Pomiń nawigację™
Logo Jedi Order - małe
Home - ikonka HOME O NAS REKRUTACJA FORUM

Członkowie

Hamstur Fjolswir

Ranga: Padawan Jedi
Mail: jakubgnn@o2.pl
Wiek: 22
Płeć: Mężczyzna
Miejscowość: Kraków
Prywatny holokron
Szkolony przez: Nightwish
Medale:


Kariera:


Historia:
Togrutanie zawsze byli, według ludzkich standardów i logiki, dziwną rasą pełną sprzeczności. Jak w końcu można inaczej określić lud, który gardzi przemocą i agresją jednocześnie gloryfikując łowy i polowania? Który nienawidzi zadawać bólu i krzywdy, lecz pożywia się żywymi ofiarami? Który drwi z indywidualności, ale wybiera na swoich przywódców jednostki najbardziej odmienne? Który pomimo awersji do samotności i izolacji, nie widzi mile innych ras na swojej planecie? Który mając silne poczucie wspólnoty i braterstwa odrzuca jednostki zbyt słabe lub nienadarzające za plemieniem?
Dla ludzi Togrutanie są odmienni i barbarzyńscy. W całej swojej wyższości uznając kulturę i tradycje mojej rasy za prymitywne oraz bestialskie, niegodne nazwania cywilizowanymi. Jak na ironię to kultura ludzi wydaje się być brutalniejsza i bardziej barbarzyńska.
Jednak to nie moje przemyślenia są przedmiotem niniejszego tekstu. Wstęp ten był jednak potrzebny, by pokazać różnicę w myśleniu i filozofii obu ras dla tych, którzy nie są zaznajomieni z cywilizacją Togrutan.
Urodziłem się bowiem na Shili, ojczystej planecie mojej rasy, w małej wiosce na północno-wschodniej półkuli. Mój ojciec, Wafadr Fjolswir, należał do bocznej gałęzi Klanu Bilejgri i dzierżył urząd lokalnego przedstawiciela władz oraz przywódcy osady. Przychodząc na świat, jako jego pierwszy syn, moja przyszłość była z góry ustalona, a droga którą mogłem podążyć – tylko jedna. Wiedząc o tym, mój ojciec starał się przygotowywać mnie od najmłodszych lat, pokładając we mnie wysokie nadzieje. Niestety większość z nich niszczyłem, zawodząc go na każdym kroku. Nie byłem bowiem dzieckiem jakim oczekiwał – nie zostałem przywódcą moich rówieśników, nie byłem od nich lepszy w żadnym sporcie, zwykle trzymałem się z boku, przedkładając spokojne czytanie nad chaotyczne zabawy.
Osiągając siódmy rok życia zawiodłem go po raz kolejny. Zgodnie z tradycją, każdy Togruta osiągający ten wiek, musi zacząć brać udział w polowaniach, by zapewnić sobie oraz innym pożywienie. Nie inaczej było w moim przypadku. Zawód nie przyszedł jednak, jak można by zakładać z powodu moich zdolności łowieckich. Tym, jak się okazało, nie można było nic zarzucić – swoją pierwszą ofiarę udało mi się złapać już pierwszego dnia. Pierwszy raz od wielu lat mój ojciec był ze mnie dumny. Niestety duma ta nie trwała długo – wieczorem w osadzie zjawił się Mędrzec.
Nazwą tą określa się członków zakonu równie starego co Zakon Jedi. W jego szeregi przyjmowani są mococzuli Togrutanie o połączeniu z Mocą zbyt słabym, by zostać przyjętym w szeregi Jedi. Do jednego z wielu obowiązków Mędrców należy wyszukiwanie wrażliwych na Moc i wysyłanie ich na szkolenie do jednego z zakonów, zależnie od potencjału oraz woli osobnika.
Pojawienie się członka owego zakonu w mojej wiosce mogło oznaczać więc tylko jedno – któreś z dzieci było mococzułe. Podczas badania, bardzo szybko okazało się, że ty kimś byłem ja. Oznaczało to, iż moim nowym obowiązkiem oraz nową drogą życia miał stać się jeden z zakonów. Dla mojego ojca był to cios potężny – zostanie członkiem zakonu wykluczało bowiem jakiekolwiek szanse na to, bym stał się kolejnym przywódcą wioski czy pozostał częścią rodu. Kiedy Mędrzec ogłaszał wyniki swoich testów, twarz mojego rodzica zdawała się tężeć z każdą chwilą, a wzrok jakim na mnie spojrzał po raz ostatni pozostał ze mną na zawsze – jego oczy pełne były żalu, goryczy i wyrzutów o rzecz, na którą nie mogłem mieć wpływu. Następnego dnia zmuszony byłem więc wyruszyć wraz z Mędrcem w drogę do siedziby Zakonu, gdzie spędzić miałem kolejne lata.
Mimo mojej początkowej niechęci, Zakon Mędrców okazał się miejscem wprost idealnie stworzonym dla mnie, bowiem zadaniem zgromadzenia było zdobywanie oraz strzeżenie wiedzy. Ogrom pozyskanych przez nich informacji oraz ksiąg można by porównać tylko z legendami o starej bibliotece Jedi sprzed Czystki czy niemal mitycznej biblioteki na Ossus.
Każdemu dziecku zostającemu Adeptem i mającemu w przyszłości stać się pełnoprawnym członkiem zakonu, przypisywany jest opiekun. Moim została młoda, niedawno mianowana na bibliotekarkę kobieta o imieniu, którego nie da się zapisać w aurebeshu, lecz które można by przetłumaczyć jako „Ta która rozdaje życzliwość”. Moja nowa opiekunka nie przywiązywała dużej wagi do hierarchii i ograniczeń, dzięki czemu otrzymywałem dostęp do wolumenów niedostępnych normalnie adeptom. Sprawiło to, że większość mojego czasu wolnego spędzałem właśnie w Bibliotece, wertując holoksięgi czy stare tomiszcza.
Opisywanie moich pięciu lat, które spędziłem jako adept Zakonu Mędrców Shili byłoby nudne i w większości monotonne, gdyż gros owego czasu spędzałem właśnie na nauce i medytacjach, przerywanych z rzadka treningami walki włócznią, które co prawda nie były częścią pryncypium zakonu, lecz przypominały mi o rodzinnej osadzie oraz czasach przed odkryciem mojej mococzułości. Gdyby zależało to tylko od mojej woli, pozostałbym wśród Togrutan, odliczając lata kolejnymi przeczytanymi wolumenami. Niestety, przyszło mi na własnej skórze dowiedzieć się znaczenia słów „ natura nie znosi stagnacji”.
Ukończywszy ostatnią część swojego szkolenia, przygotowywałem się do zostania pełnoprawnym członkiem zakonu. Miałem nadzieję obrać pozycję bibliotekarza tak jak moja opiekunka, by móc dalej studiować starożytne tomy. Ku mojemu nieszczęściu, na Shili przybył w tym czasie przedstawiciel Jedi. Zgodnie z tradycją, podczas jego wizyty wybierani są adepci o najsilniejszym połączeniu z Mocą, by dostąpili zaszczytu szkolenia na Rycerza Jedi. Mimo, iż moje szkolenie teoretycznie się już zakończyło, nadal posiadałem status Adepta, co zmusiło mnie do wzięcia udziału w badaniu. Moje obawy spełniły się, gdy okazało się że jestem jednym uczniem nadającym się na Jedi, przez co nie mogłem odmówić „zaszczytu” jaki mnie czekał. Mimo upływu lat, znów poczułem się jak w dniu, kiedy ostatni raz widziałem ojca – bezradny i mały, niczym kamień rzucony w rzekę losu.
Nie mając większego wyboru, wyruszyłem następnego dnia do jedynego miejsca na planecie, gdzie istniał kosmoport – stolicy Shili. Towarzyszyłem Jedi, który przybył do Zakonu, lecz nie uznał on za stosowne wyjawić mi swojego imienia. Ja postanowiłem nazywać go „Mistrzem Zrzędą”, gdyż jedyne co robił przez całą podróż, było narzekanie na trudny i zły klimat mojej planety. Dni spędzone na podróży od kosmoportu i znalezieniu statku idącego na Yavin upłynęły więc w ciszy, przerywanej z rzadka kąśliwymi uwagami na temat Shili i Togrutan. Dopiero po wejściu na statek, mający zabrać nas do jakiegoś bardziej „cywilizowanego” miejsca, zrzędliwy Jedi jakby poweselał.
Jego dobry nastrój nie trwał jednak długo – z powodów mi nieznanych zamiast wyjść z nadprzestrzeni niedaleko planety Bogden, nasz statek pojawił się koło pasa asteroid w pobliżu Balnab. Chcąc zbadać przyczynę tego zdarzenia, Mistrz Zrzęda ruszył na mostek, każąc mi pozostać w kajucie. Był to ostatni raz, kiedy go widziałem – później słychać było tylko krzyki i strzały, przerywane od czasu do czasu wybuchami.
Niewiele pamiętam z tamtego zdarzenia, jedynie urywki i pojedyncze, niezwiązane ze sobą, szczegóły przebijające się przez potężną falę strachu, złości oraz niedowierzania bijącą od pasażerów statku. Bardzo dobrze przypominam sobie wyraz twarzy Twi’leka siedzącego obok mnie, oraz jego oburzenie, gdy do pomieszczenia weszli ludzie z bronią gotową do strzału. Próbowałem przywołać słowa, które w tamtym momencie wypowiedzieli, lecz wszystko zdaje zlewać się w krzyk, który rozbrzmiał po strzale jednego z napastników. Wydaje mi się, ze to w tamtym momencie straciłem przytomność, nigdy bowiem nie czułem tak dużej i skoncentrowanej mieszanki emocji jak w tamtym momencie. Gdy się obudziłem, byłem już na nowym, nieznanym mi statku, lecąc w niewiadomym kierunku.
Celem naszej podróży, jak przyszło mi się później dowiedzieć, była Zygerria, pozostająca od wieków największym targiem niewolników w galaktyce, mimo usilnych starań wielu galaktycznych federacji oraz konkurencji.
Lata jakie spędziłem jako niewolnik, a później wyzwoleniec muszą na razie pozostać nieopowiedziane. Podjęte decyzje oraz wydarzenia z tamtego okresu nadal są zbyt bolesne i nieprzyjemne by wracać do nich pamięcią, a z wielu nie jestem dumny do tej pory. Być może któregoś dnia, gdy pogodzę się już z przeszłością oraz jej duchami, opiszę tamte zdarzenia, wypełniając lukę powstałą w opowieści.
Powrót na ścieżkę mocy, przerwaną brutalnie przez napad i niewolę, nastąpił dopiero po siedemnastu latach, gdy na jednej z planet Zewnętrznej Rubieży spotkałem człowieka zwanego przez lokalnych jako „Nocne Życzenie”, który jak się okazało był Jedi wykonującym zadanie dla Rady. Odbywało się to w czasie, gdy po wielu trudach udało mi się zamknąć poprzedni rozdział w moim życiu, zostawiając po sobie otwartość wolnego wyboru i pustkę celu. Pojawienie się członka Zakonu w momencie poszukiwania przeze mnie drogi, nie mogło być więc przypadkiem. Pozwoliło mi to zrozumieć, iż ścieżka którą muszę podążać, prowadzi mnie w stronę Yavinu i znajdującej się na niej Świątyni Jedi.


Wróć na górę