Pomiń nawigację™
Logo Jedi Order - małe
Home - ikonka HOME O NAS REKRUTACJA FORUM

Członkowie

Petrus Caerlon

Ranga: Jedi
Ścieżka rozwoju: Negocjator Jedi

Mail: piotrek_555@poczta.onet.pl
Wiek: 33
Płeć: Mężczyzna
Miejscowość: Nowy Sącz
Województwo: Małopolskie

Prywatny holokron
Wyszkolony przez: Justine Helfire


Kariera:


Wygląd:

Wysoki (173 cm), dobrze zbudowany mężczyzna. Granatowe oczy, głęboko osadzone w kwadratowej twarzy, w chwilach zamyślenia tlą się jakby własnym, wewnętrznym światełkiem, przywodząc na myśl gwiazdy tuż po zmierzchu. Długie, hebanowe włosy z przedziałkiem pośrodku głowy opadają równomiernie na ramiona, ale najczęściej są związane w kucyk: nie krępuje to ruchów. Usta okolone lekkim zarostem. Zazwyczaj noszę beżową tunikę, brązowy, skórzany pas i ciemne buty: mocne i jednocześnie wygodne. Niekiedy zakładam również brązowy płaszcz z kapturem.


Charakter:

Niezłomny oraz niezwykle spokojny. Raczej cierpliwy, wierny w przyjaźni i miłości. Skory do uśmiechu. Rzadko powierzam swoje sekrety drugiej osobie i to dopiero po dogłębnym jej poznaniu. Bywam uparty, nie uznaję przegranej. W głębi serca bardzo wrażliwy, nieobojętny na krzywdę innych. W gruncie rzeczy łatwo mnie zranić, ale nie widać tego bólu na zewnątrz.



Broń:

Granatowo-czarny miecz świetlny o szmaragdowo zielonej klindze. Wykorzystane kryształy: Adegan oraz Ankarres (ten drugi otrzymałem w darze od pewnego kupca w podzięce za uratowanie życia na misji). Karbowana rękojeść zapewniająca jak najlepszy chwyt podczas walki. Trzy ogniwa energetyczne, matryca włącznika i pokrętło regulujące długość klingi. Osłona emitera.



Historia:

Kiedy jakakolwiek istota należąca do jakiejś choćby odrobinę rozumnej rasy spojrzy na mnie po raz pierwszy, zapewne zacznie się zastanawiać, czy aby w żyłach tego człowieka nie płynie błękitna krew. I byłaby to myśl ze wszech miar słuszna.

Byłem bowiem potomkiem pewnej szlacheckiej rodziny, która mimo skromnych osiągnięć i średniego statusu materialnego, służyła Starej Republice od wielu pokoleń. Historia milczy o pierwszym z mojego rodu. Wiadomo jednak, iż wywodziliśmy się z Coruscant: planety będącej w istocie jednym wielkim miastem, centrum znanej Galaktyki. Tutaj przyszedłem na świat; nie mogę wszakże powiedzieć, że był to mój dom.

Kilku Wielkich Kanclerzy na przestrzeni wieków miało wśród swoich zaufanych doradców dyplomatę z rodu Caerlon. Większość zaś jego przedstawicieli (poza kilkoma wyjątkami) poświęciła się służbie publicznej walcząc w loży senackiej o dobrobyt kolejnego sektora, pełniąc rolę tłumaczy, lub negocjując liczne traktaty i umowy międzyplanetarne w ramach Korpusu Dyplomatycznego. Jeżeli holokroniki nie kłamią, moi przodkowie nie byli wrażliwi Moc, chociaż wszyscy, co do jednego posiadali doskonały zmysł polityczny. U mnie było zupełnie na odwrót...

Urodziłem się w roku 145 po Bitwie o Yavin. Kiedy byłem nastolatkiem, dobiegł końca wielki konflikt znany jako "Mroczne Czasy". Byłem jedynakiem. Większość czasu spędzałem w podróży z rodzicami: najlepszymi negocjatorami swoich czasów. Niektórzy twierdzili, że lepszymi nawet od Jedi. Mogę chyba bez przesady stwierdzić, że moim domem była przestrzeń kosmiczna od Światów Jądra aż po Zewnętrzne Rubieże.

Rozwijałem się szybciej niż moi rówieśnicy. Nie pamiętam jednak, w jaki sposób odkryto moją wrażliwość na Moc - byłem wtedy bardzo mały. Dowiedziałem się o tym dopiero od Matki będąc starszym.

Przez całe dzieciństwo słyszałem w głowie łagodny głos niosący pocieszenie w chwilach smutku. Czasami docierały też do mnie myśli innych. Z kolei dla moich Rodziców był to czas pracy cięższej niż zwykle, praktycznie przez całą standardową dobę.

Przyszło mi dorastać "na walizkach", ale na szczęście, mieszkańcy Galaktyki odnosili się już do użytkowników Mocy z dużo większą sympatią niż kiedyś. Sytuacja polityczna jednakże wciąż pozostawała napięta. Nie mogło być mowy, abym wzorem moich przodków kształcił się na dyplomatę w galaktycznej stolicy. Moimi nauczycielami byli Rodzice i wszystkie układy planetarne, do których zdarzyło nam się zawitać. Naboo, Kashyyyk, Cerea, Tatooine - W każdym z tych miejsc odnajdywałem coś interesującego, fascynującego a niekiedy nawet niebezpiecznego.

Nadszedł w końcu okres, kiedy szczęście przestało nam sprzyjać i znaleźliśmy się między młotem a kowadłem. Ojciec wprawdzie zasiadał w Senacie, jednak otwarcie potępiał postępowanie walczących stron na niektórych światach, a także głosował przeciw co bardziej kontrowersyjnym ustawom. Jednocześnie razem z Matką aktywnie działał w siatce szpiegowskiej, zawiązanej wówczas przez grupę pacyfistycznie nastawionych senatorów, pragnącej jak najszybszego zakończenia działań wojennych. Prędko się okazało, że Rodzice wyśmienicie nadawali się na szpiegów i sabotażystów.

W roku 162 ABY, przechwycono zaszyfrowaną wiadomość do jednego z imperialnych gubernatorów. Mówiła ona o Mygeeto i znajdującej się tam placówce badawczej. Podobno trwały w niej prace nad nowym rodzajem śmiercionośnego wirusa. Organizacją infiltracji mieli się zająć moi Rodzice, jako że posiadali oni już w takich sprawach doświadczenie . Należało zabezpieczyć wszystkie znajdujące się tam dane oraz chemikalia wykorzystywane do stworzenia wirusa, a następnie wysadzić pomieszczenie. Gdyby kierować się tylko tym, co na mapach i arkuszach flimsiplastu, każde tego typu zadanie byłoby dziecinnie łatwe. Rzeczywistość bywa jednak zupełnie inna i wszyscy dobrze o tym wiedzieli.

Na Mygeeto Rodzice wysłali trzech agentów. Nie mieli tylko pojęcia, że do jednego z nich Imperium dotarło już wcześniej... W drodze do kompleksu agenci zabili dwóch najemników (pozostałym udało się przeżyć) i po unieszkodliwieniu pola siłowego dostali się do środka. Wiadomość dla gubernatora była częścią większego spisku, uknutego przez przeciwników Ojca w Senacie. W placówce nigdy nie było żadnych wartościowych danych. Był za to dobrze wyszkolony oddział szturmowców, któremu szpiedzy zostali podani jak na tacy. Imperialnych wsparli dwaj pozostali przy życiu najemnicy. Wywiązała się zażarta walka. Dwaj tajniacy zostali zabici - w tym zdrajca, za którego sprawą Imperialnym udało się powiązać klęskę na Mygeeto z moimi Rodzicami. Naturalnie, także oni zostali oni pojmani i zabici. Jedynie dwóm żołnierzom udało się przeżyć i to właśnie oni przynieśli mi wieść o tym, co się wydarzyło. Razem z kodem do pewnej tajnej skrytki w Banku na Aargau. Rodzice złożyli tam wszystkie swoje oszczędności. Teraz cała ta suma należała do mnie...

* * *

Sprzedałem rodzinną posiadłość na Coruscant, nieopodal Dzielnicy Senackiej i nabyłem mały, nie rzucający się w oczy statek. Zabrałem najcenniejsze pamiątki rodzinne i przez następne 13 lat żyłem jako Ardor Sunflare, imając się różnych zajęć na różnych planetach.

Od śmierci Rodziców nie słyszałem już szeptów w głowie. Jednakże po roku 171 ABY, mój dar znowu dał o sobie znać. Miałem wizje. Prawie codziennie widziałem w snach obcy, pokryty dżunglą świat. Gdzieniegdzie nad koronami drzew wystawały wierzchołki dziwacznych budowli, przypominających piramidy. W głowie rozbrzmiewała nazwa: Yavin IV. Często w moich wizjach pojawiała się pewna kobieta o pięknych, brązowych oczach. Stała na dachu jednego z budynków, patrzyła prosto na mnie, a wiatr łagodnie smagał jej związane w kucyk włosy. Po przebudzeniu zawsze zastanawiałem się, kim Ona jest? Co to za miejsce? Musiałem tam polecieć...

Po czterech dniach wleciałem w atmosferę Yavina IV. Leciałem na południe. Było chyba tuż po świcie. Według wskaźników na pokładzie, zielony gąszcz pode mną roił się od najróżniejszych form życia. W końcu zauważyłem przed sobą coraz wyraźniejszy zarys tych ciemnych budowli. Posadziłem statek obok trzech połączonych ze sobą takich piramid. Coś mi podpowiadało, że właśnie tu powinienem się znaleźć.

Widok tuż po zejściu z rampy był przytłaczający. Ogromne zigguraty i dżungla aż po horyzont. Wyjąłem zza pazuchy jeden z blasterów i zacząłem powoli iść przed siebie. Idąc, słyszałem w głowie echa wydarzeń, jakie onegdaj musiały się tu rozegrać: gorączkową krzątaninę wielu istot; świsty blasterowych boltów; krzyki rannych i umierających. Wkroczyłem do najwyższej z trzech piramid, jakie miałem przed sobą. Znowu poczułem się, jakby moje nogi należały do kogoś innego... Szedłem przez korytarze i po kamiennych schodach, wciąż w górę. W końcu dotarłem na dach. Widok na okolicę z takiej wysokości zapierał dech w piersiach.

Nie byłem tu sam. Kilka kroków ode mnie, odwrócona plecami, stała kobieta. Powoli zwróciła się w moją stronę. Jej ubranie, a zwłaszcza miecz świetlny przy pasie, nie pozostawiały wątpliwości co do tego, czym się zajmuje. Miała brązowe włosy i brązowe oczy, zupełnie jak w moich snach. I nie wydawała się szczególnie zaskoczona moim widokiem. Uśmiechnęła się tylko ciepło.

- Witaj. Myślałam o Tobie. - Naprawdę? - Ukłoniłem się i przedstawiłem. - Ciekawie się składa, bo ja o Tobie też. W pewnym sensie

Trochę nieskładnie opowiedziałem jej o moim darze, o wizjach, jakie ostatnio miewałem. Opowiedziałem jej o swoim życiu, oraz o śmierci Rodziców. Kiedy skończyłem, kiwnęła głową i stwierdziła:

- To nie przypadek, że się tutaj znalazłeś. To jest Akademia Jedi, a budynek pod nami to Szkoła Przygotowań: miejsce, w którym testowany jest potencjał kandydatów na Rycerzy Jedi. Nazywam się Sharon i jestem Opiekunką tej Szkoły. - Podała mi rękę, którą uścisnęłam.

Następnie spojrzała na mnie uważnie: - Tak? Wyczuwam w Tobie Moc - Uśmiechnęła się tajemniczo. - Przekonajmy się, czy masz zadatki na Jedi

Gestem zaprosiła mnie, abym poszedł za nią na dół. Z każdym krokiem coraz bardziej utwierdzałem się w przekonaniu, że znalazłem się we właściwym miejscu. To, kim do tej pory byłem; kim byli moi przodkowie, już się nie liczyło. Rozpoczynał się zupełnie nowy rozdział w moim życiu



Parę słów od siebie:

Ciężko pisać o sobie samym. Z charakteru trochę podobny do mojej postaci. Wrażliwy romantyk z kilkoma marzeniami, na których spełnienie wciąż czeka. Współczesny Celt. Mól książkowy i meloman. Przeważnie optymista. Jedni uważają mnie za otwartą księgę, inni za osobę niezwykle tajemniczą.


Wróć na górę