Pomiń nawigację™
Logo Jedi Order - małe
Home - ikonka HOME O NAS REKRUTACJA FORUM

Członkowie

Varyana

Ranga: Rycerz Jedi
Ścieżka rozwoju: Obrońca Jedi

Mail: agniecha07@amorki.pl
GG: 9114368
Wiek: 25
Płeć: Kobieta
Miejscowość: Nysa
Województwo: Opolskie

Prywatny holokron
Wyszkolona przez: Marfanor
Aktualnie szkoli:
Szkoliła: Severus

Medale:


Kariera:


Wygląd:
Dziewczyna średniego wzrostu, 170cm. Długie włosy, z grzywką zaczesaną na lewy bok, kolor ciemny brąz, zazwyczaj związane w kucyk. Oczy również ciemno brązowe. Chodzi ubrana w szatę Jedi koloru kremowego, na wyjazdy bierze też brązowy płaszcz Jedi.

Historia:
Nie ma emocji... Jest spokój... te słowa prześladują mnie już chyba od urodzenia. Może przesadzam, ale jak ktoś ma je ciągle w głowie, nawet w snach jest ktoś kto je wypowie, to nie dziwne jest, że tak to ujęłam. Ojciec wpajał mi je jak i cały kodeks odkąd pamiętam. Mając za rodzica Rycerza Jedi normalne jest, że będzie on chciał, aby córka poszła w jego ślady. Swoją drogą to ciekawe, czy widział dla mnie jakąś inną przyszłość... Nie przeczę, kręciło mnie to, ale nie tak bardzo jak jego. Ojciec rzadko kiedy przebywał w domu, bywało, że nie widziałam go miesiąc, czasem dłużej. Może dlatego jedyne czego mnie miał czas nauczyć o Jedi to życie według ich kodeksu. Nigdy nie pozwolił mi dotknąć swojego miecza świetlnego, zawsze mawiał, że jedyny miecz jaki będę dzierżyć to mój własny. Często też, gdy byłam młodsza, a on był częściej w domu, słyszałam zdanie, że jestem bardzo pojętna, ale też bardzo leniwa. Irytowało mnie to strasznie. Będąc sama w domu dużo myślałam nad tym, czy on mnie choć trochę kocha. Każdy dzień uzmysławiał mi coraz bardziej, że nie. Co najciekawsze, im starsza się robiłam, zaczęłam wyczuwać kiedy wracał z różnorakich misji. Nie wiedziałam czemu się tak działo, po prostu to czułam. Czułam, że jest gdzieś blisko. Nie kierował się uczuciami nawet w stosunku do mnie, ja też z resztą starałam się wyzbyć uczuć. Nasuwa się pytanie skąd Jedi, który nie może żyć w związku ma dziecko? Odpowiedź jest prosta. Moje narodziny były wynikiem romansu jego i niezwykle pięknej Korelianki. Gdy już pojawiłam się na świecie, moja matka nas zostawiła, nawet nie wiem dokładnie czemu odeszła. W tej sytuacji mój tato stał się moim jedynym opiekunem. Możliwe, że to doświadczenie sprawiło, iż stał się taki obojętny na wszystko i wszystkich. Życie zawsze starałam się mieć w miarę poukładane. Nie spodziewałam się, że w niedalekiej przyszłości ten porządek zostanie zakłócony. Każdy dzień zaczynałam od krótkich przemyśleń, co może się dziś stać, co dziś mam do zrobienia, za ile dni tato wróci... Następnie próbowałam medytacji, kilka razy widziałam ojca medytującego, podobno pomagało mu to się uspokoić. Po śniadaniu zazwyczaj wychodziłam na podwórze celem wyczyszczenia wnętrza trzech ojcowych statków. Pilotowanie nie było trudne, toteż zawsze chciałam usiąść za sterami i spróbować swoich sil w pilotażu, ale oczywiście ojciec zabronił mi tego. Piorunującego Ducha akurat nie było, bo nim właśnie ojciec poleciał na swoje spotkania, zostały tylko dwa myśliwce ARC-170 i A-Wing. Chcąc nie chcąc, musiałam zając się A-Wingiem z racji, że ten pierwszy był po prostu dla mnie za duży. Czyściłam mniejszego myśliwca kawałek po kawałku. Choć widać było, że już się błyszczy, ja nie przerywałam dla zabicia czasu. Jeśli zdarzyło się, że skończyłam szybciej niż planowałam, lubiłam siadać w środku i wyobrażać sobie, że pilotuje go. Potem obiad, a po obiedzie wychodziłam na spacer. Wieczorem wracałam do domu, z grubsza posprzątałam, kładłam się spać i tak mijał mi każdy dzień. Odstępstwa od tego planu były tylko w tedy, gdy tato wracał. Nauczyłam się być sama, nie miałam do kogo się odezwać, więc mówiłam sama do siebie, a czasami nie odzywałam się całe dnie, zależało to od mojego humoru. Ten dzień też niczym nie różnił się od pozostałych, do czasu. Po przebudzeniu i przemyśleniach poszłam polerować statek. Później obiad i wyszłam z domu. Szłam przed siebie patrząc na horyzont, tak jak to robiłam co dzień, niezależnie od pogody bądź innych czynników. Zazwyczaj wybierałam te boczne drogi, mniej uczęszczane przez innych ludzi. Najbardziej uwielbiałam czuć na twarzy mocne podmuchy wiatru, brałam wtedy zawsze jeden głęboki oddech i od razu lepiej się czułam. Po kilku minutach marszu na horyzoncie przed sobą zauważyłam jakiś punkt, który zbliżał się z każdym moim krokiem na przód. Z początku myślałam, że to drzewo, więc nie przejmowałam się bardzo, jednakże z czasem okazało się, że to człowiek. Ciekawiło mnie skąd on się tu wziął, nigdy wcześniej chodząc tą ścieżką nie spotkałam tu żadnej osoby. Kolejne metry tą drogą dostarczały więcej informacji o tymże człowieku. Był to chłopak, mający około dwadzieścia lat, szczupły, z brązową czupryną na głowie. Jego ubranie świadczyło o tym, iż albo był biedny albo miał wypadek. Wyglądał na zmartwionego i przestraszonego.
- Przepraszam... - odezwał się do mnie niepewnie cichym głosem. Właśnie się mijaliśmy więc odwróciłam się.
- Słucham? Mówiłeś coś? - zapytałam, nie będąc pewną czy coś mówił czy wiatr mi w uszach zagwizdał.
- Czy mogłabyś mi pomóc? Co to za planeta? - wskazał ręką zachodni kierunek - Mój statek rozbił się doszczętnie w tamtych lasach. Cudem z tego wyszedłem. Jesteś pierwszą i jak na razie jedyną osoba jaką spotkałem.
- To Korelia - odpowiedziałam patrząc na niego ze zdziwieniem - Na pewno nic ci nie jest?
- Nie, jestem cały, ale teraz nie wiem jak się dostać na Dantooine. - spojrzał na ziemię, pogrążając się w zamyśle, potem wzrok skierował znów na mnie - Nie wiesz może kto tutaj ma dobry statek i kapitana? Potrzebuje transportu, zapłacę...
- Daj mi pomyśleć...- wytężałam myśli jednakże nie znalazłam nikogo, pewnie dlatego, że mało osób tutaj znałam.

Nagle zapaliła mi się żarówka nad głową i pomysł już miałam, uśmiechnęłam się do siebie, z jednej strony żałując tego co zaraz powiem, a z drugiej nie mogąc już się doczekać.
- Ja mogę cię tam zabrać, mam myśliwca i potrafię go pilotować, więc jeśli jesteś zdecydowany to już poszukiwaną osobę znalazłeś. - poinformowałam go.
- Naprawdę? Będę ci dozgonnie wdzięczny. - w jego oczach widać było wewnętrzną radość i ulgę.
- Dobrze już... - wróciłam się z nim do mojego domu i poczęstowałam go szklanką wody, którą wypił jednym łykiem. - Poczekaj moment, pójdę przygotować statek. - tak też zrobiłam, myśląc czy nieznajomy nie jest czasem jakimś złodziejem albo jeszcze gorszym przestępcą, jednak po chwili ta myśl mijała.
- Nieee... Nie wygląda na takiego. - powiedziałam do siebie i machnęłam mu ręką aby przyszedł.
- To Twoje statki? - zapytał, oglądając je dookoła.
- Nie, mojego ojca... Ja je tylko czyszczę. - zaśmiałam się – Wsiadaj. - pokazałam na luk wejściowy ARC-170.
Oboje weszliśmy na pokład i usiedliśmy na miejscach pilotów. Zaczęłam uruchamiać statek i ustawiać parametry lotu oraz cel. Pilotaż, tak jak się spodziewałam, nie szedł mi ciężko, tak więc mój pasażer nie zauważył, iż jestem niedoświadczonym pilotem. W głowie została mi jedynie myśl co powie tato gdy dowie się, że wzięłam jego statek bez pytania, a jedyne co mną kierowało to ciekawość i chęć lotu, sprawdzenia swoich umiejętności. Czas w zasadzie szybko leciał, przynajmniej mi się tak zdawało. Przez całą podróż nieznajomy milczał, co było dość dziwne i niezręczne. Zdawał się nadal czymś martwić, czułam, że coś jest nie tak, ale nie pytałam - to w sumie nie była moja sprawa, razem z nim milczałam.
- Wybacz, przez to całe zamieszanie zapomniałem się przedstawić. Nazywam się Tohoel. - przerwał ciszę, zwracając się do mnie z lekko udawanym uśmiechem.
- Varyana, miło mi, niedługo będziemy na miejscu. - odpowiedziałam i powoli przygotowywałam się do lądowania. Po pewnym czasie statek stał już na Dantooine, a ja i mój pasażer szliśmy w kierunku jego wioski. Planowałam odlecieć zaraz po tym jak wyląduje, ale ostatecznie postanowiłam potowarzyszyć mu jeszcze ten kawałek. Co chwilę zerkałam na nowego znajomego.
- To tam. - pokazał palcem kierunek. - Dziękuję, że pomogłaś, niewiele osób zdecydowało by się lecieć z kompletnie nieznanym sobie człowiekiem.
- Jak widzisz nie jestem taka jak wszyscy, jestem jedyna w swoim rodzaju - odparłam śmiejąc się do siebie.
- Zdecydowanie jesteś... - nagle przerwał. - Chodź! Szybko! Jeszcze nas zauważą. - powiedział i łapiąc mnie za rękę pociągnął za sobą. Schowaliśmy się za jakimiś krzakami, nie wiem nawet co to było, a tym bardziej o co mu chodziło i co się stało - Znowu tu przyszli, wiedziałem. - mówił do siebie.
- O co chodzi? Co Ty robisz? - pytałam będąc kompletnie zdezorientowana.
- Nie widzisz? - odsłonił gałęzią - Droidy... Znowu tu przyszły, szukają chyba czegoś, nie wiem... Wchodzą do wszystkich domów, mieszkańców wyciągają z nich siłą, wszystko rozwalają w środku... - opowiadał dalej. Moim oczom ukazał się widok, którego nigdy wcześniej nie widziałam. Wszyscy byli przestraszeni, a droidy – naliczyłam ich około dziesięciu – celowały do nich z broni. Nie zwracałam nawet uwagi czy Tohoel nadal coś mówi, chciałam coś zrobić, ale równocześnie strach mnie powstrzymywał. Siedziałam i obserwowałam. Jeden z tubylców próbował jakoś odciągnąć droida pilnującego jego rodzinę.
- Kto to? – zapytałam.
- To Kaizel, jeden z najodważniejszych tutaj, jednakże on sam nie da sobie rady. Nawet wszyscy razem jesteśmy bezbronni. - odpowiedział Tohoel, mając rację, bo młodzieniec przerwał, gdy lufa blastera znalazła się przy jego głowie. Ja tymczasem czułam, że ktoś się zbliża, to było takie same uczucie gdy wracał mój ojciec. Kilka minut później pojawił się tam Rycerz Jedi, który bez zastanowienia zniszczył wszystkie roboty mieczem świetlnym. Potem porozmawiał przez chwilę z jednym z ludzi i odszedł, tak po prostu. Tysiące myśli przechodziło mi przez głowę.
- Wcześniej czy później i tak tu wrócą, cóż... przynajmniej mogę spokojnie wrócić do domu, ale wiedz, że nie chciałem abyś była tego świadkiem. - rzekł mój towarzysz sięgając do kieszeni.
- Zostaw... Nie płać... - odsunęłam się od niego - Ja już pójdę... Tak... Może się jeszcze kiedyś spotkamy... Trzymaj się... - odwróciłam się i odeszłam, nie patrząc co robi Tohoel, usłyszałam tylko cichnące "żegnaj". Wróciłam szybko do myśliwca i chciałam stamtąd tak najszybciej odlecieć. Lecąc, ciągle miałam przed oczami twarze tych osób i postać Jedi. Przez całą drogę powrotną myślałam co by było gdyby on się jednak nie pojawił. Jak najszybciej doleciałam do domu, musiałam się czymś zająć. Pierwsze co wpadło mi do głowy po wejściu do domu to gabinet ojca, on rzadko kiedy miał czas na sprzątanie więc od razu się do tego zabrałam. Na biurku jak zwykle była sterta papierów i jakichś drobiazgów. Brałam pojedynczo każdą kartkę i układałam to na rogu biurka to w szufladzie. Jeden z nich szczególnie przykuł moją uwagę, gdyż zaczynał się od słów.
"Droga Varyano". W myślach zaczęłam czytać...

"Wiem że dobrym ojcem nie byłem, nie poświęcałem Ci tyle czasu, ile ojciec powinien poświęcać córce, aczkolwiek chciałbym żebyś mi to wybaczyła tak jak ja wybaczyłem Twojej matce, że nas zostawiła. Wiedz, że kocham Cię i przez te wszystkie lata kochałem tak samo, nieustannie. Pewnie kiedy będziesz czytać ten list, mnie nadal nie będzie w domu. Moc jest w Tobie wielka, wykorzystaj to. Udaj się na Yavin IV, tam nauczą Cię wszystkiego czego ja nie zdołałem. Wiem, że dasz radę i zostaniesz Jedi bo jesteś bardzo pojętna, choć leniwa. To takie moje pragnienie. Co zrobisz ze swoim darem zależy od Ciebie... Niech Moc będzie z Tobą moje dziecko."


Usiadłam na jego fotelu z listem w ręku, łzy zbierały mi się do oczu ale jakoś je powstrzymałam. Siedziałam i myślałam co zrobić dalej, czy zostać w domu i spróbować wrócić do normalnego życia czy może posłuchać ojca i udać się na Yavin. Znów w myślach wróciła scena z niedawnego wydarzenia na Dantooine. Jedi pomagający bezbronnym, niczym bohater. W jednej chwili podjęłam ostatecznie decyzję. Skończyłam zaczęte sprzątanie po czym opuściłam dom, wsiadłam do myśliwca i odleciałam na Yavin IV. Byłam całkowicie wykończona, jednakże leciałam. Gdy już dotarłam ledwie stałam na nogach. Wysiadłam i skierowałam się w stronę bram, przed którymi stała zakapturzona postać.
- Witaj - przywitała mnie gdy podeszłam jeszcze bliżej.
- Witaj, nazywam się Varyana, chciałabym odbyć szkolenie Jedi... Chcę być taka jak ten Jedi którego wyczułam, który pojawił się na Dantooine... Ojciec mówił że Moc jest we mnie podobno wielka, bo on też Jedi jest - mówiłam chaotycznie, ze zmęczenia.
- Wyczułaś Jedi? - zapytała ów postać – Ciekawe...Zdajesz sobie sprawę, że droga długa przed tobą?
- Tak, bez względu jak długa, dam z siebie wszystko...
- Jak z tą Mocą u ciebie i czy jesteś gotowa, przekonamy się po testach, nie każdy może być gotów, nawet ten mający rodzica będącego Jedi. Teraz chodź - szłam za nią, a raczej sunęłam się, mały kawałek, doszłyśmy do drzwi, potem pamiętam, że obudziłam się w łóżku.
***
Nim się obejrzałam – 3 lata w Zakonie minęły. Zdążyłam już zostać Guardianem, znaleźć przyjaciół i… wrogów. Tak. Wrogów. Można zapytać: Jak Jedi może mieć wrogów, tym bardziej w Zakonie? Ano może. Szczególnie jak zaczyna mieć inne zdanie od reszty i zaczyna postrzegać inaczej Moc. Ostatni rok być dość ciężki dla mnie, tak ciężki, że zakończył się on decyzją o odejściu z Zakonu. Może byłam słabym Jedi…? Niemniej życie nie składa się jedynie z jasnych stron, w końcu przyjdą i ciemne, które przyniosą wątpliwości. Na jakiś czas dałam sobie spokój. Spróbowałam zapomnieć o wszystkich poznanych Jedi. Odwiedzałam coraz to dalsze planety, nawet Korriban, na którym zatrzymałam się nieco dłużej. Kuszenie Ciemnej Strony było zbyt duże abym mogła się oprzeć i minąć tą planetę. Jednak to jest osobnym działem w historii mojego jakże nietypowego życia. W końcu, po miesiącach tułaczki, milionach przemyśleń i godzinach spędzonych w nadprzestrzeni, wróciłam niczym córka marnotrawna na Yavin IV. Ojciec mój pewnie nie byłby zadowolony z takiego przebiegu zdarzeń, ale trudno. Zrobiłam co zrobiłam, nawet Jedi czasu nie cofną. Powrót do Zakonu był opcją, która kiełkowała powoli, ale wreszcie stwierdziłam, że może warto dać sobie jeszcze jedną szansę. Może już czas, aby pogrzebać stare uprzedzenia i wrogie nastawienia. Gdy lądując na płycie hangaru Akademii zobaczyłam znajomą twarz Sharon, kąciki ust od razu się uniosły. Wyszłam ze statku i obejrzałam niegdyś dobrze znane mury.
- A więc jednak wróciłaś… - zagadnęła do mnie Mistrzyni i ruszyła w moim kierunku.
- Ech... tak. Mam nadzieję, że tym razem zabawie tu dłużej niż ostatnio. – odparłam.
- Zobaczymy. Wyczuwam w tobie sporo mroku. – zauważyła Sharon.
- Nie dziwie się… Zadziorny uśmiech pojawił się na mojej twarzy. Czas pokaże czy decyzja o powrocie była słuszna.

Wróć na górę