Pomiń nawigację™
Logo Jedi Order - małe
Home - ikonka HOME O NAS REKRUTACJA FORUM

Członkowie

Petrus

Ranga: Jedi
Ścieżka rozwoju: Negocjator Jedi

Mail: piotrek_555@poczta.onet.pl
Wiek: 32
Płeć: Mężczyzna
Miejscowość: Nowy Sącz
Województwo: Małopolskie

Prywatny holokron
Wyszkolony przez: Justine Helfire


Kariera:


Wygląd:
Wysoki (173 cm), dobrze zbudowany mężczyzna. Granatowe oczy, głęboko osadzone w kwadratowej twarzy, w chwilach zamyślenia tlą się jakby własnym, wewnętrznym światełkiem, przywodząc na myśl gwiazdy tuż po zmierzchu. Długie, hebanowe włosy z przedziałka pośrodku głowy opadają równomiernie na ramiona, ale najczęściej są związane w kucyk: nie krępuje to ruchów. Usta okolone lekkim zarostem. Zazwyczaj noszę beżową tunikę, brązowy, skórzany pas i ciemne buty: mocne i jednocześnie wygodne. Niekiedy zakładam również brązowy płaszcz z kapturem. Niezłomny. Spokojny, lepiej nie wyprowadzać mnie z równowagi, bo potrafię być mściwy... Szczęściem dla co niektórych, nieczęsto się ta mściwość ujawnia. Raczej cierpliwy, wierny w przyjaźni i miłości. Skory do uśmiechu. Rzadko powierzam swoje sekrety drugiej osobie i to dopiero po dogłębnym jej poznaniu. Bywam uparty, nie uznaję przegranej. W głębi serca bardzo wrażliwy, nieobojętny na krzywdę innych. W gruncie rzeczy łatwo mnie zranić, ale nie widać tego bólu na zewnątrz.

Broń:
GŁÓWNA BROŃ:

Granatowo-czarny miecz świetlny o szmaragdowo zielonej klindze. Wykorzystane kryształy: Adegan oraz Ankarres (ten drugi otrzymałem w darze od pewnego kupca w podzięce za uratowanie życia na misji). Karbowana rękojeść zapewniająca jak najlepszy chwyt podczas walki. Trzy ogniwa energetyczne, matryca włącznika i pokrętło regulujące długość klingi. Osłona emitera.

BROŃ ZAPASOWA (RZADZIEJ UŻYWANA):

Dwa poręczne blastery WESTAR-34, detonator termiczny, oraz nóż ukryty pod ubraniem, w specjalnej uprzęży na ramieniu.



Historia:

CHARAKTER:

Niezłomny. Spokojny, lepiej nie wyprowadzać mnie z równowagi, bo potrafię być mściwy... Szczęściem dla co niektórych, nieczęsto się ta mściwość ujawnia. Raczej cierpliwy, wierny w przyjaźni i miłości. Skory do uśmiechu. Rzadko powierzam swoje sekrety drugiej osobie i to dopiero po dogłębnym jej poznaniu. Bywam uparty, nie uznaję przegranej. W głębi serca bardzo wrażliwy, nieobojętny na krzywdę innych. W gruncie rzeczy łatwo mnie zranić, ale nie widać tego bólu na zewnątrz.

HISTORIA:

IMIĘ: Petrus

NAZWISKO: Caerlon

PSEUDONIM: Ardor Sunflare

RASA: Człowiek

WIEK: 30 lat

Kiedy jakakolwiek istota należąca do jakiejś choćby odrobinę rozumnej rasy spojrzy na mnie po raz pierwszy, zapewne zacznie się zastanawiać, czy aby w żyłach tego Człowieka nie płynie błękitna krew? I byłaby to myśl ze wszech miar słuszna.

Byłem bowiem potomkiem pewnej szlacheckiej rodziny, która mimo skromnych osiągnięć i średniego statusu materialnego, służyła Starej Republice od wielu pokoleń. Historia milczy o pierwszym z mojego rodu. Wiadomo jednak, iż wywodziliśmy się z Coruscant: planety będącej w istocie jednym wielkim miastem, centrum znanej Galaktyki. Tutaj przyszedłem na świat; nie mogę wszakże powiedzieć, że był to mój dom.

Kilku Wielkich Kanclerzy na przestrzeni wieków miało wśród swoich zaufanych doradców dyplomatę z rodu Caerlon. Większość zaś jego przedstawicieli (poza kilkoma wyjątkami) poświęciła się służbie publicznej – walcząc w loży senackiej o dobrobyt kolejnego sektora, pełniąc rolę tłumaczy, lub negocjując liczne traktaty i umowy międzyplanetarne w ramach Korpusu Dyplomatycznego. Jeżeli holokroniki nie kłamią, moi przodkowie nie byli wrażliwi Moc, chociaż wszyscy co do jednego posiadali doskonały zmysł polityczny. U mnie było zupełnie na odwrót…

Urodziłem się w roku 140 po Bitwie o Yavin. Kiedy byłem nastolatkiem, dobiegł końca wielki konflikt znany jako "Mrocze Czasy". Byłem jedynakiem. Większość czasu spędzałem w podróży z rodzicami: najlepszymi negocjatorami swoich czasów. Niektórzy twierdzili, że lepszymi nawet od Jedi. Mogę chyba bez przesady stwierdzić, że moim domem była przestrzeń kosmiczna od Światów Jądra aż po Zewnętrzne Rubieże.

Rozwijałem się szybciej niż moi rówieśnicy. W wieku półtora roku próbowałem dosięgnąć pluszowego Ewoka leżącego na półce poza moim zasięgiem. Podobno wyciągnąłem rączkę i zabawka nagle sama do niej pofrunęła. Tak odkryto moją wrażliwość na Moc. Nie pamiętam tego, dowiedziałem się od Matki będąc starszym.

W tamtych czasach owy dar mógł się okazać przekleństwem. Mieszkańcy Galaktyki spoglądali na użytkowników Mocy z coraz większą podejrzliwością. Rycerzy Jedi pozostało tak niewielu i byli tak rozproszeni, że ich umiejętności dawno przeszły do legendy, zaś oni sami rzadko byli w Galaktyce widywani.

Ród Caerlon od wieków przyjaźnił się z Zakonem i nigdy nie uwierzyliśmy w krążące za czasów Wojen Klonów pogłoski, jakoby Rada planowała zamach stanu.

Dorastałem „na walizkach” i pod przybranym imieniem: Ardor – w atmosferze, którą określiłbym jako mieszaninę podniecenia i niepokoju. Podniecenia, gdyż przez całe dzieciństwo słyszałem w głowie szepty o tym, co dopiero miało się wydarzyć. Łagodny głos niosący pocieszenie w chwilach smutku. Czasami słyszałem też myśli innych. Niepokoju, bo musiałem stale uważać, aby osoby postronne nie odkryły co potrafię. Z kolei dla moich Rodziców był to czas pracy cięższej niż zwykle, praktycznie przez całą standardową dobę.

Ze względu na utrzymujący się wówczas stan permanentnej wojny w Galaktyce, nie było mowy, abym mógł pójść w ślady przodków i kształcić się na dyplomatę w galaktycznej stolicy. Moimi nauczycielami byli Rodzice…i wszystkie układy planetarne, do których zdarzyło nam się zawitać. Naboo, Kashyyyk, Cerea, Alderaan, Tatooine… W każdym z tych miejsc odnajdywałem coś interesującego, fascynującego…a niekiedy nawet niebezpiecznego.

Moja Rodzina nie mogła czuć się teraz bezpiecznie – Ojciec wciąż wprawdzie zasiadał w Senacie, jednak otwarcie potępiał postępowanie walczących stron na niektórych światach, a także przeciw co bardziej kontrowersyjnym ustawom. Jednocześnie razem z Matką aktywnie działał w siatce szpiegowskiej, zawiązanej wówczas przez co bardziej pacyfistycznie nastawionych senatorów, pragnącej jak najszybszego zakończenia działań wojennych. Szybko się okazało, że Rodzice wyśmienicie nadawali się na szpiegów i sabotażystów.

W roku 150 ABY, przechwycono zaszyfrowaną wiadomość do jednego z imperialnych gubernatorów. Mówiła ona o Mygeeto i znajdującej się tam placówce badawczej. Podobno trwały w niej prace nad nowym rodzajem śmiercionośnego wirusa. Misja infiltracji przypadła moim Rodzicom, jako że posiadali oni już w takich sprawach doświadczenie. Należało zabezpieczyć wszystkie znajdujące się tam dane oraz chemikalia wykorzystywane do stworzenia wirusa, a następnie wysadzić pomieszczenie. Gdyby kierować się tylko tym, co na mapach i arkuszach flimsiplastu, każde tego typu zadanie byłoby dziecinnie łatwe. Rzeczywistość bywa jednak zupełnie inna i wszyscy dobrze o tym wiedzieli.

Na Mygeeto Rodzice wyruszyli wraz z trzema innymi agentami oraz paroma żołnierzami w charakterze obstawy. W drodze do kompleksu zabili kilku szturmowców i po unieszkodliwieniu pola siłowego dostali się do środka. Wiadomość dla gubernatora została sfabrykowana, aby zwabić przeciwników w zasadzkę. W tej placówce nigdy nie było żadnych wartościowych danych. Ani żadnego wirusa, skoro już o tym mowa. Matka i Ojciec walczyli dzielnie, ale zostali obezwładnieni i zabici. Zginęli wraz z większością swoich towarzyszy. Jedynie dwóm żołnierzom udało się przeżyć i to właśnie oni przynieśli mi wieść o tym, co się wydarzyło. Razem z kodem do pewnej tajnej skrytki w Banku na Aargau. Rodzice złożyli tam wszystkie swoje oszczędności. Teraz cała ta suma należała do mnie...

* * *

Sprzedałem rodzinną posiadłość na Coruscant, nieopodal Dzielnicy Senackiej i nabyłem mały, nie rzucający się w oczy statek. Zabrałem najcenniejsze pamiątki rodzinne i przez następne 15 lat żyłem jako Ardor Sunflare, imając się różnych zajęć na różnych planetach.

Od śmierci Rodziców nie słyszałem już szeptów w głowie. Jednakże po roku 172 ABY, mój dar znowu dał o sobie znać. Miałem wizje. Prawie codziennie widziałem w snach obcy, pokryty dżunglą świat. Gdzieniegdzie nad koronami drzew wystawały wierzchołki dziwacznych budowli, przypominających piramidy. W głowie rozbrzmiewała nazwa: Yavin IV. Często w moich wizjach pojawiała się pewna kobieta o pięknych, brązowych oczach. Stała na dachu jednej z piramid, patrzyła prosto na mnie, a wiatr łagodnie smagał jej związane w kucyk włosy. Po przebudzeniu zawsze zastanawiałem się, kim Ona jest? Co to za miejsce? Musiałem tam polecieć…

Po czterech dniach wleciałem w atmosferę Yavina IV. Przez całą podróż zdawało mi się, jakby statkiem kierował ktoś inny. Prowadziłem go bowiem bez udziału świadomości. Leciałem na południe. Było chyba tuż po świcie. Według wskaźników na pokładzie, zielony gąszcz pode mną roił się od najróżniejszych form życia. W końcu zauważyłem przed sobą coraz wyraźniejszy zarys tych ciemnych budowli. Posadziłem statek obok trzech połączonych ze sobą takich piramid. Coś mi podpowiadało, że właśnie tu powinienem się znaleźć.

Widok tuż po zejściu z rampy był przytłaczający. Ogromne zigguraty i dżungla aż po horyzont. Wyjąłem zza pazuchy jeden z blasterów i zacząłem powoli iść przed siebie. Idąc, słyszałem w głowie echa wydarzeń, jakie onegdaj musiały się tu rozegrać: gorączkową krzątaninę wielu istot; świsty blasterowych boltów; krzyki rannych i umierających. Wkroczyłem do najwyższej z trzech piramid, jakie miałem przed sobą. Znowu poczułem się, jakby moje nogi należały do kogoś innego... Szedłem przez korytarze i po kamiennych schodach, wciąż w górę. W końcu dotarłem na dach. Widok na okolicę z takiej wysokości zapierał dech w piersiach.

Nie byłem tu sam. Kilka kroków ode mnie, odwrócona do mnie plecami, stała kobieta. Powoli zwróciła się w moją stronę. Jej ubranie, a zwłaszcza miecz świetlny przy pasie, nie pozostawiały wątpliwości co do tego, czym się zajmuje. Miała brązowe włosy…i brązowe oczy…zupełnie jak w moich snach. I nie wydawała się szczególnie zaskoczona moim widokiem. Uśmiechnęła się tylko ciepło.

- Witaj. Myślałam o Tobie…

- Naprawdę? – Ukłoniłem się i przedstawiłem. – Ciekawie się składa, bo ja o Tobie też. W pewnym sensie…

Trochę nieskładnie opowiedziałem jej o moim darze, o wizjach, jakie ostatnio miewałem. Opowiedziałem jej o swoim życiu, oraz o śmierci Rodziców. Kiedy skończyłem, kiwnęła głową i stwierdziła:

- To nie przypadek, że się tutaj znalazłeś. To jest Akademia Jedi, a budynek pod nami to School Of Preparation: miejsce, w którym testowany jest potencjał kandydatów na Rycerzy Jedi. Nazywam się Sharon i jestem Opiekunką tej Szkoły. – Podała mi rękę, którą uścisnąłem.

Następnie spojrzała na mnie uważnie:

- Tak… Wyczuwam w Tobie Moc - Uśmiechnęła się tajemniczo. – Przekonajmy się, czy masz zadatki na Jedi…

Gestem zaprosiła mnie, abym poszedł za nią na dół. Z każdym krokiem coraz bardziej utwierdzałem się w przekonaniu, że nie muszę już ukrywać swojego daru. Nie tutaj. To, kim do tej pory byłem; kim byli moi przodkowie, już się nie liczyło. Rozpoczynał się zupełnie nowy rozdział w moim życiu…



Parę słów od siebie:

Z charakteru trochę podobny do mojej postaci. Z wyglądu zaś zupełnie od niej różny... Wrażliwy romantyk z kilkoma marzeniami, na których spełnienie wciąż czeka. Życie kilka razy zagnało mnie za Ocean.

Współczesny Celt. Mól książkowy i meloman. Przeważnie optymista. Jedni uważają mnie za otwartą księgę, inni za osobę niezwykle tajemniczą.

Ciężko pisać o sobie samym. Zainteresowanych zapraszam do zadawania pytań... ;)


Wróć na górę