Pomiń nawigację™
Logo Jedi Order - małe
Home - ikonka HOME O NAS REKRUTACJA FORUM

Członkowie

Silevren Celeblas

Ranga: Padawan Jedi
Mail: silevrenceleblas@intmail.pl
Wiek: 25
Płeć: Kobieta
Województwo: Mazowieckie

Prywatny holokron
Szkolona przez: Caroline
Medale:


Kariera:


Wygląd:
Jestem dobrze zbudowaną, dość wysoką (175 cm) pół-Twilekanką o szarych oczach i złotozielonych włosach do pasa, które zwykle noszę splecione w jeden lub dwa warkocze.

Ubiór: zwykle noszę szaty Jedi. Choć mają one klasyczny krój, wyróżniają się nieco kolorem, gdyż są albo ciemnozielone, albo ciemnofioletowe. Czasami (kiedy wymaga tego sytuacja) można mnie spotkać w stroju pilota.

Elementem charakterystycznym dla mnie są okulary – proste, w ciemnych oprawkach. Pomimo mojej wady wzroku doskonale widzę w ciemnościach.

Broń:
Zielony miecz świetlny, blaster i krótki nóż.

Historia:
Ze snu wyrwało mnie dzikie walenie mojego serca. Znów to samo. Od pewnego czasu prześladował mnie sen. Cały czas ten sam: stoję pośród drzew, a przede mną znajdują się jakieś budowle. Nie wiem, co w nich jest: jeszcze nigdy we śnie nie udało mi się do nich wejść. Nie wiem, czy istnieją naprawdę. Jeśli istnieją, to nie wiem, gdzie ich szukać. Ani po co. Jedyne, co mogę stwierdzić, to to, że nie jest to złe miejsce, wręcz przeciwnie – emanują spokojem i energią. I wtedy mogę usłyszeć cichy szept: Emocje, ale pokój... Ignorancja, ale wiedza... Pasja, ale spokój... Chaos, ale harmonia... Śmierć, ale Moc... Nie wiem, kto i do kogo wypowiada te słowa, ale czuję jakby jakieś niewypowiedziane wyzwanie, zupełnie jakby tajemnicze budowle wzywały mnie do siebie. Zazwyczaj wtedy się budzę.

Ile razy marzyłam, żeby wreszcie to się skończyło! Tymczasem za każdym razem, kiedy kładłam się spać, mogłam być pewna, że znowu je zobaczę. I tak było. Raz widziałam je przez chwilę, innym razem przez cały czas. Próbowałam zrozumieć to, co widziałam; doszukać się jakiegoś głębszego przesłania, symbolu czy ostrzeżenia, w samym śnie, czy na jawie... i nic. Po prostu budziłam się w mojej kajucie na pokładzie mojego własnego frachtowca. Zniechęcona przetarłam oczy i zwlekłam się z koi. Najpierw smętnie powlekłam się do kokpitu. Urządzenia pokładowe wskazywały, iż cel mojej podróży – Coruscant – osiągnę za jakieś trzy i pół godziny. Postanowiłam więc przygotować sobie jakieś śniadanie – jakoś tak wyszło, że poprzedniego dnia na Naboo nic nie zdążyłam zjeść: najpierw musiałam rozliczyć się z transportu, który tam zawiozłam, a potem dopilnować załadunku kolejnych towarów. Panowało straszliwe zamieszanie i tyle, a mi zależało na czasie.

Kiedy przede mną stał już kubek kafu i miska gorącej owsianki na mleku wróciłam myślami do budowli z moich snów. Moje rozmyślania dały jedynie tyle, że postanowiłam je jakoś odszukać i wyjaśnić tą sprawę. Nigdy nie przepadałam za tajemnicami i niewyjaśnionymi zagadkami, a ta działała mi na nerwy wyjątkowo długo. Przelotnie pomyślałam o mojej babci. W swoich podróżach (była pilotem, tak jak ja teraz) zobaczyła wiele zakamarków Galaktyki. Widziała różne rzeczy, czasem bardzo zaskakujące. O tak, ona umiałaby mi doradzić, co powinnam zrobić. Miałam też niejasne wrażenie, że prawdopodobnie wiedziałaby, co to za budynki i gdzie ich szukać. Pożałowałam, że nie ma jej ze mną.

Dzieciństwo spędziłam na Ryloth, gdzie wychowywała mnie właśnie babcia. Była ona moją jedyną rodziną. Mamy nie pamiętam (dowiedziałam się kiedyś od babci, że była człowiekiem), a o tacie wiem tylko tyle, że był Twilekiem. Kiedy byłam mała, przywiózł mnie do babci, a zaraz potem wyjechał i od tamtej pory nie dał znaku życia. Kiedyś usiłowałam się dowiedzieć, co się z nimi stało, ale przez moje pytania babcia zaczęła płakać, a potem była bardzo długo smutna. Dowiedziałam się wtedy, że kiedy mnie do niej przywiózł, doszło między nimi do dość ostrej wymiany zdań. Tata prosił ją, żeby mną się zajęła, ponieważ on nie może (nie powiedziała, dlaczego), a na Ryloth będę bezpieczna. Pokłócili się, bo chciała zatrzymać tu również i jego. Następnego dnia, kiedy wstała, odkryła, że wyjechał. Doszłam do wniosku, że ten temat sprawia jej ból i nie pytałam więcej.

Po kilku latach babcia umarła, a ja zdecydowałam się opuścić Ryloth. Przede wszystkim, każdy kąt w domu przypominał mi o babci. A poza tym, chciałam zostać pilotem. Tak więc pewnego dnia zebrałam najpotrzebniejsze rzeczy i wsiadłam na statek lecący na Tatooine. Aby się utrzymać, podjęłam pracę u pewnego farmera wilgoci – opiekowałam się trójką jego dzieci. Nie trwało to jednak zbyt długo, gdyż wdał się w ciemne interesy z lokalnym gangiem i pewnego dnia wymordowano ich we śnie. Mi udało się przeżyć tylko dlatego, że jako niania spałam z drugiej strony gospodarstwa, w jednym z pomieszczeń dla służby. Z Tatooine trafiłam na Naboo, potem na Sullust, Malastare... długo by wymieniać. Pracowałam jako barmanka, sprzątaczka, sprzedawca, kucharka, masażystka, ogrodnik i tym podobne. Wreszcie zaoszczędziłam tyle, by zdobyć licencję pilota, a jakiś czas później stałam się właścicielką frachtowca – nieco podstarzałego, ale niezawodnego.

Na Coruscant leciałam z ładunkiem: rzadkim, cennym jedwabiem, cenionym przez dwory królewskie, dyplomatów, senatorów oraz co wybredniejsze jednostki świata biznesu. Miałam go dostarczyć bezpośrednio do pewnej znanej i cenionej projektantki, Jaelithe Shoo, która właśnie tworzyła swoją najnowszą kolekcję. W sumie nie było to ważne – ładunek jak ładunek, dostarczam gdzie trzeba, zabieram zapłatę i lecę dalej.

Posprzątałam po jedzeniu, dopiłam kaf i wróciłam do kokpitu. Reszta podróży przebiegła spokojnie: wyszłam z nadświetlnej niedaleko planety, odnalazłam właściwe lądowisko i posadziłam na nim statek. Kiedy zeszłam po rampie, na platformę już wjeżdżało kilka droidów z wózkami repulsorowymi, a za nimi Jaelithe Shoo we własnej osobie. Nie powiem, zdziwiło mnie to. Wydawało mi się, że dostawami zajmują się pomocnicy i droidy, a ona zajmuje się projektowaniem odzieży i szyciem. Tak zazwyczaj bywa – na co dzień mam do czynienia głównie z maszynami lub personelem firm, dla których przywożę dostawy, a nie z samymi właścicielami. Zaintrygowana, podeszłam do kobiety.

- Dzień dobry! Zapewne pani Celeblas, zgadza się?
Pokiwałam głową.
- Jak dobrze, że pani już jest! Kontaktowałam się już z producentem, pytałam, czy wysłał już do mnie materiał... Powiedział mi jedynie, że przekazał go pilotowi i że pani już odleciała. Czy możemy już go zabierać?
Ponownie przytaknęłam. Kobieta wydała polecenia droidom i po chwili skrzynie opuszczały pokład na wózkach. Odwróciła się ponownie do mnie.
- Co do rozliczenia... - zaczęłam, ale przerwała mi, niecierpliwie machnąwszy ręką.
- W tej kwestii muszę poprosić, by pani chwileczkę poczekała... Wszystko pani wyjaśnię, ale proszę dać mi chwilę. Może wejdziemy do środka?
Uniosłam brwi. Sprawiała wrażenie nieco zdenerwowanej. Nie podobało mi się to, ale nie miałam wyjścia. Uśmiechnęłam się kwaśno.
-Oczywiście.

Wprowadziła mnie do luksusowo urządzonego pomieszczenia. Wyglądało to na poczekalnię dla klientów, choć aktualnie nikogo tu nie było.
- Muszę panią tu na chwilę zostawić. Proszę sobie usiąść... Przyślę do pani mojego droida – proszę mu powiedzieć, czego pani potrzebuje. Ja postaram się jak najszybciej do pani wrócić... - i już jej nie było. Zaraz potem z innych drzwi wyłonił się robot i zaproponował mi coś do picia i do jedzenia. Poprosiłam go tylko o wodę. Usiadłam na jednym z foteli i czekałam. Było cicho, ale zza jednych drzwi dochodziły odgłosy rozmowy. Zdołałam jedynie rozróżnić dwa kobiece głosy. Nagle rozmowa ucichła, po czym otworzyły się drzwi i zaczęli z nich wychodzić ludzie.

Ich widok sprawił, że zamarłam. Pierwsza wyszła kobieta – i to nie byle kto: senator i lider jednej z największych partii politycznych, de facto najważniejszej w Galaktyce. Towarzyszyły jej dwie postacie w niezwykle charakterystycznych, luźnych, brązowych płaszczach. Głowy obydwu ukryte były pod kapturami, więc nie mogłam określić, czy to kobiety, czy mężczyźni. Od razu wiedziałam, kim są: to Jedi. Bardzo często słyszałam o nich od babci. Dzięki niej byłam też świadoma, kim byli i czym się zajmowali. Nieznajomi strzegli bezpieczeństwa senator. Wiedziałam też, że jedna z postaci bacznie mnie obserwuje.

Nagle poczułam coś zupełnie innego. Niebezpieczeństwo. Tu. Teraz. Odruchowo sięgnęłam po mój blaster. Z drugiej strony pomieszczenia pękła szyba i rozsypała się w drobne kawałki. Przez otwór padły strzały. Jeden z Jedi zasłonił swoim ciałem senator. W tym samym czasie drugi wyciągnął miecz świetlny i zaczął odbijać strzały. Kiedy pierwszy zaczął się osuwać na podłogę, ten z mieczem osłonił swoim ciałem senator i zaczęli wycofywać się w stronę korytarzyka po mojej lewej stronie. Podbiegłam do przodu i oddałam kilka strzałów w stronę napastników. Sądząc po tym, że strzałów było mniej – w coś trafiłam. Znowu coś poczułam – tym razem to, że niebezpieczeństwo się oddaliło. Schowałam mój blaster do kabury i schyliłam się do Jedi, leżącego na podłodze. Chciałam sprawdzić, czy jakoś mogę mu pomóc. Niestety, mężczyzna oberwał mocniej niż początkowo mi się wydawało. Kiedy zobaczył, że się nad nim pochylam, wyciągnął rękę do góry i zakaszlał. Chwyciłam jego dłoń. Spojrzał na mnie.
- Pozostało mi... niewiele czasu. Posłuchaj...
- Słucham...
- Leć na Yavin 4... przekaż Radzie... że mieli rację... I powiedz im, że... senator jest – zakasłał i zaczerpnął z trudem powietrza – na razie bezpieczna... Na razie.
- Jak znajdę tą Radę?
- Leć na Yavin 4... Dalej cię poprowadzi Moc... Znajdziesz ich...
- Jak to Moc?
- Widziałem... Przed chwilą... Wyciągnęłaś blaster... zanim nas zaatakowano. Wiedziałaś... To była Moc...
Wpatrywałam się w niego.
- Pamiętaj... Ya...vin 4... Niech Moc będzie... - nie dokończył zdania. Nie zdążył.

W końcu oderwałam od niego wzrok i rozejrzałam się wokół. Moc. Moc. Jedi. Yavin 4. Wiedziałaś... to była Moc...Zrobiło mi się zimno. Usłyszałam cicha chlipnięcie. Zerknęłam w stronę, z której ono dobiegło. W kącie, skulona i przerażona, siedziała Jaelithe Shoo. Wyglądało na to, że jest cała – była ranna, ale to nie było nic groźnego. Podeszłam do niej i pomogłam jej wstać.

Kiedy doszła do siebie, dokończyłyśmy interesy i wróciłam na mój frachtowiec. Usiadłam w fotelu pilota i przez chwilę wpatrywałam się tępo w budynki przed sobą. Leć na Yavin 4. Postanowiłam przekazać wiadomość od zmarłego Jedi. Gdzieś w głębi poczułam, że robię dobrze. W mojej głowie zagościło dziwne przeczucie: z Yavin 4 wiąże się kwestia tych tajemniczych budowli, tak często widywanych przeze mnie w snach. Odpaliłam silniki. Kiedy byłam już w kosmosie, ustawiłam odpowiedni kurs i skoczyłam w nadświetlną.

Yavin 4 okazał się być dość mocno zalesionym księżycem. Skaner wychwycił w jednym miejscu spore natężenie różnych form życia. Po chwili zastanowienia postanowiłam wylądować gdzieś w pobliżu. Wyszłam po rampie na zewnątrz. Zobaczyłam budowle. Te budowle. Poczułam, że od nich płynie tak dobrze znany mi spokój i pozytywna, świetlista energia. Znowu usłyszałam słowa ze snu: Emocje, ale pokój... Ignorancja, ale wiedza... Pasja, ale spokój... Chaos, ale harmonia... Śmierć, ale Moc...Tym razem były wypowiadane nie szeptem, a cichym, dźwięcznym głosem. Cicho powtórzyłam je na głos.

Przyglądałam się otoczeniu z ciekawością. Nawet nie usłyszałam, że za mną ktoś stanął, więc kiedy postanowił się przywitać, podskoczyłam.
- Dzień dobry!
Obejrzałam się. Zobaczyłam dziewczynę o blond włosach i niebieskich oczach. Miała na sobie ciemne ubranie.
- Dzień dobry. Ale mnie wystraszyłaś...
Nieznajoma zachichotała.
- Widziałam. Ale nie bój się, nic ci nie zrobię. Kim jesteś?
- Nazywam się Silevren Celeblas. Jestem pilotem frachtowca. A ty?
- Jestem Vendea. Znajomi mówią na mnie Ven. Nie chciałabym być niegrzeczna, ale skąd się tu wzięłaś? To nie jest miejsce, do którego przylatuje się ot tak... To znaczy... Rzadko mamy gości.
- To znaczy... Wiesz, to wymaga wyjaśnień. Byłam świadkiem pewnego wydarzenia. I w związku z tym zostałam poproszona o przekazanie pewnej wiadomości jakiejś radzie na Yavin 4. Nie wiesz może, gdzie ich szukać?
- Jeśli ktoś wysłał cię do rady, musiał mieć powód... Możesz mi powiedzieć. A ja przekażę.
Postanowiłam zaryzykować.
- Byłam na Coruscant. Widziałam dwóch Jedi, którzy ochraniali senator. Zaatakowano ich i jeden z Jedi oberwał. Drugi kontynuował misję i gdzieś uciekł z senator. A ten, co oberwał... Poprosił mnie, żebym udała się na Yavin 4 i przekazała radzie, że mieli rację i że senator na razie jest bezpieczna. Tyle. I zmarł.
Vendea zmrużyła oczy. Po chwili przyjrzała mi się badawczo.
- A ty?
- Ja...?
- Widziałam, jak przyglądałaś się budynkom. Byłaś tu kiedyś?
- Nie wiem. Chyba nie. Ale te budynki śniły mi się, wiele razy.
- Skąd znasz Kodeks Jedi?
Popatrzyłam na nią, zdziwiona. Dziewczyna uśmiechnęła się do mnie.
- Kiedy przyglądałaś się budynkom naszej Akademii, wypowiedziałaś na głos słowa Kodeksu. Kto cię ich nauczył?
- To znaczy... Nie wiedziałam, że to Kodeks Jedi. Te słowa towarzyszą moim snom, które śnią mi się od pewnego czasu. Tyle, że tam były wyszeptywane, a tu usłyszałam je wypowiedziane na głos. Zupełnie tak, jak by te budynki do mnie mówiły.
Postanowiłam przyznać się do moich planów.
- Wiesz, te moje sny były jakieś takie... dziwne. Więc obiecałam sobie kiedyś, że odnajdę to miejsce i dowiem się, o co chodzi. W sumie to zostałam tu wysłana i mam wrażenie, że to nie do końca był przypadek. Ale w tej chwili stoję tu i nie wiem, co właściwie powinnam zrobić.
Vendea znów mi się przyjrzała.
- To, co teraz zrobisz, zależy tylko od ciebie. Znalazłaś się tu, bo najwyraźniej tak chciała Moc. To właśnie przez nią widziałaś to miejsce już wcześniej i dlatego tu jesteś. Te budynki to Akademia Jedi. Schronienie, szkoła i dom. Czasami nawet coś więcej. Być może twój los jest w jakiś sposób związany z tym miejscem.
- Jak mam się o tym przekonać?
- Może na początek wsłuchaj się w to, co czujesz. Co ci mówi to miejsce?
Zastanowiłam się.
- Chyba mnie zaprasza. Jest zupełnie tak, jakbym wróciła do ukochanego domu po długiej podróży. Tylko nie wiem, czy mogę... Przede wszystkim, słyszałam, że Jedi zabierają małe dzieci od rodziców i szkolą je od małego... A ja już nie jestem dzieckiem.
- Tak było w czasach Starej Republiki. Teraz trochę się pozmieniało.
- Myślisz, że się nadaję?
- Jesteś wrażliwa na Moc, a to już dużo. Aby się przekonać, czy nadajesz się na Jedi, czy nie, powinnaś poddać się testom. Jeśli im podołasz, będziesz szkolona.
Tym razem nie myślałam zbyt długo.
- W takim razie chcę się im poddać.
- Chodźmy.

Tym sposobem dołączyłam do Zakonu.

Parę słów od siebie:
O czym jeszcze powinnam wspomnieć?
Hmm... jestem osobą, która nie lubi być w centrum uwagi, ale jeśli trzeba, potrafię „przejąć ster”.
Poza tym? Bardzo szczera i bezpośrednia, ale umiejąca dochować sekretu.
Wróć na górę