moją zakładniczką.
Ewok dzielnie człapiący za swoim panem kiwnął potakująco głową, o mało nie uderzając czołem o posadzkę. Nikt tego jednak nie zauważył.
- Ooo...Mój dzielny Herr wojownik. – Huttyjska wróżka podpełzła do okna widokowego i spojrzała na ulice, wpatrując się w jakiś punkt w oddali. – Tak, faktycznie. Władasz tym Centrum i ulicą obok. Ale za rogiem chyba się już kończy twe władztwo, mój kochanieńki. Ale główka do góry. Jestem od tego, żeby ci pomóc.
- Jak?
- Zaczniemy od imienia. Nie możesz się nazywać Lord. To takie... mało skomplikowane. – Machnęła ręką. – Musisz wybrać coś groźnego.
- Luke Skywalker, może?
- Nie lubię wieśniaków. Poza tym mało to groźne i straszne. Może coś z elit? – Zamyśliła się i wyciągnęła z kieszeni kaftanika kalendarz z wypisanymi imionami. – Może Lord Sion?
- Źle brzmi. Malak?
- Daj spokój, chłopcze. Znałam go. Kretyn. Kiedyś chciał się ze mną umówić. Skutkiem było to, że po tej propozycji zaczął nosić protezę na twarzy i dostał mani wielkości. Chciał podbić Galaktykę.
- Exar Kun?
- Zabijaka.
- Bane?
- Po Ruusan zaczął się zbytnio interesować dziećmi. Zasadę dwóch sobie wymyślił. Cwaniak. Chciał być z dzieckiem sam na sam.
- Sidious?
- Jesteś wielki, mój chłopcze. Idealny wybór. Groźny przeciwnik, wspaniały strateg. Do tego myśliciel i filozof. Ach – rozmarzyła się, co Lord wywnioskował po maślanym wyrazie jej oczu – jak ja lubiłam czuć te jego błyskawice na odwłoku. Tak, więc od dziś będziesz się nazywał Lord Sidious. Popełznijmy zająć się tymi buntownikami na zewnątrz.


* * *

Do wracających z przechadzki Lorda Sidiousa i wróżki dołączył Tek. Zasalutował służbowo i rzekł:
- Panie, nasi żołnierze złapali Jedi.
Oczy Lorda otworzyły się w zdziwieniu. Spojrzał na Hutta, który wzruszył tylko małymi rączkami, a potem na białego misia, który tylko głupio się uśmiechał.
- Co tu robi Jedi?
- Nie wiem, Panie. – Odpowiedział oficjalnie Jawa. – Mówi, że jest Miśkiem.
- Mówił, czym się tu zajmował?
- Twierdzi, że jest polonistą i filozofem. Ale podejrzewamy, że rozprowadzał kontrabandę.
- Przyprowadź go do sali audiencyjnej. Nie chcemy mieć kłopotów z Ligą Ochrony Przyrody. Zrobimy z niego lojalnego poddanego.
- Tak jest, Panie. – Jawa zasalutował ponownie i odszedł. A za nim, jak cień podreptał mały, biały miś.

* * *

Gdy byli już w sporym oddaleniu od swego pana, Tek spojrzał w oczka Raleei zapytał, powoli i wyraźnie wypowiadając każde słowo.
- Czego ten robak chce od naszej żyły złota, od naszego skarbu, od naszej przyszłości... no, ekhem... Krótko mówiąc od naszego pana?
Ewok przechylił łebek na bok, uśmiechnął się szeroko i rozpromieniony tym, że zna oczywistą odpowiedź, stwierdził z podnieceniem:
-Tak, tak!
- Grrr... – Wściekł się zakapturzony malec. – Jaki ty głupi jesteś. – Palnął misia przez ucho. – Wpadam w głębokie zdumienie, gdy przypomnę sobie, że miałeś aspirację ewoluować w Wookiego. Chodź, bo zdaje mi się, że nasz pan ma kłopoty ze sterowaniem tłumem.


* * *

Stali ponownie w sali audiencyjnej. Miśkowi kazali pójść zrobić reportaż z tego, co dzieje się w mieście. Były to tak wielkie dziwy i nieziemskie rzeczy, że historia nazwała je Dniami Fantastyki. Misiek dostał później medal za odwagę i za wzorową służbę jako korespondent wojenny. Jawa i Ewok nie wrócili jeszcze.
Huttyjska wróżka pochylała się nad kilkudziesięcioma zapisami wideo i Lord zastanawiał się, czego ona właściwie szuka. W końcu z tryumfem podniosła mały dysk i powiedziała:
- To twój klucz do sukcesu.
- Co to? – Spytał bardzo zainteresowany. Wziął dysk do ręki i obracał chwilę. Z jednej strony wydrapano litery SW.
- Zapis walki twojej floty nad planetą. Puść to ludziom. W mieście stoją IMAXy. Tłumy kochają wojny wśród gwiazd. I naturalne efekty specjalne.
Włożyła dysk do projektora i wcisnęła play.


* * *

Rezultat projekcji przeszedł jego najśmielsze oczekiwania. Walki ustały, a zachwycone tłumy masowo gromadziły się przed Centrum Dowodzenia, teraz już oficjalnie przemianowanym na Rezydencję Lorda Sidiousa, by podziękować swemu bohaterowi za wspaniały pokaz.
Wyjdź do nas! Wyjdź do nas! Skandowała publiczność. Gdzieniegdzie słychać było okrzyki typu Jesteśmy z tobą! czy Jesteś wspaniały!
Liczne transparenty deklarowały posłuszeństwo i oddanie tych, którzy owy transparent dzierżyli.
Tłum sukcesywnie się powiększał.
Lord stał przy zamkniętych drzwiach balkonowych, wpatrując się w swych nowych zwolenników. Za nim stał Tek, kilka chwil temu mianowany generałem, i Ralee, będący oficjalną maskotką dworu. Wróżka wróciła do swojej komnaty, deklarując pomoc w każdej chwili.
- Wyjdź do nich, Panie. – Jawa pchnął delikatnie Sidiousa w stronę balkonu. Ten jednak zaparł się w miejscu.
- Wstydzę się.
– Nie bądź dziecko. – Obruszył się zakapturzony malec. – Idź! – Pchnął go mocniej i zdecydowanie tak, że Lord hamując upadek oparł się o balkonowe drzwi. Te otwarły się szeroko i mężczyzna upadł na kamienną posadzkę tarasu.
Wrzask był nie do opisania i Lord podnosząc się z wolna, błogosławił w duchu dźwiękochłonne właściwości transpastali. U podstawy budynku, poniżej tarasu, na którym stał znajdowało się morze. Falujące, posiadające własne pływy...a może też i jakieś wpływy. Morze ludzi. Chwiejnym krokiem podszedł do bogato zdobionej balustrady i oparł się o nią, chociaż tak naprawdę miał ochotę czmychnąć za bezpieczne połacie transpastali. Tłum ryknął z radości. Za plecami Lorda rozległ się cichy syk. Odwrócił lekko głowę i spojrzał kątem oka w tym kierunku. Zza uchylonego skrzydła drzwi wychylała się zakapturzona główka, oczy lśniły podniecone.
- Powiedz im coś. – Syknął ponownie do Sidiousa.
- Ale co? Nie umiem przemawiać!
- Cokolwiek. – Rzucił poirytowany generał. Schował się szybko i dodał sam do siebie. - I tak nie usłyszą.
Lord skierował swój wzrok na morze... Szumiące, falujące... Coś pokusiło go by unieść dłonie. Złączył je nad głową i potrząsał w geście zwycięstwa, pozdrawiał tłum.
Zrobiło się cicho, gdzieś zapłakało dziecko.
Jak to powiedziała wróżka? Tłumy kochają wojny wśród gwiazd.
Wojny wśród gwiazd...
I nagle przemówił, zdecydowanym i pewnym siebie głosem:
- Fani Gwiezdnych Wojen z wszystkich planet, łączcie się!
Cisza. Ewok walnął się z rozpaczy w lewe oko.
- Ale ma gadanie. Nie utrzyma się na stanowisku nawet pół roku.
Ale wbrew logice tłum ryknął tryumfalnie. Dzień ten ogłoszono później świętem fanowskim.

* * *

Jawa wraz z Ewokiem stali na małym wzgórzu, na którym jeszcze parę chwil temu stała drewniana tabliczka z nazwą planety. Teraz podeptany znak informacyjny z napisem „Sartinaynian” leżał na ziemi, a miś skakał po nim z zapałem, jednocześnie próbując odkleić pazurkami kolejne litery.
Tek przysiadł na kamieniu kilka kroków dalej, głaszcząc po głowie miniaturowego wilka akk. W mieście świętowano przybycie wybrańca i przejęcie przez niego władzy, a jego – pomysłodawcę całego przedsięwzięcia – wysłano z misją zwiadowczą, polegającą na szukaniu banth. Jawa rzucił w dal mały kamyk trzymany w ręku. Przecież nawet dzieci wiedzą, że banthy są na Tatooine, ale na pewno nie tu!
- Należałoby zmienić nazwę tej planety. – Powiedział ni to do Ewoka, ni to do wilka, ni to do siebie. – Na jakąś taką brzmiącą bardziej defensywnie. Żeby wiedzieli, że potrafimy się bronić, a co! Co o tym myślisz?
Ewok na chwilę przerwał swój akt wandalizmu i stwierdził z wielką zadumą:
- Tak! Tak!
- Może by tak Barbakan? – Oparł dłonie o brodę i zapatrzył się w dal. Stojący za jego plecami miś potrząsnął potakująco głową.
- Tak, tak! – Krzyknął.
- Powiedz jeszcze raz „tak, tak”, a poszczuję cię Ciemną Stroną. – Rzucił przed siebie Jawa, a leżąca obok niego miniaturka wilka akk podniosła szybko głowę i wyszczerzyła złowieszczo kły w stronę misia.
- Yhym, yhym. – Odpowiedział Ewok.
- Więc Barbakan nie. Może Twierdza?
Miś przełknął głośno ślinę i pokręcił tylko przecząco głową, czego jego kompan i tak nie zauważył.
- Pałac? Zamek? Forteca?
Żadna nazwa nie przypadła im do gustu. Słońce zaczęło już zachodzić, gdy Ewok powiedział cicho i z wielkim trudem:
- B-bastion?
Jawa spojrzał na misia, a oczy zalśniły mu z radości. A może od łez, tego nikt nie wie. Podbiegł i uściskał kolegę.
- Jesteś genialny! – Stwierdził. – Może cię adoptuję?
Jeszcze tego wieczora na wzgórzu stanęła nowa tablica. Napis głosił: „Bastion”. Kilkanaście dni później jakiś podróżny dopisał drobnym maczkiem „Polskich Fanów Star Wars”, precyzując tym ustrój polityczny planety.


* * *

Wbrew złym wróżbom generała Teka, Bastion opiera się galaktycznym zawieruchom już pięć lat. Nic nie wskazuje na to, żeby miał upaść pod naporem wroga.
Dziś świętujemy kolejną rocznicę jego powstania. Przyłączmy się zatem do szalejącego z radości tłumu i oddajmy się zabawie!
Wróć na górę