Pomiń nawigację™
Logo Jedi Order - małe
Home - ikonka HOME O NAS REKRUTACJA FORUM

Członkowie

Vendea

Ranga: Mistrz Jedi
Ścieżka rozwoju: Negocjator Jedi

Mail: vendea@op.pl
GG: 8343420
Wiek: 21
Płeć: Kobieta
Miejscowość: Jastrzębie-Zdrój
Województwo: Śląskie

Prywatny holokron
Wyszkolona przez: Marfanor
Aktualnie szkoli: Mishell
Szkoliła: Lawrnth Tobacca, Miranda, Navamir, Sobol, Starwoz

Medale:


Kariera:


Wygląd:
średniego wzrostu - 165 cm, włosy blond, bardzo jasne, zwykle rozpuszczone, czasami związane. Niebieskie oczy. Najczęściej ubiera wygodny, ciemny strój, nie rzucający się w oczy.

Broń:
Miecz świetlny o prostej klindze i lodowato niebieskim ostrzu (kryształ Permafrost). Dodatkowo, zawsze ma przy sobie dobrze zabezpieczony nóż.

Historia:
Nazywam się Vendea. Jestem bardzo nieśmiałą osóbką pochodzącą z Naboo, malowniczej planety położonej w Środkowych Rubieżach Galaktyki. Nie mam rodzeństwa, chociaż bardzo chciałabym, żeby w przyszłości to się zmieniło. Moi rodzice są znanymi na całej planecie negocjatorami i często wyjeżdżają na różne misje dyplomatyczne, więc większą część swojego życia spędziłam sama. Często przeglądałam notatki rodziców, przez co opanowałam bardzo trudną sztukę negocjacji. Czułam, że kiedyś może mi się przydać, ale nie sądziłam, że stanie się to tak szybko.
Pewnego wieczora po całym dniu obowiązków, wybrałam się nad jezioro w celu udoskonalenia swoich umiejętności pływackich, i odpoczynku W takie dni jak ten robiłam to dość często. Często właśnie tam rozmyślałam nad swoim życiem, a ściślej mówiąc przyszłością. Nikt mi w tym miejscu nie przeszkadzał, ponieważ w tutaj rzadko ktokolwiek zaglądał, dlatego tak bardzo lubiłam spędzać tu czas. Siedziałam tak i spoglądałam w niebo pełne gwiazd. Mój wzrok jednak mimowolnie skupił się w jednym miejscu. Nic tam nie dostrzegałam, ale gdzieś we wnętrzu siebie poczułam, że muszę to miejsce jak najszybciej odwiedzić. Nie zastanawiając się długo spakowałam kilka swoich i potrzebnych rzeczy oraz nieodłączne notatki rodziców, po czym udałam się do zapasowego statku moich opiekunów. Nie był on duży, ale wiedziałam, że mi wystarczy.
Weszłam do kabiny pilota i ze zdziwieniem odkryłam, że wiem, jakie współrzędne planety mam wpisać. Jak się okazało, wybierałam się na Dantooine. Pomyślałam, że nie jest tak źle, w końcu zawsze mogłaby być inna, bardziej niebezpieczna planeta, której lepiej nie zwiedzać w samotności. Czekało mnie kilka dni podróży i choć nie uśmiechała mi się taka perspektywa to wiedziałam, że jest ona konieczna.
Dni zwykle mijały tak samo. Leżałam, spałam, albo czytałam jakieś książki znalezione na pokładzie. W pewnym momencie przypomniał mi się pewien cytat "(...)Podziwiałem wszechświat z miliardami galaktyk, które mają miliardy gwiazd, które mają miliardy planet, które maja miliardy ludzi, którzy mają miliardy problemów(...)". Bardzo żałowałam, że nie mam tej książki przy sobie. Zwłaszcza, że moja sytuacja była w tym momencie bardzo podobna. Tylko, że ja byłam osobą, która chciała nieść pomoc.
Po kilku dniach wreszcie dotarłam na Dantooine. Wiedziałam o niej naprawdę mało. Jej rdzennymi mieszkańcami są Dantari, którzy są istotami humanoidalnymi, posługują się bardzo bogatą mimiką i gestami, a to wszystko jest wspomagane bardzo małą ilością słów. Ich zwyczajem były tatuaże. Na Dantooine rosły też lecznicze, bardzo cenne dla rdzennych mieszkańców korzenie vincha. Chciałam szybko dowiedzieć się, co się tu dzieje i dlaczego się tu znalazłam. Na odpowiedź nie musiałam długo czekać.
Szłam przed siebie, nie miałam przy sobie żadnej mapy terenu, ale wiedziałam, że będę potrafiła wrócić z powrotem w to miejsce. Po drodze natrafiłam na jakiś obóz, ze zdziwieniem zauważyłam, że nikogo tam nie ma. A wyglądał na taki, w którym mieszkali ludzie. W tym przekonaniu utwierdził mnie wygląd zewnętrzny domów. Wyglądały tak jak te z którymi miałam do czynienia na co dzień. Idąc dalej przez las natrafiłam na kolejne obozowisko, jednak w niczym nie przypominało poprzedniego. Dachy domów tak jak ich ściany były zrobione z gałęzi drzew. W jednopiętrowym budynku znajdowały się trzy okna i jedne drzwi. Nie musiałam zaglądać do środka żeby wiedzieć, że teren obozowiska należy do Dantarich. Jednak bardzo zastanawiające było to, że w obozie nikogo nie ma. Czyżby wszyscy uciekli ze strachu przed kimś lub przed czymś? Musiałam iść dalej, bo jak na razie nie znalazłam odpowiedzi na postawione sobie pytanie. Po drodze niespodziewanie natknęłam się na byłą już Bazę Rebeliantów. Po kilku godzinach drogi po lasach i łąkach, niczym nieprzypominających tych tak dobrze mi znanych, nie sądziłam, że ujrzę cos takiego. Stojąc na brzegu góry ujrzałam kotlinę, a w niej kłębiący się tłum ludzi i Dantarich. Nie wyglądało to najlepiej, bo na pierwszy rzut oka było widać, że nie są do siebie przyjaźnie nastawieni. Wręcz przeciwnie.
Zejście z góry nie zajęło mi wiele czasu. Wiedziałam, że muszę przemówić do wszystkich istot, tak, żeby każdy z nich mnie usłyszał. Przemówić tak, aby do wszystkich dotarły moje słowa. Chciałam im pokazać, że konflikt do niczego nie prowadzi i że wszystko możne załatwić pokojowo i bezkrwawo. Będąc jeszcze na szczycie góry zauważyłam mównicę. Postanowiłam się do niej dostać, jednak to nie było to zbyt proste. Musiałam przecisnąć się przez cały tłum. Wszędzie byli i ludzie i Dantari, jednak gdzieniegdzie można było zauważyć istoty w ciemnych płaszczach na głowie. Wyglądały śmiesznie pośród tylu osób ubranych tylko w krótkie spodenki i koszulki z krótkim rękawkiem. Kątem oka zauważyłam, że mają do ciała przypięty pas, a na nim znajdował się całkiem solidny zapas broni. Jednak jednej z nich nie rozpoznałam. Jedna z istot w czarnym kapturze chyba mnie zauważyła, więc postanowiłam się oddalić, bo nie miałam pojęcia z kim mam do czynienia.
W końcu udało mi się dotrzeć na mównicę. Nikogo tam nie było, więc czułam się swobodnie i chciałam coś powiedzieć do osób przekrzykujących się nawzajem. W kotlince głos rozchodził się echem, więc nie było problemu z usłyszeniem moich słów. Gdy już zaczynałam mówić, nagle ujrzałam kolorowe wiązki światła z tej nierozpoznawalnej przeze mnie broni. Tłum wpadł w panikę, a ja bardzo chciałam się dowiedzieć, co się naprawdę dzieje. I szybko tego pożałowałam. Nagle coś za mną wybuchło i nie pamiętam, co dalej się działo...
Gdy się obudziłam, wszystko mnie bolało, ale nie to było najważniejsze, bo nie wiedziałam gdzie jestem, jak tu trafiłam i co się stało. Zaraz do mojego ,,pokoju" weszło kilka postaci w brązowych szatach.
-Kim jesteście? - Zapytałam. Jedna osoba odpowiedziała mi.
- Jesteśmy rycerzami Jedi - Bardzo się zdziwiłam. Wiedziałam, kim są Jedi, ale nie sadziłam, że kiedyś się z nimi spotkam.
- Co się stało na Dantooine? - Zapytałam próbując usiąść, ale głowa jeszcze bardziej zaczęła boleć, więc wolałam się położyć.
- Kilka dni temu poczuliśmy, że na Dantooine dzieje się coś złego. Postanowiliśmy się tam udać.....
- To tak jak ja - szepnęłam. Mężczyzna bardzo się zdziwił.
- A mogłabyś to rozwinąć? - Zapytał. Opowiedziałam mu wszystko, ale on najbardziej skupił się i chyba zaczął się zastanawiać w momencie, kiedy wspomniałam, że to wszystko poczułam, jednak powiedział, że mam nie przerywać i opowiadać dalej. Skończyłam na miejscu, w którym straciłam przytomność i już dalej nic nie pamiętałam. On jednak dokończył.
- Jak zapewne domyślasz się, za tobą został zdetonowany ładunek wybuchowy. Siła posłała Cię daleko pośród tłumu, który rozbiegł się we wszystkie strony. Wiedzieliśmy, że może Ci się stać coś gorszego niż to, co do tej pory, więc postanowiliśmy Cię zabrać ze sobą.
- A gdzie teraz lecimy? - Zapytałam.
- Na Yavin IV - odpowiedział
W ciągu kilku godzin dotarliśmy na miejsce. O własnych siłach wyszłam ze statku, który należał do Rycerzy Jedi. Pozwolili mi pospacerować po księżycu porośniętym gęstą dżunglą. Bałam się odejść daleko, bo nie wiedziałam, gdzie tym razem bym trafiła a nie miałam już ochoty na więcej przygód. Gdy wróciłam w miejsce gdzie znajdowała się Świątynia, znany mi już Jedi podszedł do mnie i poprosił abym weszła do środka, bo chce ze mną porozmawiać.
Weszliśmy do małego pokoju. Po chwili zaczął mówić.
- Zdajesz sobie sprawę z tego, że Ty tez możesz być taka jak my, Jedi?
Zdziwiłam się, nie wiedziałam co powiedzieć.
- Można to jakoś sprawdzić? - Zapytałam. On się tajemniczo uśmiechnął.
- Oczywiście, ale Ty musisz się na to zgodzić i przez jakiś czas tu pozostać - Pomyślałam, że taka szansa może mi się nie powtórzyć, ale ciężko byłoby mi rozstać się z rodziną, jeżeli się uda. Pierwsza myśl zwyciężyła
. - Dobrze, spróbuję. A raczej dam z siebie wszystko - odparłam po namyśle. Nie wiedziałam, co dalej z moją przyszłością, moim życiem, ale wiedziałam, że czeka mnie jeszcze ciekawsza przygoda niż ta, którą przeżyłam, a być może nawet całkiem nowe życie..

Wróć na górę