Pomiń nawigację™
Logo Jedi Order - małe
Home - ikonka HOME O NAS REKRUTACJA FORUM

Członkowie

Daimien Rash

Ranga: Jedi
Ścieżka rozwoju: Strażnik Jedi

Mail: damraz@wp.pl
GG: 9706567
Wiek: 30
Płeć: Mężczyzna
Miejscowość: Rzeszów
Województwo: Podkarpackie

Prywatny holokron
Wyszkolony przez: Justine Helfire
Medale:


Kariera:


Broń:

Miecz świetlny o 29cm rękojeści i niebieskim ostrzy generowane kryształem Permafrost, wspomagany kryształem Lorrdian. Chwyt owinięty wyprawioną skórą Nexu.



Historia:

Ogarniętą ciemnościami planetę rozrywały grzmoty globalnej burzy, a odgłosy lokalnej bitwy tylko potęgowały efekt. Można by pomyśleć, że wybrałem sobie najgorszy możliwy moment w historii planety na narodziny. Niewiele osób wiedziało, kto rozpoczął konflikt… nikogo to nie obchodziło. Ważne było jedynie jakie odcisnęło to piętno na nas i planetę. Wszędzie wokół było widać efekt.

Ale zacznę od początku.

Dziesiątki lat wcześniej rozeszła się plotka, że odkryto pod powierzchnią ogromne złoża magnetytu. Nie byle jakiego, bo posiadającego połączone właściwości cortosis i chromenium. Na reakcję nie trzeba było długo czekać. Dotychczas spokojna, nic nieznacząca rolnicza planeta nagle zamieniła się w małe centrum sektora poszukiwawczo-wydobywczego galaktyki.

Lata mijały, a coraz to nowe firmy przybywały, aby dorobić się małej fortuny. Zaczynało brakować wolnego terenu do prac wydobywczych. Zaczęły narastać konflikty pomiędzy firmami o pierwszeństwo do upatrzonego skrawka ziemi.

W takim świecie pojawiłem się ja, Dai’mien Rash.

Gdzie tylko spojrzałem, przed oczami stawał mi obraz rozkopanych połaci kopalnianych kraterów. Był to dla mnie naturalny widok, innego w końcu nie znałem. Rodzice nie raz opowiadali mi, że nie zawsze tak było. Wspominali coś o lasach i łąkach o barwie soczystej zieleni. Ja jednak traktowałem to jako zmyślona opowiastka starszych ludzi „aby dzieciak poszedł już spać”.

Bywało nie raz, że miałem im za złe, iż nie chcą odsprzedać ziemi jednej z firm. Wiązałoby się to z rekompensatą w postaci przesiedlenia na jedną z planet środka. Pomijam, że odkulibyśmy się finansowo, a i ja miałbym jakieś szersze perspektywy niż praca fizyczna.

Rodzice jak to rodzice postanowili iść w zaparte, bo „…ziemia z pokolenia na pokolenie”, „ojcowizna” i inne sentymentalne bzdury.

Kolejne nastoletnie lata mijały mi na codziennej pomocy w naszym skrawku gospodarstwa. W zasadzie nie robiłem niczego innego. Z racji dużych odległości pomiędzy domostwami, nie posiadałem wielu przyjaciół. Dobra! Nie miałem ani jednego. Odległości to jedna sprawa, nieumiejętność nawiązywania relacji jest drugą. Byłem „praktycznym” typem człowieka. Robiłem to, czego ode mnie oczekiwano, nie zadając dodatkowych pytań. I tak wszystko, co było wynikiem mojej własnej inwencji, spotykało się z negacją i dezaprobatą. Dzięki bierności przynajmniej miałem święty spokój. Wszystko byłoby w porządku z takim życiem… gdyby jednak nie ciągnęło mnie do świata zewnętrznego, którego namiastką były przylatujące na planetę transportowce.

20te urodziny… dzień jak każdy inny. Jednak coś zdecydowało, że będzie to „pierwszy dzień mojego życia”

We wszystkich domostwach rozległ się alarm Meteorologicznego Systemu Wczesnego Ostrzegania. Komunikat mu towarzyszący ostrzegał o przelatującej niewielkiej planetoidzie, której oddziaływanie trwale wpłynie na wyższe warstwy atmosfery. Wynikiem tego było powstanie nietypowo potężnych komórek burzowych, zdolnych (z czasem) wysterylizować biosferę planety.

Rozpoczęto przygotowania do ewakuacji.
Jak już wspomniałem, byliśmy ludnością rolniczą, nikt nigdy nie odczuwał potrzeby zakupu statku czy małego frachtowca. Lokalne władze nawet nie miały w głowie idei budowy portu kosmicznego. Jeśli ktokolwiek miał powód tu przylatywać, lądował, gdzie chciał, załatwiał szybko swoje sprawy i odlatywał. Zrządzeniem losu ratunkiem były firmy wydobywcze i ich flota statków. Na dodatek, poprzedniego dnia zjawiło się kolejnych 40 jednostek gotowych odebrać urobek.

Przedstawiciele firm zaproponowali pomoc mieszkańcom, ale …pod jednym warunkiem – przelot trzeba będzie odpracować. Całe szczęście w nieszczęściu, jestem samoukiem. W czymś muszę im się przydać.

Dzień kolejny. Wszyscy mieszkańcy gromadzą się na prowizorycznych lądowiskach.

Jesteśmy selekcjonowani wiekowo. W tym momencie po raz ostatni widziałem rodziców.
Jakiś człowiek w mundurze z emblematem kopalni informuje by się nie martwić o bliskich, bo i tak wszyscy spotkamy się na (znacznie większym) orbitującym, głównym transportowcu.

Nadchodzi moja kolej
- Imię, nazwisko i zawód. – pyta człowiek w mundurze.
- Dai’mien Rash. Jeśli chodzi o umiejętności to… wszystkiego po trochę. – przecież nie powiem im, że całe życie macham łopatą.
- Dobra, trudno. Coś ci znajdziemy, właź. – odpowiada.

Przekraczam próg pojazdu. Był to typowy statek do przewozu pracowników kopani.
Wnętrze było poupychane fotelami do maksimum – teraz zrozumiałem, dlaczego mogliśmy zabrać ze sobą tylko to, w czym jesteśmy i dowód tożsamości.

Gdzieś w głębi zauważyłem wolny fotel. Przeciskam się przez tłum wsiadających.
Wreszcie siedzę i mogę się zrelaksować… o ile w ogóle można w takiej sytuacji pozwolić sobie na relaks.

Komplet pasażerów osiągnęliśmy po około 30tu kolejnych minutach. Rozlega się z głośników głos pilota.
- Proszę zapiąć pasy, startujemy.

Czuję drgania odpalanych silników. Nie odrywam wzroku od wizjera. Przypominam sobie wszystkie lata i miejsca, w których byłem kiedykolwiek, a które teraz wydają się ledwie skrawkiem całości horyzontu.
Błękit za oknem stopniowo przechodzi w czerń kosmosu.

Na ekranach przedziału pasażerów pojawia się komunikat o możliwości rozpięcia pasów.
Po pomieszczeniu daje się słyszeć odgłos wdychania z ulgą współpodróżnych.
Było widać od razu, że żaden z nas nigdy wcześniej nie leciał statkiem, nie mówiąc o opuszczeniu atmosfery.

Podobnie jak inni odpinam pasy i wstaję, aby obejrzeć przez duży wizjer po przeciwnej stronie statku, cel naszego lotu. Był to ogromny, około 500 metrowy transportowiec 6 klasy pod względem wielkości w 12 klasowej skali . Tak czy inaczej, istne bydle. Patrzymy jak zaczarowani, część nawet nie mruga oczami.

W tym momencie naszym statkiem wstrząsnęła eksplozja.

Przedział wypełniły syreny i czerwone oświetlenie awaryjnego zasilania.
Błędnik oszalał, było jasne, że straciliśmy sztuczne ciążenie. Ludzie w panice zaczęli chwytać się tego, co wpadło im w ręce – sytuacja niemal podobna, gdy toniesz.
Obejrzałem się za siebie czując na plecach żar.
Widzę jak nieprzenikniona fala ognia rozlewa się po kolejnych rzędach siedzeń.
Nastąpiła kolejna eksplozja, a fala gwałtownie zaczęła się cofać w miejsce, które jeszcze przed sekundą było rufą.

Rozległ się huragan, czuję jak wiatr porywa mnie i innych w kierunki rozszarpanej wyrwy.
Czuję niepojęty chłód, czuję jak z każdą milisekundą uchodzi ze mnie życie. Ostatnie co widzę zanim zamarzają mi oczy, to błysk i wybuch wciąż lecącego przed siebie transportowca.
Umieram.

Budzę się zlany potem, znowu siedzę w swoim fotelu.

Z głośników, dobiega głos pilota.
- Proszę zapiąć pasy, startujemy.

Rozglądam się skołowany i zbity z tropu. Gorączkowo szukam wzrokiem jakiegoś członka załogi lub kogoś z obsługi naszego pojazdu.

Widzę człowieka, który nas legitymował przy trapie.
- Odwołać start, bo zginiemy! – krzyczę bez namysłu.
Ludzie patrzą na mnie jak na obłąkanego, który prawdopodobnie nie wytrzymał presji sytuacji i pękł.
- Nie możemy lecieć. Transportowiec wybuchnie!

Człowiek leniwie odwraca głowę w moją stronę, nawet nie wstając ze swojego fotela.
- Słuchaj dzieciaku, mamy grafik. Na powierzchni czeka jeszcze pół tysiąca osób do zabrania. Jeśli myślisz, że to idealny moment na żarty, to wypad i spróbuj w innym locie. – odpowiada z wściekłością mężczyzna.
- Nie rozumie pan. Wiem, że stanie się coś złego. Nie potrafię tego wyjaśnić, ale proszę mi uwierzyć.

Mężczyzna energicznie wstaje i daje znać przez komunikator o wstrzymanie startu, po czym otwiera śluzę.

- Proszę bardzo, rób co chcesz. Droga wolna.
- NIKT nie może lecieć, nie teraz. Widziałem jak…
- Ahaaaaa. Miałeś „wizję”, powiadasz? – przerywa z szyderstwem, zamykając za mną z śluzę.

Staram się jeszcze przekrzyczeć silniki, ale w ostateczności patrzę bezradnie na oddalający się transportowiec. Biegnę do kogoś z obsługi naziemnej.
- Zawróćcie statki!
Kilku pracowników odwraca się w moją stronę.
- Odwołajcie wszystkie loty, ludziom grozi niebezpieczeństwo! – powtarzam zdyszany.
Mundurowi patrzą po sobie i wybuchają śmiechem.
- Wracaj do grupy oczekujących i czekaj na swoją kolej – odpowiada lekceważąco jeden z nich.

Widząc, że tutaj też nic nie wskóram oddalam się do lądowiska.

Unoszę wzrok śledząc lot pojazdów.
Staram się uspokoić oddech, szukając racjonalnego wyjaśnienia tego, czego doświadczyłem.

Owszem zdarzało się, że w dzieciństwie śniłem na jawie o wydarzeniach, które ostatecznie miały się wydarzyć… ale nigdy nie były one aż tak realistyczne i namacalne. Poza tym były one nic nieznaczące.

Zalało mnie dziwne uczucie niepokoju i strachu, aż zakręciło mi się w głowie.
Nagle rozległ się stłumiony grzmot odległej eksplozji.
Odruchowo wszyscy obecni na lądowisku podnieśli wzrok i zamarli.
W oddali pojawiło się czterdzieści świetlistych punktów.
Pojawiły się na trajektorii lotu wcześniej niewidzianych smug podobnych do tych, które pozostawiają za sobą „spadające gwiazdy”.

Nie wydawało mi się, jakimś cudem widziałem wtedy nieuchronną przyszłość.
Było dla mnie już jasne, że wszyscy, których kiedykolwiek znałem, w tym moja rodzina zginęli na miejscu.
Nogi się pode mną ugięły, czułem jak odpływa mi krew z głowy i tracę równowagę.
Usiadłem na pobliskim kamieniu chowając twarz w dłoniach.

Nie mam pojęcia ile czasu tak siedziałem. Nie docierało do mnie to, czego właśnie byłem świadkiem. Miałem wrażenie, że to jeden z tych koszmarów, w których mam świadomość, że to tylko sen i zaraz się obudzę. Sen, który trzeba przeczekać, aby za moment rzeczywistość wróciła do normy.

W pewnym momencie pojawiło się podobne uczucie do tego z przed eksplozji, ale tym razem… jakby o innym ładunku emocjonalnym. Nie wiem jak to opisać prościej.

- Straciłeś tam kogoś bliskiego, prawda? Moje wyrazy współczucia. – odezwała się osoba za moimi plecami.
- Tak, rodziców – odpowiedziałem wciąż patrząc tępo w ziemię.
- Nawet nie będę udawać, że wiem, co w tej chwili przeżywasz.
- Dziękuję, ale… nie tylko ja właśnie kogoś straciłem. Czego chcesz ode mnie?
- Przybyłem tu z małą grupą, pięć dni temu, aby pomóc przy ewakuacji i…
- Jak to? Pięć dni temu nikt nawet nie wiedział o planetoidzie. – odwróciłem się do swojego rozmówcy.
- Tak, wiemy. Śledziliśmy lot planetoidy i odłamków od tygodni. Wyprzedziliśmy je, aby ostrzec tutejsze władze o mniejszych obiektach.
- I co? Zapiliście w kantynie i zapomnieliście, po co się spieszyliście?
- Zdaję sobie sprawę, w jaki jesteś teraz stanie. Zaraz po wylądowaniu udaliśmy się do obsługi centrum lotów.
Poinformowaliśmy o zagrożeniu. Stwierdzili, że siejemy panikę i że ich czujniki niczego nie wykrywają. Kazali iść w diabły i zająć się czymś pożytecznym, zamiast straszyć ludzi.
- Tak, to ich standardowa gadka na każdą okazję – przytaknąłem. – Ale wciąż nie wyjaśniłeś, czego chcesz ode mnie.
- Wiemy, że widziałeś katastrofę.
- Też coś, wszyscy widzieli.

Właśnie zdałem sobie sprawę jak głupią musiałem mieć minę ze szczęką na ziemi.

- Ss… skąd to wiesz?
- Dało się to odczuć w mocy… poza tym było słychać, jak krzyczysz.
- Mocy? Kim ty jesteś? – Coś mi świtało, ale wolałem spytać.
- Ja, jak i grupa, o której wspomniałem, jesteśmy Rycerzami Jedi. Nazywam się Kirrond.

(szczęka dalej leży tam gdzie leżała)

- Przepraszam Mistrzu Jedi, nie wiedziałem. – ukłoniłem się nie mając pojęcia. jaka obowiązuje etykieta przy rozmowie z przedstawicielem tak legendarnej społeczności.
- Spokojnie, weź na wstrzymanie z tytułami… po prostu Kirrond. – uśmiechnął się lekko zakłopotany. - Wiem, że za wcześnie na takie pytanie ze względu na okoliczności, ale mam dla ciebie propozycję.
- Tak Mistrz… Kirrond?
- Chcemy abyś do nas dołączył. Twoja wizja nie była kaprysem przypadku. To było ostrzeżenie mocy skierowane tylko do Ciebie. Prekognicja nie jest czymś, co jest dane każdemu Jedi, nawet po wielu latach treningu. Czyni cię to wyjątkową „zdobyczą” dla Zakonu.
- Zaraz ,zaraz. Chcecie mi zaproponować szkolenie Jedi? Przecież ja jestem zupełnie nikim a wkrótce też znikąd.
- Może właśnie moc …i po części nasza obecność, dają ci szansę udowodnić, że nie jest to prawdą? Nie musisz odpowiadać od razu. Będziemy w pobliżu, gdybyś się zdecydował.

Jedi uprzejmie skłonił głowię i udał się w stronę, z której przyszedł.

Przez chwilę biłem się z myślami. Po raz pierwszy w życiu sam miałem zadecydować o swoim przyszłym losie.

- Czekaj! – krzyknąłem za nim, podbiegając.
- Nie mam nad czym się zastanawiać. Straciłem w jednej chwili dom i rodzinę. Nikt na mnie nie czeka, nie mam dokąd iść, nic mnie nie trzyma. Chcę zostać Jedi i będę zaszczycony mogąc pobierać od was nauki.
- Cieszy mnie to. Na początek daję ci pierwsze i najprostsze zadanie, z jakim się spotkasz w Zakonie.
- Tak?
- Powiedz wreszcie, jak ty w ogóle masz na imię.
- Przepraszam, faktycznie, nie przedstawiłem się. Rash, nazywam się Dai’mien Rash.



Wróć na górę