Pomiń nawigację™
Logo Jedi Order - małe
Home - ikonka HOME O NAS REKRUTACJA FORUM

Członkowie

Jaedus Maudit

Ranga: Padawan Jedi
Mail: radosc.12345@gmail.com
Wiek: 14
Płeć: Mężczyzna
Województwo: Małopolskie

Prywatny holokron
Szkolony przez: Vendea


Kariera:


Wygląd:
Młody człowiek. Jeszcze nie mężczyzna, już nie chłopak, z ciemnymi włosami, położonymi na górę, z niesamowicie czarnymi oczami, i długimi rzęsami. Przeciętnego wzrostu. Bardzo chudy. Nie zwracający większej uwagi wyglądem, i na wygląd. Można powiedzieć, że wręcz oospolity

Broń:
Brak

Historia:
Jestem zwykłym chłopakiem z Korelii. A raczej byłem zwykłym chłopakiem. Po tym, co wydarzyło się wczoraj już wiem, że jest coś we mnie. Coś niezwykłego, co nadało mojej postaci wyjątkowości.

Moi rodzice, zostali zesłani na Kessel tuż po moich narodzinach. Do dziś nie wiem za co. Nie wiem, czy nawet żyją, ale na Kessel w najbliższym czasie się nie wybieram. Kto tam przylatuje, zazwyczaj nie wraca, chociaż znam historię jednego człowieka, który spędził tam wiele lat, i udało mu się uciec. Co prawda pomógł mu w tym generał Solo, ale to i tak imponujący wyczyn. Raz byłem blisko wycieczki w jedną stronę właśnie na tę planetę, ale przeczucie mnie nie zawiodło. Właśnie dzięki przeczuciu opowiadam tę historię.

Nie znam nawet swojego prawdziwego imienia. Nazywają mnie Jaedus. Nadałem je sobie jeszcze w sierocińcu. Dzieci, które przebywały w tym sierocińcu miały numery zamiast imion. Ja miałem 2178, albo coś podobnego. Nie pamiętam, było to dawno temu. W ogóle mało rzeczy pamiętam z sierocińca. Chyba najbardziej zapadły mi w pamięć lekcje historii. Były one szczątkowe, jednak wystarczające, by otrzymać podstawową wiedzę o historii galaktyki.

W każdym razie, pewnego dnia, podczas czasu wolnego, poczułem chęć pójścia trochę dalej niż granice sierocińca. Było to dla mnie dziwne, bo zawsze byłem typem grzecznego i posłusznego chłopaka. Przechadzałem się uliczkami Coronet City, gdy zobaczyłem, że sprzedawcy zwijają stragany, co oznaczało, że jest szesnasta godzina. Powinienem wracać. Pewnie się spodziewacie, że coś musiało się stać skoro o tym opowiadam. Gdy wróciłem do sierocińca zobaczyłem Służby Porządkowe wynoszącą dzieci i wychowawczynie. Na twarzach młodszych malowało się zaciekawienie, ale starsi wiedzieli co ich czeka. To był ostatni raz, kiedy ich widziałem. Kolejne dni spędziłem na pałętaniu się po mieście szukając schronienia.

Nie wspominam za dobrze innych rzeczy z sierocińca niż lekcje historii. Głównie dlatego, że było tam sporo ludzi, a ja niezbyt pewnie czuje się z spędzając czas z innymi ludźmi. W ogóle nie przepadam za jakimkolwiek towarzystwem istot humanoidalnych. Jakimkolwiek towarzystwem innym niż Kasandry. Gdyby nie ucieczka z sierocińca, nigdy bym jej nie poznał.

Po kilku dniach pałętania się po mieście znalazłem chatkę. Najprawdopodobniej mieszkali w niej przedstawiciele rasy Lannik, lub Chadra-Fan, gdyż chatka nie była wysoka. Przytulny domek. Zamieszkałem w nim, i zaciągnąłem się do pracy na budowie. Inni robotnicy cenią moje małe, precyzyjne dłonie, przeczucie i bystry wzrok, który pozwala wypatrywać błędy konstrukcyjne. Zamieszkanie w tej chatce było jedną z najlepszych decyzji w moim krótkim życiu.
Chatka była dwupokojowa. Mniejsze pomieszczenie to łazienka. Mała, jednak wystarczająca. Drugie pomieszczenie to kuchnia, salon i sypialnia w jednym. W jednym rogu miałem piecyk, a obok niego blat. W drugim stało łóżko. Resztę pomieszczenia zajmowały stół, krzesła, półki i regały, które zostały kupione przez poprzednich właścicieli. Nie musiałem więc wydawać na to pieniędzy.

Moje zainteresowanie historią powiększyło się, gdy na pewnym plakacie zobaczyłem, że jedna z wędrownych trup robi przedstawienie o wojnach klonów. Uznałem, że może być ciekawe. Było. Od tego czasu zacząłem chodzić na przedstawienia o Jedi i ogólnie o historii galaktyki.

Jedyną osobą, z którą rozmawiam z własnej woli, i z którą podzielam moje zainteresowania, jest Kasandra. Spotkaliśmy się zupełnie przypadkowo, nie będę tego opisywał dokładniej, nie o tym jest ta historia. Kas także uwielbiała Jedi. Wymieniamy się historiami, które poznaliśmy dzięki wędrownym śpiewakiem, i ich opowieściach o przeszłości. Mieliśmy oczywiście świadomość, że mogły być one nieprawdziwe, ale co nam szkodziło, prawda?

Prosiłem Kasandrę, by przyszła do mnie z „księgą”. Nasza “księga” to zwykły datapad, ale postanowiliśmy go tak nazwać.Był to po prostu zbiór informacji które udało nam się usłyszeć, mniej więcej w chronologicznej kolejności. Tego dnia, jak zwykle, wracałem z pracy, tylko, że dzisiaj nie brałem nadgodzin. Przechodząc ulicą, na której mieszkam, jak zwykle spojrzałem na dom Kasandry. Przechodziłem obok wielu egzotycznych ras, jednak nie zwracałem na nich uwagi. Nigdy nie zwracam. Wszedłem do domu zaparzyłem sobie wodę na kaf, i zacząłem sobie gotować nuggetsy z koreliańskiego nerfa.
Zalewałem kaf wodą, gdy do domu weszła Kasandra. Rzadko to ona przychodziła do mnie, więc byłem lekko zdziwiony. Widziałem, że jest troszkę zdenerwowana, odgarnęła rude włosy z czoła i chciała coś powiedzieć, jednak zanim wypowiedziała chociaż jedno słowo zacząłem mówić:
- Hej Kas, pewnie przyszłaś oddać księgę. Co dopisałaś? Usiądź sobie – odszedłem od piecyka, i przesunąłem krzesło, zachęcając ją, by usiadła, co też uczyniła – Chcesz trochę nuggetsów? Masz tutaj kaf, niestety niesłodzony. Dziwne, prawda? Wydaje kredyty na przedstawienia a nie stać mnie na słodziki. Jak ci w ogóle minął dzień? Jeżeli wydaje wam się, że jestem niesamowicie rozmowny, to wiedzcie, że rozmowy z Kas są zazwyczaj jedynymi moimi rozmowami za dnia. Nie licząc mówienia do siebie.
- Jax – mówiłem jej, żeby mnie tak nazywała, gdyż nie mam prawdziwego imienia. Za każdym razem, gdy tak się do mnie zwraca, cieszę się – to bardzo trudne, ale…
- Ałaaa – krzyknąłem. Poparzyłem się wodą lejąc ją do kubka. Często mi się zdarzają takie rzeczy. Jak już mówiłem, jestem bardzo niezdarny.

Wszedłem do toalety wziąć opatrunek. Kończyły mi się. Wkrótce będę musiał dokupić. Po chwili wyszedłem z łazienki.

Gdy stanąłem w drzwiach między łazienką, a resztą domku zobaczyłem mężczyznę, stojącego koło Kasandry

- Załatwiłaś już to, co miałaś? Musimy lecieć.
- Tak proszę Pana – odparła Kasandra – mogę się jeszcze pożegnać z przyjacielem?
Ucieszyłem się niezmiernie, że Kasandra uznała mnie za przyjaciela. Tego nudnego chłopaka, do tego introwertyka. Miałem posłać jej ciepłe spojrzenie, ale uświadomiłem sobie to, co powiedziała wcześniej:
„Mogę się jeszcze pożegnać?”.
Z radości w tak krótki czas przeszedłem w głęboki smutek. Osoba, która wie o mnie wszystko, jedyna osoba, którą prawdziwie lubię, żegna się ze mną. Ciężko mi było powstrzymać łzy, ale udało mi się. Wrażliwość. Kolejna moja cecha. Kas przerwała ciszę: - Przejdę szkolenie na Jedi. Wylatuje na Yavina.
Znowu radość. Kas spełnia swoje marzenia. Niestety beze mnie. Moja rudowłosa przyjaciółka chyba wyczuła (jak zwykle), że bardzo mi smutno, że mnie opuszcza.

I wtedy zemdlałem. Poczułem przypływ negatywnych emocji. Mój umysł odciął się od rzeczywistości, i padłem na ziemie (później dowiedziałem się, że rozlałem przy tym wodę z kubka na stole). Gdy obudziłem się, nade mną stała Kasandra. Nie wiem ile tak leżałem, może 5 minut, może dłużej. Rudowłosa dziewczyna zapytała:
-Czemu straciłeś przytomność?
Odpowiedziałem:
-Nie wiem - powiedziałem łamiącym się głosem - coś kazało mojemu umysłowi odciąć się od świata, jakby coś miało to zmienić. Wtedy odezwał się mężczyzna. Zupełnie o nim zapomniałem. Siedział przy stole, i patrzył w stronę drzwi:
-Chłopcze, zdążyło ci się kiedyś coś podobnego?
-Nie - odpowiedziałem zgodnie z prawdą.
-To dziwne. Istnieje możliwość, że poczułeś emocje Kasandry, ale oznaczałoby to, że masz potencjał w mocy - spojrzał na mnie, i powiedział - czy mógłbym sprawdzić twoją czułość na moc?
- Tak, jeśli pan chce - wyjąkałem.

Po kilku minutach sondowania mojego umysłu, mężczyzna przerwał ciszę:

-Chłopcze. Masz potencjał, by zostać Jedi. Jak masz na imię?
- Nie mam imienia. Wołają na mnie Jaedus. A jak Pan ma na imię?
-Vertuss. Jaedusie, jeżeli twoi rodzice nie mają nic przeciwko, wziąłbym cię na szkolenie Jedi.
- Nie mam rodziców, Panie Vertussie.
- Przykro mi.
- Nic się, nie stało. Pogodziłem się już z tym.
Po niezręcznej chwili ciszy, Ventruss zapytał:
- Czy chciałbyś abym zabrał cię na szkolenie do Świątyni?
- Oczywiście.
Znowu zapadła niezręczna cisza.
- Wiesz, to czas, by zacząć wszystko od nowa. Będziesz miał rodzinę w postaci Mistrzówi i Rycerzy.
Ventruss przerwał, układając sobie wypowiedź w głowie
- Jaedusie, spakuj się. Będzimy lecieć na Yavin 4
Tej nocy, w promie Ventrussa, zasnąłem bardzo późno.


Parę słów od siebie:
Coincidentia Oppositorum. Według wielu, bardzo otwarty, oraz towarzyski.
Wróć na górę