Pomiń nawigację™
Logo Jedi Order - małe
Home - ikonka HOME O NAS REKRUTACJA FORUM

Członkowie

Miranda

Ranga: Jedi
Ścieżka rozwoju: Negocjator Jedi

Mail: aga-mir@tlen.pl
Płeć: Kobieta
Miejscowość: Warszawa
Województwo: Mazowieckie

Prywatny holokron
Wyszkolona przez: Vendea


Kariera:


Broń:
Miecz świetlny o niebieskim ostrzu.

Historia:
Miranda, jak zwykle zaczęła dzień od sprawdzenia wiadomości. Nie miała na to czasu, ale to także należało do jej służbowych obowiązków. Spodziewała się mnóstwo wiadomości w stylu ``kup to koniecznie''. Irytowało to ją niezmiennie. Uważała, że ma swój rozum i sama wie co chce kupić, czego potrzebuje. Jednak na samej górze datapadu pojawiła się wiadomość, która przykuła uwagę.
Mirando,
musisz koniecznie się ze mną spotkać. Mam ważne informacje temat Ciebie oraz Twoich rodziców. Czekam w barze ``Błękitny Jowisz'', dziś o 20-tej. Spytaj o mnie barmana. Maarten
- Kim do czorta jest ten gość?! Pewnie jakiś szantażysta, albo pijaczyna, który za parę drinków będzie chciał sprzedać jakieś niestworzone bzdury. Guzik mnie obchodzi kim byli moi rodzice, zmyli się wieki temu. Woleli inne życie niż zajmowanie się dzieciakiem. To są moi rodzice! - pomyślała patrząc na zdjęcie Grega i Amy, objęci uśmiechali się do Mirandy. - Nigdy inaczej o nich nie pomyślę. Bez sensu się tak złościć - starała się uspokoić. Sądziła, że po 20-tu latach może myśleć bez gniewu o ludziach, którym zawdzięcza życie. Nie była pewna czy chce iść na to spotkanie. Na razie miała mnóstwo rzeczy do zrobienia, nie płacono jej za rozmyślania dotyczące rodziny. Za godzinę musi zacząć odprawiać statki. Do tego czasu musi zapoznać się z listami przewozowymi, by wiedzieć czy i jakie cło nałożyć. Nie mogła się pomylić, z portu korzystali głównie bogaci i wpływowi ludzie. Nie przepadała za nimi, wiecznie niezadowoleni, wiecznie mieli pretensje o wysokość cła czy opłat za korzystanie z portu. Bez względu na sytuację musiała się do nich uśmiechać i być miła, nawet jeśli miała ochotę nakarmić ich arkuszem filimplastu, na którym wydrukowano dokument. Z westchnieniem otworzyła plik z listą statków do odprawienia. Na szczęście nie była długa, powinna bez problemu zdążyć.
Do południowej przerwy odprawiła wszystkie statki. Tym razem kapitanowie i właściciele byli znośni, nie licząc jednego kapitana. Odprawiała go już wielokrotnie więc wiedziała czego się spodziewać. Czasem wydawało się, że Tam tak naprawdę nie jest gburowaty, a jedynie próbuje ją adorować na swój nieporadny sposób. Nie zamierzała się z nikim wiązać, nie miała czasu ani ochoty na mężczyzn. Każdą wolną chwilę poświęcała studiowaniu starożytnej historii nie tylko swojej rodzinnej planety. Wiedziała, że to ucieczka, ale nie umiała inaczej. Wciąż go kochała.
Posiłek zamierzała zjeść jak zwykle w stołówce i jak zwykle samotnie. Nie była osobą szczególnie towarzyską. Nudziło ją bezsensowne szczebiotanie koleżanek o gwiazdach holonetu czy miłosnych perypetiach tychże koleżanek. Mężczyźni, z kolei unikali jej kiedy okazywało się, że nie będzie ich kochanką czy kandydatką na żonę. Miała dostatecznie dużo czasu na pogodzenie się z tą sytuacją. Początkowo jej to ciążyło, z czasem zaś samotność stała się jej drugą naturą. Przestała szukać towarzystwa. Czasem dosiadał się do niej stróż, starszy mężczyzna, który traktował ją jak córkę bądź wnuczkę. Nie wiedziała ile dokładnie ma lat. To nie było ważne, po prostu czuła się dobrze w jego towarzystwie. Czasem wydawało jej się, że tak naprawdę to staruszek się próbuje nią opiekować, a przynajmniej mieć na oku.
- Czy mogę się dosiąść Dziecinko? - Z tacą stał mężczyzna w wieku kiedy to kolejne mijające lata nie zostawiają już śladu na wyglądzie. Włosy miał siwe, starannie uczesane. Poorana zmarszczkami twarz jak zwykle była spokojna i pogodna. Uśmiechał się do niej.
- Oczywiście Papciu. Dla ciebie zawsze jest miejsce. - Uśmiechnęła się, ale miała świadomość, że nie był to beztroski uśmiech. Miała nadzieję, że nie będzie drążył tematu. Jedli w milczeniu. Skończyła szybko posiłek. Wstała od stołu.
- Gdybyś potrzebowała pomocy, pamiętaj, że dziś wieczorem nawet kąpiel będę brał z komunikatorem pod ręką. - Miał poważne, zatroskane spojrzenie.
Każdego innego posłałaby do wszystkich czortów galaktyki, ale to był Papcio.
- Dziękuję, mam nadzieję, że nie będzie mi potrzebna. - Uśmiechnęła się. Starała się uspokoić go, przekonać, że nic złego się nie stanie. Przez krótką chwilę miała ochotę skłamać, ale nie mogła mu tego zrobić, za bardzo go szanowała. Jutro zastanowi się skąd ten starzec, który przechadza się po hali magazynowej wie o jej planach na dzisiejszy wieczór. Teraz ma ważniejsze rzeczy do zaplanowania i przemyślenia.
Zamyślona wróciła do biura. Przez całe popołudnie wszystkie czynności wykonywała machinalnie pochłonięta myślą o czekającym ją spotkaniu. W końcu doszła do wniosku, że niczego mądrego nie wymyśli. Jeśli pójdzie na to spotkanie a facet będzie próbował zrobić jej krzywdę nie ma wielkich możliwości obrony. Nie posiadała broni i nie umiała się nią posługiwać. Może jedynie zachować podstawowe środki ostrożności i być czujna. Skończyła pracę o 18-tej miejscowego czasu. Miała dość czasu, aby wrócić do mieszkania, odświeżyć się i zmienić uniform na coś bardziej wygodnego. Rodzicom nie spodoba się ta wyprawa, ale musiała zostawić im wiadomość, że wyszła i wróci jeszcze przed północą. Będą jej zabezpieczeniem, podniosą alarm gdyby facetowi przyszło do głowy ją porwać. ``Wszystko będzie dobrze'' - pomyślała starając się uspokoić.
Podróż do domu nie trwała długo. Rodziców jeszcze nie było, pewnie znów zostali po godzinach. To była cena jaką płacili za posiadanie własnego biznesu. Odświeżyła się. Zastanawiała się jaki strój wybrać. Wzrok padł na kombinezon podobny do tych noszonych przez pilotów, był wygodny, nie ograniczał ruchów a liczne kieszenie pozwalały ukryć w nich to co mogło się przydać w każdej sytuacji. Na stół zaczęła wykładać przedmioty, które wydawały się przydatne - latarka, nóż, cienka i mocna linka. Skarciła siebie w duchu. Takie wyposażenie było dobre na wyprawy w pobliskie góry a nie do baru na spotkanie z nieznajomym. Po chwili namysłu, włożyła do kieszeni nóż i latarkę. Wieczór zapowiadał się chłodny, więc wychodząc założyła skórzaną kurtkę i swoje ulubione wysokie buty. Na stole w kuchni zostawiła holowiadomość.
Nie zamierzała korzystać z transportu, do baru było nie dalej niż 10~minut drogi niezbyt szybkim krokiem. ``Błękitnego Jowisza'' znała choć nie należał do jej ulubionych miejsc. Zbyt hałaśliwy, wiecznie szczelnie wypełniony duszącym dymem i istotami z najróżniejszych miejsc Galaktyki. Zaletą było zaś to, że barman był przyjacielem rodziny od wielu lat. Czasem więc w drodze z pracy zaglądała tu na swoje ulubione koreliańskie wino. Według niej serwowano tu najlepsze wino w mieście a może i na całej planecie. Zamyślona omal nie zderzyła się w drzwiach w wysokim humanoidem.
- Przepraszam. - Powiedziała szybko, o wiele za szybko, ale mężczyzna był zbyt pijany, aby szukać zaczepki. Humanoid próbował coś powiedzieć, ale wydobył z siebie jedynie bełkot. Uznała to za polubowne załatwienie sprawy i wśliznęła się do środka.
Tak jak się spodziewała, panował gwar. W powietrzu unosiła się ciężka woń alkoholu i dymu. Z trudem przecisnęła się do baru. Maks jak zwykle był na posterunku. Z wielką wprawą i wdziękiem zdejmował z półek kolejne butelki i nalewał trunki do naczyń o najróżniejszych kształtach.
- Cześć Maks! - musiała niemal krzyczeć, aby mógł ją usłyszeć.
- Dawno cię nie widziałem w naszych skromnych progach. - Uśmiechał się do niej jak zwykle - szeroko i serdecznie. - To co zawsze?
- Poproszę. Szukam faceta, który nazywa się Maarten.
- Ten to ma szczęście, taka piękna kobieta się nim interesuje, a o mnie pytają tylko gdy wyschnie im szklanka. - Patrząc na jej twarz szybko spoważniał. - Siedzi przy stoliku w tamtym kącie. Powiem chłopakom, żeby na was uważali.
- Dzięki, Maks. - Wzięła z baru swój kieliszek i zaczęła mozolną wędrówkę przez tłum.
W końcu dotarła do wskazanego jej stolika. Siedział przy nim człowiek, mężczyzna w średnim wieku. Wyglądał na kogoś kto świetnie czuje się w takich miejscach. Ubrany zwyczajnie, podobnie jak ona w kombinezon i wysokie buty. Tylko wierzchnie odzienie stanowił brązowy płaszcz dziwnego kroju. Z czymś jej się kojarzył, ale w tej chwili nie mogła sobie przypomnieć z czym. Nie było czasu na takie rozważania.
- Maarten? - Z całych sił starała się, żeby jej głos brzmiał pewnie i spokojnie.
- Miranda jak rozumiem. - Mężczyzna wskazał jej sąsiednie krzesło.
Usiadła, stawiając kieliszek na stoliku. Obok przechodził jeden z chłopaków zajmujący się zbieraniem pustych naczyń i nowych zamówień.
- Zamówić coś dla pana? - jego szklanka była pusta a jej wygląd wskazywał na to, że ten stan trwa już od dłuższego czasu.
- Nie, dziękuję. Tutejsze trunki są naprawdę wyśmienite i dlatego należy z nich korzystać z umiarem. - Uśmiechnął się, ale oczy koloru stali pozostały poważne.
- Skoro wstęp grzecznościowy mamy już za sobą, proszę mi powiedzieć jakie to ważne informacje ma Pan dla mnie. - Ironią starała się przykryć niepewność i strach.
- Znasz swoich rodziców?
- Oczywiście, to Ama i Greg, prowadzą niewielki warsztat naprawczy.
- Mówię o twoich prawdziwych rodzicach. - Przez krótką chwilę w jego oczach zabłysło zniecierpliwienie.
- To są moi prawdziwi rodzice. Jeśli chce się pan rozwodzić na temat ludzi, którzy mnie porzucili to traci pan czas, nic mnie oni nie obchodzą. - Nie umiała i nie zamierzała pohamować gniewu.
- Nie można odcinać się od swoich korzeni.
- Nie zamierzam słuchać tych filozoficznych bredni. - Podniosła się z krzesła. Zamierzała skończyć tą rozmowę, która do niczego nie prowadziła.
- Przepraszam, proszę zostać jeszcze chwilę i posłuchać. - Delikatnie trzymał ją za przedramię.
- No dobrze, ma pan swoje pięć minut. - Spojrzała na chronometr.
- Wiele lat temu ja i twoi rodzice przyjaźniliśmy się. Byliśmy zgraną paczką, gotową stawić czoła każdemu wyzwaniu czy niebezpieczeństwu. Dopiero zaczynaliśmy swoją drogę jako Jedi. Twoi rodzice zakochali się w sobie. Byli tak bardzo szczęśliwi. Polecieli na wspólną misję. Nie wiem co stało się na Krotos, oficjalne raporty niczego nie wyjaśniały. Od Marka dowiedziałem się tylko tyle, że Elana odeszła od niego i z Zakonu. Przez pewien czas nie mieliśmy informacji jak Elana ułożyła sobie życie. Niecałe dwa lata po rozstaniu, Mark dostał wiadomość. Wizerunek ślicznej dziewczynki, a pod nim podpis: To jest Twoja córka. Jestem szczęśliwa, że może dorosnąć w innym, lepszym świecie. Elana. Poleciał spotkać się z nią na Denarte, gdzie wtedy mieszkała jej siostra z mężem. Wrócił o kilka lat starszy i ranny. Nie powiedział nic na temat spotkania. Nie wiem co stało się z Twoją matką, czy Mark się z nią widział. Próbowałem się czegoś dowiedzieć na własną rękę, ale ślad pojawiał się i znikał a jedna informacja przeczyła następnej. Jedno było pewne, Ty zostałaś z Amą i Gregiem.
- A ojciec?
- Nie wiem. Trwała wojna, rozdzieliliśmy się i słuch po nim zaginął. - Maarten patrzył w stolik, nie miał odwagi na nią spojrzeć. - Minęło wiele lat, chcemy odbudować Zakon. Jesteś silna Mocą. Poleć ze mną do Akademii. - Położył na stoliku niewielkie pudełko. Przesunął je w jej kierunku. - Otwórz, to pamiątka po twojej matce.
Z pewnym wahaniem otworzyła. Na granatowym materiale spoczywał srebrny przedmiot cylindrycznego kształtu.
- Co to jest?
- Miecz świetlny Elany. Twoja przeszłość bądź przyszłość, w zależności od tego jaką podejmiesz decyzję.
Miranda milczała. Tysiące myśli przebiegało przez głowę. Nie pamiętała ani matki ani ojca. Tu było jedyne życie jakie znała. Słowo Jedi nie mówiło jej nic, z niczym się nie kojarzyło, dlaczego więc miałaby pójść gdziekolwiek z tym człowiekiem. Podał jej niewielki kawałek plastyku, na którym znajdowały się dwa ciągi cyfr.
- To współrzędne Akademii. - Powiedział. - Jej drzwi są zawsze dla ciebie otwarte.
Wstała od stołu. Wyszła z baru w chłodną, rozgwieżdżoną noc. Maarten wyszedł chwilę po niej. Wolałby stoczyć samotną walkę z trzema psami Akk niż jeszcze raz z nią rozmawiać. Usiadł na ławce w parku. Alejką szedł w jego kierunku stary mężczyzna, bez słowa dosiadł się do niego.
- Dlaczego nie powiedziałeś jej prawdy? - W głosie krył się wyrzut. - Czy naprawdę myślisz, że ona nigdy się nie dowie? Wtedy już na pewno jej nie odzyskasz.
- Nie potrafiłem. Tak bardzo jest podobna do matki. Tak bardzo. - Jego twarz wyrażała bezgraniczną udrękę. - Dlaczego nie mógł tego zrobić ktoś inny?!
- Bo to twoja córka, Maartenie. - Starzec wstał ciężko z ławki.
- Opiekuj się nią.
- Od zawsze to robię.
-----------------*-------------------
Miała nadzieję, że już nigdy nie spotka tego człowieka. Nie wierzyła w ani jedno jego słowo. W jej dobrze ułożonym obrazie zaczynały pojawiać się rysy. Jedi? Kim są ci Jedi? - siadła do komputera. Im więcej o nich czytała tym więcej widziała podobieństw między nimi a sobą. Zdarzało jej się wiedzieć co się wydarzy w niedalekiej przyszłości, czasem słyszała czyjeś myśli, znajdywała przedmioty, których nikt nie umiał odnaleźć. Czy jednak to co czyta nie jest przypadkiem wymysłem istot spragnionych legend i mitów o bohaterach? A może owi tajemniczy Jedi naprawdę istnieli? Człowiek, którego spotkała był realny, tak jak prawdziwy był przedmiot, który jej wręczył. Jednego była pewna, mężczyzna kłamał, nie powiedział jej prawdy, a przynajmniej nie całą. Ta myśl wzbudziła w niej złość. Nie zamierzała słuchać czyjegoś usprawiedliwiania ludzi, którzy ją porzucili, wybrali wygodne życie. Miała jednak wrażenie, że w tej opowieści jest coś ważniejszego, że to nie historia jej rodziców tak naprawdę ją teraz wzburzyła, jest coś jeszcze. - O co chodzi? - Wstała. Zaczęła przemierzać pokój długimi krokami jak zawsze, gdy starała się zebrać myśli, uporządkować jakieś przemyślenia. Nagle stanęła jak rażona gromem. - Nie, to niemożliwe. On nie mógł być aż tak bezczelny i tchórzliwy. - Szepnęła w ciemność pokoju. - Ty oślizgła glisto! Nie dbała o to, że była wściekła, bardziej niż kiedykolwiek wcześniej. Udusiła by tego tchórza gołymi rękami, gdyby go spotkała.
Z zamyślenia wyrwał ją dzwonek do drzwi. Nie zamierzała otwierać, nie miała ochoty na rozmowy z kimkolwiek. Ktoś jednak najwyraźniej nie zamierzał zrezygnować, bo zadzwonił po raz kolejny. Zirytowana poszła pozbyć się natręta. Szybkim ruchem otworzyła drzwi i otworzyła usta by zrugać intruza. Głos uwiązł jej w gardle. Przed nią stał mężczyzna, którego poznała w barze.
- Czy mogę wejść? - Uśmiechał się niepewnie.
Nie zamierzała z nim rozmawiać. Jak mógł przyjść do jej mieszkania. Z drugiej strony nadarzała się okazja powiedzieć mu, żeby zniknął z jej życia raz na zawsze. - Wejdź. - Zaprowadziła go do kuchni, gdzie zawsze przyjmowała gości. Nie lubiła salonu. - Po co przyszedłeś? - Nie zamierzała ukrywać złości.
- Porozmawiać. - Jego głos był spokojny. Starał się rozładować napięcie, wpłynąć na nią.
- O czym mam z tobą rozmawiać?! Mam słuchać twoich kolejnych kłamstw!
- Uspokój się. Gniew prowadzi na Ciemną Stronę. - Starał się za wszelką cenę zapanować nad sytuacją.
- Nie jesteś od tego, żeby mnie pouczać! Jesteś kłamcą i tchórzem! Nienawidzę cię!
Stała przed nim, drobna dziewczyna, której gniew dodawał sił. - Jaka jest prawda? - Usłyszał bezgłośne pytanie. Choć miał na to ochotę, nie cofnął się. Jej intensywnie zielone oczy patrzyły na niego. Spojrzał w nie. Wiedział, że nie ma już słów, które by ją przekonały, cokolwiek powie nie uwierzy mu. Teraz nie ma już odwrotu. Otworzył przed nią swój umysł. Pozwolił, by zagłębiła się w jego myśli i uczucia. Były rzeczy, o których nie powinna wiedzieć córka, ale nie miał innego wyjścia. Czuł się nagi i bezbronny. Tonął w zielonej otchłani, płynął po szmaragdowym oceanie. Kręciło mu się w głowie, nie był pewien czy za chwilę nie straci przytomności.
- Dosyć. - Powiedziała.
Z trudem wracał do rzeczywistości. Wzrok powoli odzyskiwał ostrość. Nigdy czegoś takiego nie przeżył. To lepsze niż syntprzyprawa - pomyślał. Czy jakikolwiek Jedi potrafił coś takiego? Musiał sprawdzić w bibliotece, może istnieją jakieś zapisy na ten temat. Jeśli teraz robi takie rzeczy to kim będzie kiedy skończy szkolenie... jeśli skończy - poprawił się w myślach. Nie był pewien jej nastawienia, nie wiedział co czuje a nie miał odwagi sondować jej myśli, nie po tym co przeżył. Aż tak głupi i odważny nie jest. Przed nim stała zupełnie inna osoba - skupiona, spokojna, poważna. Jej gniew niczym supernowa rozbłysnął i zgasł. Nie wiedział co mógłby jej powiedzieć, że jest mu przykro, że prosi o wybaczenie, że ją kocha? To tylko słowa. W ciszy chłonął jej postać, chciał jak najwięcej zapamiętać, być może już nigdy się nie spotkają.
- Nie wiem czy kiedykolwiek będziesz moim ojcem. - Przerwała dłuższe milczenie.
- Wiem.... wystarczy mi twoja życzliwość a kiedyś może przyjaźń, tylko tyle. - Powinien czuć żal i smutek, że nie widzi w nim ojca, ale była tylko ulga. Będzie czekał jeśli tylko dostanie szansę. - Polecisz ze mną do Akademii? - Choć tego nie chciał w głosie pojawiła się nuta nadziei i prośby.
Wyszła z kuchni. Nie wiedział po co. Wróciła niosąc pudełko, które jej dał. Postawiła je przed nim.
- Jego miejsce jest na dnie skrzyni. Sama zrobię swój miecz. Polecę z tobą i będę Jedi.
Z jego piersi spadł ogromny ciężar. Teraz już może z nadzieją patrzeć w przyszłość nawet jeśli na horyzoncie zbierały się ciężkie chmury.

Wróć na górę