Pomiń nawigację™
Logo Jedi Order - małe
Home - ikonka HOME O NAS REKRUTACJA FORUM

Członkowie

Sobol

Ranga: Jedi
Ścieżka rozwoju: Obrońca Jedi

Mail: soblusss@wp.pl
GG: 12471965
Wiek: 22
Płeć: Mężczyzna
Miejscowość: Toruń
Województwo: Kujawsko-Pomorskie

Prywatny holokron
Wyszkolony przez: Vendea
Medale:


Kariera:


Wygląd:
Średnio wysoki (1,8m) mężczyzna rasy ludzkiej o zielonych oczach i czarnych włosach. Zazwyczaj ubrany w czarną szatę z kapturem na głowie. Dodatkowo w kaptur jest wszyta maska która można zasłonić usta i nos. Na szyki ma wisiorek z kryształu należącego kiedyś do jego przodka. (patrz historia)

Broń:
Mam dwa miecze świetlne są całe czarne z chromowanymi pierścieniami i mają niebieskie ostrza, dodatkowo na plecach noszę długi kij wykonany z cortosis, którego jeden koniec wyposażony jest w emiter krótkiego 20 centymetrowego ostrza (również niebieskie), a do drugiego końca mogę zamontować jeden ze standardowych mieczy . Kij podobnie jak miecz jest czarny z chromowanymi akcentami Zarówno emiter w kiju jak i w mieczu nie ma włącznika na zewnątrz tylko jest on schowany w środku i uruchamiany poprzez Moc. Mogę walczyć jednym lub dwoma mieczami, samym kijem lub mieczem połączonym z kijem. / rękojeść



kij



całość



Dodatkowo w cybernetycznej lewej ręce mam wbudowane wysuwając się wibroostrze, paralizator, oraz wyrzutnię liny z hakiem. Wszystko to chowa się w obudowie ręki i nie jest widoczne na pierwszy rzut oka. Na misje gdzie muszę zachować anonimowość zabieram zmodyfikowany blaster DL-44 o zwiększonych osiągach i z powiększonym magazynkiem.

Historia:
Wszystko zaczęło się normalnie, ot, kolejny wyścig śmigaczy na odległej planecie Turon. Gdy patrzyłem na maszyny innych zawodników, odczuwałem lekką zazdrość – błyszczące i nowe, nie to co moja, zmontowana z części wielu starych ścigaczy z demobilu. Ale też co się dziwić. Byłem młodym pilotem, miałem niespełna dziewiętnaście lat i od trzech żadnej rodziny i pieniędzy. Żyłem z tego, co dostawali zawodnicy od zarządu wyścigów. Na szczęście, Oni nie wiedzieli jednego: mój ścigacz był szybszy i zwrotniejszy, niż się zdawało. Ustawiamy się na starcie. Prowadzący Rodianin, którego imienia nigdy nie potrafiłem wymówić, powiedział coś, ale nie słuchałem. Wiedziałem, że przedstawia paskudną ropuchę, jaką był Hutt Urbano, samozwańczy właściciel tych terenów. Mało kto go lubił, gdyż często porywał piękne kobiety na niewolnice i brał wszystko, co chciał.Ale jako że nikomu niczego nie brakowało i wszyscy się go bali, nikt się nie​ sprzeciwiał. Zamknąłem kabinę i odciąłem się od tego wszystkiego. Zawsze tak robiłem. Zapalały się kolejne światła… Ruszyłem na wyczucie… Gdy otworzyłem oczy, pędziliśmy już nad oceanem. To był stosunkowo prosty odcinek, jednak to tu bywało najwięcej wypadków. Wiele osób straciło tu życie. Zginął tu między innymi mój ojciec. Był to nasz pierwszy wspólny wyścig. Rozbił się na moich oczach. Ciągle pamiętam to uczucie bezsilności. Dziś szło mi nad wyraz dobrze. Zawsze miałem dziwnie dobre wyczucie. Jakimś cudem zawsze udawało mi się uniknąć przeszkody lub zderzenia z innym pojazdem w ostatniej sekundzie, czym często denerwowałem przeciwników. Lecz dziś stało się coś, czego się nie spodziewałem – mój lewy silnik zaczął hałasować i stracił moc. Na szczęście w ostatniej chwili dostrzegłem małą wysepkę, na której prawie nic nie było. Stary kamienny posąg i jedno drzewo, na którym zresztą zatrzymał się mój pojazd. Gdy wezwałem pomoc, okazało się, że przybędzie za parę godzin. Po obejrzeniu uszkodzeń mojego ścigacza okazało się, że nie są wcale takie duże, ale lecieć dalej nie mogłem. Przeszedłem obok posągu, który przedstawiał tajemniczego wojownika, który dawno temu pomógł mojemu ludowi. Tuż przy nim ziemia zapadła mi się pod nogami i spadłem w czarną otchłań. Gdy się obudziłem, leżałem w małym pomieszczeniu. Jedyne światło pochodziło z dziury, przez którą wpadłem. Rozejrzałem się i dostrzegłem kolejny posąg a przed nim postument, na którym leżał tajemniczy podłużny przedmiot. Gdy do niego podszedłem, usłyszałem głos. W pierwszej chwili sprawdziłem MedWatch, który dostawał każdy zawodnik. Było to małe urządzenie zakładane na rękę, monitorujące wszystkie funkcje życiowe, równierz mózg. Według odczytów wszystko było w normie, więc nie były to halucynacje wywołane upadkiem. Gdy się obróciłem, zobaczyłem postać otoczoną jasną poświatą. Kiedy oczy przyzwyczaiły się do światła, rozpoznałem postać z posągu. Nie wiedzieć czemu, nie czułem strachu. Duch bardzo długo opowiadał mi o czymś, co się nazywało Zakon Jedi i Moc. Kiedy skończył, straciłem przytomność, a gdy się ocknąłem, byłem już w transportowcu medycznym. Okazało się, że straciłem przytomność w momencie lądowania. W moich rzeczach jednak znalazłem ów podłużny przedmiot. Pokazywałem go wielu osobom, lecz nikt nic nie wiedział. Mój przyjaciel długowiecznej rasy powiedział mi, że wygląda to jak miecz świetlny. Broń Jedi, o której opowiadał mu ojciec. Doradził, bym spytał Oppo Syna, starego pustelnika, którego wielu miało za dziwaka. Z początku byłem do tego sceptycznie nastawiony, bo mieszkał na totalnym odludziu, jednak cała ta planeta jest odludziem. Postanowiłem więc się z nim spotkać. Po wielu godzinach podróży znalazłem się w końcu przed jego drzwiami. Stary kosmita rasy, której nikt nigdy nie widział, był niezbyt gościnny. Jak tylko zobaczył mnie przed drzwiami, natychmiast je zamknął. Wiedziałem, że nie mogę się poddać, więc postanowiłem dobijać się do drzwi aż do skutku. Niestety zbliżał się wieczór, a po zmierzchu po tej stronie planety grasowały Rowry, wielkie wilkopodobne stworzenia, wielkości Banthy. Postanowiłem się schować w jednym ze starych opuszczonych budynków obok mieszkania pustelnika. Noc mineła spokojnie, jednak wydawało mi się, że kilka tych stworzeń wyło pod moimi drzwiami. Nad ranem obudziło mnie co innego, głosy.
- Czy to na pewno dobry pomysł? Słyszałem, że staruch zna magię.
- Daj spokój, to bajki. Poza tym jest winny Urbanowi czynsz za ziemię.
- Skoro tak mówisz… ale jak coś się będzie działo, uciekam.
Taaaa… Znowu ten robal, pomyślałem.
Nie wiem czemu, ale czułem się w obowiązku obrony pustelnika. Wyszedłem z budynku, w którym spałem, i spytałem, czego tu chcą. Popatrzyli na siebie i rzucili się na mnie. Wyjąłem miecz, który znalazłem na wyspie. Na chwile sie zatrzymali, jednak po chwili wznowili atak, gdy zobaczyli, że mimo moich starań, miecz nie działa. Zawsze umiałem się bić, jednak gdy przeciwnik ma przewagę sześć na jednego i do tego nie gra uczciwie, nie miałem szans. Dodatkowo oni świetnie władali swoją bronią, a ja moją praktycznie nie umiałem. Jeden uderzył w rękojeść mojego miecza, niszcząc go, drugi podciął mi nogi. Leżałem na ziemi. Kopali mnie i wyśmiewali się, wyzywając od bohaterów. Kiedy jeden przystawił mi nóż do gardła, by mnie dobić, drzwi do domu pustelnika się otworzyły. Wyszedł spokojnie i spojrzał na nas. Facet z nożem podszedł do niego i zaczął mu grozić. Oppo nie robił sobie nic z jego gróźb, tylko się uśmiechnął. Wykonał jeden błyskawiczny ruch (aż ciężko było uwierzyć, że ktoś w jego wieku jest tak szybki) i nóż został wytrącony z ręki rabusia, by upaść z głuchym odgłosem gdzieś za nami. Stara postać ciągle się uśmiechała, zaczęła mówić wolno i spokojnie.
- Nic się tu nie stało, wracamy do bazy.
- Nic się tu nie stało - powtórzył szef bandy - wracamy do bazy.
Kiedy wsiedli na swoje skutery i odlecieli, pustelnik pomógł mi wstać i wprowadził mnie do swojego domu.
Był urządzony skromnie, nawet jak na dom pustelnika. Ten krzątał się po nim, pomrukując pod nosem. Nagle powiedział:
- Wiedziałem, że kiedyś tu przybędziesz. Twój ​przodek, którego miecza próbowałeś użyć, prosił mnie, bym nad Tobą czuwał. A właśnie. "To należy do Ciebie". - Mówiąc to, wziął mój miecz, który wcześniej podniósł z ziemi, i wyjął z niego mały, niebieski kryształ.
- Samego miecza nie da się już naprawić, ale jego kryształ ciągle jest idealny. - Powiedział.
Wiele godzin opowiadał mi o przeszłości. Był przyjacielem mojego przodka, razem byli Jedi. On cudem uniknął czystki, tylko dlatego, że gdy Palpatine wydawał rozkaz 66, ten był daleko od swojego oddziału klonów. Mój przodek był w tym czasie w świątyni... Zabił go Lord Vader. Gdy Oppo dowiedział sie o jego śmierci, uciekł z jądra galaktyki i ukrywał się przez te wszystkie lata. Wyjaśnił, że posąg na wyspie przedstawiał właśnie mojego przodka, ​który dawno temu ocalił tą planetę. Był silny Mocą.Moc była silna także we mnie. Wyjaśniało mi to wszystko, w tym mój refleks w pilotażu oraz to, że czasem wiedziałem, co się stanie za parę minut. Powiedział, że jeśli chcę, mogę zostać jedi, jak przodkowie. Nie chciałem w to wierzyć, jednak kiedy ten wziął ze stołu swoją laskę i wcisnął przycisk, z jej końca wysunęła się świecąca klinga. Był to miecz świetlny.. Przez moment odczuwałem konsternacje, ale zrozumiałem; byłem potomkiem jedi, którego posąg widziałem na wyspie. Jedyne dziedzictwo, jedyną pamiątkę po nim miałem w dłoniach. Był nią właśnie kryształ.
Oppo stwierdził, że muszę udać się na czwarty księżyc Yavina, do świątyni, poznać drogę jedi i kontynuować jego dzieło… Że muszę pomóc mieszkańcom tej planety… Tej i wielu innych.
- Jakim cudem JA mogę być jedi? - zapytałem
- Moc jest w Tobie silna. Teraz naucz się z niej korzystać.
Gdy wróciłem do domu, sprzedałem mój śmigacz oraz warsztat, w którym go zbudowałem, by kupić statek, którym będę mógł polecieć na Yavin. Spakowałem się szybko. Nie miałem zbyt wielu rzeczy. Wychodząc, rozejrzałem się jeszcze po moim mieszkaniu, zrobiłem głęboki oddech i na chwilę przywołałem wspomnienia, jak budowałem i naprawiałem droidy, jak wieczorami grałem z ojcem w holoszachy i jak uczył mnie, co jest dobre a co złe. Zawsze chciałem wyrwać się z tej planety, mieć powód, by odlecieć. Teraz to się stało i czułem dziwny niepokój. Podróż do kosmoportu mineła mi bez przygód. Gdy wsiadłem do kabiny mojego mocno zmodyfikowanego X-winga o pasującej do sytuacji nazwie "New Life", wszystkie obawy zniknęły. Oddalając się od planety, starałem się zrozumieć, co właściwie się stało. W jeden obrót planety zmieniło się moje życie. Gdy przełączyłem dźwignię napędu nadprzestrzennego i gwiazdy rozmazały się przed moim statkiem, odpłynąłem myślami.... Gdy otworzyłem oczy, mój astrodroid poinformował mnie, że dolatujemy do układu Yavin. Ogromny, czerwony, gazowy olbrzym dominował nad swoimi księżycami, w tym nad celem mojej podróży, Yavinem 4. Nagle po mojej lewej i prawej stronie pojawiły się dwa statki, a komunikator zabrzęczał. Pytali o moje dane i mój cel, a następnie skierowali mnie na właściwe lądowisko. Lecąc powoli nad wszechobecną dżunglą, dostrzegłem nagle kamienną budowlę. była to akademia jedi. Gdy po wylądowaniu rozejrzałem się, zobaczyłem wiele istot, i robotów. Widziałem młodych Jedi, którzy ćwiczyli posługiwanie się Mocą, widziałem mechaników krzątających się przy innych statkach. Podeszła do mnie pewna istota w brązowym płaszczu, i prosiła, bym szedł za nią. Moje szkolenie właśnie miało się rozpocząć.

Parę słów od siebie:
Pochodzę z odległej planety na skraju zewnętrznych rubieży. Od najmłodszy lat brałem udział w wyścigach ścigaczy, których byłem jednym z lepszych. Jak każdy miałem kilka wypadków i w jednym z nich uszkodziłem lewe oko ,zastępuje mi je teraz bioniczny odpowiednik pozwalający mi widzieć w ciemności oraz przybliżać dalekie obiekty oraz sztuczną lewa rękę poniżej łokcia wyposażoną w różne przydatne gadżety. Zazwyczaj nie lubię być w centrum uwagi i wole stać z boku w ciszy, co nie znaczy ze nie lubię towarzystwa. Chętne pomagam jak tylko mogę i nie boję się zabić kogoś w obronie swojej lub innych. W wolnej chwili dłubie przy moim myśliwcu, rzucam nożami lub ćwiczę posługiwanie się Mocą.
Wróć na górę