Pomiń nawigację™
Logo Jedi Order - małe
Home - ikonka HOME O NAS REKRUTACJA FORUM

Pingwiny są wieczne

Autor: Shadow & Nar Kadun

Dawno, dawno temu w odległej Galaktyce...



Prolog




System Windu Vista Penguin Edition gotowy do pracy.

Z prywatnych dzienników Kostka Mrooza.
Korellia. Turystyczna perełka regionu, miasto Kor Vella.
Dla zwykłego pingwina, takiego jak Ty, byłoby prawdziwą rozkoszą przebywać w takim miejscu. Ale nie dla mnie... Ja jestem wyjątkowy.
A i Kor Vella jest mi znana, niczym własny dziób.
Spędzam tu urlop. Nie miałem urlopu odkąd się wyklułem, a stało się to w lipcu... Albo w listopadzie... W każdym bądź razie dawno temu. Byłem najsilniejszym pingwinem z lęgu. Ostatnie zadanie było bardzo ciężkie. Omal nie zginąłem, więc R dał mi troszkę luzu. Uratowałem Galaktykę. Znowu.
Bo jeszcze tego nie wiesz... I w zasadzie nie powinienem tego mówić, bo będę Cię musiał wtedy zabić. Ale co tam... W końcu to Ty na tym stracisz.
Jestem agentem specjalnym 00P. Najlepszym z najlepszych. I najbardziej wyjątkowym.
A teraz stoję przed barem. Mówią, że podają tu najlepszą wodę z lodem w Galaktyce. Różowy neon miga zachęcająco, a to gibające się z prawej strony zwierzę, to chyba rancor... Tak wynika z nazwy.
„Los Rancoros” wabi mnie swoją muzyką. Czas wejść do środka.

* * *

Mały pingwin przeczłapał między dwoma bramkarzami i wszedł do środka baru zwanego „Los Rancoros”. Przywitały go dźwięki „La Cuca Ra Cha”. A przynajmniej przy dużej dozie wyobraźni była to właśnie ta melodia. Spojrzał w stronę kapeli i ujrzał czterech Bithów w wielkich sombrerach. Przed sceną kołysała się nieprzebrana szara masa turystów machających pluszowymi kaktusami i zwykłych obywateli. Biorąc pod uwagę, że pingwin ubrany był w idealnie skrojony frak i nie miał ochoty machać pluszem, wszystko nabierało pewnej nuty absurdu.
Zrobił jeszcze kilka kroków i wtedy jego wzrok skupił się na samotnie siedzącej kobiecie. Była piękna. Przynajmniej jak na pingwinkowy gust.
Proste włosy koloru blond opadały swobodnie na nagie ramiona. Rozmarzone, niebieskie oczy spoglądały wokół z zainteresowaniem. Purpurowa sukienka zasłaniała cudowne, zgrabne ciało. Zauważyła pingwina i uśmiechnęła się nieznacznie.
Pingwin przecisnął się w stronę jej stolika i zachowując się nienagannie, tak jak uczyli go w elitarnych, ekskluzywnych szkołach powiedział:
- Witaj, nieznajoma. Czy pozwoli się pani zaprosić nad...na wodę?
Jakież było jego zdziwienie, gdy śliczne usta blondynki zaciśnięte w wąską kreseczkę zmieniły się w szeroki uśmiech.
-Jasne, mój czarno-biały przyjacielu. Jestem Wieczorynka. – Powiedziała radośnie, podając smukłą dłoń do ucałowania. – Jak się nazywasz, książę?
- Mrooz... – Odpowiedział i nieświadom, że dłoń damy się całuje z namaszczeniem, uchwycił jej rękę i zaczął potrząsać nią gwałtownie. – Kostek Mrooz.
Odwrócił się i pospiesznie ruszył w stronę baru, by przynieść wodę.

* * *

Zielony barman nie zwrócił absolutnie żadnej uwagi, na czarno-białego mikrusa pakującego się na jedno z wysokich, obrotowych krzeseł, stojących wokół baru i skupił się na czyszczeniu blatu i szklanek. Gdy w końcu skrzydlata istota wdrapała się na siedzenie, usłyszał wypowiedziane jednym tchem zamówienie:
- Poproszę dwie wody mineralne, średnio gazowane, z krystalicznie czystych, górskich ujęć... Z lodem. Mieszane, nie wstrząśnięte.
Barman ze stoickim spokojem spojrzał na żółty dziób klienta, następnie na jego duże ptasie oczy, westchnął i z rezygnacją stwierdził:
- Droidów i pingwinów nie obsługujemy.
Kostek zdenerwowany tak stanowczą odmową sięgnął po broń ostateczną, której używał w każdych negocjacjach. Z kieszeni swego idealnego fraku wyciągnął rękojeść miecza świetlnego i walnął nią o blat baru tak mocno, że aż podskoczyły szklanki.
- Oooo... Jedi. – Zdziwił się barman.
- Nie jestem Jedi, tylko zwykłym pingwinem z mieczem świetlnym i ogromnym pragnieniem...
Gdy pierwsze zdziwienie minęło, barman powrócił do czyszczenia szklanek.
- Wiele pingwinów je ma. – Rzucił od niechcenia, szorując szklankę brudną szmatą.
- Miecze świetlne?
- Nie, pragnienie. – Westchnął barman i odłożył wyczyszczoną szklanicę. – Ale skoro tak panu zależy to zaraz przyniosę wodę z zaplecza.
Zniknął gdzieś wśród tłumu, pozostawiając obsługę gości droidom, i wrócił po chwili u boku ogromnej, włochatej bestii, która najwyraźniej była tu jednym z ochroniarzy. Zwierz ryknął głośno i agresywnie.
- Nigdy nie ufaj zielonym – mruknął do siebie Kostek, a potężne monstrum chwyciło go za kołnierz fraka i zaczęło kierować się do wyjścia.
Wtedy to Mrooz okręcił się i z impetem godnym podziwu wsadził płetwę w nozdrza ochroniarza.
- Smarkałeś kiedyś? - Spytał z obrzydzeniem, otrzepując się z flegmy.
Atak poskutkował i zwierzak puścił Kostka. Ten spadając wykonał salto w powietrzu i wylądował miękko na ziemi, przyjmując pozycję bojową. Zanim ochroniarz wrócił do siebie, pingwin wyskoczył wysoko w górę i uderzył z półobrotu w krocze futrzaka. Ten skulił się, łapiąc obiema łapami za obolałe miejsce, padł na kolana i zaczął głośno i przeraźliwie płakać.
- No, a teraz leżeć... Azor. – Kostek poprawił na sobie frak i otrzepał się. Nie zauważył jak barman wzywa przez CB komunikator KorSek. Mrooz poczuł nagle, że ktoś go przytula. Odwrócił się i spojrzał w piękne oczy Wieczorynki. Pocałowała go w dziób i mruknęła rozkosznie:
- Mój bohater.
Nagle zrobiło się zamieszanie i do baru wpadł KorSek w swych zielonych mundurkach. Kostek Mrooz, jak na gentlemana przystało, objął swoją partnerkę i odpalił swoje rakietowe trampki. Oboje unieśli się ku niebu, roztrzaskując szklaną kopułę i zasypując zdziwione istoty deszczem szkła.
A Bithowie nadal grali swoje „La Cuca Ra Cha”.


Rozdział 1




...Powrót z Corelli z Wieczorynką w bardzo ciasnym kokpicie stateczku był miłym przeżyciem. Nie wiedziałem, że można wyginać się na tyle sposobów.
Teraz jesteśmy w moim prywatnym pokoju na Yavinie IV w głównej siedzibie Agencji JO. Wieczorynka leży na łóżku. Przykułem ją do niego specjalnymi kajdankami z różowym futerkiem. Wcale się nie opierała, świntucha. Zbliżam się do niej powoli łaskocząc jej ciało mięciutkim piórkiem... To chyba gołębie... albo gęsie... Fajnie wygląda. Taki gadżet od Agenta N. Nie wiem skąd on bierze takie rzeczy. Wieczorynka piszczy z zachwytu i słodko chichocze.
Już, już mój dziób miał się spotkać z jej słodkimi ustami, gdy nagle z pomiędzy jej rozchylonych ud wystrzelił komunikator uderzając w moje wypięte, jędrne, pingwinie pośladki, przeraźliwie brzęcząc. Zawsze mówiłem, żeby N nie instalował zabawek bezpośrednio w moim łóżku.
Czar prysł. Odebrałem.
I kilka minut później szedłem już do biura szefa, ubrany w hawajskie bokserki, zostawiając za sobą rozpaloną, przykutą do łóżka Wieczorynkę...

* * *

Kostek, ubrany w kolorowe bokserki w stylu hawajskim, z których Bob Marley szczerzył zęby, człapał pospiesznie szerokimi korytarzami głównej siedziby JO na Yavinie IV. Nagły i nieco bolesny telefon od szefa zaskoczył go, tym bardziej, że dopiero wrócił.
Mijani po drodze funkcjonariusze i tajni agenci, ubrani dla niepoznaki w tradycyjne stroje Jedi, machali mu przyjaźnie. Kostek w pośpiechu odmachiwał im jednym ze skrzydełek.
W końcu dotarł do gabinetu szefa – Agenta R. Uchylił drzwi bez pukania i wszedł do środka.
Przestronny pokój, zbudowany na planie koła (Kostek zdziwił się ileż to kształtów i rodzajów kół zna Galaktyka), był gustownie urządzony. Podłogę, ułożoną z desek drzew diya, zakrywał gruby, puchaty dywan z futer Wookieech, który w ekstrawagancki sposób zabarwiono na czerwony kolor. Ściany obito drewnianą, ciemną boazerią.. Na samym środku pomieszczenia, na tle panoramicznego okna z transplastali, stało masywne biurko. Na jego blacie stało tylko bardzo stare radio i obracający się sam z siebie globus, przedstawiający czwarty księżyc gazowego giganta, który skrywał w swym wnętrzu najlepsze trunki Galaktyki.
00P rozejrzał się powoli. O biurko opierała się Agentka D, uśmiechając się rozkosznie. Wyglądała jak zawsze olśniewająco, a Kostek zdawał sobie sprawę z jej uwielbienia, którym darzyła pingwiny. Zwłaszcza jego.
Radio zacharczało, jakby miało się rozpaść, i dopiero teraz Kostek zdał sobie sprawę, że na ścianach wiszą portrety uwieczniające różne okresy z życia starego sprzętu muzycznego, stojącego na biurku. Mp 3 w pieluszkach i smoczkiem, discman z wielkim pryszczem, boombox w studenckich klimatach, wieża stereo w garniturze...gramofon.. i tak dalej, aż do okresu starego, zdezelowanego radia.
- Witajcie, Aniołki. – Wychrypiało radio znajomym głosem Agenta R, którego nikt jeszcze w Agencji JO nie widział.
- Aloha – szepnął Kostek w odpowiedzi, a D zawtórowała mu natychmiast. Widać bokserki z Marleyem nastawiały pro hawajsko.
- Agencie 00P... Kostku... – Chrypiące i kaszlące głośniki omal nie wypadły, a Mrooz miał wrażenie, że szef zwraca się do niego jak ojciec do syna. – Czy znasz może Agentkę A?
Kostek zawahał się chwilę. Agencja JO była sporą instytucją, ale w jej szeregach było mało kobiet... A 00P uwielbiał kobiety, więc...
- Tak – odpowiedział po namyśle. – Znam ją... I to bardzo blisko. – Kaszlnął znacząco wypowiadając szeptem ostatnie zdanie.
Agentka D szybkim ruchem odwróciła głowę w stronę Kostka. Krótkie włosy zafalowały groźnie, niczym ocean targany tsunami. Spiorunowała pingwina wzrokiem i zrobiła obrażoną minę. Kostek był pewien, że gdyby wzrok zabijał zostałby z niego tylko dziób.
Głos z radia nie zwrócił jednak uwagi na reakcję Agentki D i kontynuował dyskusję z 00P.
- Więc musisz się udać na Alzoc III i ją odnaleźć – stwierdził R.
- A co się z nią stało? – Zapytał pingwin, udając zainteresowanie.
Radio odchrząknęło i oboje Agenci odnieśli wrażenie, że gdyby mogło, to machnęłoby zrezygnowanym gestem głośnikami.
- Zaginęła w akcji. – Powiedział R wymijająco. – Agentka D przedstawi ci szczegóły raportu.
D nareszcie poczuła się zauważona i potrzebna. Sięgnęła po notesik.
- Agentka A śledziła Kudrema, który szmuglował jedijagody. Jest to silny narkotyk, którego używają zazwyczaj Mistrzowie Jedi by osiągnąć stan głębokiej medytacji, a który w tej chwili jest produkowany z myślą o corusańskich ograch. – Przerwała na chwilę, by zaczerpnąć powietrza. Spojrzała na Kostka i uśmiechnęła się, w duchu ciesząc się, że A – jej rywalka do serca 00P – znikła. – Poszukiwania doprowadziły Agentkę na mroźną planetę Alzoc III, gdzie ślad się urywa.
Zapadła cisza, w której słychać było tylko ciche burczenie starych głośników. W końcu R zabrał głos.
- Twoim zadaniem 00P jest odnalezienie Agentki A – orzekł głosem nie znoszącym sprzeciwu. – Pomoże Ci w tym agentka Nowej Republiki, Wieczorynka, którą to już zapewne poznałeś.
Kostek zaczerwienił się, co u pingwinów jest rzeczą rzadką, ponieważ wyglądają wtedy jak przerośnięte gile, a od pokoleń chcą uniknąć haniebnego porównania. Nie odezwał się ani słowem, płonąc ze wstydu.
- Hmm... – Radio zaburczało ponownie. – Co się stało z Wieczorynką? Powinna być tu z tobą.
00P, wiercąc żółtą łapką w puchatym dywanie, spuścił wzrok i wydał kilka nieartykułowanych dźwięków. Zostawił przecież Wieczorynkę w łóżku... W skandalicznej pozycji.
- Yyy... - Zaczął w końcu nieśmiało. – Ona jest przykuta do łóżka... To pewnie jakiś wirus.
- Daj jej aspirynkę i w drogę – zawyrokowała Agentka D, po czym otrzymując błogosławieństwo Agenta R wyszli z biura.
Audiencja została zakończona.

* * *

Laboratorium Agencji JO, jak każde szanujące się laboratorium, mieściło się głęboko w podziemiach kompleksu. I wcale nie dlatego, by tłumić huki eksplozji, których nie brakowało. Mimo to przestronne hale były idealne do przeprowadzania eksperymentów. I to nie byle jakich. Testowano tu broń, której używali wszyscy szanujący się i najlepsi agenci Galaktyki. A Kostek szanował się i to bardzo. Poza tym był najlepszy z najlepszych.
Królestwo Agenta N skąpane było w lekkim półmroku i tylko strzelające języki ognia wskazywały na to, że właściciel pracuje. Kostek zrobił jeszcze kilka kroków w głąb ciemnego tunelu i nacisnął jeden z wielu guzików ukrytych w ścianie, które aktywowały system przeciwpożarowy. Ogień wkrótce zniknął.
Z pomieszczenia, z którego jeszcze przed momentem buchały płomienie, wychyliła się osmalona twarz, a zaraz potem cała postać. Agent N miał na sobie laboratoryjny fartuszek, który w latach świetności może był i biały. Teraz miał powypalane dziury a w kilku miejscach nadal tlił się ogień, który N starał się ugasić rękoma. Na czarnej od sadzy twarzy błyskały tylko białka oczu, a rozczochrana fryzura dopełniała obrazu nędzy i rozpaczy.
- Nic się tu nie zmieniło – stwierdził Kostek patrząc to na Agenta N, to na czarne ściany.
- Bzdura! – Parsknął laboratoryjny geniusz. – Wszystko się zmieniło. Właśnie przeniosłem materię cząsteczkową kamieni, z których zbudowano ściany, o tam – wskazał brudnym palcem miejsce ginące w mroku. – Poza tym molekuły tynku z prawej ściany znajdują się teraz na lewej ścianie i odwrotnie. – Machnął ręką i dodał cicho. – Poza tym Agentka D miała tu pomalować.
- Jasne. – Kostek prychnął sarkastycznie. Nie interesowały go wywody na temat molekuł tynku i sposobu ich przenoszenia. – Co masz dla mnie nowego?
N otrzepał ponownie fartuszek i pstryknięciem palców zapalił światło, które jaskrawym blaskiem rozświetliło kilka pomieszczeń, oślepiając na chwilę obu Agentów.
- Tak, tak. – Stwierdził, prowadząc Mrooza do jednej z sal. – R dzwonił, żeby cię zaopatrzyć. Więc przede wszystkim mam dla ciebie najnowszy blaster. Prawdziwy cud techniki, marzenie każdego agenta i w ogóle jest ekstra. To BlasTech PPK.
Nazwa nic Kostkowi nie mówiła, ale nie dziwił się, bo N zawsze tworzył coś, o czym Galaktyka nigdy nie słyszała i pewnie nigdy nie usłyszy.
- A co on takiego potrafi, że jest taki ekstra?
- Oprócz tego, że świetnie strzela? – Zapytał N od niechcenia. – Robi przepyszną kawę. Z mlekiem i dwiema łyżeczkami cukru. – Na samo wspomnienie obaj oblizali usta. – No i nagrywa filmy DVD w najwyższej jakości. – N schylił się szukając czegoś pod masywnym stołem i po chwili wyciągnął dziwnie wyglądający przedmiot. – Prawie bym zapomniał. Mam dla ciebie nasadkę na dziób.
00P uniósł brwi ze zdziwienia.
- A do czego mi takie coś?
- Do rozbijania lodu na kostki, na przykład – żachnął się Agent N, czując, że niedocenia się jego geniuszu. – Byś mógł przygotować sobie ulubioną wodę z lodem. A na sam koniec mam dla ciebie niespodziankę.
Gestem nakazał Kostkowi iść za sobą. Mijając skąpane w półmroku korytarze doszli do bram hangaru. Za masywnymi drzwiami słychać było stłumioną muzykę. N wcisnął przycisk i wejście do hangaru stanęło otworem.
Zalała ich fala dyskotekowej muzyki z lat 80. Mechanicy krzątali się wywijając hołubce z gracją gwiazdy tego okresu – M. Jacksona, Twi’leka, który zmienił sobie pigment z ciemnego niebieskiego na biały. Ściany pomalowane były na kolor różowy, a gdzieniegdzie domalowano ogromne żółte kwiaty. Na samym środku stał nowoczesny myśliwiec, nad którym powieszono transparent z hasłem „Wolność, równouprawnienie i pokój dla wszystkich”.
- Co to jest?! – Zapytał Kostek przekrzykując dźwięki muzyki i wskazując na myśliwiec.
- InCom Martin DB - Wing – odpowiedział N z dumą. – Ma pluszową tapicerkę, przyciemnianie szyby, nowoczesny system audio oraz ultranowoczesny system pola maskującego, którego nie udało nam się jeszcze uruchomić...
- Świetnie – mruknął 00P, po czym ruszył, by usiąść za sterami swego nowego pojazdu.

* * *

DB – Wing wszedł w atmosferę Alzoc III i wkrótce wylądował. Z myśliwca wyskoczyli Kostek i Wieczorynka. Padający śnieg pozwolił im pozostać niezauważonymi. Gdzieś na horyzoncie majaczyła lodowa bryła ekskluzywnego hotelu, do którego właśnie się kierowali.
Nowa misja właśnie się zaczęła.

Rozdział 2




Kocham cię... Kocham cię... Kocham cię... Kocham cię... Kocham cię... Kocham... Kocham...
Kocham... Kocham... Kocham... Kocham... Kocham... Kocham... Kocham... Kocham... Kocham... Kocham... Kocham... Kocham...

Słowa Agentki D, zarejestrowane podczas jej 3-godzinnej rozmowy z Agentem 00P


* * *

Jedyny hotel na Alzoc III miał nazwę zupełnie nieadekwatną zarówno do swojego wyglądu, jak i funkcji, którą pełnił. Ogromna bryła lodu, okropna karykatura igloo, nosiła wdzięczną nazwę „Lodzik”. Mieszkającym na planecie tubylcom nazwa kojarzyła się, co najwyżej z reklamą Algidy i szumnym hasłem dmuchania patyczka. Bądź, co bądź żaden z nich tego nie robił.
Kostek i Wieczorynka spojrzeli na migający, fioletowy neon nad wejściem do hotelu, a potem wymienili znaczące spojrzenia, głupio się uśmiechając.
Weszli do środka.
O hotelu „Lodzik” krążą różne legendy. Jedna z nich mówi, że miejscowa obsługa podkrada gościom przysługujące im kondomy, zastępując je wełnianymi skarpetami. Inna twierdzi, że jest to ulubione miejsce godów i kopulacji Huttów. 00P nie zobaczył żadnego z nich w środku i miał nadzieję, że tak pozostanie. Natomiast jego uwagę przykuła hotelowa obsługa – armia niewielkich ludzików, ukrytych w grubych, futrzanych płaszczach – kręcąca się bez ładu i składu we wszystkich kierunkach.
Jeden z nich, najwyższy, stał za kontuarem recepcji, udając, że jest portierem. Pingwin wskazał go skrzydłem, a Wieczorynka kiwnęła głową, uznając, że to odpowiednia osoba, od której warto rozpocząć poszukiwania.
Oboje podeszli do recepcji. Portier, mimo że wyższy od swych ziomków, i tak był ledwo widoczny zza kontuaru. Agenci widzieli tylko brzegi jego futrzanego kaptura, głęboko naciągniętego na głowę. Twarz, jeżeli jakakolwiek istniała, skryta była w mrocznych czeluściach kaptura. Wystawał tylko bardzo długi nos z ogromnym pryszczem na jego czubku.
- Witojcie mili przybysze – przywitał ich portier, a Kostek od razu uznał, że ogromny pryszcz na nosie to swego rodzaju sonda, służąca do komunikacji ze światem istniejącym poza kapturem.
- Dobry wieczór – odpowiedziała uprzejmie Wieczorynka, nadal błogo się uśmiechając myśląc o nazwie hotelu. Bardzo lubiła lody.
- Czy zna pan... – Zaczął Kostek. – Czy znasz człowieka o imieniu Kudrem?
Portier zmarszczył nochal, a wielki pryszcz zrobił się czerwony, co obaj Agenci uznali za przejaw zachodzących procesów myślowych w głowie ich rozmówcy.
- Człowieka to jo ni znam – odpowiedział ludzik po dłuższej chwili namysłu. – Ale może choci fam o tom jaszczurke?
Wieczorynka spojrzała pytająco na portiera, a potem przeniosła spojrzenie na swego partnera, napotykając taki sam, pytający wzrok.
- Ma ćukiernie dfie saspy dalej – gorliwy portier uznał za stosowne udzielić wskazówki potencjalnym klientom hotelu.
Wyszli z wielkiego igloo, trzymając się za ręce, by nie upaść, będąc w szoku. W najśmielszych snach nie przypuszczali, że będą ścigać jaszczurkę, która była cukiernikiem.
I nawet rozkoszna nazwa hotelu nie była już tak kusząca.


* * *

Cukiernia, tak jak powiedział portier, znajdowała się dwie zaspy dalej. Nikt jednak im nie powiedział, jak ogromne są to zaspy. W każdym bądź razie Agenci dotarli na miejsce dopiero rankiem, następnego dnia.
Widok wart był podróży. Cukiernia okazała się ogromny, różowym lizakiem, który jakiś olbrzym, dla kaprysu, ustawił do góry nogami. Z wysokiego, na kilkadziesiąt metrów patyczka, który służył jako komin, wydobywały się bajeczne, kolorowe obłoczki. Na frontowej ścianie budynku-lizaka, znajdowały się śmieszne okienka z zielonymi firankami oraz ogromne drzwi z równie ogromną klamką. Szyld nad wejściem głosił, że cukiernia należy do kogoś o imieniu Kudrem.
Podeszli do drzwi i dopiero teraz zdali sobie sprawę z tego, że zarówno wejście, jak i okienka ktoś po prostu namalował sprayem na słodkich ścianach.
Kostek z bólem spojrzał na Wieczorynkę i sięgnął po nasadkę na dziób, podarowaną mu przez Agenta N. Założył ją na dziób, rozłożył szeroko skrzydełka i usztywnił zgrabne ciało. Przypominał teraz bojową wersję młota pneumatycznego.
- Tylko bądź ostrożna – szepnął niewyraźnie. Wieczorynka złapała go za żółte łapki jedna ręką, a drugą za jedno ze skrzydełek, opierając tak trzymany „sprzęt” o biodro. Przystawiła Kostka do ściany lizaka, a 00P niczym rasowy dzięcioł zaczął dziobem przebijać się do środka.
Po chwili wpadli do wnętrza, lądując kilka metrów niżej. Rozejrzeli się dookoła. Znajdowali się w ogromnej hali produkcyjnej. Stwierdzili, że cały lizak to jedna wielka atrapa.
Hala pełna była corusańskich ogrów, zapamiętale pracujących przy taśmociągach. Pracowali dwójkami. Kostek stwierdził, że jeden lepi... Przetarł oczy ze zdumienia, bojąc się, że to jakaś iluzja... Jeden lepi pączki, a drugi upycha w nie dżem z jedijagód. Uznał, że skoro ktoś zmusił ogry do pracy, to na pewno muszą być one naćpane. Zamyślił się nad tym, jak to jest naćpać się dżemem, z czegokolwiek by on nie był, i aż krzyknął ze zdumienia.
Ogry-cukiernicy dopiero teraz zwrócili uwagę na dwójkę intruzów. Wściekłe, że przerwano im miłą pracę, zaczęła w szale atakować.
Mniej sprytne chwyciły za ciasto, i lepiąc z niego kule, rzucały w Agentów. Bardziej sprytne wyciągnęły blastery. Walka od początku była nierówna. 00P, uruchamiając swój miecz świetlny, starał się odbijać wszystkie lecące ku niemu blasterowe bolty, ale kula przeżutego ciasta, która trafiła w dziób, wyeliminowała go z dalszej walki. Ukryty za skrzyniami pełnymi pączków przeznaczonych na eksport, gorączkowo starał się zdrapać paskudztwo z dzioba.
Wieczorynka, skradająca się pomiędzy taśmociągami, zasypywała ogry lawiną ognia blasterowego, używając swego maleńkiego, różowego blasterka, od czasu do czasu odrzucając jakąś kulę ciasta. Ostatecznie widząc nieprzebrane masy przeciwników i będąc pozbawioną wsparcia, postanowiła podłożyć bombę.
- Spróbujcie nafaszerować dżemem to, brzydale! – Krzyknęła i nastawiła zegar.
Cukiernia wybuchła nieco prędzej, niż agentka Nowej Republiki sobie tego życzyła. Nie zdążyli wdrapać się do otworu wywierconego wcześniej i teraz, wraz z wieloma martwymi ogrami, szybowali w powietrzu. Na szczęście cali i zdrowi.
Wylądowali w bliżej niezidentyfikowanej śnieżnej zaspie. Najpierw Kostek, upadając na plecy, a potem Wieczorynka, spadając wprost na ponętne ciało Pingwina. Przytuliła się, mrużąc oczy i mrucząc zadowolona.
- To twój pistolet – szepnęła, leżąc nadal na Kostku – czy tak bardzo mnie lubisz?
Kostek uśmiechnął się głupio, nie chcąc zdradzać tej słodkiej tajemnicy.
Nagle obok nich coś z jękiem pacnęło w zaspę. Zobaczyli tylko wystającą stopę z rozpaczliwie ruszającym się dużym paluchem.


* * *

Jestem ogrem. Owszem. Ale wykształconym. Mam magistra z pedagogiki wczesnoszkolnej. Nie moja wina, że rodzice bali się zostawić mi dzieci pod opiekę, twierdząc, że przerobie ich pociechy na chleb, masło czy kremówki. Poza tym wszyscy lubią kremówki, nie? Ktoś stwierdził nawet, że robię z nich tradycyjne kebaby tureckie. Cóż za bzdury.
Nie moją winą jest też to, że moja koordynacja myślenie – mowa zawodzi. Znaczy myślę płynnie, ale werbalnie mi się nie klei rozmowa. Cóż, urok ogra.
Jako, że nie znalazłem pracy w zawodzie, wyjechałem zagranicę, pracować na zmywaku za kilka funtów...eee...kredytów. Pod uwagę brałem też hipermarkiety i branżę budowlaną. I wtedy pojawił się Kudrem. Zaoferował mi pracę kierownika produkcji w fabryce pączków. Przyjąłem ofertę. Kto by nie przyjął? Kierownik? I to w wytwórni łakoci? Bosko.
Ale w życiu bym nie pomyślał, że pokurcz w pingwinkowym fraku i towarzysząca mu blondynka, wysadzą mi miejsce pracy.
Pamiętam jak leciałem i wpadłem w zaspę, Potem była ciemność, a po ciemności ból. Otworzyłem oczy i zobaczyłem przed sobą tego pokurcza walącego mnie skrzydłem po twarzyczce. On naprawdę był pingwinem! A potem padły pytania. Mikrus machał mi skrzydłem przed oczami, a ja zawsze chciałem mu powiedzieć to, co go interesowało...
- Kim jesteś? Zapytał mnie pingwin łagodnym głosem. Zauważyłem, że stojąca za nim blondynka mierzy do mnie z blastera. Kanalia.
- Moja być Shrek Czwarty – odpowiedziałem dumnie, chociaż nieco pokracznie. Ot, moja wada, aczkolwiek mało, który ogr może się pochwalić królewskim pochodzeniem. Zauważyłem, że dziewczyna chowa blaster i wyciąga mały kajecik.
- Mogę poprosić o autograf dla cioci? – Spytała, a ja podpisałem się w notatniku. Za sławę też trzeba płacić.
- Gdzie jest Kudrem? – Znowu ten pingwin. On chyba nie oglądał kreskówek i nie wie, kim jestem.
- Moja powiedzieć, że on polecieć na Ryloth. – Odparłem radośnie, mimo że przed chwilą kipiałem ze złości. To chyba przez to machanie skrzydełkiem. Naprawdę uspakajało.
- Dla kogo Kudrem pracuje? – Tym razem pytanie zadała dziewczyna.
- Dla Dziadka Mrooza – powiedziałem, a oboje przesłuchujący dziwnie się na siebie spojrzeli.
- Gdzie jest siedziba Dziadka? – Pingwin był tak stanowczy, że aż zrobiło mi się przykro.
- Moja tego nie wiedzieć – rozłożyłem bezradnie swoje ogrze łapki.
- Czy widziałeś szczupła dziewczynę o kolorowych włosach? – Zapytał pingwin i zamyślił się chwilę, jakby szukał odpowiedniego słowa na wyjaśnienie pojęcia „kolorowe”. – Taki ni to rudy, ni to blond...
- Taką z dokumentami Agencji JO? - Upewniłem się.
- Dokładnie.
- Moja nikogo takiego nie widzieć. – Pokręciłem przecząco głową, tylko nieznacznie mijając się z prawdą.
Pingwin dotknął mego czoła i poczułem dziwne ciepło przepływające przez ciało.
- Leż, ochłoń troszkę. Lodu masz pod dostatkiem – usłyszałem słodki głos dziewczyny. – My już idziemy.
- To pa i buziaczki – szepnąłem na pożegnanie i usnąłem, śniąc o gadającym ośle, kocie w czapce, ciasteczkowym ludziku i innych przyjaciołach.

* * *

DB – Wing wyskoczył z nadprzestrzeni, zahaczając o ogromny napis, głoszący, że podróżujący znajdują się w przestrzeni rajskiej Ryloth.
Kostek pchnął stery i myśliwiec łagodnie opadł w stronę pomarańczowej planety.




Rozdział 3



Gdyby ktoś mnie zapytał, czemu Imperator Palpatine miał szarą, pomarszczoną cerę, bez wahania odpowiedziałbym, że za dużo czasu spędził na Ryloth. A dokładnie to na pustyniach tej planety. I to bez kremu z filtrem UV. I bez leżaka z parasolką. Biedak... Naprawdę była z niego tragiczna postać.
Na szczęście ja i Wieczorynka mamy odpowiednie kremy. I olejki do opalania. I wiele innych ciekawych gadżetów, o których lepiej nie mówić.
Właśnie podchodzimy do lądowania. Wokół widać tylko piach i skały. Wszystko żółte lub brązowe, więc na pewno szybko znajdziemy zielonego Kudrema. Koniec odbioru.

Kostek Mrooz, meldunek wysłany na Yavin IV


* * *


Stacja bojowa Surisa. Gdzieś w Galaktyce.

Stacja bojowa, którą Suris kazał zbudować swym ogrom, sama w sobie była dziełem sztuki. Jednak okrągła sala tronowa i tak przebijała pięknem wszystko, co znane. I to o całe lata świetlne. Na środku przestronnej sali stał masywny, drewniany tron. Potężny i ogromny, bo i taką postać musiał nosić. By dopełnić kunsztu tego zacnego siedziska, jego twórca dodał złocone podłokietniki i zagłówek obity czerwonym jedwabiem, na którym właściciel dla kaprysu przylepił prasowankę, przedstawiającą płatek śniegu. Królewskiego wystroju sali dopełniał czerwony dywan z futer Wookiech. Ściany pokryte były ciemną, drewnianą boazerią, na której zawieszono portrety misia polarnego bawiącego się ze swoją ulubioną foczką.
Suris był misiem polarnym. A w zasadzie to był z niego kawał niezłego niedźwiedzia. Ubrany w tradycyjne, bawarskie spodenki koloru zielonego, zasiadał spokojnie na tronie głaszcząc leżącą mu na kolanach ulubienicę – fokę Sisi. Poprawił papierową koronę, która lekko opadła mu na oczy i wpatrywał się w milczeniu na klęczącą przed nim jaszczurkę.
Kudrem służalczo bił pokłony przed Surisem. Lewa łapa, którą zdeformował wypadek kulinarny – poparzenie III stopnia w czasie wyjmowania posiłku z mikrofalówki, drżała mocno i niespokojnie, więc przycisnął ją do piersi. Mimo, że przyjął teraz pokorna pozę, w głębi duszy był ohydnym, wielkim jaszczurem. Poza tym miał całe 98 centymetrów wzrostu.
- Kto zniszczył meine tajną wytwórnię pączków? – Zapytał Suris z germańskim akcentem, spotykanym już tylko wśród niedźwiedzi w zoo. Jaszczurkę nieco zmieszał ten spokój; spodziewał się bowiem ostrej reprymendy i kary.
- Agent 00P, mój Panie – odpowiedział posłusznie. – I agentka Nowej Republiki, Wieczorynka.
- Czy oni jeszcze żyją? – Miś niedbałym gestem poprawił monokl i papierową koronę. Kiwnął na stojące za tronem ogry w lśniących, czerwonych pancerzach, aby przynieśli mu ulubione, bawarskie piwo – Bayern.
- Tak, Mistrzu Suris.
- Warum ich jeszcze nie zabiłeś? – Zwalista postać niemal wyskoczyła z tronu, jednak wciśnięty znienacka w łapę kufel piwa ostudził mordercze zapały samozwańczego króla.
- Mistrzu – zaskomlał Kudrem. – Byłem tak zmartwiony stratą cukierni, że się upiłem. – Drżący głos był bliski płaczu. – Wstałem dopiero w południe i nie dałem rady.
- To bierz się do arbeit - Suris pociągnął duży łyk złocistego napoju. – I killim.
- Jawohl, mein Fuhrer - Kudrem wstał i zasalutował, przytykając pazury zdrowej ręki do skroni. A potem dodał cicho – Na czwartek... Albo na piątek. Ale na pewno to zrobię!


* * *

DB – Wing opadł łagodnie na piaszczystą, zalaną słońcem planetę. Z kokpitu wyskoczyła Wieczorynka w skąpym stroju kąpielowym, a zaraz za nią Kostek w ciemnych okularach i kolorową parasolką w ręku.
Nie zdążyli się jednak daleko ruszyć, gdyż spod piasku wyskoczyły corusańskie ogry w luźnych koszulkach koloru khaki i otoczyły ich.
- Zabierzcie ich, chłopcy! – Krzyknął któryś z nich nad wyraz inteligentnie. Ogry ruszyły, aby wykonać rozkaz.
- Stop! – Zza szczelnego kordonu naćpanych jedijagodami ogrów wyszedł Kudrem. – To ja tu dowodzę! – Zwrócił się z pełnym gniewu głosem, do swego podwładnego, który wydał rozkaz. Chwilę później jego wzrok spoczął na agentach. – Zachłopcie ich, bierzcy!
Ogry stały przez moment, całkowicie zdezorientowane, analizując rozkaz swymi małymi jak orzeszek mózgami, ale ostatecznie postanowiły załatwić sprawę po swojemu i zwyczajnie związali Kostka i Wieczorynkę.

* * *

Kudrem zabrał ich do wesołego miasteczka. 00P nigdy jeszcze nie widział tak przesłodzonego parku rozrywki. Karuzela, która właśnie minęli, miała zamontowane różowe, złote i jasnozielone kucyki Pony, które uśmiechały się radośnie Z drugiej strony stała budka strzelnicza, w której celowało się w namalowane serduszko na brzuszku Troskliwego Misia. A to dopiero początek atrakcji. Mrooz uznał, że nie chce widzieć więcej.
Park był opuszczony i dało się zauważyć, że nikt od dawna nie odwiedzał tego radosnego przybytku. Wszędzie było brudno, sprzęt był zniszczony i wyglądał na niesprawny. Troskliwemu Misiowi ktoś urwał błękitne oczko, a jeden z kucyków miał odpiłowany róg wyrastający z czoła.
Jednak główna atrakcją wesołego miasteczka był ogromny diabelski młyn. W samym środku, gdzie ramiona młyna spotykały się, konstruktorzy zamontowali wielką twarz czarnoskórej lalki Barbie. W jej szerokim uśmiechu brakowało kilku zębów. Kostek zauważył, że para ogrów montuje coś nad ustami czarnoskórej „piękności”. Coś wyglądało jak przerośnięty biały pieprzyk na czarnej twarzy. Coś zdecydowanie było bombą o dużej sile rażenia. Agent mimowolnie przełknął ślinę.
Zatrzymali się przed diabelskim młynem; ogry wrzuciły Wieczorynkę i Mrooza do jednego z jasnożółtych wagoników.
- Mistrz Suris będzie bardzo zadowolony, gdy was zabiję – powiedział Kudrem – bo nie będziecie przeszkadzać w realizacji jego planów.
Agenci siedzieli już wygodnie w wagoniku diabelskiego młyna. Wieczorynka, oparta na ramieniu pingwina, zapytała:
- A cóż to za plan?
Jaszczur zawahał się, jednak po chwili namysłu postanowił opowiedzieć agentom o śmiałym przedsięwzięciu jego Mistrza. Przecież nikomu tego nie powtórzą, bo zaraz zginą, tłumaczył sobie w myślach.
- Mój Mistrz – rozpoczął powoli, odchrząkując, co sylabę – ma wielką stację bojową za pomocą, której połączy Alzoc III i Hoth w wielkiego Gigantycznego Bałwana Galaktycznego i stworzy przeogromne Imperium Bałwanów! – Krzyknął w ekstazie, ponieważ myśl o tak ogromnej władzy podniecała go tak bardzo, że aż sztywniał mu ogon. Po dramatycznej pauzie, którą zrobił dla podkreślenia klimatu, dodał – A jak już tego dokona, to go zabiję i będę rządził Imperium!
Kudrem zaśmiał się złowieszczo, a Kostek spojrzał na niego spod swych ciemnych okularów.
- Po co zmiennocieplnemu, kochającemu ciepło, ohydnemu jaszczurowi mroźne imperium?
- Bo tak – żachnął się zielony gad. – I milcz, bo psujesz klimat.
Diabelski młyn ruszył ze zgrzytem. Wagonik z agentami wznosił się coraz wyżej, by na samym szczycie zatrzymać się nieruchomo. Kudrem postanowił obejrzeć ostatnie chwile życia swych wrogów w bezpiecznej odległości. Odwrócił się i odchodząc, śmiał się złowieszczo.
W tym samym czasie, dzięki elastyczności i gibkości ciał, agenci wyswobodzili się z więzów. Kostek objął Wieczorynkę skrzydłem wokół kolan, gdyż wyżej nie sięgał i uruchomił swe rakietowe trampki.
Jaszczur zdarzył się jeszcze obejrzeć, żeby zobaczyć odlatujących agentów. Przeklął siarczyście a potem powtórzył przekleństwo jeszcze kilkakrotnie, gdy zauważył, że po wybuchu bomby diabelski młyn zaczyna się przewracać. W jego stronę.
Nie dał rady uciec. Była atrakcja z twarzą Barbie runęła mu prosto na ogon, który musiał sobie odgryźć, żeby móc się wyswobodzić.
Niezwykle zdenerwowany i poobijany, wrócił jak najszybciej na stację bojową swego Mistrza.



Rozdział 4




Scena usiana jest dzikimi pokrzywami, tworzącymi pole. Agentka D stoi na jednym końcu pola, Kostek na drugim. Na dany znak biegną ku sobie przez pokrzywy. Śpiewają.

Agentka D: Była piękna doba, choć czasem padało. Dużo wody się piło i w gwiazdy
patrza...yyy... patrzyło. Tak zaczęła się nasza piękna przygoda. Ty jesteś
Pingwinem, ja jeszcze jestem młoda.

Kostek: Hakuna Matata. Jak cudownie Twe nowe imię brzmi. Hakuna Matata. To chyba mój
mały bzik. I już się nie martw, bo aż do końca Twych dni – Hakuna Matata – Twe
nowe imię tak słodko brzmi.

Śpiewając biegną cały czas do siebie, mając otwarte ramiona.

Agentka D: Już w ramiona chce wpaść Twoje i Twym ciepłem cieszyć się, ale...

Kostek potyka się i wpada w gąszcz pokrzyw.

Kostek: ***** mać!

Agentka D (do widzów): I tak, proszę państwa, umiera wielka miłość.

Chór: Niech mówią, że to nie jest miłość. Że tylko tak im zdaje się!

Opera Bałtycka, spektakl „Pingwiny są wieczne” w reż. Petera Jacksona


* * *

DB – Wing wyszedł z nadprzestrzeni w okolicach planety Hoth. 00P skierował swój myśliwiec w ten rejon Galaktyki, bo ze słów Kudrema wydedukował, że tu powinna być stacja bojowa. Przed dziobem, w znacznej odległości, zauważyli księżyc z dziwnym, cylindrycznym cieniem, wznoszącym się pionowo w przestrzeń. Księżyc bardzo powoli obracał się wokół własnej osi. Tyle, że nie było tu żadnej stacji bojowej.
- Jaki piękny i cudowny księżyc – westchnęła niemal zauroczona Wieczorynka.
- W kapeluszu? - Zapytał sceptycznie Mrooz, przyglądając się cylindrycznemu czemuś nad księżycem.
- Może po prostu przyozdobili go, żeby był piękniejszy? – Odpowiedziała pytaniem na pytanie Wieczorynka. W jej głosie dało się wyczuć nadzieję, że to jednak jest księżyc w kapeluszu.
Myśliwie zbliżał się do księżyca, a ten powoli odsłaniał swe mroczne oblicze. Nagle zauważyli wielką marchew wyłaniającą się z pustki kosmosu, która tworzyła nos... a chwilę później pełne oblicze „księżyca” – głowę szyderczo uśmiechającego się bałwana. Dwie czarne plamy, oczy, płonęły złowrogo.
- To jednak nie jest księżyc – stwierdziła stanowczo agentka Nowej Republiki. Klasnęła w dłonie. – Ale nadal ślicznie wygląda. Taki milusi bałwanek.
- To stacja bojowa – rzekł Kostek z udawanym przerażeniem.
W tym momencie coś szarpnęło myśliwcem i agenci zauważyli biały promień, który wystrzeliwał z marchewki. Złapali ich promieniem ściągającym.
DB – Wing dryfował bezwładnie w stronę stacji bojowej – wielkiej głowy bałwana.


* * *

DB – Wing osiadł w hangarze stacji. Agenci przygotowali się do wyjścia na jej pokład. Stanęli przed dziobem myśliwca, przyglądając się wielotysięcznej armii ogrów, ustawionych w równe kolumny i szeregi tak, żeby stworzyć wąskie przejście od statku do... Właściwie niewiadomo gdzie, bo koniec szpaleru utworzonego z żołnierzy niknął w mroku.
Nagle zmaterializowało się przed nimi całe 98 centymetrów Kudrema. Stary, zielony ogon, który jaszczur stracił na Ryloth, zastąpił nowy – miękka, różowa kita.
- Ale śliczny ogonek – uśmiechnęła się Wieczorynka. Kudrem spiorunował ją spojrzeniem zimnych, gadzich oczu.
- Mam w domu podobną szczotkę do kurzu – Kostek uśmiechnął się szeroko. – Jak chcesz to ci pożyczę.
Kudrem gdyby był kameleonem, zmieniłby pewnie kolor ze złości. Ale w tym momencie się tylko odwrócił, gotując się z gniewu, a dwa ogry pchnęły agentów za nim.

* * *

Gabinet Surisa, jak wszystkie jego gabinety, wliczając w to salę tronową, był okrągły. Standardowo miał drewnianą boazerię i czerwony dywan z futer Wookiech na podłodze. Na środku pokoju stało masywne biurko, a na ścianach wisiały obrazy – Suris z radiem. Na pierwszym obrazku widać było misia polarnego w bawarskich spodenkach z odtwarzaczem mp3, które owinięte było w pieluszki i ssało smoczek; na innym, nieco większy mis polarny bawił się z wieża stereo. Ostatni obraz przedstawiał Suris w obecnym stanie – potężnego niedźwiedzia polarnego z papierową koroną i w zielonych, bawarskich spodenkach, który obejmował bardzo stare, zdezelowane radio. Gdy wraz z Kudremem weszli do gabinetu, Kostek pomyślał, że zarówno wystrój pomieszczenia, jak i radio z obrazka są mu bardzo znane...
- Guten Tag – powitał ich Suris, a Kostek pomyślał, że głos też jest mu bardzo znany. Miś wcisnął wielką łapą, równie wielki, czerwony guzik na biurku. – Właśnie włączyłem promień ściągający, który uczyni mnie twórcą największego bałwana i władcą Galaktyki. – Uśmiechnął się szeroko, po czym zwrócił bezpośrednio do Kudrema, mówiąc groźnym tonem. – Dlaczego oni jeszcze żyją, skoro jest sobota?
- Na jutro, Mistrzu – zapłakał jaszczur. – Zabiję ich na jutro. Obiecuję!
Zapadła cisza. Po chwili przerwał ją Kostek.
- Za nim nas zabijesz, o wielki Surisie – powiedział – chciałbym ci cos pokazać.
Szybkim ruchem sięgnął po blaster. Kudrem padł lękliwie na kolana, a miś zasłonił się profilaktycznie foczką. Jednak blaster zaczął tylko wyświetlać film w jakości DVD i dźwiękiem Double Surround. Suris z zaciekawieniem patrzył, jak na Ryloth Kudrem wyjawia zamysł zabicia swego Mistrza. Jego wielka głowa odwracała się to w stronę filmu, to w stronę trzęsącego się ze strachu Kudrema, to w stronę foczki Sisi. Gdy film się skończył, Suris rzucił swą ulubienicę w stronę zdradliwego jaszczura i powiedział tylko jedno słowo:
- Bierz, Sisi.
Mała, słodka foka pożarła jaszczurkę żywcem.


* * *

Widziałeś kiedyś reklamę „Mentosa”? Tą, w której niezdarna dziewczyna łamie obcas, a potem łamie obcas drugiego buta i zadowolona idzie dalej? Morderczyni! Z uśmiechem na twarzy skręciła kark biednej szpilce! Małemu, bezbronnemu bucikowi! Ja protestuję!
Na szczęście moja właścicielka jest bardziej przezorna i trzyma zapasową szpilkę w torebce. Ja właśnie jestem takim zapasem.
W torebce jest ciemno i duszno. I ciasno. I wleką mnie chyba już przez pół Galaktyki. Niewdzięczna praca, a zapłatą jest tylko przykra woń spoconej stópki mojej właścicielki. I to tylko w awaryjnych sytuacjach.
Ale co to? Widzę światło! Torebka się otwiera! Widzę dłoń mej pani, czuję dotyk jej ciepłej dłoni. Tak! Tak! Tak! Wyciąga mnie!
Ej, coś tu nie gra. Ona mnie wyrzuca. Niewdzięczna.
Lecę. Czuję jak wiruję w powietrzu i nagle się w coś wbijam. Krwawię! O matko wszystkich szpilek! Krwawię! Umieram... Coś dużego i kosmatego się przewraca a ja uderzam w czerwony dywan... Wieczorynko, nie chcę umierać.. Jestem za młoda, żeby ginąć w kupie futra, przygnieciona inną stertą futra...Pomóż mi!

* * *

Gdy Sisi rozkoszowała się jaszczurką, a Suris patrzył na tą scenę z tryumfem, Wieczorynka błyskawicznie sięgnęła do torebki. Wykazując się wielkim refleksem i zręcznością, rzuciła wyciągniętą z torebki szpilką, prosto w twarz niedźwiedzia.
But wbił się prosto w oko misia. Suris upadł, obficie krwawiąc, włączając na koniec proces autodestrukcji całej stacji. Agenci uciekli szybko z gabinetu, mijając po drodze do hangaru całe masy rozhisteryzowanych, naćpanych jedijagodami ogrów.
Wskoczyli jednocześnie do DB – Winga, niczym para pływaków synchronicznych i odlecieli ze stacji. Chwilę później stacja – szyderczo uśmiechająca się głowa bałwana, wybuchła, grzebiąc marzenia o Imperium Bałwanów.

Epilog




Znajdujemy się na powierzchni planety Hoth. Na niebie jeszcze widać płonące szczątki stacji bojowej kogoś, kogo Galaktyka poznała jako Mistrza Surisa.
Ekolodzy zastanawiają się, czy płonący złom nie spowoduje efektu cieplarnianego i nie stopi lodowców Hoth. Tubylcy, przesympatyczne Wampy ( nie, proszę państwa, nie te przesadnie umalowane kobiety), za chwile odtańczą taniec radości i zwycięstwa nad zwłokami swej ofiary. Czyż to nie wzruszające?
Dla HoloNetu mówił Bruce Willis.

* * *

Yavin IV. Gabinet Agenta R.

Ostatnia akcja połączonych sił Agencji JO i Nowej Republiki wzbudziła wielki entuzjazm na Yavinie IV. W gabinecie Agenta R zebrało się mnóstwo agentów, w tym Agent N, Agentka D, Kostek, Wieczorynka i wielu, wielu innych. Zadowoleni, uśmiechnięci, pełni radości.
Nagle ze starego radia, stojącego na biurku Agenta R, rozległ się złowieszczy, chrapliwy śmiech. Kostek natychmiast go rozpoznał. Śmiech Surisa, śmiech Agenta R.
- Dlaczego ty jeszcze żyjesz? – Zapytał zirytowany Mrooz.
- Bo Pingwiny są wieczne a misie polarne i tak żyją dłużej - roześmiał się głos z radia, charcząc przez stare głośniki.
Cisza. Nikt się nie odezwał ani słowem.
- Czy to już koniec, Kostku? – Zapytała Wieczorynka.
- Nie – powiedział stanowczo 00P. – To dopiero wstęp do masakry, prolog piekła, pierwsze kroki na drodze do zniszczenia!
Ku jego zdziwieniu i wbrew logice wszyscy zaczęli klaskać. Niektórzy uronili łezkę. Rozległy się fanfary, a za oknem można było zobaczyć fajerwerki.
Po raz pierwszy Kostek Mrooz, Agent 00P nie wygrał.
Marny los tej odległej Galaktyki.
- A gdzie jest Agentka A, którą mieliście uratować? – Zapytała nagle Agentka D. Oznaki tryumfu znikły, jakby ich nigdy nie było. Gdzieś na zewnątrz zaczęło płakać dziecko.
- Pingwinia noga! – Zaklął siarczyście 00P a potem dodał z niewinną minką. – Zapomnieliśmy.


Maj – Lipiec 2007

KONIEC






Agent Kostek Mrooz 00P powróci... Chyba.

SCENARIUSZ I REŻYSERIA:

Nar Kadun & Cień


WYSTĄPILI:


Kostek Mrooz – sir Sean Connery
Wieczorynka – Marylin Monroe
Agent R / Suris – Rusis
Agentka D – Darsha
Agent N – Nar
Agentka A – Agnes
Kudrem – Merduk
Recepcjonista – Aedin

I gościnnie:

Shrek jako Shrek Czwarty





Podziękowania:

Na początku chcielibyśmy podziękować sobie za wspaniały pomysł. Później dziękujemy sobie – za realizację. A potem dziękujemy wszystkim, którzy byli łaskawi przeczytać i pochwalić nasze dzieło.
Wróć na górę